polskie centrum bizarro

„Zniżka” by Agnieszka Pilecka

In Opowiadania on Listopad 14, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNasza, mocno zasłużona dla niedobrych literek, autorka Agnieszka Pilecka jest osobą bardzo zapracowaną, zabieganą, no i uwielbiającą rozbijać się sportowym porszakiem tu i ówdzie… Właśnie z powodu tych ciągłych wyścigów nie zdążyła na czas podesłać nam swojego opowiadania, które napisała specjalnie z myślą o aktualizacji przy okazji Dnia bez samochodów. Na szczęście koniec końców Agnieszka i jej tekst dojechali do mety.

Dziś, proszę szanownych czytaczy, zapraszamy do lektury bezsamochodowej erraty… Włala!

Zniżka    

 

– Zaczyna się!!! – darła się Ela, stojąc w jakiejś kałuży. – Wody mi odeszły!

Jacek wybiegł z łazienki, po drodze zapinając spodnie. Chwycił kobietę pod ramię i zaczął prowadzić ją w kierunku drzwi wyjściowych.

– Dasz radę? – spytał zatroskany.

– Przestań zadawać głupie pytania, tylko się rusz!

Mężczyzna chwycił torbę, która już od kilku dni czekała na ten właśnie moment. Wiedzieli, że niebawem ten dzień nastąpi. Nie wiedzieli jednak, że wypadnie akurat dzisiaj.

Drogę od drzwi do windy, od windy do kolejnych drzwi, aż w końcu na parking przed blokiem, udało im się pokonać szybciej i sprawniej niż się tego spodziewali. Może byłoby lepiej, gdyby Ela nie krzyczała i nie poganiała co chwilę Jacka, ale jakoś się udało. Mężczyzna otworzył drzwi od strony pasażera i pomógł usadowić się ciężarnej. Zatrzasnął drzwi i udał się na drugą stronę, aby wsiąść za kółko i wreszcie wyruszyć do szpitala. Usiadł na miejscu kierowcy, włożył klucz do stacyjki i przekręcił go delikatnie.

Zaraz po tym jak rozległ się ryk silnika, zza pobliskiego bloku wyłoniło się kilkanaście osób. Dwóch potężnych mężczyzn z kijami baseballowymi zatarasowało im drogę. Kolejni uderzali w samochód czym popadnie. Jeden z nich szarpnął za klamkę, jednak Jacek zdążył już zamknąć drzwi. Stojący w pobliżu dzieciak podniósł z ziemi kamień i wybił okno. Gdy szyba rozsypała się w drobny mak, grupa agresorów wyciągnęła kierowcę na zewnątrz. Wyrywał się, krzyczał, ale przygnietli go do ziemi, gdzie nie miał zbyt dużego pola manewru. Taki sam scenariusz chcieli zastosować wobec pasażerki, na szczęście jedna z masakrujących samochód kobiet zauważyła, że coś jest nie tak.

– Stop! – wykrzyknęła. – Ona rodzi!

Wszyscy zamarli, po czym pomogli Eli wysiąść z auta.

– Spokojnie, nic ci nie będzie, oddychaj, skarbie – uspakajała ją jedna z mieszkanek osiedla. – Jestem pielęgniarką, damy radę! Witek, przynieść jakiś koc i…

Nim dokończyła, facet imieniem Witek pobiegł do domu. Nie musiał słuchać, co jeszcze ma przynieść, znał swoją żonę i wiedział, że ma przygotowany zestaw na tego typu okoliczności. Wystarczy przytargać go z domu i Helenka wszystkim się zajmie.

Tak też się stało.

Przebiegu porodu opisywać Wam nie będę. Ani to fajne, ani specjalnie ciekawe. Za to ciekawe jest to, co działo się w tym samym czasie, bo przecież wszyscy na raz porodu nie odebrali. Część zresztą zemdlała (głównie mężczyźni), zaś kilka osób dalej demolowało samochód, choć z uwagi na rodzącą, robili to ciszej i mniej brutalnie. Oczywiście byli też ludzie, którzy musieli zająć się Jackiem, aby nie czuł się zbyt osamotniony. Siedzieli na nim, od czasu do czasu częstując go soczystym, przyjacielskim kopniakiem w dupsko.

Gdy już robiło się ciemno, a dzieciak był w miarę bezpieczny, zawinięty w kocyk Helenki, pielęgniarka odezwała się do kierowcy:

– Takiego głupka jak ty to jeszcze nie widziałam…

Jacek spojrzał na nią pytająco. Nie wiedział o co chodzi. Kochał swoją żonę. Chciał zawieźć ją do szpitala. Chciał, aby urodziła ich piękną córeczkę. Nie miał pojęcia, czym sobie zasłużył na ten atak.

– Ty nic nie kumasz, prawda? – odezwał się jeden z jego oprawców. – Jaki dzisiaj dzień?!

– Po… po… poniedziałek… – odpowiedział przestraszony, plując przy tym krwią.

– Konkretniej! Data!

– Dwu… dwu… dwudziesty druuuugi…?

– No, brawo! Dwudziesty drugi i to w dodatku wrzesień! Wiesz to, a zobacz co odpierdalasz?!

Jacek był jeszcze bardziej zmieszany. Bo w zasadzie co on takiego zrobił?

– O Boże, on naprawdę nic nie rozumie… Twoja żonka też nie wie o co chodzi?

Zgromadzeni spojrzeli na Elę, która wciąż była na wpół przytomna i z uśmiechem przytulała do piersi swą nowo narodzoną córeczkę.

– A czy wy wiecie, że jakby wasz dzieciak urodził się w autobusie, to miałby darmowe przejazdy do końca życia? Albo, że jak w pociągu, to też by sobie podróżował za free? Samolot to jeszcze lepiej, czy jakiś statek na przykład.

– A jakby się urodził w kancelarii lub gdzieś obok, to w przyszłości byłby prawnikiem! – dopowiedział kto inny.

– A jak przy szkole, to nauczycielem!

– A niedaleko komisariatu, to pewnie policjantem!

Zgromadzeni zaczęli prześcigać się w pomysłach i wizjach różnych możliwości. Fakt pozostaje faktem, że w zależności od miejsca urodzenia kształtuje się nasza przyszłość. Tak układa się nasze życie. Dlatego też podawali coraz więcej przykładów, prześcigając się w tym i ukazując jak ciekawa przyszłość mogła czekać ich pociechę. Jacek coraz bardziej kulił się na ziemi. Nie z bólu, jaki towarzyszył mu odkąd sąsiedzi go zaatakowali. Nie z zimna, bo było niemal dwadzieścia stopni. Kulił się, bo było mu głupio, że tak zmarnował szansę na to, aby dzieciak miał darmowe przejazdy czy fajny zawód w przyszłości. Niezbyt im się powodziło, dodatkowa kasa by się przydała.

Z kolei Ela nagle jakby poczuła się lepiej. Lepiej pod względem fizycznym. Całe jej zmęczenie nagle przeminęło i przekształciło się we wściekłość. Można było odnieść wrażenie, że z jej oczu lada chwila zaczną strzelać iskry, wymierzone nie w kogo innego a właśnie w męża.

– Ty gnoju! – krzyknęła z całych sił. – Patrz, co zrobiłeś! Zniszczyłeś wszystko!!!

– No, ta pierwsza zrozumiała! Teraz już wiecie, że źle zrobiliście, prawda? Już rozumiecie, że złamaliście świętą zasadę, której pilnie strzeżemy od lat? Że nie zastosowaliście się do najistotniejszego, święta jakie istnieje?

– CO?!?!?! – wykrzyknęli jednocześnie małżonkowie.

– A, czyli jednak nie zrozumieli. Dziś jest światowy dzień bez samochodu, a wy złamaliście zasadę i próbowaliście nim pojechać!

– Mam w dupie ten samochód! – warknęła Ela. – Możecie ukarać tego dupka… Nie chcę mieć z nim już nic wspólnego! Wynoś się, nie chcę cię znać! Ja nie mam z tym samochodem nic wspólnego, z nim również nie chcę! Idę do domu zająć się MOJĄ córeczką! Ten człowiek jest dla mnie nikim. Możecie go ukarać za ten samochód. Możecie go zabić, rozwalić mu ten żałosny pojazd, przez który to wszystko się zaczęło. Róbcie co chcecie, byle z dala ode mnie! – wykrzyczała i teraz wszyscy zamarli ze zdziwienia.

Jednakże wspólnie ustalili, że przecież to nie jej wina. Rodząc nie była pewnie świadoma tego, że łamie święte prawo. Całą odpowiedzialność za to zamieszanie spadła na Jacka.

– Ależ kochanie… – próbował załagodzić albo chociaż zrozumieć sytuację.

– Zabierzcie go! Chyba posłuchacie kobietę z noworodkiem, prawda?! – Dobrze wiedziała, że tak. Mieszkańcy osiedla byli dobrymi ludźmi. Gdyby nie byli dobrzy, nie przestrzegaliby i nie pilnowali porządku i zasad. Miała rację, trzeba było się nim zająć. Może nie zabić, ale pomóc mu zapamiętać na przyszłość, że jak jest święto, to samochodem jeździć nie można.

– W porządku, skarbie, sam odejdę, jeśli tego chcesz – wyznał skruszony. – Tylko proszę, powiedz mi, co ja takiego zrobiłem?

– Nie wiesz, nie wiesz co zrobiłeś?! – wściekła się jeszcze bardziej. – Gdzie urodziła się nasza… tfu! MOJA córeczka?

– No tutaj…

– Tak kurwa, tutaj! Na ulicy! Pod latarnią! Przez ciebie będzie dziwką!

Wszyscy ucichli. Nie pomyśleli o tym w ten sposób. Zrobiło im się przykro. Cholera, gdyby nie to durne święto, może zdążyliby dojechać normalnie do szpitala, albo chociaż w jakieś opłacalne do rodzenia miejsce… Wszystko przez Jacka. To on wsiadł do samochodu, choć wiadomo, że tak robić nie można. Ale sytuacja była na tyle smutna, że nie chcieli się już mścić. W ciszy zaczęli rozchodzić się do swoich mieszkań. Helenka pomogła Eli wstać i zabrać córeczkę do domu. Po chwili na parkingu nie było już prawie nikogo. Jacek w dalszym ciągu leżał na ziemi obok rozwalonego doszczętnie samochodu – sprawcy całego zamieszania. Był zrezygnowany, w jednej chwili stracił wszystko, nad czym pracował przez całe życie.

W końcu podniósł się i nie bardzo wiedząc co robić dalej, udał się w jedyne znane mu, bezpieczne miejsce. Poszedł do pobliskiego pubu. Nie mógł pojechać samochodem, bo po pierwsze, nie nadawał się on do użytku, a po drugie, wiadomo: dzień święty trzeba święcić. Schylił się tylko, aby wyciągnąć kluczyki ze stacyjki, zatrzymać je sobie na pamiątkę. Gdy tylko ich dotknął, zza krzaków wyskoczył kolejny mężczyzna – prawdopodobnie nastąpiła zmiana warty – i kopnął go z całej siły w tyłek. Jacek już nawet nic nie odpowiedział. Po prostu zlekceważył to i szedł w kierunku pubu.

Nie pojechał tam rowerem, ani na rolkach, ani na niczym innym, co mu sugerowali wcześniej. Poszedł tam na kopach, gdyż jego nowy towarzysz na jednym uderzeniu nie poprzestał i kroczył za nim, co kilka metrów pomagając mu się rozpędzić swoim ciężkim butem. Tak więc Jacek udał się do pubu na kopach, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, które zapamiętał i teraz rozbrzmiewały mu co jakiś czas w głowie.

Gdy w końcu usiadł przy barze i zamówił pierwszego drinka, zaczął zastanawiać się nad tym, co na koniec powiedziała mu żona. Myślał o tym dość intensywnie. Zastanawiał się nad przyszłością córki i jedna myśl przemknęła mu przez głowę. Przemknęła, a później wróciła i zagnieździła się tam już na bardzo długo.

„Ciekawe czy jako ojciec będę miał zniżkę?!”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: