polskie centrum bizarro

„Boszem po Hieronimie” by Karolina Front

In Opowiadania on Grudzień 10, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLudzie od wieków snuli wizje końca świata, bo posnuć coś trzeba jak nie ma nic lepszego do roboty, a ogólna destrukcja to zawsze efektowna (i efektywna) sprawa. Jedne mniej krwawe i ogniste, inne na full max wypas spływające juchą, pożogą i rozbrzmiewające tętentem kopyt wierzchowców, na których wożą się Jeźdźcy Apokalipsy.

Oczywiście zawsze sobie zostawiamy klauzulę ratunku, bo lubimy myśleć, że jak wszystko pizgnie w nicość, to jednak coś przetrwa, najchętniej ludzie. Klauzula bywa Nową Jerozolimą, bywa Brucem Willisem, który wwierci się w morderczą kometę, by zapodać jej nuklearny stosunek analny.

Ale na Armageddon popyt zawsze będzie. I był. Weźmy niejakiego Boscha Hieronima. Ten to umiał wymalować. Każdy biz-adept powinien lubić malarskich świrów przełomu jesieni średniowiecza i przedwiośnia renesansu, my ze swojej strony nawet bardzo (dla przykładu i żeby pokazać, jacy z nas obrońcy hardkoru – redaktor Grzywacz ma nad swoim własnym łóżkiem dużą reprodukcję Triumfu Śmierci pewnego Petera i co dzień zasypia pod dumnie kroczącą armią szkieletorksów… Co w sumie świadczy chyba bardziej o poziomie nienormalności niektórych twórców literek…). Dla wszystkich miłośników wizji z tamtych pięknych lat, dziś tekst od Karolina Front, który nawiązuje. I ilustracja autorstwa Małgorzaty Lewandowskiej, która cieszy oczy, jako wspaniały bonusik.

h

Boszem po Hieronimie

h

Olaboga Aniolejk

h

Obosze siedział i paczał. Pogoda była nieprzyzwoicie dobra jak na chwilę po Armagedonie, który własnoręcznie zesłał. Pojedyncze pióra wirowały jeszcze moment, nim na dobre przykleiły się do tłustych końskich zadów. Błękitne niebo bielało nieśmiało, oddalając się ku zgrabnie nakreślonemu horyzontowi. Niebieskość tonęła pod własnym ciężarem pierworodnej apokalipsy. Tylko miejscami żółtawe od moczu obłoczki przysłaniały te śmiałe nieboskłony. Na jednym z nich siedział właśnie Obosze. Lubił siedzieć w swoich chmurkach razem z zastępem cherubinków powyginanych w złotych, barokowych spazmach. Jednak pomimo obecności tych wszystkich iście niebiańskich udogodnień, coś było nie tak…

Obosze nie miał najlepszego humoru. Jak zawsze zresztą. Jedynym powodem jego wiecznych much w nosie było to, na co paczał. A z wysokości około trzydziestu trzech lat świetlnych widziało się dużo. Czasami nawet więcej, niż chciałoby się widzieć….
Przytłoczony tym, co się właśnie dokonało, zmarszczył czoło. Rzucił raz jeszcze okiem na dół, załamał się ze dwa razy i westchnął do wyższego sobie rangą, z którym dzielił stanowisko, będąc pracownikiem swojego podwładnego. Długie, kasztanowe włosy ułożyły się na rozłożonych w wyrazie beznadziei ramionach, które pomimo niezbyt rozwiniętej muskulatury potrafiły utrzymać na sobie ciężar ciała mężczyzny przez dosyć długi czas. Czerwony płaszcz zsuwał się i zalotnie kusił amatorów żeber wystających spod skóry, która nosiła jeszcze na sobie ślady intensywnego użytkowania.
Obosze bezwstydnie nic sobie z tego nie robił.
Czekał, aż ktoś mu to zrobi.

Obosze…

Nostalgia tak bardzo charakterystyczna dla ziemskiego padołu była przecież nieosiągalna na jego wysokości. Tutaj wszystko spowijał niepokój braku końca. Perpetuum mobile braku nadziei, smutku, łez, śmiechu i złości pozostawało nietknięte. Nikt nie odważył się być pierwszym poruszycielem. Tam w górze, gdzie próżno szukać jasności funkcji sprawujących urząd.
Nie żeby Niebo było złe. Nic z tych rzeczy! Po prostu ciężko żyć w kraju, w którym nie wiesz, do którego okienka z którym kwitkiem się stawić. A na końcu i tak okazuje się, że wszystkie stanowiska obsługuje tylko jedna urzędniczka. I to niebywale kapryśna jak na kogoś, kto został przez ludzi powołany po to, by im służyć. A później jeszcze okazała się być mężczyzną!

Miłosz uparcie prowadził korowód. Było to trudne zważywszy na skrzela, które pomimo notorycznego nawilżania szybko stawały się suche. Srebrna skóra pokryta łuskami, zazwyczaj wilgotna, teraz rażąco się nagrzała. Jego przeciętne jak na człowieka i niebywale długie jak na rybę nogi maszerowały dzielnie. Czarne trzewiczki obcierały halluksy, a piasek w cholewach powoli zmieniał się w perlisty śmiech wychodzonych butów.
Hwik-hwik.
Ciężko wytrzymać tak długą drogę. Tym bardziej, że zostanie teoretycznie benedyktyńskim bobrem nie było tym, czego pragnął najbardziej na świecie.

Słońce, ten zapluty czerwony karzeł, mściło się na wszystkich za odrzucenie jego dobroci. Jedynym obiektem, który uniknął jego gniewu, był wóz ciągnięty przez korowód. I to nie byle jaki, bo wypakowany złotem, trudem, sukcesami i poświęceniem. Wszystkim, co najlepsze może człowieka w życiu spotkać. Nie ma przecież nic lepszego, niż zasłużona pochwała i nagroda po ogromnym wysiłku. Ten archaiczny pojazd wyładowano wszystkim tym, co w człowieczeństwie najlepsze, tym wszystkim, co sprawia, że nikt nie wyrzeka się bycia homosapiensowatym, byleby tylko doświadczyć, byleby tylko coś przeżyć.

Mesjańska wizja kazała Miłoszowi uparcie przeć naprzód i prowadzić ich. Wszystkich. I wszystko, co mieli. A nie było tego mało.
Jeden z cudów dokonanych przez Miłosza stanowiło upchnięcie ogółu skarbów ludzkości na wozie. Cóż, jedni rozmnażali chleb, inni kompresowali skarby.
Miłosz-Win-Rar-Pierwszy. To brzmi dumnie.
Patosu dodawały też tablice na samym szczycie kupy pakunków. Nie marmurowe, nie złote, nie srebrne, a tym bardziej nie brokatowe. Te tablice są niewidzialne. To ich największa zaleta.
Z jednej strony można udawać, że o czymś się nie wie, ale w głębi serca ciągle pozostaje przekonanie, że jednak coś jest nie tak…
Oszukiwać można własne zmysły, selekcjonować percepcję, przerabiać po wielokroć obraz rzeczywistości tylko po to, by poczuć się lepiej. Mimo to pewne rzeczy pozostają w nas niezmienne. Jak nieuchronność percepcji właśnie. I homunculus homunculusa w naszej głowie.

Temperatura rosła z godziny na godzinę, a droga przed jawiła się jeszcze bardzo daleką…
Rajowo nie było blisko. Z drugiej jednak strony, daleko też nie. Podobno było bliżej, niż się wydaje. Co złośliwsi twierdzili nawet, że Rajowo to nie miejsce, tylko stan. Taka Rosja. Z tym że do tej Rosji wszyscy zmierzali. Nie odwrotnie.

Krajobrazy obserwowane ze szczytu wozu zmieniały się i płynnie przechodziły z małego końca świata, poprzez bałagan w dziecięcym pokoju, aż do niebywale troskliwie ustawionych anarchistycznych tabliczek z wizerunkami orłów. Widzieli wiele, ale pomimo to nie chcieli się zatrzymać. A krajobrazy kusiły. Tu niepłonące budynki, tam troszkę ocalałych drzewek owocowych, a tu nawet kozioł! Niebywałe jak wiele nieswoich rzeczy i miejsc można utracić wskutek apokalipsy. Przedtem obojętna natura stała się nagle nieosiągalną przeszłością, zamkniętą w ognistej pięści. Skutki wizyty czterech gości były dosyć oczywiste. Mimo to nikt nie odczuwał zbytniego smutku czy żalu. Raczej tęsknotę. Zmiany z reguły przynoszą obawę. W końcu nie boimy się ciemności, ale tego co w niej może czekać.

Rajowo było bliżej nieokreślonym miejscem. Chyba. Miłosz uparcie twierdził, że istnieje. Bredził coś o zmierzaniu na prawo, o pięknej krainie, o nagrodzie, pieniądzach, darmowym wi-fi i szczęściu wiecznym w ramionach jakiś trzech przystojniaków. Albo jednego z trzema głowami?
Cerberowe szczęki i tak zdawały się bardziej kuszącą wizją od płonących nieustannie rodzinnych okolic, które spały przykryte pierzyną siarki. Czekały przecież już wystarczająco długo, bo ponad dwa tysiące dwadzieścia lat. Zasłużyły na odpoczynek.
Obłęd w pozbawionych powiek oczach sprawił, że wszyscy uwierzyli Miłoszowi. W końcu to, co chorobliwe, jest dzisiaj cenione. Ktoś mógł pomyśleć, że żartuje, albo że znalazł jeszcze jeden sposób, żeby wychwalać naturę z pomocą ironicznego końca.
Tak czy inaczej, tłum posłusznie ruszył, gdy tylko skrzypieniu czarnych trzewików zawtórował pierwszy śmiech. I co z tego, że histeryczny?

Za płetwą grzbietową Miłosz usłyszał cichy śmiech i radosne rozmowy. Bynajmniej nie swoje.
– To co, braciszku? Co zrobimy najpierw? No wiesz, kiedy dojdziemy już tam, do Rajowa?
– No nie wiem, nie wiem. Ja to bym, no wiesz… Przywitał się z Bogiem i w ogóle. Pewnie tęsknił za nami wszystkimi, odkąd zesłał nas jako zygotki.
– Hahaha! Racja, kochany! Oj racja! – Rubaszny śmiech unosił się dookoła. Uspokoił się jednak nieco, ale na jego zakurzonej twarzy ciągle malował się szczery uśmiech. – A teraz daj, ja popilnuję, co by całe nasze złoto się nie wysypało. A Ty odpocznij. Zasłużyłeś.
Później już tylko ciche westchnięcia, cmokania, szelesty, chichoty. I nieprzerwany stukot obcasów.
Długie kije zakończone metalowymi hakami tworzyły wesołe iskierki w kontakcie ze szlachetnym metalem. Wszyscy byli zmęczeni, ale mimo to humory im dopisywały. Zmierzali do domu. Wszyscy razem, wioząc ze sobą wszystko to, co mieli najcenniejszego. Z ludźmi, którzy byli im najbliżsi.
Miłosz radował się wielce. Czuł wszechobecną miłość. Miłość, która biła od złotego kopca i prowadziła ich do Rajowa. Jak to dobrze, że za dziecka nie kazano mu zażywać tych dziwnych białych tabletek, po których mądrość znikała. Wysuszały mu też skórę. A przecież każdy wie, że dobra skóra to ośluzona skóra. Ciepły uśmiech zagościł na chwilę na jego spoconej głowie i sprawił, że z nową siłą zaczął wesoło podśpiewywać „Hutnictwo…”.
Rytmiczne skrzypienie kół przerywało jego delikatny śpiew, do którego niedługo potem włączył się cały radosny orszak. Nic tak nie poprawia humoru jak dobra, hipsterska piosenka!

Gdzieś z boku – wolniej, ale równie nieustannie – przesuwali się ci, którzy z powodu grzechu nie umieli odciąć się od tego, co destrukcyjne.

Pierdziokrzesło pomrukiwało intensywnie, nie zdając sobie sprawy z tego, kto w chwili obecnej na nim usiadł. Gdyby wiedziało, najpewniej zwymiotowałoby na własne szlachetne obicie.
Chuzar rozsiadł się dumnie, wlewając spasione dupsko w niezadowolony mebel. Słońce powoli opalało jego pożółkłą od warstwy tłuszczu skórę, a ta zaczęła radośnie skwierczeć.
– Poej no my tu! – zawołał do Siostry, która natychmiast podeszła z kielichem pełnym napoju.
Pierdzikrzesło zaczęło warczeć nieprzychylnie, gdy przechylenie kielicha umożliwiło wlanie się kolejnego zabliźniacza wątroby do organizmu Chuzara.
Kolejne porcje mleka wywoływały coraz głośniejsze reakcje mebelka.
Warczenie powoli zmieniało się w krzyki, płacz i tupanie czterema kopytkami.
Chuzar uparcie trwał przy koźlim trunku i nie zważając na bunt fotela spokojnie dopijał kolejne porcje. Z każdym łykiem wlewał się bardziej i bardziej w niewygodne, rzeźbione oparcie okryte skórą i jedwabiem. Poczerwieniałe kopytka pierdzikrzesła pogalopowały w stronę złota. Zapierdziały radośnie, gdy tylko Chuzar umarł i zamienił się w żółty pył, który razem z letnim podmuchem wzniósł się wysoko do nieba, łącząc się w znajome obłoki.
Siostra zapłakała cichutko. Skroplone uczucia oczyściły atmosferę na tyle, by mogła włączyć się do śpiewu powoli rozbrzmiewającego w coraz to większej części korowodu.
„Heeeej! Otrzymywanie metali z rud i złomu…”

Znajdowanie się na samym szczycie góry wykonanej z metalu było całkiem niewygodne. Jego grudki, solidne i boleśnie realne, wbijały się w żebra i inne miejsca, o których nie miało się nawet pojęcia, dopóki nie znalazło się tam coś mocno zawadzającego. Właśnie w takiej sytuacji podróżowali Romeo i Julia. Leżeli na samym szczycie wozu, podskakującego na każdym wzniesieniu.
Wysokie stanowisko, warte grzechu. Nawet w obecności anioła, który za wszelką cenę starał się ukrzyżować plany pary.
– Obosze! Popatrz tutaj! No nie! Nie tu… Na lewo bardziej! No na wozie! Heeej! Tu jestem. –Anioł Michał darł się niemiłosiernie. Obosze odpowiedział na jego wołanie, udając zainteresowanie i przeczesując wzrokiem ziemską krainę przeoraną mieczem apokalipsy.
A młodzi kontynuowali. Cieszyło ich zainteresowanie ze strony zawieszonego w chmurach. Nawet jeśli udawane. Zupełnie jak ich uczucie.

To musiało być frustrujące. Ilekroć starasz się wykonać swoje obowiązki lepiej niż zazwyczaj, spotykasz się tylko z niechęcią. A jeśli już, zrobisz coś ponad swoje kompetencje i zostanie to zauważone, dopiszą to na niewidzialnej tablicy twoich nowych zadań, za których wykonanie podwyżki spodziewać się nie możesz, ale za zaniedbanie…

Czymże jest jednak prawdziwa miłość, jeśli nie znoszeniem bólu w imię wyższej przyjemności, rozkoszy, ekstazy, wieczności?
Z tej perspektywy wszystko wydawało się być trudniejsze, niż na co dzień. Wszystko, co pod mikroskopem otoczone jest chmurą. Nie tylko elektronową, ale też iście romantyczną tajemnicą, która łapami topielca z bagna wciąga coraz to kolejnych studentów w otchłanie mechaniki kwantowej. Dobrze wiedzieć na czym się stoi. Siedzi. Leży. Poznanie rzeczywistych rozmiarów bywa stosunkowo przydatne. Zaburzenie percepcji, zniekształcenie rozmiaru. Obdzieranie ze stabilności, wzorowości, ludzkiej pewności, nieomylności, niezawodności, wzrokowości, rybich ości z bagien.

Oni wszyscy wiedzieli już wcześniej, co się stanie. Niby najlepszy funclub, ale jednak wlecze się troszkę z tyłu. Niby siara, że to ryba, że nie pozwolili ciągnąć, że tu obok tyle dobra. Jakoś tak no… nieswojo. Mimo to Panowie w Czapkach muszą robić swoje. Co prawda nie dostali żadnych wyraźnych rozkazów. A nawet gdyby takowe dostali, to z pewnością by je zignorowali. Któż mógł rozkazywać tym, którzy do niedawna byli na czele?
Czuli się teraz troszkę dziwnie. Gdzie zmierzali? Nie wiedzieli do końca. Konserwatyzm ich umysłu postanowił ustąpić i dać przejąć się zmysłowi stadnemu, który wyraźnie krzyczał teraz: ”Rób, co bulba ryba”. Dziwnie słyszeć głos, który nie zaczyna zdania od „nie”. Tyleż to krytyki dostali od wyższego od siebie… Panowie w Czapkach nie mieli zwierzchników tu na ziemi. Jednakże wykonywali robotę dla kogoś wyżej. I to robotę, którą na własne życzenie szybko okrzyknięto brudną. Starali się jednak. W końcu ogarniętość to doskonałość.

Obosze nie patrzył na nich. Niby najlepszy funclub, ale jednak wlecze się za wozem nie ufając mu. Nie lubił tego.
Do nosa wleciało kilka ekstra owadów.

Grzegorz zemdlał. Dławiący się grudką chleba powszedniego mężczyzna opadł ciężko na ziemię. Jego twarz zaczęła sinieć, oczy zachodzić mgłą, a stawy sztywnieć. Szukał powietrza, tlenu, oddechu. Czegokolwiek, co mogłoby w tej chwili pomóc w odpływaniu w moczożółć.
Lekarza! Wezwijcie lekarza! Szamana! Znachora! Księdza! Kogokolwiek!
Cały świat się zatrzymał.
Nikt nie chciał przyjść na pomoc. Nieudana tracheotomia, wykonana ostrzem brzytwy, przyniosła raczej więcej boleści i śmierci, niż radości i życia. Podcinanie gardła nie jest niestety lekiem tak uniwersalnym, jak mogłoby się to wydawać.
Kilka sekund później Grzegorz żył resztkami złota, które upychano mu do ust, by umożliwić złapanie oddechu. Złoto topiło się w jego jamie ustnej, wypełniając luki po wybitych trzonowcach. Gałki oczne obróciły się w dół, jakby chciały za wszelką cenę zobaczyć ziejącą pustą ranę na szyi. Metal wypełniał je prawie całkowicie, uciekając tylko poprzez wspomniany ślad po niezbyt udanym zabiegu. Chlubne złote strużki. Świętość kapała na zakurzone szaty mężczyzny i wszystkich dookoła, łapczywie zlizywana szorstkimi językami.
Złoto zastygło w gardle, formując się w twardą grudę, zastępując tym samym haniebną suchą pajdę chleba.
Palce wbite w piasek, ranione o odłamki szkła i ostre dutki piór.
Ciało w przykrótkim spazmie agonii.
Wybałuszone oczy, szukające szlachetnych kruszców.
Rozwarte usta dziecka łapiącego krople toksycznego, krakowskiego deszczu.
Pierwszy głęboki oddech.
Grzegorz żył. Ale co to za życie?

Tego było już stanowczo za dużo dla odzianego purpurą jegomościa. Obosze z zawiścią spojrzał na ludzi tak radosnych, pełnych życia i nie-życia. Zazdrościł im ulotności egzystencji. Znów zmarszczył czoło. Obmyślał teraz plan. Trybiki w jego głowie zgrzędziły ostro, zmuszone do logicznego myślenia. Stanowczo nie były w tym dobre, więc tylko pogruchotały chwilkę i, spersonifikowane do granic możliwości, poszły się powiesić.

Kwiat wisielca.

I w jednej chwili złoto sianem się stało.

W tym samym momencie sztandar opadł. Blady strach padł na wszystkich zjednoczonych wokół wozu. Pomruk przerażenia zawisł w powietrzu niczym kat czekający na rozkaz ścięcia. Komendy jednak nie było. Tłum zastygł w nicości własnego osądu i starał się nie patrzeć na to, co się stało. Wybiórcze milczenie przerzedziło ciche westchnienia tłumu i nakłoniło resztę do jakiejkolwiek reakcji. Nieśmiałe spojrzenia w kierunku sztandaru. Wyrazy niedowierzania. Akceptacja.
Czy pytali o to, co będzie teraz? Nie. Niby po co mieliby iść gdziekolwiek, jeśli ich wysiłki i skarby obrócone zostały w kupę suchej trawy, a wszystko co nosili w sercach leżało teraz u ich stóp, ogołocone ze świętości? Sprofanowane sacrum.
Głowa przewodnika, który pośmiertnie wskazywał drogę do Rajowa, straciła cały swój urok. Biała opaska, dotąd zasłaniająca oczy, rozdarła się o ostre kamienie na drodze. Kędzierzawa broda szybko stała się nowym domem kilku zagubionych mrówek. a dwa cudem ocalałe kruki z podnieceniem patrzyły w stronę mętnej gałki ocznej. Tylko jednej. Upadając na skaliste podłoże, żuchwa wydała z siebie dźwięk nader dziwny.

„Udielamy tady staniatku.”

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: