polskie centrum bizarro

„Teleturniej” by Jacek Wilkos

In Opowiadania on Sierpień 18, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtTeleturnieje, ach teleturnieje… Czym bez nich byłby ten świat? Co tu gadać, co tu kryć, spróbuj bez turniejów żyć. Gdy ci uda się taka sztuka, to… nie jesteś bohaterem opowiadania Jacka Wilkosa o jakże znamiennym tytule Teleturniej. Nie przejmuj się – nadal jest dla ciebie nadzieja. Możesz na przykład opisać swoje przeżycia w formie bizarrystycznego opowiadania i przesłać je na literki, ku uciesze Paskuda, jego niedobrych padawanów oraz zaprzyjaźnionego indyka.

Pozostańmy jednak przy dziele Wilkosa (i, bez względu na wszystko, nie pytajcie o co chodzi z tym indykiem – dopiero nad tym pracujemy!). Ma ono niebagatelną wartość edukacyjną. I ostrzegawczą. Poniższy tekst pomoże Wam odpowiedzieć na odwieczne pytanie trapiące przynajmniej 99,9% teleludzkości: czy warto iść na całość?

Zapraszamy do lektury!

h

Teleturniej

h

– Dzień dobry. Witam państwa przed telewizorami oraz publiczność w studiu w kolejnym odcinku teleturnieju „Idź na całość”. Jest dzisiaj z nami Andrzej Lincoln. W poprzednim odcinku Andrzej wygrał samochód, a dziś, w ostatniej rundzie, ma szansę powalczyć o trzypokojowe mieszkanie zlokalizowane w nowoczesnym kompleksie Turkusowe Tarasy. Oczywiście, o ile zdecyduje się podjąć wyzwanie…

Publiczność powitała mnie brawami, a prowadzący przyklejonym uśmiechem numer pięć, co nie zmienia faktu, że nie mogę znieść tego odpicowanego lalusia. Mogliby go wysłać z powrotem na wycieczkę po kraju, żeby wciskał gospodyniom domowym proszek do prania, na jego miejsce zaś podstawić jakąś fajną lalunię.

– Andrzeju, czy chcesz grać o mieszkanie, czy zadowolisz się samochodem?

Publiczność, niczym kolektywne gardło, skanduje „idź na całość”. Doszedłem tak daleko, trochę głupio zrezygnować z głównej nagrody. Nawet, jeśli nie będę mieszkał w tym mieszkaniu, mogę je komuś wynająć. Kasa będzie z tego niemała. Prezenter patrzy na mnie z tym swoim głupkowatym uśmiechem, ale zamiast zdzielić go w gębę odpowiadam:

– Gram dalej.

Publiczność entuzjastycznie przyjmuje mój wybór.

– Wyśmienicie Andrzeju, wylosujmy zatem dla ciebie kategorię. – To mówiąc prowadzący ciągnie za jedną z szarf zwisających z sufitu. Przyczepiona do jej końca kula dyskotekowa spada i rozbija się w drobny mak. W środku znajdowała się karteczka, którą prowadzący podnosi i odczytuje jej treść.

– Walka na śmierć i życie.

Publiczność wydaje okrzyki radości. Tej bandzie dzikusów potrzeba tylko wódki i igrzysk. Połowę z tego dostaną już za chwilę.

– Proszę państwa, zapowiada się emocjonująca rozgrywka. Andrzeju, na początek będziesz mógł wybrać swojego przeciwnika. Przed nami znajdują się trzy bramki, którą z nich wybierasz?

Publiczność już nie jest tak zgodna jak wcześniej. Każdy wykrzykuje inną cyfrę. A za bramkami może znajdować się cokolwiek. Nie ktokolwiek, COKOLWIEK – roślina, zwierzę, człowiek, istota nadnaturalna. Cholera, nie zdziwię się jak zobaczę ufoludka albo pikachu.

– Wybieram bramkę numer trzy! – odpowiadam bez większego zastanowienia. Lubię tę cyfrę, zresztą szanse trafienia łatwego przeciwnika mam takie same, niezależne od wyboru jakiego dokonam.

– Czy jesteś tego pewien?

– Tak.

– A jeśli zaproponuję ci bramkę numer jeden i dorzucę pięcioletni abonament telewizji C++ z pakietem ultraplatinium?

No i zabił mi ćwieka. Próbuje mnie podpuścić, czy daje mi szansę na łatwiejszy pojedynek? Czy on w ogóle wie, co znajduje się za bramkami, czy robi to tylko dla podniesienia napięcia? Mam gdzieś tą telewizję, zostaję przy trójce.

– Podtrzymuję swoją decyzję.

– Dobrze. Proszę w takim razie o odsłonięcie bramki numer trzy.

Kurtyna unosi się. Na widok jej zawartości publiczność zawyła z radości, a ja jęknąłem cicho. Za dźwiękoszczelną, pancerną szybą tłoczy się horda zombie. Parszywa dwunastka. Szczęściem w nieszczęściu jest fakt, że ilość nie idzie w parze z jakością. Największy z nieumarłych jest ślepy – jedno oko ma zasłonięte opaską, zaś drugie zwisa na wysokości nosa. Czarnulka z dredami została pozbawiona obu rąk i dolnej szczęki. Nie zaatakuje mnie, ale będzie przeszkadzać. Jest jeszcze brodaty staruszek z uciętą nogą, czołgający się po ziemi. Bardziej powolny niż reszta, ale łatwo o nim zapomnieć i w najmniej odpowiednim momencie może mnie ugryźć w stopę. Pozostali wyglądają na w pełni sprawnych. Wszystkich zaś ich łączy jedno silne pragnienie – zaspokojenie ogromnego głodu moimi wnętrznościami. Jestem w dupie.

– Wygląda na to, że nasz uczestnik będzie musiał się postarać, jeśli chce wygrać główną nagrodę. I przeżyć. Sprawdźmy kto, lub co, znajduje się za pozostałymi bramkami.

Za bramką numer jeden stoi mężczyzna z maczetą i maską hokejową na twarzy. Facet ma prawie dwa metry i jest dobrze zbudowany. Zniszczony kombinezon roboczy, w który jest ubrany, wskazuje, że sporo przeszedł. Maczeta prawie cała pokryta jest zaschniętą krwią. Najbardziej niepokoi mnie jednak maska, którą ma na sobie. Oczodoły są kompletnie czarne i bije od nich jakaś upiorna pustka. Chyba nie chciałbym zobaczyć jego twarzy. Bez dwóch zdań jest maszyną do zabijania. Miałbym z nim o wiele większy problem niż z zombiakami.

Za bramką numer dwa jest wilk. Nie żaden wilkołak, zwykły, średnich rozmiarów wilk. Wzrok ma wściekły, uniesione wargi ukazują ostre zęby. Pewnie go głodzili i karcili, aby był bardziej agresywny i groźniej wyglądał przed kamerami, nadal jednak jest to zwykłe zwierzę. Zabicie go nie przyszłoby łatwo, ale w porównaniu z hordą nieumarłych i psychopatycznym mordercą z maczetą byłoby to jak skrojenie hipstera z iPhone’a.

Ten skurwiel dobrze znał zawartość wszystkich trzech bramek! Dlatego zaproponował zamianę. Pewnie gdybym wybrał na początku jedynkę, nie miałbym alternatywy. A gdybym wziął dwójkę, wcisnąłby mi wszystko, żebym tylko zmienił zdanie. Co za menda! Gdybym tylko mógł, wrzuciłbym go do klatki z zombiakami i oglądał ucztę. A jeśli zostałby jednym z nich, z nieukrywaną przyjemnością roztrzaskałbym mu czaszkę solidnym kopniakiem.

– No, Andrzeju, mogło być gorzej, mogło być lepiej. Ponieważ walka nie będzie łatwa, otrzymasz broń. – Wskazuje na stół, na którym stoją trzy sześciany przykryte czarnym materiałem. – Którą ze skrzynek wybierasz?

Nie ma możliwości odgadnięcia co mogą skrywać, więc znowu pozostaje ślepy los. Mój wybór po raz kolejny pada na numer trzy. Przychodzi mi do głowy idiotyczna myśl, że może w skrzynkach znajduje się broń najbardziej odpowiednia do zabicia przeciwnika znajdującego się za bramką o takim samym numerze, co skrzynka. Na pytanie „Czy jesteś pewien?” odpowiadam twierdzącym warknięciem. Prezenter prosi o odsłonięcie skrzynki numer trzy. Materiał przykrywający sześcian unosi się, a do mnie dociera, że dupa, w której jestem, jest głęboka i ciemna jak Rów Mariański. Z czarnego worka, uśmiechając się zawadiacko, patrzy na mnie pluszowy, czerwony kot, Zonk.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: