polskie centrum bizarro

„Brzydsza” by Jarosław Turowski

In Opowiadania on Wrzesień 5, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZazdrość to rzecz straszna. Tak straszna, że wszyscy członkowie Niedobroliterkowej redakcji na samą myśl o niej spieprzają, gdzie pieprz rośnie. Albo gdzie raki zimują. Albo tam, gdzie lecą bociany. Mniejsza zresztą o to.

Jedynym penisem redakcji, który nie boi się zazdrości, jest Paskud. Ta menda zazdrości każdemu. Kaziowi łysiny, Karolowi włosów, Darkowi nosa, a Dawidowi tułowia. Ponoć kiedyś próbował pozbawić Krzyśka okularów, a Marka oka, żeby mieć dwa.

Nikt nie wie, do czego to może doprowadzić, ale jeśli wszystko ma się skończyć jak w opowiadaniu Jarosława Turowskiego, to miej nas Chłopie w swojej opiece…

h

 Brzydsza

h

Oglądała w lustrze swój nieforemny nochal i wiedziała, że nigdy nie zostanie niczyją pszczółką, kłębuszkiem, cipcią, czy jak tam jeszcze zwykł mówić ten pierdolony fagas do jej siostry. Myszką? Pipką? Rozgoryczona ścisnęła nozdrza i pociągnęła w dół, ale zabieg nie pomógł, a wręcz przeciwnie – teraz oczy (mongolskie już przecież w standardzie) zrobiły się jeszcze bardziej skośne i idiotyczne, a odstająca warga rozpłaszczyła się o górne zęby. Zęby krzywe i paskudne, jak cała Ula. Zawsze brzydsza. Wiecznie druga. Nigdy nie kochana. Ukryta w cieniu… chociaż cień to złe słowo – niewidzialna w blasku starszej o rok Eli; jebanego w dupsko cukiereczka, śliczności, laleczki! Tak, brzydsza. Właśnie tak i zawsze tak – całe zasrane życie!

Sycząc z gniewu, odpuściła nochalowi i z narastającym gniewem zdjęła bluzkę. Włosy popadły przez to w gorszy nieład, lecz to marna strata – tak wyniszczonym, rozdwojonym, połamanym i chujowym włosom nie pomogłaby i tak żadna fryzura. Chujowym – właśnie tak! Czasami czuła się, jakby nosiła na głowie łoniaki jakiegoś zawszonego lumpa.

Nie dziwiła się ludziom, że odwracali od niej wzrok z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Nie dziwiła się nic a nic. Sama ledwo mogła na siebie patrzeć i w ogóle cud, że lustro nie pękło jeszcze z odrazy. Jak można polubić takiego kogoś? Pasztet o takim pysku? Nijak! Kurwa, nijak! NIJAK!

Topless odsunęła się o dwa kroki od zwierciadła i złapała brutalnie za skórę wokół sutków. Tak, dokładnie – skórę. Bo żadnych piersi tam nie było, normalnie żal, kiła i mogiła! Spoceni robotnicy, reperujący asfalt koło szkoły, mają większe cycki niż ona! Więc jak niby miałaby kogokolwiek podniecić? Zapragnęła wrzeszczeć, ale tylko gryzła się w wargi. Jak zwykle. Przypominały już od tego nawyku zabawkę zużytą przez ząbkujące szczenięta, ale co z tego – one i tak nie będą nigdy całowane… Usta ślicznej siostruni, pierdolonej Elusi, owszem, ale usta Uli? O nie, nigdy! NIGDY

Czasem wydawało jej się, że nawet gdyby zaproponowała obciąganie druta któremuś z bezdomnych pijaków spod dworca, to ten spojrzałby z politowaniem na jej paskudną gębę i puścił pawia na samą myśl, że coś tak szkaradnego mogłoby łasić się do jego fiuta. Bywały dni, że nabierała nieodpartej wręcz pokusy, by wypróbować tą teorię. Sprawdzić, jak bardzo jest brzydsza… brzydsza nie tylko od siostrzyczki, brzydsza od wszystkiego, co pełza, ślimaczy się i wije po tym świecie. Brzydsza od kupy kundla? Pewnie tak, pewnie znaleźliby się i tacy desperaci, którzy pakowaliby kutasy w psie gówna. Koprofile? Jakoś tak… Tak, tak, tak – coś zagrzebanego głęboko w mózgu dziewczyny, może najgłębiej, gdzieś tam u fundamentu jej odrażającego istnienia wyło ku niebiosom, że TAK! Nawet odpady zwierzęcej przemiany materii musiały być posuwane w tej chwili gdzieś na świecie, a ona? Ona dalej niewyruchana, chociaż młodość przemija, odchodzi nieuchronnie. Pasztet… Ryj. Brzydsza!

Dała spokój sutkom i złapała za fałdę sadła rozlewającego się pod pępkiem. Wbiła paznokcie, pogłębiając dawniejsze ślady, z trudem powstrzymując żądzę, by upuścić krwi z odrażającego bebecha. Jeszcze kilka miesięcy bezsennych nocy, kiedy słucha jak za ścianą fagas posuwa siostrzyczkę, a ta jęczy niby niewydarzona kandydatka na gwiazdę porno; jeszcze trochę takich rozwlekłych w nieskończoność godzin, kiedy opycha się ciastem, rozmazując krem po policzkach – krem czekoladowy, zmieszany ze łzami zazdrości, odrazy do samej siebie, niepojętego głodu; pochodzącego może bardziej z serca niż z miejsca między nogami – jeszcze parę kilogramów, a ten bańdzioch: torba bladej skóry, wypełniona półpłynnym salcesonem, zasłoni jej niewydymaną piczkę i wtedy już na pewno nikt jej nie pokocha! Nikt! Nigdy! Pies z kulawą nogą nie odtrąciłby pyskiem tego mięsistego flaka, by poużywać sobie w jej szparce, a co tu mówić, czy marzyć, o jakiejkolwiek miłości, ludzkiej, normalnej albo nawet byle jakiej. To nie dla niej. Dla siostruni, pierdolonego kurwiszona zza ściany – tak, owszem, ale nie dla Uli, O NIE!

By rytuałowi stało się zadość, powinna jeszcze odkręcić się, żeby zlustrować odbicie koślawego, jakby zbitego z paru patyków tyłka, lecz zbrakło jej sił, więc po prostu nałożyła bluzeczkę, otarła łzy i wyszła z łazienki, po drodze spuszczając przemoczone chusteczki w kiblu. Zejdzie do kuchni po ciasto, a potem powlecze się ze spuszczonym depresyjnie łbem do sypialni, by tam tkwić bez ruchu na skraju łóżka, z łyżką w garści gapić się na czekoladowy smakołyk i czekać na sygnał do ataku – czekać, aż siostrzyczka i fagas wparują do pokoju obok, stękając, mlaszcząc i posapując, pozbędą się ubrań niby jakieś ludzkie tornado, wreszcie gruchną na materac, sprężyny zaczną jęczeć, w tę i nazad, w tę i nazad, i znienawidzona Elka też zacznie jęczeć, cipcia, kakałko, lodzik, i w tę i nazad, i w tę i nazad – a wtedy Ula wreszcie zatopi się w czekoladowym szaleństwie, połykając kaloryczne bomby raz za razem, wyjąc bezgłośnie jak pobity zwierz… Tak bardzo zazdrościła siostrze – pierdolonego fagasa, pierdolonych jęków, pierdolonej urody, pierdolonego wszystkiego. Tego, że choć raz, już po wszystkim, fagas wycharczy jej do ucha „kocham cię”. Tego zazdrościła jej najbardziej, choćby nawet fagas kłamał, śmiejąc się w duchu z naiwności Elki, to i tak chciałaby być na jej miejscu. Choć raz, jeden jedyny, być… kimś!

Ale była nikim, jebanym zerem. Wiedziało o tym nawet ciasto, uciekające w przepełnionych odrazą podskokach spomiędzy jej drżących konwulsyjnie, poharatanych ust. Była i będzie brzydsza. Na zawsze!

Czekoladowy krem zalepiał gardło Uli, a sprężyny skrzypiały zza ściany w akompaniamencie jęków jej pięknej siostry…

W tę i nazad…

W tę i nazad…

Świeżo po ukończeniu studiów Zuzanna kochała swoją pracę, czuła się potrzebna i pomocna. Czuła misję. Misję przez wielkie „M”. Z czasem znienawidziła tę robotę z całego serca. Pech chciał, że zawsze trafiała na gówniane sprawy albo to one trafiały na nią, a kobieca intuicja, poparta kilkuletnim doświadczeniem w podobnych przypadkach, podpowiadała, że obecna „sprawa” będzie najbardziej gówniana ze wszystkich, jakie kiedykolwiek prowadziła…

Patrzyła przez weneckie lustro na przytulny, kolorowy pokoik i ściskała w ciągle drżących dłoniach akta, doprawione makabrycznymi fotografiami.

Dziesięcioletnia dziewczynka. Śliczna dziewczynka o buzi aniołka, zajadająca właśnie z zapałem czekoladowe ciasto, jakby nic się nie stało.

Zamordowała własną, o rok starszą siostrę, zaszlachtowała ją z zimną krwią, jak prosię w rzeźni.

– To niedorzeczne – szepnęła, nie odrywając wzroku od Ulki. Musiała wypowiedzieć to na głos, bo myśl była zbyt natarczywa (brudna i ostra jak zardzewiała piła) by utrzymać ją w umyśle.

– Niedorzeczne jest to, co ta mała wie – odezwał się gliniarz. Również głęboko zaszokowany i również niepotrafiący oderwać wzroku od małej.

– Wie? – spytała Zuzanna, automatycznie, właściwie nie zastanawiając się nad sensem wypowiedzianych słów.

– Wie o wszystkim i rozumie wszystko. Wie o rzeczach, które mi – staremu bykowi – z trudem przechodzą przez myśl…

– Przestań…

Cisza, puste spojrzenia dwojga dorosłych.

– Jak coś takiego miało prawo w ogóle się stać?

W całej traumie, policjant nie przyswoił, że było to pytanie retoryczne i odpowiedział, a słowa, choć makabryczne, brzmiały w jego ustach beznamiętnie, jakby czytał na głos program telewizyjny:

– Ojciec wprowadził jedną z córek w kazirodczy związek. Miał pewną przeszłość kryminalną, małe sprawy, głównie bijatyki. Czterdziestolatek, zawodowe wykształcenie, pełny etat na taśmie produkcyjnej, bez nałogów. Molestowana dziewczyna miała jedenaście lat. Młodsza o rok siostra wiedziała o całym procederze… Trwało to zresztą szmat czasu, może od czasów przedszkolnych dziewczynek.

– Nie wciśniesz mi, że zabiła z zazdrości…?

– Tak to wygląda. Tak to właśnie wygląda. Jakby całe życie czuła się brzydsza…

Ula wylizała łyżeczkę z resztek czekoladowego kremu i zainteresowała się porozrzucanymi po pokoju miśkami. Rozumiała, że Elka jest w niebie i dobrze jej tam. Kurwiszonom przecież zawsze jest lepiej, nie? Ciekawe, co zrobi teraz pierdolony fagas? Co będzie ciupciał? No i kiedy wreszcie wypuszczą ją z tego kojca dla maluchów?

h
h
Advertisements
  1. Good read. Zwłaszcza na nocnej zmianie ;).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: