polskie centrum bizarro

„Kotku, jestem w ogniu” by Dawid Kain – premierowy fragment

In Fragmenty książek, Patronat on 25 września, 2014 at 6:00 am

kotekElo, biz-drużyno! Dziś mamy dla was ekskluzywny (niepublikowany dotąd nigdzie poza samą książką) fragment powieści „Kotku, jestem w ogniu” Dawida Kaina. Książka w wersji papierowej i elektronicznej pojawiła się już w wielu miejscach – najtaniej obecnie w: Madbooks, Selkarze oraz Bonito, zaś ebook znajdziecie nawet w Gandalfie za dyszkę (a skoro już mówimy o okazjach i promocjach, warto wspomnieć, że slasherowo-bizarrową „Wojnę Świrów” Kaina & Kyrcza da się obecnie upolować w Legimi oraz Solarisie).

Co ciekawe,  „Kotek” doczekał się już dwóch dodruków, co dobrze świadczy o czytelnikach polskiego bizarro i fantastycznego eksperymentu z pogranicza wielu gatunków.

h

Kotku, jestem w ogniu

fragment

h

kotek

Nie wiedziałem, co się dzieje. Pogrom, pomór czy zwykły brak paliwa? Kilkoro towarzyszy podróży zerwało się na równe nogi, chcąc przez szyby zobaczyć, o co idzie, że nie idzie dalej jechać i no jak to. Wypatrzyłem też wśród nich przefajną i otaczaną na liternetowych blogach niemałym kultem Poetkę Adriannę Blivit, której pierwszy tomik awangardowej poezji zatytułowany „Wyznania dziewczyny nie tyle prostej, co krzywej” sprowadził mnie swego czasu do czytelniczego parteru. Ale nieważne, nie o młodzieńcze miłostki tutaj przecież chodzi.
Podążając ich tropem rozumowania, wybrałem się do kierowcy, spytać, co to za awaria i czy jeszcze przed zmierzchem damy radę być we Wzdychowie w jednym kawałku.
Ale kierowca wyraźnie pobladł. Wargi mu drżały, jakby niemo deklamował właśnie jakieś istotne i adekwatne do sytuacji słowa. Raz za razem wycierał spocone czoło powieścią erotyczną „Wszystkie odcienie mdłości”, w miękkiej oprawie. Ręce mu się trzęsły, powieki zamykały jedna niezależnie od drugiej.
– No co to się wyprawia najlepszego? – spytałem. – Co z panem? Na chorobę jakąś pan zapadł?
Zasłonił usta dłonią i szepnął:
– Paaanieee. Grafomany. Uwaga.
I wtedy momentalnie ogarnąłem rozmiar zagrożenia. Kilkanaście metrów przed nami, na pobliskim moście, grafomańska bojówka ustawiła jeden z uzbrojonych Megapublikatorów. Migająca z boku urządzenia zielona lampka dobitnie świadczyła, że zaraz się zacznie i będziemy wszyscy udupieni na dobre, zatopieni po pachy w bełkotliwym dziadostwie.
Na szczęście zdążyłem się chwycić jakiegoś fotela, bo pewnie spadłbym na pysk i w ułamku sekundy stracił znaczną część uzębienia.
Z gigantycznej drukary ekspresowo zaczęły na nas wylatywać jedna za drugą jakieś pogięte kartki. A właściwie karty.
– Trzymać się mocno! – wrzasnął kierowca, gdy pierwsze poronione płody grafomańskiej wyobraźni uderzyły w autobus, wprawiając go w epileptyczne drżenie. Każda z kart miała jakieś pięć metrów długości i co najmniej trzy szerokości. Wszystkie były zadrukowane możliwie najdrobniejszym maczkiem. Czcionka rozmiaru 6 lub jeszcze mniejsza. Jedynie tytuły były czytelne, co tylko spotęgowało – i tak już ogromną – grozę sytuacji.
„Szukajonc szczęnścia”. Jeb. Przykleiło się do szyby i cofnęło pojazd dobry metr.
Kierowca zaciągnął ręczny, póki nie było za późno.
„Czarująca babuleńko, jakże szeleści twa prześwitująca sukienka”. Pizd. Z dopiskiem „Romantyczne fantasy dla emerytów”. Na przednią.
Szkło ledwie wytrzymało.
Kierowca zmyślnie przyspieszył wycieraczki do prędkości oznaczonej jako „Potop”, a w takich sytuacjach stanowiącej ostatnią deskę ratunku.
„Żywot człeka smutnego: dramat w czterystu aktach”. Bach. Seria kart ciężkich jak zbroje w rycerskich eposach. Jeb.
„Za1ety mił0ści w p0jedynkę: wła5n0ręczny p0radnik w czte4rech t0mach”. Kolejne trafienie. A autobus jak łajba w czasie najgorszych sztormów, jak statek pijany swoim własnym nieszczęściem.
Na tym się nie skończyło. Teksty nieustannie napływały, wprost z rozwartej wściekle paszczy Megapublikatora. Tsunami papieru, próbujące zmieść nas z powierzchni planety.
I wtedy z jakichś przydrożnych zarośli zaczęli ekstatycznie wyskakiwać spragnieni uwagi Pretensjonaliści dobijający się do nas uderzeniami swoich tandetnych zbiorów z aforyzmami i poezją.
Na lewo rozczochrana kobiecina z grubą księgą „Moja Mondrość”.
Na prawo syjamskie bliźniaki. Czteroręczne, trzynożne. A w każdej łapie egzemplarz „Sekrety naszej superfajnej jaźni!”.
Nowi wciąż nadciągali. Z zarośli, zza drzew. Spod ziemi, jak antropomorficzne krety, ślepe na wszystko poza frapującym blaskiem własnych artystycznych tworów. Niektórzy taszczyli pod pachami przenośne drukarki, tak zwane Mikropublikatory, by niezwłocznie realizować ewentualne zamówienia na ich dzieła.
– Poezjo jasna i święta! – krzyknąłem. – Zaraz nas zasypią! Jak lawina!
– Podusimy się wszyscy – lamentowała w tle Adrianna Blivit, nie tracąc jednak ani na mgnienie oka swojego niezaprzeczalnego uroku.
– Trzymajcie się mocno, nie puszczajcie – powtórzył prośbę kierowca.
Po czym zdjął ręczny, przez chwilę nerwowo dodając gazu w miejscu. A potem z całą mocą wyrwał do przodu, aż wszyscy pasażerowie – ze mną włącznie – potoczyli się w tył pojazdu, jak na pokładzie międzyplanetarnej rakiety…
Zadrukowane do granic możliwości karty pospadały z dachu i posypały się na jezdnię. Co szybsi grafomani gnali jeszcze za nami, krzycząc o promocjach, przecenach, darmowych zaproszeniach na spotkania autorskie. O trzech egzemplarzach w cenie jednego, dedykacjach, wspólnych fotkach, gratisowym seksie do każdej kupionej książki. Ale my jechaliśmy coraz szybciej i coraz dalej, zostawiając tę zdziczałą zgraję w tyle.
Jeszcze kątem oka zdołałem dostrzec rozczarowanie na oddalających się twarzach, smętne ocieranie łez własnymi zeszmaconymi wydrukami. Ktoś nawet wyjął z plecaka strzelbę dwulufową i wetknął sobie pod brodę. Nie widziałem już, jak się zabija, ale huk wystrzału zabrzmiał rozpaczliwie jak kropka na końcu całkowicie nieudanej powieści.
Jechaliśmy. Bez dalszych przeszkód.
Przez resztę trasy żałowałem, że mnie urodzono.

h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: