polskie centrum bizarro

„Śmierć po kolędzie” by Michał J. Walczak

In Opowiadania on Sierpień 15, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDrzwi to taki wynalazek, który miał nas, szarych ludzi skulonych w strachu przed niebezpieczeństwami i innymi świństwami, jakie to może zawierać w sobie świat zewnętrzny, chronić przed wyżej wymienionymi. Odgradzać, zaryglowanych zamkami, łańcuchami i innymi takimi, zapewniać poczucie bezpieczeństwa. Generalnie nie miały być często otwierane. Wiadomo, licho nie śpi (Paskud też, ale jemu zwyczajnie nie chcieli wypisać środków usypiających dla słoni i większych morświnów na receptę, a tylko takie działają na jego bezsenność).

Tymczasem drzwi zdają się nie odstręczać, a zachęcać pewne grupy ludzi. Akwizytorów, fundraiserów, agitatorów politycznych (to w czasie kampanii), świadków lub innych dzierżycieli prawd objawionych, panów spod znaku „suchy chleb dla konia, piątka na wino”, nachalnych sąsiadów, koty z fetyszem robienia na wycieraczki… No, znacie to na pewno. Kogo jeszcze drzwi mogą przyciągnąć? Tego dowiecie się od Michała J. Walczaka, prawdopodobnie na wasze nieszczęście…

h

Śmierć po kolędzie

h

Zerwałem się na równe nogi. Dzwonek do drzwi o dwunastej w nocy to, jakby nie było, niecodzienne doświadczenie. Jacek, który jeszcze przed chwilą miarowo pochrapywał przed telewizorem, spojrzał na mnie wzrokiem równie zaspanym, co zdziwionym.
– Ochujał ktoś do reszty! – skomentował subtelnie i poprawił się w fotelu z wyraźnym zamiarem powrotu do przerwanej czynności, czyli spania, zrzucając na mnie tym samym obowiązek powitania niezapowiedzianego gościa.
A jeśli tak coś się stało? – pomyślałem, próbując przebrnąć przez wszystkie cholerne skoble, łańcuchy i zamki, które Jacek-gliniarz-paranoik zainstalował razem ze stalowymi drzwiami, tłumacząc to wzrostem przestępczości w okolicy. Dla mnie to i tak ciągle była tylko jego pieprzona paranoja. Co tam zresztą. I tak nigdy się nie dowie, że ja wychodząc zamykam mieszkanie na jeden klucz. W końcu wracam grubo przed nim…
– Marysia! – wyszeptałem z przerażeniem. Cholera, już dawno powinna być w domu! Boże, żeby tylko jej nic się nie stało…
Zerknąłem przez judasza. Ciemno jak w dupie. Zapaliłem światło na klatce za pomocą małego guziczka na domofonie. To po to jest to ustrojstwo! – uśmiechnąłem się w duszy do swojego geniuszu, ale zaraz potem zupełnie mnie wcięło. Patrzyłem na oświetloną tym razem klatkę i nic.
– Maciek, kto to? – Doleciało do mnie z pokoju.
– Ktoś se chyba jaja robi, bo nikogo nie wi…
PUK! PUK! PUK!
Jedno, co mi w tej chwili przyszło do głowy, to te bachory spod jedenastki. Po cichutku odsunąłem łańcuch i fru! Z rozmachem otworzyłem odrzwia, bo a nuż któryś klamkę trzyma, to wleci do mieszkania z hukiem, a ja wtedy…
– O JA PIER…?! – Szczęka wylądowała mi w okolicach kostek na widok… dwóch bladych chłopców ślepo patrzących w jedno, bliżej nieokreślone miejsce, przyodzianych w czarne komże. Nie czekając aż oprzytomnieję, zaczęli śpiewać beznamiętnie:
– Dobry Jezu, a nasz panie, daj mu wieczne spoczywanie…
Sterczałem jak wryty. Nie no, śni mi się, na bank mi się śni – to było jedyne logiczne wytłumaczenie, ale te gnojki stały tam jak żywe! No, może niekoniecznie z wyglądu ale i tak. Nie dali mi się otrząsnąć, bo po makabrycznej uwerturze jeden z nich dobił mnie tekstem:
– Nadchodzi śmierć. Teraz jest u sąsiada. Należy przygotować gromnice, krzyż, wodę święconą i katafalk. Jak nie ma wody święconej to może być kranówka… Możemy przykleić naklejkę z wizyty na drzwiach? – Otumaniony ogromem sytuacji, kiwnąłem na zgodę. Koścista ręka uniosła się w górę i chlasnęła samoprzylepny papierek z dziwnym znaczkiem tak wysoko, jak tylko zdołała, czyli na wizjerze. Ciągle zbyt zagubiony w tym co się dzieje, olałem fakt, zwłaszcza, że w tym momencie światło na klatce zgasło. Małe „upiorki-ministranci”, czy ki czort, odwrócili się bez poruszania tym co im z nóżek zostało i rozpłynęli się w mroku korytarza.
Zamknąłem drzwi i ruszyłem w stronę pokoju, z zamiarem sprzedania historii Jackowi. Plan spalił na panewce, bo gdy pokracznie rozdziawiłem paszczę, szukając słowa odpowiedniego na otwarcie, pukanie do drzwi zdusiło w zarodku cokolwiek się miało z mojego gardła wydobyć. Jak wytresowany kundel zapaliłem światło, zanim zabrałem się do weryfikacji gości. Znowu przystawiłem oko do judasza.
Kurwa, jebana naklejka… Zrozumiałem po chwili wpatrywania się w białą plamę. A jak to jest faktycznie… Nie no, bez jaj! Od dzisiaj nie piję!
Spiąłem się w sobie i nacisnąłem klamkę.
Siły wystarczyło mi na dwa, może trzy kroki w tył, potem nogi ugięły się pode mną i klepnąłem tyłkiem o posadzkę przedpokoju.
Zakapturzona kostucha weszła jak do siebie, skręciła do kuchni, stanęła przy stole i najzwyczajniej w świecie zapytała:
– Czy wszystko gotowe do ceremonii? – Nie czekając na moją odpowiedź, która pewnie i tak by nie nadeszła, sama wyciągnęła wnioski: – Widzę, że nie. Ale to nie szkodzi. Załatwimy sprawę raz dwa, bo późno już. A czego się pan tak boi? Nazywamy się może Jacek Tomasiewicz? – powiedziała, kierując ziejące pustką oczodoły w moją stronę.
Zdobyłem się jedynie na nieznaczne potrząśnięcie głową.
– No, to strachu nie ma. Ja tu wpadłam po Jacka. Pomódlmy się zatem za przyszłego denata. – Modły były chyba w łacinie, nie bardzo złapałem. Nie wiem czy powinno się przerywać śmierci, ale gdy przez natłok myśli przebiło się do mej świadomości nazwisko kumpla i cel wizyty mamroczącej kostuchy, nie mogłem się opanować.
– Ja… Jak to po Jacka? O co tu chodzi? Co to za głupi żart? – To brzmiało pewnie bardziej jak skamlanie niż jak zdecydowane pytania. Śmierć, jakby ździebko skonsternowana, przerwała odklepywanie mantry i sięgnęła za pazuchę. Księga wydobyta spod płaszcza wyglądała na starą. Nawet bardzo. Koścista rączka rozchyliła stronnice, przewertowała kilka kartek i zapytała głosem nie tyle poirytowanym, co raczej znudzonym:
– Czy tu przebywa szanowny pan Jack Tomasiewicz, lat trzydzieści cztery, urodzony dwudziestego dziewiątego lutego w Dylowie Szlacheckim, gmina Pajęczno, powiat pajęczeński, województwo łódzkie?
– Tak.
– Czy rzeczony pan Tomasiewicz jeździ czarnym Volkswagenem Passatem rocznik 2005?
– No, tak.
– Czy pańska żona ma obecnie romans z panem Tomasiewiczem?
– Słucham?!
– Ups… Yyy, ten… Czy dzisiaj jest piętnasty sierpnia Anno Domini 2014?
– Tak mi się wydaje…
– No, to wygląda, że wszystko w porządeczku. Dokończę tylko modlitwę, zabieram z sobą pana Tomasiewicza i już mnie nie ma.
– Ale jak to zabieram? Za co? Na jakiej podstawie w ogóle? – Odezwało się we mnie prokuratorskie zacięcie.
– Aaa, ja się nie przedstawiłam. Ale myślałam, że może chłopcy już sprawę wyjaśnili… – Machnęła ręką – Nic to. Śmierć jestem. Wiesz, kostucha, morana, mroczny żniwiarz, amba fatima, było i nima! Hy, hy, hy… Tia, do rzeczy. Panu Jackowi T. wygasła umowa na żywot, że tak to ujmę. Zgodnie z tym co mam tutaj napisane, Jacek zginął piętnastego sierpnia 2014 roku o godzinie 01:04 uderzając w drzewo przy krajowej trzynastce, rozproszony igraszkami przez pańską żo… Ekhm, w każdym razie poniósł śmierć na miejscu a pasażerowie w ilości sztuk, niech spojrzę, jeden znajdują się w szpitalu w stanie ciężkim, ale nie beznadziejnym.
Kompletnie zszokowany zapuściłem żurawia do pokoju, z którego ciągle dochodziło chrapanie niczego nieświadomego Jacka. Następnie przeniosłem wzrok na zegar, który wskazywał 01:02.
– Ale Jacek śpi w pokoju, a poza tym mówisz o nim, że zginął… i… i to ma nastąpić już za dwie minuty…
– Już jest dwie po? Wiedziałam, że nam się z rozmową zejdzie, ale już się biorę do roboty. Przepraszam pana najmocniej, praca czeka. Aha i do zobaczenia za… He, he, he, żartowałam. Przyjdę jak będę. – Po tym śmiertelnie śmiesznym żarcie kostucha ruszyła w stronę Jacka z rechotem przypominającym odgłos głazów toczących się po ścianie zbocza. Próbowałem zagrać bohatera i złapać śmierć za płaszcz, lecz „ministranci” jakimś dziwnym sposobem znaleźli się tuż za mną i pochwyciwszy swoimi kościstymi, choć niezwykle silnymi rękami, przygnietli mnie do ziemi. Szamotałem się przez chwilę. Nie było mowy o tym, żeby się oswobodzić. Nie przestając się wyrywać, zamknąłem oczy po trosze z rozpaczy, po trosze z niemocy. Kiedy otworzyłem je ponownie, już się nie szarpałem. To mną potrząsano gwałtownie za ramiona. Nie robiły tego te dwa potworne bachory, ale moja córka, Marysia. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że całe to groteskowe nocne zajście, było tylko absurdalnym koszmarem, zrodzonym w mojej chorej głowie.
– Cześć córa. Dzięki, że mnie wyrwałaś z tego cholernego snu. Ty wiesz, co mi się śniło? Północ. Dzwonek do drzwi…
– Opowiesz mi kiedy indziej – przerwała mi ze łzami w oczach. – Mama jest w szpitalu, nie wiadomo czy przeżyje.
– Co?!
– Jechała z Jackiem. Mieli wypadek. On zginął na miejscu.

h
Advertisements
  1. He he, jak widać nie zawsze warto budzić się z koszmaru ;P

  2. Bardzo mi się podobało 🙂 polubiłam tą kostuche, czekam na więcej takich, poprawiajacych humor kawałków. Powodzenia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: