polskie centrum bizarro

Dzień bez samochodów

In Akcje Literackie, Opowiadania on 22 września, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDłuższą chwilę nie mieliśmy tematycznych aktualek – a to niedobrze, bo generalnie tematów w przestrzeni krąży dużo i warto się do nich ustosunkować, nawet jeżeli nie ma się na ich, nomen omen, temat do powiedzenia nic podobnego do zdrowo pojmowanej, zdrowej psychicznie wypowiedzi. Najęliśmy więc Paskudnego, by zlukał w swej księdze świąt mniej (częściej) lub bardziej (rzadziej) sensownych świąt jakąś okazję, żebyśmy mogli wylać z siebie tę całą nagromadzoną wenę.

Na szczęście okazje akurat mają to do siebie, że zazwyczaj znajdują się same.

A zatem dziś, z okazji Międzynarodowego Dnia bez Samochodów, postanowiliśmy uraczyć was kilkoma tekstami, w których różnego rodzaju kołowce wiodą prym, a w każdym razie są mocno (nie)obecne. Na pierwszy ogień idzie opowiadanie Juliusza Wojciechowicza, następne w kolejności są teksty Zeter Zelke, Darka Kuchniaka, Bartosza Czartoryskiego, Onibe vel Dariusza Barczewskiego i Kazimierza Kyrcza Jr. Całość okrasi niekoniecznie tematyczna, ale na pewno wysoce klimatyczna grafika Michała Danielewicza. Endżoj!

h

Juliusz Wojciechowicz
Trans(fat)former

h

Jestem człowiekiem, który nade wszystko ceni sobie wszelkie społeczne akcje, zwłaszcza te o wydźwięku międzynarodowym. Z niecierpliwością oczekiwałem nadejścia „Dnia bez samochodu”. Bardzo lubię akurat ten „Dzień bez…”, ponieważ nie wymaga ode mnie specjalnych wyrzeczeń osobistych (auta nie posiadam). Co nie znaczy, że się mniej angażuję. Największych zmartwień i poświęceń zawsze przysparza mi dzionek bez papierosa. Wtedy naprawdę cierpię w imię wyższego dobra. Skręcam się od nikotynowego głodu przez calutką dobę. Płaczę, wyję, rzucam talerzami, ale wytrzymuję. Tak trzeba. Natomiast kiedy nadchodzi kalendarzowa konieczność przetrwania dwudziestu czterech godzin bez wsparcia samochodu, to, choć sam radzę sobie bez spalinowego blaszaka doskonale przez okrągły rok, czuję się zobowiązany dopilnować innych, mniej wytrzymałych na syndrom odstawienia obywateli. W tym roku wziąłem sobie za cel niereformowalną w tym względzie sąsiadkę z parteru.
Grube to jest babsko, opasłe, leniwe i bezczelnie brzydkie. Zawsze parkuje terenową Toyotę tuż pod oknami, niszcząc przy okazji resztki terenu zielonego. Byle bliżej domu. Wytacza się z notorycznie przekrzywionego na lewą stronę auta i taszczy zakupy do swojej jaskini obżarstwa. Jeździ wszędzie, gdzie tylko pozwalają na to przepisy bądź infrastruktura miejska. Najczęściej jednak do oddalonej zaledwie o dwieście metrów Biedronki. Doskonale zdawałem sobie sprawę z faktu, że leniwemu tłuściochowi nawet przez myśl nie przejdzie uszanować coroczne święto. Calutką noc spędziłem pod nieszczęsną Toyotą, wspinając się na prawdziwe wyżyny kreatywności w definitywnym unieruchomieniu pojazdu. W szpary między drzwiami nawciskałem hektolitry butaprenu, spuściłem paliwo wprost do studzienki ściekowej, pozbawiłem powietrza wszystkie cztery opony, wyciąłem środkową część układu wydechowego, wyrwałem nawet cięgiełko obsługujące skrzynię biegów. Zrobiłem wszystko, co tylko mogłem, a na co pozwalały mi okoliczności nieposiadania kluczyków do pojazdu.
Z niecierpliwością czekałem na rozwój sytuacji, przyklejony od wczesnych godzin rannych do szyby w drzwiach balkonowych. W końcu kula tłuszczu wyturlała się z klatki schodowej, bardziej sunąc niż idąc w stronę stuningowanej przeze mnie Toyoty. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu opasły babsztyl nawet nie zerknął w kierunku auta. Czyżby zamierzała pokonać drogę do Biedry pieszo? Niemal odczuwałem wyrzuty sumienia.
I wtedy baba pogmerała w kieszeni różowych, rozciągniętych do rozmiaru żagla dresów i wygrzebała coś, co do złudzenia przypominało kluczyk do samochodu z przypiętym firmowym breloczkiem. Uniosła – a raczej niezgrabnie dźwignęła – lewą pierś o gabarytach średnio wyrośniętego prosiaka, wraziła kluczyk w gniazdo ukryte gdzieś poniżej i… odpaliła – bo inaczej tego nazwać nie można. Buchnęły kłęby siwego dymu z okolic końcowego odcinka jelita grubego, z mięsistych ust wydobył się warkot typowy dla amerykańskich krążowników V8. Zatkało mnie z wrażenia; poczucie poniesionej porażki nasiliło się chwilę później, gdy tłusta hetera przyjęła pozycję sfinksa, a z jej łokci i kolan zaczęły formować się kule sadła, przyjmując w końcu wzorcowy kształt szerokobieżnikowych opon.
Z piskiem ruszyła z miejsca, zgrabnie weszła w kontrolowany poślizg, driftując jak prawdziwy zawodowiec. Ewidentnie dysponowała napędem na tylną oś.
Z prawdziwą tęsknotą spojrzałem na wiszące w rogu pokoju policyjne kolczatki. Gdybym tylko był bardziej przewidujący…
Zawsze jednak pozostaje nadzieja. Wszak „Międzynarodowy dzień bez samochodu” ma charakter cykliczny. Obiecuję solennie, że w przyszłym roku bardziej kreatywnie i z większą rozwagą podejdę do tematu.

h

Zeter Zelke
Nawiedzony

h

– Druga połowa września…
Pacjenci zgromadzeni wokół wieloletniego bywalca zamienili się w słuch; zarówno ci, którzy słyszeli tę opowieść wielokrotnie, jak i ci, którzy mieli usłyszeć ją po raz pierwszy.
– Jechaliśmy na jarmark do Korytka, ja i Gonzo. Młody byłem, ekstremalny, pragnąłem wrażeń. I tak pojechaliśmy przez zapomniany cmentarz.
Zapadła cisza. Cisza tak głęboka, że dało się słyszeć grzechotanie tabletek odmierzanych przez pielęgniarkę w osobnym pomieszczeniu. Długoletni bywalec spojrzał przez okno, zerkając w stronę solidnego muru z czerwonej cegły, który odgradzał ich od świata zewnętrznego.
– Było wtedy głośno o tym seryjnym mordercy. Nazywali go Rajdowcem, bo zwykł rozjeżdżać swoje ofiary na miazgę. Podobno policja ciągle go szuka. Próbowałem im powiedzieć, że Rajdowca nie da się schwytać, bo nie jest człowiekiem. To upiór. Ale mi nie uwierzyli…

h

***

h

Szymon wjechał na opustoszałą drogę do Korytka z pieśnią zwycięstwa w duszy. Gonzo, niemal roczny Triumph Bonneville SE, wyrwał do przodu. Nieczęsto mieli okazję rozpędzić się do dwustu kilometrów na godzinę. Dosięgali już sto dwudziestki, gdy Szymon odnotował jakiś ruch na szosie. Zwolnił, by przekonać się, że to fałszywy alarm. Wtem zauważył cienką nić dróżki, odbijającą w prawo, gdzie rozciągała się nieciekawa równina porośnięta wrzosem. W tym miejscu nie było nic szczególnego, nic co usprawiedliwiałoby powstanie ścieżki. I właśnie dlatego zaintrygowany Szymek skręcił.
Dróżka urywała się w sercu fioletowej niziny, tu i ówdzie zmąconej wypukłością kopca. To musiały być groby, o których wspominała babcia Klementyna. Ponoć kiedyś istniało tu cmentarzysko, początkami sięgające schyłku wczesnego średniowiecza. Znajomy nauczyciel historii potwierdził, że drzewiej stoczono tu sporo bitew. Według babci władcy ówczesnego Królestwa Polskiego w tajemnicy przed chrześcijańskim klerem korzystali z usług magów oraz czarownic, zaś wrzosowisko było jedynym miejscem w kraju, gdzie kazali ich chować. Jakkolwiek było naprawdę, po grobach nie pozostało wiele więcej nad kilka wypukłości w terenie.
Szymon wziął głębszy oddech, mierząc rozległe pustacie wzrokiem. Może nie rozpędzi Gonzo do jego maksymalnych możliwości, ale urządzi sobie dziki rajd po bezkresnym morzu fioletu. Motor ryknął i skoczył do przodu. Szymon rozkoszował się wyboistą jazdą, czuł wiatr we włosach i dotyk słońca na twarzy, gdy nagle do warkotu silnika dołączył tętent kopyt. Ku swojemu oszołomieniu zobaczył karego konia, pędzącego prosto na niego. Wierzchowiec miał czerwone oczy, z nozdrzy szedł mu dym, a na domiar wszystkiego, wydawał się… transparentny. Jeszcze straszniejszy od piekielnego rumaka był jego jeździec – cały obleczony w dymiącą czerń, tak że dało się rozpoznać tylko barczystą sylwetkę oraz równie gorejące oczy.
Szymon zaczął hamować, ciągnąc za sobą warkocz kurzu, kolizja jednak była nieunikniona. Krzyknął, zacisnął powieki, odruchowo zasłaniając twarz ramieniem. Czekał, aż zostanie wyrzucony w powietrze. Kiedy nic takiego nie nastąpiło, odemknął niepewnie jedno oko. Brak śladu jeźdźca przed nim, brak śladu za nim. Równina była spokojna jak nigdy, ciszę zakłócało jedynie brzęczenie owadów oraz śpiew ptaków. Wtedy pomyślał o cmentarzysku i ciarki przeszły mu po plecach.
– Spadamy stąd, Gonzo – szepnął, po czym pobladł.
Gonzo potoczył się do przodu, chociaż Szymon nie zdążył odpalić silnika. Silnik odpalił się sam. Mało tego, Bonneville samodzielnie wybrał kierunek i ruszył, dobierając prędkość odpowiednią na tyle, by nie zgubić swojego pana. Ten zaś mógł tylko trzymać się mocno kierownicy, szczękać zębami, oblewać zimnym potem i zastanawiać, co do diabła się działo!
Triumph pruł przez wrzosy, jakby doskonale wiedział czego szuka. Szymon próbował powstrzymać maszynę, hamować, zmieniać kierunek jazdy, cholera – rozważał nawet wyskoczenie z siodła na złamanie karku, ale nic z tego. Niewidzialna siła trzymała go przy motocyklu, który żył własnym życiem i pędził przed siebie, gnany jakąś niepojętą potrzebą. Wkrótce motocyklista zobaczył samotnego człowieka przemierzającego skraj wrzosowiska – zapewne mieszkańca pobliskiej wsi. Bonneville też go zauważył i dodał gazu. W głowie Szymona zaczęło krystalizować się podejrzenie, w jego sercu kiełkowała panika, w uszach zadźwięczał upiorny, złowrogi śmiech.
Spacerowicz nie przypuszczał, że pozostało mu kilka sekund życia. Przedświt tej myśli narodził się z chwilą, gdy obejrzał się za siebie, by sprawdzić co robi tyle hałasu. Masywny, czarny motor pędził przez wrzosowisko w jego stronę. Kierowca spozierał oczami czerwonymi jak u diabła, na jego twarzy zaś malowała się mieszanina determinacji, złej woli, ale także strachu. Nie dano spacerowiczowi zbyt wiele czasu do namysłu: Triumph uderzył w niego, odrzucił do przodu, następnie przejechał kilkanaście razy po obalonym ciele – do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu. Kości gruchotały, mięśnie, krew oraz skóra zmieszały się ze sobą i przeobraziły w organiczną, stygnącą papkę. Bonneville dokonywał profanacji, wgniatał ciało w ziemię, dopóki nie pozostała z niego bezkształtna plama. Dopiero wtedy zawrócił i odjechał skąd przybył.
Szymon do końca życia zapamiętał każdy szczegół zdarzenia, każdy chrzęst łamanej kości i mlaskanie tkanki pod oponami. Ale przede wszystkim pamiętał swoją bezsilność, zupełnie jakby moc potężniejsza od jego woli zamieniła go w niemego obserwatora, kazała patrzeć oraz doświadczać, by nie uronił ani kropelki. Na domiar złego dobrze wiedział z czym powiązać ostateczny kształt, w jakim zostawili anonimowego spacerowicza. Dokładnie w taki sposób zabijał Rajdowiec.

h

***

h

– Poszedłem na policję. – Długoletni bywalec zwiesił głowę, by kontynuować już spokojniej: – Przyznałem się do winy, nawet udostępniłem Gonzo technikom. Niczego nie znaleźli; najmniejszego wgniecenia w karoserii, ani kropli krwi na oponach. Opowiedziałem o demonicznym jeźdźcu oraz o jego piekielnym wierzchowcu. Opowiedziałem, że jeden nawiedził mnie, a drugi Gonzo. Zamiast wysłać na to przeklęte wrzosowisko jakichś jajogłowych czy choćby egzorcystę, zamknęli mnie tutaj.
Pacjenci zakładu psychiatrycznego milczeli w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Długoletni bywalec nie zawiódł ich nadziei:
– Ale wiecie, co jest najgorsze? – Podniósł wzrok na słuchaczy, a jego oczy przybrały czerwony kolor. – Rajdowiec wciąż tam jest. Gdy już raz posiądzie czyjąś duszę, taka osoba będzie zawsze posłuszna jego woli!
Pacjenci zaczęli się rozchodzić, bóg jeden raczył wiedzieć z jakimi konkluzjami po wysłuchaniu tej historii. Szymon zaś przyłożył pięści do skroni, usiłując odegnać śmiech; ten złowrogi śmiech, który brzmiał tylko w jego uszach. Już zdążył się zorientować, że za każdym razem gdy go słyszał, Rajdowiec i jego piekielny rumak właśnie spoglądali na kolejną ofiarę oczyma kolejnego pechowca. Tylko niekiedy zachodził w głowę co się stało, że słuch o nieuchwytnym mordercy zaginął. Po anonimowym spacerowiczu media doniosły jeszcze o dwóch podobnych przypadkach, potem nastała cisza. Demon z wrzosowiska wciąż krążył po kraju i zabijał, ale nikt nie odnajdował kolejnych zwłok. Co się z nimi działo?
Szymon nie chciał wiedzieć, lecz przeczuwał, że pewnego dnia dowie się wszystkiego – z najdrobniejszymi szczegółami.

 

h

Darek Kuchniak
Wiosna nie ma lekko

h

Starłem się dzisiaj z metaforą w pojedynku na gołe łydki i poniosłem sromotną klęskę. Moja pogromczyni wymusiła na mnie, abym zajrzał do jej magicznej kuli. Zobaczyłem tam wiosnę przemierzającą polskie drogi kręte. Na furmance, rzecz jasna. Pora roku nie wyglądała najlepiej. Biedna i zziębnięta, otulona jakby wstęgą miedzą, co nieco mnie zaskoczyło, gdyż każdy wie, że szalik jest dużo łatwiejszy w eksploatacji. Jej pojazd całą energię kinetyczną czerpał z konia o skandalicznej reputacji i kondycji. Szkapa co chwila sięgała do piersiówki ukrytej w chomącie. Nieświeży wzrok dowodził, iż w tej czynności nabrała niebywałej wprawy.
Gorzej z chodzeniem. Tu znaczących sukcesów nie odnotowała. Co z tego, że nie ma notesu, nic jej nie usprawiedliwia. Tyle promocji w supermarketach.
Mało tego, główna dyrekcja od dróg pierwszego odśnieżania wywaliła firmę budującą odcinek autostrady A1. Pożegnała ją sakramentalnym spierd…j (gdybym użył wulgaryzmu w całej krasie, mógłbym doznać artystycznego uniesienia, a na to nie jestem mentalnie gotowy) i teraz wiosna musi wytyczyć nową trasę. W czym wszyscy zziębnięci Polacy winni jej kibicować. Istnieje jednak realne niebezpieczeństwo, że wiosna dotrze do nas z kilkumiesięcznym poślizgiem.
Tak skończyła się moja dzisiejsza konfrontacja z metaforą. I dlatego wolę onomatopeję.

h

Schabat

h

Bartosz Czartoryski
Autostopem przez piekło

h

Ach, gdzie się podziały tamte naprawy! Ryk silników, zapach smaru, olej napędowy lejący się litrami! Wszystkie te świeżo polakierowane ślicznotki, pełne baki, spaliny w powietrzu! Na łańcuchach podnosić musieli ten kawał metalu, który nosiłem dumnie pod maską, ileż to ważyło! Każdy garaż chciał mnie gościć, każdy Joe Mechanik marzył, by swoimi utytłanymi łapskami przykręcić mi śrubę, wkręcić nową świecę.
A mój kierowca… Stare, dobre czasy, kochane lata osiemdziesiąte!
Ze strachem patrzyłem w XXI wiek, widząc jak nowe modele opuszczają fabryki ze swoimi pieprzonymi postmodernistycznymi „dizajnami”, poduszkami powietrznymi, ekologicznymi systemami odprowadzania spalin!
Samochód to twierdza, ot co!
Gruba blacha, kłęby dymu wypluwane, wyrzygiwane wręcz, z rury wydechowej!
Wyrzućcie tłumiki, palcie gumy na rozgrzanym asfalcie, niech od smrodu rozboli ich głowa! Gogusie w błyszczących kabrioletach, to oni wszystkiemu winni. I te ich sportowe wozy. Nie to co mój Sammy!
Sentymentalny się robię, tyle lat na szrocie. Nie jeździłem całe wieki. Korozja mnie zżera, opony popękane. Dwadzieścia kilka lat temu to się działo!
Ja i Sam, Sam i ja.
Nie jak ten bubek, jak mu tam, Arnie. I ta jego Christine, oni nie wiedzieli, co to znaczy zabawa! Kisili się w mieście, zamiast ruszyć na sześćdziesiątkę szóstkę, jechać, jechać i jechać! Nie zdawali sobie sprawy jakie to uczucie po udanym „zjeździe” (jak mawiał Sam) wjechać do garażu, widzieć jak Sammy rzuca zwitek banknotów na podłogę, w zamian za który Joe, Jim, Jake czy inny Jack (czemu wszyscy mechanicy mają imiona na „J”?) wyklepie moją blachę, sprawdzi olej, wymieni zderzak. Nikt nie liczył napraw ni lat, kochałem ten szum wokół mnie! Tak, uzależniony byłem od tych ciągłych wizyt.
A Sam? On miał inną pasję.
Co mi szkodzi. Jeśli chcecie posłuchać, słuchajcie…

h

***

h

Nie pamiętam dnia, kiedy zszedłem z taśmy w fabryce Forda. Moje pierwsze wspomnienie to słońce odbijające się w przedniej szybie, aż błyszczałem nowością! Szczęścia jednak nie miałem. Kupili mnie jacyś nuworysze. Dla syna na urodziny.
Tak na marginesie – cholerny pryszczatek.
A sprzedawca aż szczerzył zęby, że wpadnie mu prowizja, tanio przecież nie było, ledwo co rodzinną fabrykę opuściłem.
Zabrali mnie więc na przedmieścia, stary cap nawet pedału gazu nie umiał dobrze docisnąć. Przeczekałem kilka dni w garażu. Synalek nie miał tam wstępu, by nie zobaczył przedwcześnie swojego prezentu – mnie! Przystrojony jak choinka w tasiemki i baloniki, stałem bez ruchu, wściekły. Nowiutki silnik chciał wyć, ryczeć na bezdrożach Ameryki! A ten palant, gdy już wreszcie wsiadł do środka? Ledwo co do szkoły potrafił dojechać, po drodze kosząc wszystkie kubły na śmieci.
Właśnie wtedy pokochałem naprawy.
Wizyty w dusznym od papierosowego dymu warsztacie stały się dla mnie gorąco wyczekiwanymi chwilami. Klepanie zderzaka, nakładanie lakieru. Delikatne acz mocne ręce mechaników dociskały wkrętarkę. Każdego ranka miałem nadzieję, że młody nie przyjdzie, że sczezł.
Pojawiał się jednak kilka minut po tym, jak podniosły się drzwi warsztatowego garażu.
Syf na tapicerce, kubki z fast foodów na podłodze, brudne szyby – taki los gotował mi pryszczaty.
Do pewnego dnia.
Dnia moich prawdziwych narodzin.

h

***

h

Wiele samochodów nie zdaje sobie sprawy, że posiadają władzę nad sobą. Ba, mam wrażenie, że lwia część aut nie ma nawet świadomości.
Kontrolę nad własnym „ja”, tę fizyczną, bo umysłową miałem od samego początku, nabyłem w noc balu maturalnego roku 1982. Wtedy Danny, tfu, Daniel (Danielek-chujelek, Daniasek-kutasek), przecież kumplami nie byliśmy, prowadził wyjątkowo idiotycznie. Czułem się jak dziwka prowadzona przez osiemnastoletniego alfonsa, który chce poświecić jajami przy innych kurwach siedzącym na tylnym siedzeniu.
Przyznam, że nawet na swój sposób mi zaimponował.
Z jego facjaty pokrytej świeżo wyciśniętymi wągrami nie dało się wyczytać żadnego potencjału randkowego.
A tu dwie grube dupy na mojej tapicerce.
Aż się we mnie gotowało, głupie pindy nie potrafiły nawet piwa nie rozlewać, a tamtej cipie za kierownicą do śmiechu było cały czas, nie wiedzieć czemu.
Brak szacunku dla auta.
Pewnie myślał tylko o swojej pompie olejowej.
W każdym razie kipiałem ze złości. Myślałem tylko o tym, by docisnąć ten pedał gazu i wpakować się na ścianę. Zacisnąłem reflektory i… cholera, zadziałało! Poczułem radosne tarcie gumy o asfalt i wiatr w bocznych lusterkach! Uderzyło mnie jak młotem, zdębiałem. Pewnie gdybym dłużej posiedział w salonie albo uważniej słuchał kolegów z warsztatu, wiedziałbym, że takie rzeczy są możliwe!
Chociaż, kto wie… Nawet teraz niektórzy mówią, że Christine to tylko miejska legenda. Nieważne.
Jedziemy.
Próbuję więc docisnąć pedał gazu drugi raz, aż mi rura wydechowa trzeszczy i idzie!
Idzie!
Prędkościomierz radośnie podskoczył, jakby chciał przekręcić się wokół swojej osi. Akurat wyskoczyliśmy na most, cóż za szczęście! Danny-srany nie mógł nigdzie wykręcić!
Przycisnąłem gaz, zablokowałem hamulec.
Do dziś mam problemy z podzielnością uwagi, a jednak udało mi się bez większego problemu skupić w tym samym czasie na skręcie kierownicą w prawo – no i jechaliśmy pod prąd. Cóż za krzyki, cóż za histeria!
„Danny zwolnij”, „Danny, co robisz”, Danny, do chuja”, „Danny, o boże”!
Gdybym był starszy i mądrzejszy, zablokowałbym drzwi. Gdy jedna z pind zobaczyła, że jedziemy na czołówkę z nadjeżdżającym błyskawicznie Palomino, wyskoczyła na drogę. Niewiele jej z tego przyszło, w lusterku widziałem, jak turla się po jezdni łamiąc przy tym wszystkie gnaty, a w wielkim finale jej pusty łeb w rozbryzgach lepkiej, różowej mazi rozlatuje się pod kołami jednego z moich braci.
No nic, wróćmy do Danielka i bananowej niewiasty.
W przeciwieństwie do koleżanki, jedynym na co ich było stać to rozdziawienie japy i czekanie na nieuniknione.
Trzy, dwa, jeden.
Łup.
Palomino wbił się we mnie jak w rozgrzany plastik, przy czym ja nie pozostałem mu dłużny! Cieszyłem się myślą o kolejnej naprawie, delektując się dźwiękiem tłuczonego szkła. Kawały przedniej szyby poleciały wprost w twarz pindy, znakomicie się z nią komponując: przecinały poliki, kaleczyły szyję. Krew tętnicza zabarwiła jej lśniące, białe ciuchy niemal na czarno. Konała na moim siedzeniu jeszcze do przyjazdu karetki. Nawet rozlany alkohol mi nie przeszkadzał, byłem w euforii.
Chwilę potem urwał mi się film i obudziłem się w następnym rozdziale mego życia.
A, byłbym zapomniał!
Co z Danielkiem pytacie?
Przy zderzeniu wyskoczył jak z procy, szybując nad przednią maską, i wywalił łbem w Palomino. Nigdy nie zapomnę  krzywego uśmiechu rzucanego przez jego wykręcony o sto osiemdziesiąt stopni ryj.
Boki zrywać.

h

***

h

Nadszedł ten dzień, chwalmy Pana!
Resztki mojego ego, ledwo co poklejone, stały na szrocie starego Eda, gdy przyszedł on, Sammy. Za garść dolarów (a może i kilka dolarów więcej) kupił ten wrak, którym byłem.
Ech, przecież nawet nie mogłem jeździć!
A jednak zakochał się w krzywiznach mojej karoserii.
Uroczy człowiek.
Chaty w sumie nie posiadał. Pomieszkiwał to tu, to tam, w domu jakiejś starej wdowy, którą akurat udało mu się poddusić. Wbrew pozorom stare baby nie są często odwiedzane przez inne stare baby, szczególnie jeśli mieszkają na obrzeżach.
Sammy lubił ten sport.
Włamywał się na rympał, z kopa w drzwi.
Stara baba nieodmienne krzyczała (chyba, że była zbyt głucha, by usłyszeć jebnięcie drzwi o ścianę), a Sam uciszał ją odzianymi w czarne rękawiczki „dusicielki” dłońmi. Potem dekował się na kilka dni, wyżerając co było w lodówce, i ruszał dalej.
Prawdziwy Bonnie i Clyde w jednym.
Aż do czasu, kiedy poznał mnie. Wtedy naprawdę stał się całością, tak jak i ja.
Tego popołudnia swoim wysłużonym pickupem zaholował mnie do jakiegoś ciemnego garażu na zadupiu. Najbliższe dni miały zostać zapamiętane przeze mnie jako najgorętsze w moim życiu. Zapach nowego lakieru, stukot młotka, syk palnika. Co jak co, ale miał Sammy rękę! Po skasowaniu Danny’ego-co-miał-małego na tym moście nie wierzyłem, że jeszcze kiedykolwiek odpalę silnik.
Gdy nabrałem nieco sił, pomagałem nagiąć blachę to tu, to tam, poskładałem się w kilku miejscach.
Sammy przechylał co i rusz puszkę Bud Light i zapewne moje zdolności regeneracyjne zrzucał na garb alkoholowego zamroczenia.
Ba, to też w nim lubiłem.
Jadąc na podwójnym gazie, sam z siebie dociskał pedał do podłogi, a ja mogłem rozkoszować się piaskiem strzelającym spod kół i wiatrem opływającym moją karoserię. Najbardziej jednak lubiłem to, co Sammy nazywał „autostopem przez piekło”.

h

***

h

Zabawa polegała na zalaniu wachy do pełna, odpaleniu silnika i daniu w szyję przed jazdą. Oczywiście nie tylko, ale o tym za chwilę.
Rozpędzaliśmy się z Sammym po amerykańskich bezdrożach do maksymalnej prędkości, co fabryka dała.
Aż mi olej wyciekał z wysiłku.
On w swoich rękawiczkach z charakterystycznym guziczkiem na nadgarstku, a ja z nowiutką naklejką „Gas, grass or ass. No one rides for free” na zderzaku.
I faktycznie, u Sammy’ego nikt nie jeździł za darmochę, chyba że na przedniej masce.
Ale, jak już mówiłem, o tym za chwilę.
Kocham amerykańskie autostrady. Możesz pędzić i pędzić, nie spotykając nikogo przez setki mil, czując tylko kurz wdzierający się pod maskę i osadzający na gorącym, brudnym od oleju silniku.
Pewnie powiecie, że żadne tam piekło, każdy jeden dureń mógłby grzać przez pustynię w Fordzie Mustangu Cobra II z 1976 roku.
A jednak!
Mój kochany Sammy durniem nie był!
Jadąc nieustannie wychylał się, jakby mógł przeniknąć przez przednią szybę, w poszukiwaniu autostopowiczów (których rzadko kiedy można spotkać na pustyni) albo pechowców z zepsutym autem.
Osobiście najbardziej lubiłem, gdy napatoczyła się jakaś samotna osóbka, wtedy nie zwalnialiśmy.
Najczęściej ten ktoś wyskakiwał na ulicę machając łapami, byśmy się zatrzymali.
Wtedy… bum!
Heh, pamiętam nasz pierwszy raz.
Młody facet, blondyn, trochę na Austriaka wyglądał. Zepsuła mu się jego dupowata Corvetta. Czekał, aż ktoś da po heblach i go zabierze do najbliższego mechanika.
Idiota.
Jak już go z Sammym namierzyliśmy, nie było odwrotu. Kretyn zamiast wskoczyć na powrót do auta, gdy zorientował się co jest grane, zaczął spieprzać wzdłuż drogi.
Podjarałem się, aż mi sprzęgło oddało.
Sammy docisnął gaz, skręcił na drugi pas i jeb – gościa zmiotło z nóg i wciągnęło pode mnie. Przy uderzeniu czułem jak chrupnął mu kręgosłup. Padł na mordę, przy uderzeniu o asfalt rozwalił sobie czachę. Nie przejechaliśmy po nim kołami, jeno zahaczył o jakąś część nadwozia. Ciągnęliśmy więc faceta przez dobrych kilkaset metrów.
Wreszcie Sammy zatrzymał brykę (lubiłem, gdy tak o mnie mówił) i wytargał blondyna za fraki na drogę.
Niewiarygodne, ale koleś jeszcze dychał!
Niewiele z niego zostało, krwawa miazga normalnie. Sammy wydawał się jednak wniebowzięty – nazywał takie akcje „dwa w jednym” albo „kup jedno, drugie dostaniesz gratis”. Chodzi o to, że zdołał w delikwenta przypieprzyć autem, a potem jeszcze miał okazję go dobić.
Słyszałem później, że miał nierówno po kopułą, lecz ja nie zauważyłem u niego żadnych niezdrowych zachowań.
W każdym razie sprawę z Austriakiem zakończył szybko.
Wyciągnął swój ulubiony sprężynowiec i wbił tamtemu w bebechy kilkanaście razy, aż jucha strzelała mi na drzwi.
Sammy’ego nigdy nie złapano.

h

***

h

Były także inne konfiguracje, dozwolone lub nie, na przykład nigdy nie zaczepialiśmy rodzin ani podróżnych w liczbie większej niż dwa.
Za dużo zachodu, poza tym jak tu wszystkich wybić?
Przewaga liczebna, czasem stary mógł mieć gdzieś schowaną broń, by dzieciaki osłaniać. Nie, wtedy po prostu przejeżdżaliśmy obok, psiocząc na nasz przeklęty los.
Pojedynczy kierowcy byli najlepsi.
W tej materii nie zgadzał się ze mną Sammy, on wolał dwójki, najlepiej jakieś młode parki, facet i babka. Zapraszał wtedy jedno z nich do wozu, że niby podwiezie do najbliższej stacji czy coś, a drugie pozostawało przy aucie. Jechaliśmy wtedy za winkiel, Sammy swoim wiernym kozikiem załatwiał sprawę.
Nie lubiłem tego, zawsze chlapało na tapicerkę.
Ale cóż, miłość wymaga poświęceń.
Sammy miał dziwną fobię wkładania łapy we flaki, dlatego po czasie kupił sobie inną kosę, długi nóż wojskowy, który trzymał w aucie, nie mieścił się w kieszeni ani w kurtce. Wyjmował go więc szybkensem ze schowka i zanim pasażer skapował się co się dzieje, wbijał mu w brzuch, a potem wywalał ze środka wszystko, co tam było – na oczach ofiary.
Brudna robota.
Po załatwionej sprawie zawracał furę i powtarzała się sytuacja, o której już wspomniałem – łup i na maskę albo łup i pod maskę.
Przez parę ładnych lat bawiliśmy się w ten sposób.
Od drogi do drogi, od starej baby do starej baby, od naprawy do naprawy, wszak ile gnatów można przetrącić bez wgnieceń?
Jak mówiłem, Sammy’ego nigdy nie złapano.
Skończył o wiele gorzej.

h

***

h

Dzień jak co dzień.
Spiekota, słońce wali jak ta lala.
Kurz, nuda.
Zderzak smętnie zwisa mi u grilla, rura wydechowa klapnięta.
Jedziemy.
I tak od kilku godzin.
Sammy’emu pot ścieka z glacy do ust, nawet mu się nie chce wytrzeć twarzy.
Z papierosa którego palił został jedynie filtr, ale mimo tego mamle go w gębie.
Jedziemy.
Słońce nadal wali niemiłosiernie, obija mi się od karoserii i ląduje gdzie na poboczu.
Jedziemy.
Aż nagle…
Tak, zatrzymujemy się!
Widzę powód – facet stoi obok drogi, przy nim Dodge D150 Power Wagon.
Sprzęt mocny, a spod maski dym bucha, kto by pomyślał.
Kierowca jakoś po czterdziestce. Mimo że nie nasz typ, grzechem by było nie zabrać.
W końcu darowanemu Dodge’owi nie zagląda się do bagażnika.
Kraciasta koszula, czapeczka z daszkiem, nic tylko jakiś farmer. Jak o tym teraz myślę, to zastanawiam się, co rolnik mógłby robić na takim zadupiu, chyba po nawóz nie pojechał. Jakkolwiek by nie było, jedziemy znowu.
Gadka szmatka, dokąd pan jedzie, mowa trawa, srutututu majtki z drutu.
Nadchodzi TEN moment.
Sammy niby nigdy nic sięga do schowka.
Jeszcze nie zdążył go otworzyć, a fagas wyciąga kosę z kieszeni i przystawia mu do gardzieli. Widzę, jak Sammy’emu nieogolony gul chodzi pod ostrą krawędzią noża.
Farmer chce pieniądze.
Pieniędzy nie mamy.
Chce mnie.
Chce wóz.
Sammy wie, że może mi zaufać, wysiada więc z westchnieniem ulgi.
Zamykają się drzwi, wtedy gość jest mój.
Blokuję klamki, blokuję szyby, odpalam silnik. Ryk motoru wyraźnie podjarał Sammy’ego, który skacze po jezdni wykrzykując jakieś bluzgi. Gość na przednim siedzeniu – kompletna dezorientacja. Pompuję więc spaliny do środka, nuda, nuda, nuda, nic nie dzieje się, rutyna. Facet kaszle, z ręki wypada mu ostrze, wali piąchami na oślep.
Już wiem, że jest po wszystkim.
Patrzę na jezdnię.
To był ułamek sekundy.
Flaki Sammy’ego chlapnęły na drogę w smrodzie spalonych opon.
Przez swoją własną nieuwagę, przez moje radosne, głośne palenie gumy nie usłyszał kilkutonowej ciężarówki wyjeżdżającej zza zakrętu.
Kierowca nawet nie zdążył zatrąbić.
Uderzenie było tak mocne, że wnętrzności zostały wręcz wypchnięte z Sammy’ego, a on sam przykleił się do maski. Pewnie nawet nie poczuł nadciągającej śmierci, lecz w tej milisekundzie wypadku miałem wrażenie, które do dziś noszę jak powidok pod reflektorami. Nieskończone zdziwienie na twarzy mojego Don Juana kierownicy, gdy patrzył na lot swojego mózgu przez jezdnię.
Lot zakończony lądowaniem zaraz obok płuc, żołądka i całej reszty, która z pluskiem zakończyła swój żywot pół sekundy później pod dwunastoma kołami wielkiego TIRa.

h

***

h

Jak pewnie każe Wam domyślać się moja obecna sytuacja, chciałem pomścić Sammy’ego. Jakże inaczej trafiłbym na szrot?
Pojechałem na pełnym biegu na ciężarówką, z trupem za kierownicą, w oparach spalin uciekających uchylonymi szybami. Przypieprzyłem w monstrualny pojazd z maksymalną prędkością, opętany szaleńczą gorączką mordu, chcąc zepchnąć gościa z drogi.
Wolne żarty.
Tak jak Sammy, również skończyłem pod dwunastokołowym maglem, który nawet nie jęknął, gdy kawałki mojej blachy przemieszane ze szkłem znikały pod nadwoziem.
Ech… Zaholowali mnie na złomowisko Johnsonów, uznając tamtego pajaca na przodzie za mojego właściciela.
I tak siedzę od lat w jednym miejscu, delektując się wspomnieniami o glorii i chwale tamtych dni.
Sammy i ja, ja i Sammy.
Tli się jeszcze we mnie iskra, jeszcze mam żar.
Składam się do kupy.
Ciężko jest.
Jeszcze kilka, może kilkanaście lat i dam radę.
Już bez Sammy’ego, ale z nim w silniku.
Pojedziemy razem na ostatni rajd piekielną autostradą.

h

Onibe vel Dariusz Barczewski
p<R>iorytety

h

Jadę autem, próbując przemieścić się z punktu A do B nie trafiając przy tym do D.
Pogoda niesprzyjająca. Ciemno, wietrzno, mokro. I widać słabo.
Oczy zmęczone, dłonie swędzące od kierownicy. Do przejechania jeszcze wiele kilometrów. Koncentruję się na poboczach, z coraz większym trudem wypatrując patroli policji obywatelskiej.
Nagle… łup, puf.
Coś chrupnęło, strzeliło, może nawet jęknęło.
Auto zatańczyło jak na wybojach.
Po chwili się uspokoiło. Parametry świata wróciły do normy. Cisza plus miarowy szum silnika.
Spoglądam w lusterko. Tylko raz, krótko.
Widzę prawie już ogarniętego przez mrok pechowca – niespójny kształt rozciągnięty horyzontalnie na szosie, bez szans na ponowne upionowanie w przyszłości. Idiota skończony lub samobójca. Nikt inny nie ryzykowałby spaceru drogą, i to w takim miejscu! Tu, gdzie roiło się od wygłodniałych sprawiedliwości i przestrzegania prawa policjantów, czuwających z radarami lub chociażby chęciami ich posiadania…
Kręcę głową, zniesmaczony.
Efemeryczny wyrzut sumienia każe mi spojrzeć na szosę, przed siebie, jakbym spodziewał się, że światła samochodu wyłowią z gęstniejącej szarości kolejnego samobójcę. I pośpiesznie uciekam wzrokiem na pobocza.
Ta chwila nieuwagi mogła mnie kosztować mandat.

h

Kazimierz Kyrcz Jr
Dzień bez ludzi *

h

Franciszek i Krzysztof od lat pracowali w konkurencyjnych sieciach taksówkarskich. Teraz, po tym jak za sprawą niesamowitego zrządzenia losu zespolili się ze swoimi maszynami, ich odwieczna wrogość, zamiast zmaleć, nabrała jeszcze rumieńców. Kiedy więc spotkali się na czymś, co kiedyś było skrzyżowaniem, a obecnie bardziej przypominało zbiegające się promieniście marsjańskie kanały, dali upust swym negatywnym emocjom. Najpierw przez kwadrans trąbili na siebie, by jeden drugiemu ustąpił pierwszeństwa przejazdu, kiedy zaś nie przyniosło to efektu, przystąpili do werbalizacji swoich poglądów.
– Trrrytrytry żżżyżżżyyyłoołoodżdżdżiiiiejuuu! – zawarczała swym silnikiem hybryda czarnego BMW z brzuchatym wąsaczem, która do poprzedniego dnia była Krzysztofem i odpicowanym jak szczur na otwarcie zsypu narzędziem jego zarobkowania.
Stwór miał zapewne na myśli będący tajemnicą poliszynela fakt, że jego adwersarz od dawien dawna używał przerobionego licznika, dzięki czemu z powodzeniem wyłudzał od swoich pasażerów podwyższone opłaty za kurs.
– Krzyrzychuuu, trrytrry rzyrzęchuchuchuuu! – odparował złośliwie miks A trójki z łysym jegomościem w ewidentnie poprodukcyjnym wieku. Tablica rejestracyjna nad jego zderzakiem zaklekotała w wyrazie jawnej pogardy. – Jedźdźdźżżże nnna zyzyzzzłom! Trrtram twywyyyje mmmiejijijszcze!
– Szszszam jedźdźdź!
– Urrrrrwywywać czzziii luuuszyszy… sssteryryrkooo? – odgryzł się Franciszkoidalny bolid, czy może raczej atrójkowy Franciszek, czując że jeszcze chwila, a z nerwów zagotuje mu się płyn chłodzący. Scalone z osłonami przeciwsłonecznymi okulary na jego nosie zaszły mgiełką, podświetlone wskaźniki tablicy rozdzielczej mrugały wściekle.
Ta, niepozbawiona uroku pogawędka trwałaby zapewne do późnej nocy, gdyby nie interwencja policyjnego volkswagena passata, który rękami swej umundurowanej części wlepił awanturnikom mandaty za bezzasadne wstrzymywanie ruchu.
Tymczasem kilka przecznic dalej miks kulawego motocyklisty i motoru wybrał się na łowy. Przemierzając okolicę w obłoku spalin i okowach czarnej skóry, która rozrosła się ze skafandra stykającego się z siedziskiem, rozglądał się czujnie, wypatrując czegokolwiek zdatnego do jedzenia. Nagle zza zakrętu wyłoniła się stacja benzynowa, mamiąc go obietnicą sutego posiłku. Skuternoga przyssał się do dystrybutora, zatankował do pełna, kopnął rozrusznik i wielce zadowolony odjechał bez płacenia.
Nie on pierwszy, choć może ostatni.

* fragment powieści R. Cichowlasa i K. Kyrcz Jr „Efemeryda”

h
  1. Brum brum 😉

  2. […] Niedobrych literkach teksty pojawiły się TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i jeszcze […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: