polskie centrum bizarro

Kainowo-kyrczowe patronaty

In Fragmenty książek, Książka, Patronat on Sierpień 23, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkiJego Wysokość Paskud rozzuchwalił się ostatnio, rozdając patronaty na lewo i prawo. Niedobroliterkowa redakcja oczywiście nie posiada się z radości, bo najwyraźniej bizarro w naszym pięknym, a niekiedy piękniejszym kraju zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. O ile nie wiemy, czy dla kraju to będzie miało dobre skutki (na pewno dziwne jak tylko dziwnymi mogą skutki być), to wedle naszego skromnego zdania są powody do mruczenia. Mrau.

Dziś mamy dla was ekskluzywny (to znaczy przeznaczony wyłącznie dla naszych czytelników) fragment Wojny świrów Dawida Kaina i Kazka Kyrcza Jra. Przy okazji podrzucamy parę linków, pod którymi za śmieszne pieniądze można nabyć ebuki rzeczonej Wojny świrów i kotku, jestem w ogniu. Zapraszamy podwójnie!

h

Kotek stanął w ogniu…

w okopach wojny świrów

h

wojna-swirow

Wojna świrów jest obecnie dostępna w megapromocyjnej cenie 4,99 na Legimi, strach z takiej okazji nie skorzystać.

h

kotku

Długo oczekiwany dawidowy Kotek z kolei zatoczył już bardzo szerokie ebookowe kręgi i kupicie go między innymi w: Legimi, Woblinku, Liderii  czy Google Play.

***

h

A teraz, jak obiecywaliśmy (a my bez pokrycia nie obiecujemy, z pokryciem też rzadko, ale bez pokrycia to już w ogóle nie wypada) – fragmencior tylko dla waszych oczu.

h

Wojna świrów /fragment/

h

Kto rządzi snami, ten rządzi światem. Nie potrzeba wcale broni masowego rażenia, inwestowania miliardów dolarów i trzymania na smyczy watahy medialnych koncernów. Wystarczyłoby zorganizować oddział podobnych do mnie dziwaków. Ekipę gotową do tego, by na rozkaz wkraść się ludziom w podświadomość, bezkrwawo i nieodwołalnie przejmując nad nimi władzę. Tylko kto miałby się tym zająć? Kto odważyłby się na stworzenie armii podobnych do mnie potworów? I czy dałby radę zapanować nad tak niezależną zgrają?
Wędruję znudzony uliczkami przylegającymi do Rynku. Dochodzi druga w nocy, większość mieszkańców przewraca się w łóżkach z boku na bok. Inni przewracają się w grobach albo przesypują w urnach – zwłaszcza ci, którzy poszli do urn wyborczych. Miasto śpi, śpi cały kraj; zasypia, drzemie, ślini się w poduszki, kontynent otula się ciepłą kołderką, pochrapuje rytmicznie tysiąc uśpionych miast, którymi moja rasa mogłaby zawładnąć, gdybyśmy byli bardziej zwarci i zdecydowani.
Kto kontroluje sny, ten jest prawdziwym władcą. Ale na co ci taki zaszczyt, skoro sam nigdy nie zaśniesz?
Rozwrzeszczaną i roześmianą Szewską podążam w kierunku Plant.
– Gośka, ty kurwo! – krzyczy ktoś stojący w rozchwianej, pijanej kolejce po kebaba. – Mnie dałaś, a Frankowi pokazałaś faka?! Najlepszemu koledze?! Weź mnie nie osłabiaj!
– Dwa razy – mówi ktoś inny i zaczyna rzygać na chodnik czymś wyglądającym jak gulasz z błota i kamieni.
– Dwa razy faka pokazałaś?! Najlepszemu koledze?! – Facet milknie, by po chwili, nieco ciszej, dodać: – Jeden ostry, drobiowy. Ale ostry to znaczy w chuj ostry, a nie że keczup i jedna pizdowata papryczka na krzyż.
– No i patrz, co za chamidło – mówi koleżance stojąca przed wejściem do Frantica dziewczyna. – Już mu nie dam w tym tygodniu. Szlaban. Przynajmniej do czwartku.
– Jestem cham, ale pcham! – drze się tamten, waląc w plecy kolegę, który w zdumieniu przygląda się obrzyganej ręce, zupełnie jakby była magicznym artefaktem, dopiero co znalezionym w dziurawej kieszeni.
Mógłbym ich poważnie skrzywdzić, jednak wystarcza mi świadomość, że oni sami wyrządzają sobie wystarczającą krzywdę. Zapijają stres, przy okazji zabijając samych siebie. Uwielbiam rozmyślać o tym, co spotyka takich skończonych idiotów – półprzytomni wypadają z klubów prosto pod koła samochodów albo tramwajów, w czasie domówek wspinają się na balustrady, kończąc krótki lot w objęciach matki grawitacji ze złamanym kręgosłupem bądź pękniętą czaszką. Nic mnie tak nie uspokaja jak śmierć niewartego uwagi palanta albo zarozumiałej szmaty.
Naładowany negatywną energią skręcam w Planty, zostawiając za plecami odurzone bydło, które już za parę godzin obudzi się z bólem głowy, wywróconym na lewą stronę żołądkiem, a w najcięższych przypadkach – z niechcianą ciążą. Półmrok ocienionych potężnymi drzewami alejek działa na mnie kojąco. Uwielbiam ciemność, to ona jest moim prawdziwym domem. Moim sprzymierzeńcem. Chciałbym kiedyś wpełznąć w najgłębszy mrok i nigdy z niego nie wyłazić, stopić się z nocą w jeden czarny, bezgraniczny i potężny żywioł, który raz na zawsze pochłonie tę pieprzoną pustynię.
Na jednej z mijanych ławek zauważam drzemiącego menela. Wtulił się w butelkę taniego wina jak w najczulszą z kochanek. Szklana szyjka wbija mu się w policzek, zmieniając i bez tego paskudną twarz w zdeformowaną maskę. Leży na boku, w pozycji embrionalnej. Łatwa ofiara, może nawet zbyt łatwa.
Przysiadam na oparciu ławki, stopą poszturchując ramię menela.
– Słodkie sny, co? – pytam szeptem, brzmiącym jak syczenie. – Zaraz zobaczę, jak słodkie.
Przewracam go na plecy, a potem kucam przy jego wątłej klatce piersiowej. Oddycha ciężko, chrapliwie, jakby przeczuwał, co się zaraz stanie. Co musi się stać, niezależnie od tego, czy ma na to ochotę, czy też modlił się, by to nigdy nie nastąpiło.
Przykładam mu kciuki do skroni i wdzieram się w ocean niespokojnych snów.

niebo jak węgiel, bezgwiezdna noc, gęsta, przesiąknięta alkoholem i tytoniem ciemność. chwiejnym krokiem przemierza wąskie – oj, coraz węższe – alejki, mija drzewa wijące się niby gigantyczne węże, mija nieznajomych odwracających wzrok ze wstrętem, szuka domu. gdzie mieszka? czy w ogóle ma dom? kiedyś miał, ale wszystko stracił przez tamtą jędzę, zabrała pieniądze, przekabaciła dzieciaki i nastawiła wszystkich znajomych przeciwko niemu. oj, mógł dzisiaj wypić troszkę mniej, ale jak tylko pomyśli o tej wiedźmie, butelka sama się otwiera. duszno, gęstniejąca ciemność, noc bezgwiezdna, bezkresna, przechodnie i turyści dwoją się i troją, wąskie i śliskie alejki, drzewa jak kłody pod nogi, gdzie ten dom? nie ma i pewnie już nie będzie.

Spijam jego sen, chłonę wchłonięte przez niego procenty, marzenia i lęki. Napawam się nimi. Sam nie mogę śnić, to moje przekleństwo, ale mogę przynajmniej dać nura w sny innych, jak ryba w wodę.
Menel zaczyna charczeć, krztusi się i dławi. Jego powieki trzepocą nerwowo. W nieprzytomnym spojrzeniu iskrzy przerażenie.
– Kto…? – pyta, na ślepo młócąc pięściami, choć przecież musi się domyślać, że w ten sposób mnie nie powstrzyma.
– Dusiołek – wyjaśniam, mimo że on i tak nie zrozumie, a potem wbijam mu kolano prosto w miękką, podatną na urazy krtań.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: