polskie centrum bizarro

„Moja głowa wcale nie jest moja” by Dawid Kain

In Opowiadania on Sierpień 1, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDebata nad prawem własności jest zdecydowanie passé i niespecjalnie trendy. Przynajmniej odtąd, odkąd siły sierpa, młota i kolektywizacji dostały w dziób od historii i do historii zaraz przeszły. Bełkoczemy trochę, ale generalnie chodzi o jedno pytanie: czy zastanawialiście się kiedyś nad prawem własności waszej własnej głowy?

Bo niby głowa należy do jej nosiciela, prawda? Znaczy do tego osobnika rasy ludzkiej, do którego należy szyja, na którą owa głowa jest nasadzona. Problem prawa własności powinien zaistnieć dopiero w wypadku dekapitacji, ale wtedy zdekapitowany ma tylko kilka sekund na zastanowienie się nad zagadnieniem.

Dawid Kain, którego każde wejście na literkach (i wszędzie indziej) należy witać gromkimi oklaskami, pokaże nam jednak, że z tą własnością głowy często nie bywa tak prosto, jakby się wydawało…

h

Moja głowa wcale nie jest moja

h

Wszyscy zdrowi są do siebie podobni, ale każdy chory człowiek jest chory na swój sposób, pomyślał doktor Sanicki.
Miniony dzień był prawdziwym koszmarem. O siódmej rano pacjent zwany Stukaczem znów chciał popełnić samobójstwo. Nikogo nie powinno to właściwie dziwić – podobne próby podejmował niemal każdego tygodnia. Wieszanie się na pętli zrobionej ze związanych piżam albo prześcieradeł, trucie się czym popadło (leki, zepsute jedzenie, płyn do mycia podłóg), uderzanie z rozpędu w ściany albo innych pacjentów. To była jego chorobliwa norma.
W korytarzu Szpitala Psychiatrycznego im. Babińskiego doktor dowiedział się, że tym razem Stukacz podciął sobie żyły kawałkiem lustra, które rozbił uporczywie stukając w nie głową.
– Moja głowa wcale nie jest moja – zwykł powtarzać, gdy Sanicki pytał go, czemu wciąż robi coś, co sprawia mu ból. – Zalęgła się w niej ciemność.
W odpowiedzi doktor przytakiwał tylko, bo przecież doskonale wiedział, o co tamtemu chodzi i zarazem zdawał też sobie sprawę, że nie jest to temat, który dałoby się pomieścić w jakichkolwiek słowach. Iluż to pacjentów z czaszkami wypełnionymi szczelnie gęstym mrokiem błąkało się po labiryntowych korytarzach tego i innych szpitali? Iluż niezdiagnozowanych gdzieś tam za murami takich jak ta placówek brnęło niestrudzenie przez szambo własnej egzystencji aż do dnia, gdy coś wewnątrz nich pękło i ciemność ostatecznie przejęła nad nimi kontrolę?
– Mam na imię Elżbieta. Moje życie to gówno i szczyny – wyznała mu kiedyś inna szalona, od stóp po czoło ubabrana ekskrementami.
Nie tylko twoje – zamierzał odpowiedzieć, ale przełknął to zdanie, wiedząc, że nikomu nie pomoże.
Teraz, stojąc nago obok stolika na środku swojego pokoju, doktor Sanicki nie chciał już myśleć o pracy, chociaż praca była dla niego wszystkim.
Na blacie leżał pojedynczy papierowy talerz, a na nim jagodowy muffin z jedną urodzinową świeczką.
Doktor uklęknął i zdmuchnął świeczkę, powtarzając szeptem to samo życzenie, co zawsze: żeby wampir pamięci wreszcie przestał go dręczyć. Przeszłość powinna być martwa jak marmur, nie może wciąż do nas wracać, by w godzinach próby wysysać z nas wszelkie siły psychiczne i witalne. Nie jeśli jesteś lekarzem. Nie jeśli musisz pomagać innym wygrać z ich własnymi wampirami, z ich własnym mrokiem, niczym czarnym pająkiem w kącie białego pokoju o miękkich ścianach.
Ile to już lat? – zastanawiał się, powoli przeżuwając babeczkę i mnąc palcami wciąż ciepłą świeczkę. Rocznice doprawdy są piekłem.
Jagodowy muffin był jak urodzinowy tort. Personel szpitala godził się na ten osobliwy rytuał, doskonale wiedząc, że pomaga Sanickiemu pogodzić się z niełatwą przeszłością. To działało skuteczniej niż jakiekolwiek leki czy terapie.
Świeca upamiętniała ośmioletnią Patrycję, którą zabił dawno temu, bawiąc się „w doktora”. Sam był wtedy jeszcze dzieckiem. Przez to właśnie do dziś nazywał siebie „doktorem”, innym także każąc tak siebie tytułować. Doktor Sanicki. Prawdziwy fachowiec, nie żaden obłąkany psychopata. Specjalista w swojej dziedzinie. Lekarz, nie żaden pacjent.
To był piękny wrześniowy dzień, jeden z takich, kiedy wreszcie przestaje się nam wydawać, że nasze życie jest tylko gównem i szczynami. Mama upiekła przepyszne jagodowe babeczki, więc Sanicki zaprosił do siebie bawiącą się za oknem dziewczynkę.
– Zjemy, a potem będziemy się bawić – zasugerował i poczuł, jak ciemność w jego czaszce zaczyna przyjemnie falować.
Sanicki od szóstego roku życia bacznie śledził wszystkie telewizyjne programy o pracy chirurgów, czytał fachową prasę trzymaną w gabinecie ojca. Potwornie nienawidził swojego starego, chciał więc zacząć praktykę jak najwcześniej, by jak najwcześniej stać się lepszym lekarzem od niego. Zabawa „w doktora” nie była przecież niczym skomplikowanym. Polegała na wypruwaniu flaków. Bo tym właśnie zajmują się lekarze, prawda?
Sanicki przełknął ostatni kęs, zgniatając świeczkę w zaciśniętej pięści. Dziecko w jego pamięci właśnie kazało koleżance rozebrać się. Chwilę potem we wrześniowym słońcu zalśniło trzymane małą rączką ostrze. Głowa Sanickiego na krótką chwilę przestała być jego głową.

h

***

h

Najnowszą powieść Dawida, „Kotku, jestem w ogniu”, możecie już zamawiać w przedsprzedaży. Na naszych łamach książkę zrecenzował ostatnio Marek Grzywacz.

kotek

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: