polskie centrum bizarro

„Dzień ojca” by Daniel Podolak

In Opowiadania on Wrzesień 16, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtOjciec to jednak ojciec. Trzeba niemniej przyznać, że ojcowie bywają różni. Sporo takich do rany przyłóż, ale jak ktoś źle trafi… cóż, nie zazdrościmy. Ojciec Paskuda, na ten przykład, niby całe życie taki równy gość, a jak już poszedł do domu starości, to wyciągnęła go stamtąd policja. Nie obyczajowa ani polityczna, co by mogło być jeszcze chlubą, czy przynajmniej uroczo punkowym sztafażem, ale taka normalna.

Okazało się, że tatuś naszego Paskudnego od wielu lat szmuglował nielegalnie, a nawet nienaturalnie wombaty ze słonecznej, gościnnej mimo mnogości niebezpiecznych stworzeń Australii. Tak w biały dzień! Po co komu wombaty? Kto wie, ale ojciec Paskuda smaży się za to w piekle. Na przepracowanym oleju silnikowym.

Żarty żartami, jednak znacznie poważniejsze dylematy związane z ojcami ma nam dzisiaj do przedstawienia Daniel Podolak

h

Dzień Ojca

h

– Krew ci z ucha leci! – wrzasnął ojciec podczas kolacji. Staruszek wydął wargi i wybałuszył wielkie niebieskie oczy tak, jak to zwykle robi, kiedy wpada w złość. Dziś na szczęście nie był zły, jedynie lekko podkurwiony.
– Że co? – odpowiedziałem, nie do końca rozumiejąc co do mnie mówi.
– No krew ci leci, głuchy jesteś?! Idź do łazienki i doprowadź się do porządku!

Wstałem od stołu, powłóczywszy nogami. Dopiero teraz w pełni poczułem zmęczenie, które nagromadziło się we mnie przez cały dzień w pracy.
W domu mieszkaliśmy sami we dwóch. Matka opuściła nas, gdy miałem trzynaście lat. Z przyczyn zdrowotnych, jak tłumaczył mi tata. Podobno na jej pogrzebie nie uronił ani jednej łzy, nawet nie załkał. Dacie wiarę? Taki z niego twardziel. No, ale tak mówili ludzie, ja nie pamiętam. Na co zmarła? Lekarz twierdził, że na skutek silnego uderzenia w głowę. Ojciec nigdy o tym nie wspomina. Ilekroć pytam go o mamę, wścieka się, zaciskając dłonie w pięści. Nie chcę mu sprawiać przykrości, więc zostawiam ten temat. Mówię mu, że go kocham i wszystko będzie dobrze, tulę go mocno, a on cały drży. Czuję wtedy na policzku wilgoć. To stary płacze jak bóbr, trzęsąc się spazmatycznie, jakby miał się za chwilę zapaść w tym swoim naznaczonym ciemnymi plamkami i wielkimi żyłami ciele. Później zasypia.
Od zawsze zamknięty w sobie, tata mało mówił i dużo palił. Zawsze martwił się pracą i moją przyszłością, ściślej rzecz biorąc edukacją, na którą nie miał pieniędzy. Ojciec z wykształcenia był mechanikiem, fizyczną robotą parał się od młodego. Zawsze wbijał mi do głowy, że bez solidnego wykształcenia skończę jak kulawy pies na bruku, którego skamlenie świat ma głęboko w dupie. Bał się okropnie, że będę klepał biedę jak on.
Rok temu tata zaczął pić i wtedy zrobiło się jeszcze gorzej.
Nie, tatko nigdy mnie nie uderzył! To zadrapanie, nic wielkiego. Zawsze byłem nieuważnym chłopcem, to i tacy łatwiej się kaleczą. Tak powtarzał tata. No dobrze, raz. Jeden, jedyny raz podniósł na mnie rękę, jak mamę kocham! Ale mama już tego nie pamięta, bo pamięć kruszy się w ziemi na drobne kawałeczki. No to dał mi przez łeb. Tylko raz, jak bum cyk cyk. On mnie bardzo kocha i wie, że ja go również. To małe skaleczenie, pokrwawi i przestanie, tata się nie martwi. No już, widzi? Do wesela się zagoi, nawet nie boli. Kocham tatę.
W łazience straszy mnie z lustra własne odbicie. Blada, niezdrowa cera kolorem przypomina bardziej blat do pizzy niż ludzką skórę, oczy mam przekrwione, źrenice rozszerzone jak u wiernego fifce ćpuna. Na nieskazitelnie białym kamieniu umywalki ląduje kilka czerwonych kropelek. Przemywam skroń pod ciepłym strumieniem, nie zapominając wytrzeć krawędzi toaletki. Powtarzam czynność kilkakrotnie. To silniejsze ode mnie. Poza tym ojciec lubi, gdy jest czysto i schludnie. Przyglądam się, jak zabarwiona juchą woda ginie w odpływie razem z moim apetytem. Czuję jak powieki robią się coraz bardziej ołowiane. Ciążą tak przyjemnie, że postanawiam je przymknąć, ale jedynie na moment. Tak, aby zapomnieć. Przestać myśleć i móc oderwać się od siebie.

Tylko na mały

drobny

mooom

e ee

Ocknąłem się późnym wieczorem, z kiszkami grającymi w rytmie niekończącego się techno seta. W tym samym momencie stawy odmówiły mi posłuszeństwa. Przysiadłem, pozwalając odpocząć trzęsącym się w epileptycznych drgawkach kolanom i spostrzegłem, że pokój zrobił się jakby nieco ciemniejszy i ciaśniejszy. Zapach zgnilizny i duchoty drażnił nos do tego stopnia, że aż zakręciło mi się przed oczami. Zwymiotowałem pod nogi, barwiąc szary wełniany dywanik żółcią.
– Tato! – zawołałem, ale odpowiedziała mi jedynie dojmująca cisza.
Chwyciłem się za brodę i popadłem w odrętwienie. Nie wiem ile to trwało i czy w ogóle się skończyło, bo mimo wszystko czułem jakbym się wcale nie obudził, wciąż próbując rozerwać oplatającą mnie pajęczynę snu, lecz bezskutecznie. Na końcu korytarza stała wielka lustrzana szafa na domowe klamoty. W szklanej tafli ujrzałem zaniepokojone oblicze taty. Trzymał się za brodę roztrzęsionymi i ubrudzonymi krwią dłońmi, w przestrachu rozglądając się po mieszkaniu. Wcale się nie cieszył, że mnie widzi, bynajmniej. Zamiast tego łapał się za włosy, wyrywając garść za garścią.
– Tato? – zapytałem przerażony. – Co tacie?
Ojciec nic nie odpowiadał, jedynie jego wrzask przechodził w coraz głębsze, gardłowe rzężenie.
Wkrótce nadbiegli sąsiedzi. Równie bladzi i przerażeni, jak i ojciec. Wszyscy wpatrywali się w jeden punkt, mamrocząc coś pod nosem. Jakaś kobieta wykonała rękoma znak krzyża,zaś nieco młodszy facet o nienagannie ogolonej facjacie zakrył usta, starając się powstrzymać wymioty.
Zmieszałem się strasznie, bo nie wiedziałem co się takiego stało. Obserwując to absurdalne zajście, czułem jedynie nieprzyjemne pieczenie wokół głowy i okropny ból, tam na samym dole, obok serca. Spojrzałem pod nogi i ujrzałem martwe ciało. Moje ciało. Przy prawym uchu widniała rana, z której sączyła się ogromna ilość krwi, formując nad moją głową krwawą aureolę. Pokój wypełniał fetor rozkładu, jakbym leżał tam co najmniej od tygodnia. Byłem martwy, lecz przecież żywy. Machałem dłońmi, oddychałem i płakałem. Stałem przed nimi, dostrzegając jak ich przepełnione nienawiścią i obrzydzeniem spojrzenia tną mnie na kawałeczki…
Teraz siedzę w białych ścianach i boję się bardzo, bo wszędzie widzę tatę. To znaczy widzę go w lustrze i ludzkich oczach. Dotykając czule palcami jego odbicia, szepczę mu:

KOCHAM CIĘ, TATO

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: