polskie centrum bizarro

„Kac camel” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Grudzień 17, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW nowym millenium, jak na razie, mocarstwa i nie-do-końca-mocarstwa ścierają się z jeszcze większym entuzjazmem, niż zwykle. Niepokojące rezultaty można dostrzec wszędzie, pomijając oczywistości typu wojny, cierpienie i ideolo-paplanina, to nawet uciekając od tego w net. W sieć wpadają kolejne filmiki, na których ktoś kogoś ścina, bo święta wojna. Prawie na każdym portalu plotoinformacyjnym dywaguje się nad newsami zza wschodniej granicy i z radością śledzi spadki rubla. A tymczasem na Allegro zalew chińszczyzny umacnia ekonomiczną dominację Państwa Środka.

I przykro nam, sorry Winnetou, ale nawet i na literki zawędrują dziś utarczki cywilizacyjne. Starcie US&A z Bliskim Wschodem w dodatku, już w ogóle poważna tematyka. Choć czy podana poważnie… Nie, raczej z nutą dobrodusznej satyry, w zapachu alkoholu i z wszelkim napuszeniem głęboko w… zadzie. Wielbłądzim zadzie. Bo dłuższa historia, którą zapoda wam Kornel Mikołajczyk, dotyczy właśnie wielbłądów. I życia studenckiego.

h

Kac camel

h

co mówię? nawet wielbłąd
gwizdnąłby na pustynię,
gdyby mu, jak Boyowi,
dać przednich wódek skrzynię
– Konstanty Ildefons Gałczyński, „Evviva la poesia”

h

… z Dżihadem zakumplowaliśmy się z powodu wielbłąda.
Dżihad tak naprawdę nie nazywał się Dżihad, tylko Muhammad ibn Hammurabi al-Quayin i był najmłodszym synem naftowego szejka. Odważnie czy też lekkomyślnie, Dżihad wcale nie ukrywał się ze statusem studenta z wymiany, obcego w obcym kraju. Wręcz przeciwnie – chadzał na zajęcia w tradycyjnych białych szatach z zawojem na głowie, modlił się w korytarzu z twarzą do Mekki, no i prowadzał na złotej smyczy tego swojego wielbłąda. Tak więc wszyscy na kampusie wołali za nim właśnie Dżihad; chyba jedynym zwrotem jaki znali po arabsku poza falafel i salam alejkum. Głupota i dziecinada, ale tak to już w życiu bywa, sami wiecie. Mimo przekroczenia pewnej magicznej bariery wieku między dzieciństwem a dorosłością, w college’u nikt nie zachowuje się poważnie.
My sami nie byliśmy wiele lepsi, nie myślcie sobie – rozbrykani, rozhulali, wiecznie na bani, członkowie Bractwa Kappa Alfa Chi. No, jednak nas przynajmniej nikt nie złapał na pytaniu się biednego Dżihada, kiedy jego ojciec spuści ceny ropy. Nie szeptaliśmy przy nim o Al-Kaidzie, nie wyzywaliśmy go od turbanów czy kozojebców, nie kwiczeliśmy za nim jak świnki. Niektórzy ludzie wciąż się strasznie spinają z powodu 9/11, obwiniają każdego, kto choć stał wtedy koło egzemplarza Koranu i nic się na to nie poradzi. My z całą pewnością nie należeliśmy do tego grona, o nie. W Kappa Alfa Chi mieliśmy swoje wartości, zasady i tradycje, z których trzecią najważniejszą było „Żyj i daj żyć innym” – zaraz po standardowej „Ziomale przed towarem” i tej najczęściej przez nas celebrowanej, czyli „Jeszcze jedno piwo nie zaszkodzi”.
Niemniej tak, jak w przypadku braterstwa czy pijaństwa rozumiał nas praktycznie każdy w zasięgu trzech stanów, tak co do dawania żyć innym byliśmy w zdecydowanej mniejszości.
Tamtego dnia, w samo południe, wyszliśmy z Cameronem z wykładu „Wprowadzenie do chemii i gazów bojowych” – wcześnie bo wcześnie, ale jarać się chciało, a poza tym profesor przynudzał coś bez końca o prawie zachowania masy. Że niby nic w przyrodzie nie ginie. Wyszliśmy niejako właśnie po to, aby zadać kłam tym profesorskim słowom, gdyż akurat podczas palenia ginęło w przyrodzie bardzo dużo: ładne zapachy, tlen, nie wspominając już o komórkach mózgowych czy oskrzelikach. Lecz co robić, organizm domagał się swojej dawki śmierci, a ze swoim ciałem żyć trzeba w zgodzie. Drugiego nikt nam nie da, co nie? No, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało…
Przystanęliśmy na schodach. Cameron natychmiast pstryknął sobie fajkę między wargi. Taką umiał fajową sztuczkę – pstryk, salto mortale i jak żaba jęzorem łapie za filtr. Ja bez żadnych wykrętasów odpaliłem swojego camela, zaciągnąłem się głęboko, a potem z ciekawości uniosłem paczkę do oczu i przeczytałem ostrzeżenie: UWAGA! PALENIE TYTONIU POPRAWIA SMAK KAWY ©NEXCAFFE! Był to stary jak świat chwyt marketingowy, ale nie mogłem nic na to poradzić, nagle zachciało mi się małej czarnej. Albo nawet takiej z automatu, małej szaroburobrązowej. Jakiejkolwiek.
Zaraz, gdzie oni przestawili ten kawomat ©NexCaffe…
Opuściłem paczkę z dromaderem, żeby się rozejrzeć i w perspektywie dziedzińca, jakbym przypadkiem rzucił zaklęcie przywołujące, zobaczyłem wielbłąda z krwi i kości. Był to oczywiście ten, który należał do Dżihada. Młody Arab siedział na ławce i poił go czule bursztynowym płynem. Jednak dopiero w tamtym momencie, w dysonansie pomiędzy obrazkiem na kartoniku a naszą rzeczywistością, zajarzyłem, że coś tu jest bardzo, ale to bardzo nie halo.
Wielbłąd Dżihada miał trzy garby. Nie jeden, nie dwa, a właśnie trzy.
Zmarszczyłem brwi, wydmuchując nosem dym.
– Hej, Cam. Czy ty widzisz to, co ja widzę? – zagadnąłem współbrata z Kappy, pokazując mu ogólny kierunek.
– Że Melanie znowu nie nosi stanika? Chyba tylko na Alasce nie widzieli, człowieku.
– Co, gdzie? Ja nie widziałem. Ale przyjrzę się, dzięki.
– To co innego? Że tej małej na rowerze wystaje spod…
– Nie, gdzie ty się patrzysz, durniu! Mówię o tym całym Dżihadzie. Zauważyłeś, że ten jego wielbłąd ma nadprogramowy garb? W życiu takiego szaleństwa nie widziałem, wielbłąd trójgarbny!
Cameron wytężył wzrok. Od dzieciństwa lekko niedowidział na jedno oko. Może by i coś z tym zrobił, gdyby nie fakt, że panicznie bał się wszelkich okulistów i optyków. I pałętał się tak po świecie – półślepy jak Kapitan Hak, którego niefortunnie zaswędziała powieka.
– Ha! – zakrzyknął po dłuższej chwili. – Faktycznie, nie zauważyłem. Raz, dwa, trzy, jak w mordę strzelił! I czy ja dobrze widzę, że on mu daje Jacka Danielsa?
Widział źle, ale tylko odrobinę. Dżihad podawał wielbłądowi brandy.
– Ja cię sunę, co za wykręt. Wielbłąda upija. Ty chodź, zagadamy – powiedziałem, zdusiwszy peta podeszwą.
No to poszliśmy, bo co będziemy stali.
Im bliżej nam było do tego trójmasztowego okrętu pustyni, tym wyraźniej widziałem jaki jest cały… cóż, niewyraźny. Majaczył na horyzoncie dziedzińca jak statek widmo: sam szkielet takielunku, naciągnięta, liniejąca skóra żagli i spęczniałe wodą burty na skraju przecieku. Jezu, powaga… Ten wielbłąd wyglądał tak smętnie i chorowicie, że z powodzeniem mógłby robić za dublera dla konia samej Śmierci w Apokalipsie Świętego Jana. No, ewentualnie dla koni Głodu i Zarazy, też by pasowało. I z jakiegoś powodu tak właśnie postrzegałem te trzy nieforemne narośle na wielbłądzich plecach, gdy zbliżaliśmy się z Cameronem do ławki – Śmierć, Głód, Zaraza, no i Dżihad do kompletu. Pełen skład Czterech Jeźdźców na wielkim tournée po uniwerkach…
Powinienem był zaraz poczuć nosem, że coś tu śmierdzi. Nie poczułem. Może te przeklęte fajki stępiły mi węch?
– Siemka, Dżi-Dżi! – rzucił Cameron, który znał Araba z „Podstaw ekonomii i władzy nad światem”. – To jest mój brachol z Kappy, poznajcie się.
Przedstawiłem się i podałem Dżihadowi dłoń. Uścisnął ją z szerokim uśmiechem, a potem spróbował polecieć ze mną w ślinę. W porę go powstrzymałem. Cholerne różnice kulturowe…
– Dobry dzień, moi przyjaciele! – zawołał entuzjastycznie, niezrażony moją odmową. – Błogosławieństwo Allaha na wasze rodziny i na wasz pies! Co słychować? Siemandero! Jak to mówicie u was w Ameryka: Wazzup!
Wazzup mówił chyba jeszcze sam Abraham Lincoln przemawiając w Gettysburgu, ale nie komentowałem. Były ważniejsze kwestie do poruszenia:
– Słuchaj, Dżihad, o co biega z tym twoim wielbłądem, co?
– Z Tulu? – zapytał, gładząc zwierzę po wymizerowanym pysku.
– Niech będzie, że z Tulu.
– A po co ma biegać, mój przyjacielu? Jak kto się spieszy, Shaytan się cieszy. On woli chodzić, stary już jest i…
– Nie, nie. Miałem na myśli, co z nim jest nie tak? Dlaczego ma aż trzy garby? Dromader to wiem, baktrian też rozumiem, ale wielbłąd trójgarbny…
Trójgarbny nazywał się birtugan, jak ochoczo wyjaśnił nam Dżihad. Był krzyżówką jedno- i dwugarbnego, z tym że takie jak Tulu kumulacje genów z obu rodziców rodziły się w jednym na milion przypadków. A że nikt nie krzyżował wielbłądów aż na taką skalę, ten należący do Dżihada stanowił jak na razie jedyny w swoim rodzaju wybryk natury.
Potem skoczyliśmy po piwo i zabraliśmy wielbłąda na spacer wokół kampusu. Już po pierwszym sikaczu, do tego bezalkoholowym, Dżihad zaczął nam się żalić, że szejk Hammurabi jest bardzo zawiedziony swoim najmłodszym synem, czyli nim. Widzicie, ojciec naszego przyjaciela Araba kiedyś nie miał praktycznie nic, zero pałaców, ani jednej konkubiny w haremie, tylko maleńki spłachetek pustyni, który odziedziczył w spadku po wuju. Mimo to wiercił i wiercił, dzień i noc, z jedną ekipą wiertniczą, bez ustanku, podziurawił ziemię już jak szwajcarski ser… Aż w końcu pewnego pięknego dnia dowiercił się do wielkiej naftowej fortuny! Teraz podobnego uporu i inicjatywy bezwzględnie oczekiwał od swoich synów. Tylko czymże mógł wykazać się mały Dżihad, mając do dyspozycji jedynie trójgarbnego wielbłąda i zero talentów? Założyć hodowlę i stać się ojcem nowego gatunku? Przecież nie szło tego nawet rozmnożyć bez samicy! Nasz biedny przyjaciel wyjechał zatem na studia – najpierw do Paryża, później do Ameryki – aby wyuczyć się jakiegoś fachu i aby zaznać, być może, spokoju od wielkich nadziei ojca.
– Dobra, dobra, wszystko pięknie – przerwał mu w pewnym momencie Cameron – ale co z tym alkoholem? Po kiego wała upijasz tę Bogu ducha winną wielbłądzinę?
Dżihad uniósł owiniętą głowę znad pyszczka Tulu. Dawał mu akurat posmakować naszego cudownie kiepskiego amerykańskiego piwa. Wielbłąd chłeptał je z niechęcią, nieprzyzwyczajony do braku promili.
– Jak to po co, przyjaciele? Wielbłąd, on konserwuje płyny, prawda?
– No tak. I?
– Pije i zachowuje w tym tam… w komórki tłuszczowe, na potem. Pije i zachowuje, pije i zachowuje… Wy macie pojęcie, co tam jest w tych garbach? – Pogładził czule najbliższy z trzech nabrzmiałych baniaków. – Whisky dwudziestoletni. Brandy. Wino francuski. Piwo z Ameryka. Wódka polska, bo ja słyszał, że ona najlepszy. I dużo inne, przemieszane, wymieszane, przetłoczone, przetworzone… Przyjaciele. – Spojrzał nam prosto w oczy, po kolei, najpierw mnie, a później Cameronowi. Wyglądał na śmiertelnie poważnego, pełen jakiegoś niespokojnego drżenia nawet wtedy, gdy powiedział w końcu: – Ten wielbłąd to największy drink na cały świat!
Tulu zarżał smutno na te słowa – w połowie jak baran, w połowie jak tonący osioł, w stu procentach jak wielbłąd.
Ale my dwaj, bracia z Kappa Alfa Chi, ledwo zwróciliśmy na to uwagę. W myśl starej greckiej zasady, że „Jeszcze jedno piwo nie zaszkodzi”, spoglądaliśmy już bowiem znad krawędzi puszek na kolejną rzecz, którą należy wypić. Na chodzącą mieszaninę alkoholi świata zamkniętą w ciele wielbłąda-birtugana. Bo skoro nic w przyrodzie nie ginie, zgodnie z prawami chemii, których nas wyuczono, to nie mogliśmy pozwolić, aby zmarnowało się takie cudeńko, racja? Uznaliśmy to za nasz obowiązek jako przyszłych chemików-amatorów.
O dziwo, Dżihada wcale nie trzeba było namawiać, żeby pozwolił nam wypić jego wielbłąda. Myślę, że cieszył się z uczestnictwa w studenckim życiu, nawet w obrębie tak małego, niewiele znaczącego bractwa jak Kappa Alfa Chi. I przez ten krótki czas faktycznie był jednym z nas, honorowym Kappą. Włączyliśmy go do naszego grona, a potem spędziliśmy niemalże cały tydzień w pokoju wspólnym planując balangę stulecia. Inni bracia szybko przyzwyczaili się do obecności Dżihada i nie minęły nawet dwa dni, a zaczęli go zapraszać do wspólnego picia i palenia tego i owego. Tulu pił razem z nimi, dolewając ostatnie składniki do magicznego dekoktu kiszącego się w jego garbach. Mówią że człowiek nie wielbłąd i pić musi, ale pod tym względem Tulu zachowywał się właśnie jak człowiek. Dżihad nawijał do niego po kielichu, czasem nawet po francusku, a zwierz odpowiadał coś rżeniem, jakby faktycznie prowadzili pijacką konwersację na temat polityki zagranicznej Azerbejdżanu, przyzwoitego minimum żon w haremie (osiem, w porywach dziewięć), no i rzecz jasna ogólnego sensu wszechistnienia. W międzyczasie ja sam, Cameron oraz prezes bractwa King dzwoniliśmy po ludziach, drukowaliśmy ulotki i zbieraliśmy fundusze w prowizorycznej loterii ulicznej pod tytułem „Poratuj studenta, wygraj dmuchanego jeżozwierza”, żeby mieć za co rozkręcić zabawę.
I, zgodnie z planem, kiedy nadszedł wreszcie moment imprezy, wszystko mieliśmy zapięte na ostatni guzik, zero kaszany.
Tematyka: Baśnie z Tysiąca i Jednej Nocy.
Wystrój: mnóstwo zwiewnych tkanin plus gryzący dym z tysiąca i jednej fajki wodnej.
Muzyka: marokański funk i afro-jazz.
Goście: dziewczyny w skąpych kostiumikach tancerek oraz chłopaki w prześcieradłach; tak że gdzie się nie położą, to od razu mają posłane.
Gwóźdź programu: spijanie wielbłąda.
Spontaniczny pomysł zrodzony po paru piwach na ulicy przerodził się w największą imprezę w całym Kappa Alfa Chi. Przez pierwszą godzinę nie wiedziałem nawet co się dzieje, motałem się w ścisku, dusiłem oparami, kompletnie nieskoordynowany z rytmem celebracji. Przed oczami przewijały mi się same obce twarze: nieznajomy Ali-Baba, nieznajoma Szeherezada, dziewczyna znana z widzenia, dziewczyna z moich zajęć, pan profesor od chemii… Zaraz, profesor?! Jezu, tak, to był on! A zaraz obok niego bibliotekarka, ta młoda, fajna, ubrana jak Dżasmina z „Alladyna”. Dalej zaś znowu nieznajomi, krzywe ryje i na-krzywe-ryje, zbita masa ludu.
Dopchałem się w końcu do baru i zacząłem pić. Załatwiliśmy sobie barmana, który umiał mieszać te wszystkie wyczesane drinki z palemką, jak sex on the beach, piña colada czy tequila sunrise, ale ja trzymałem się wódki, nie chcąc sobie przedwcześnie stępić smaku. Ćmiłem camela i piłem tak spokojnie kieliszek za kieliszkiem. Imprezowe wibracje z wolna zaczęły dostosowywać się do moich intymnych rytmów. Fale nakładały się i wzmacniały, dyskomfort niknął. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież moje bractwo, moje Kappa Alfa Chi, że jestem tu u siebie i nie mam co zasmucać w kącie, muszę korzystać! Porwałem więc zrazu jakąś kurtyzanę i ruszyłem z nią w tan. Naraz wokół mnie zaroiło się od znajomych twarzy: był Gruby i Pitt Okularnik, King, Marco, Cameron, a i sam Dżihad przewijał się tu i tam, ganiając za woalkami. Kompletnie straciłem poczucie czasu i zatopiłem się w dymie, w alkoholu, w ustach jednej, drugiej, a nawet i trzeciej dziewczyny-Dżasminy, czując w głębi siebie, że ta impreza z całą pewnością zostanie zapamiętana. Mimo że ja sam zapamiętam z niej pewnie bardzo niewiele.
Równo o północy przycichła muzyka i Dżihad wprowadził na parkiet gwiazdę wieczoru. Donośne skandowanie wstrząsnęło ścianami domu Kappa:
– Pij wiel-błąda! Pij wiel-błąda!
Wszelkie krzyki zaraz ucichły, gdy spojrzeliśmy z zachwytem na gotowego Tulu.
Na swoich trzech ogromnych garbach wielbłąd dźwigał osobliwą konstrukcję, która przywodziła na myśl miniaturową platformę wiertniczą. Był to specjalny hydrauliczny kranik pomysłu Dżihada – szpunt od wielbłądziej beczułki – oparty właśnie na mechanice naftowych szybów. Tulu kroczył dzięki temu dostojnie mimo całej swej przeraźliwej chudości, niczym ląd przesuwający się po morzu ludzi z niewielkim miastem-państwem na swoim szczycie. Do tej pory nie mam pojęcia, jak się miała ta konstrukcja do spijania wielbłąda, ale byłem już wówczas zbyt upojony nocą i spragniony dalszej jej części, by kwestionować cokolwiek.
Dżihad opuścił dźwigienkę i z pierwszego garbu trysnął spieniony słup alkoholu; drink i wstrząśnięty, i zmieszany. Podstawiliśmy nasze kubeczki. Specjał pustynny woniał jak bimber przemieszany ze sfermentowanym mlekiem. Bleh! Jednak gdy tylko wpełzł na mój język, wsączył się w moją gardziel, zrozumiałem, że warto było namęczyć się nad tą wiekopomną balangą, choćby dla jednego łyku tej wielbłądziej ambrozji.
Przy pierwszym kubeczku smak wlał się we wszystkie kubeczki smakowe osobno, napompował język słodką opuchlizną.
Przy drugim włosy na całym ciele stanęły mi dęba i zgęstniały we wrażliwą na dotyk szczecinę.
Przy trzecim zgiąłem się w sobie i zgarbiłem, a potem poleciałem gdzieś na skos i w dół, na lewą stronę własnej skóry, przez ucho igielne, gdzie… gdzie…

… nie nazywał się tulu, wcale a wcale… nazywał się toulouse… jean-pierre toulouse, dziecko paryża… wieloletni student la sorbonne, choć o konduicie zwykłego kloszarda…
jego ojciec robił za serwisanta wieży eiffla – niszczył gniazda lelków kozodojów, które oszpecały narodową dumę… matka oprowadzała po luwrze niemców w kierunku przeciwnym do zalecanego – pokuta za wojnę, niech mają, zasrańcy… matka miała uśmiech mona lisy… ojciec nosił w spodniach konstrukcję godną eiffla… zresztą, to nieważne, to nieistotne… nie odziedziczył po nich przecież praktycznie nic, ani kropli francuskiej krwi… nienawidził wińska, żaby odbijały mu się zgagą, ślimaki wchodziły boleśnie wolno … upijał się więc tylko zagranicznym alkoholem, studiował okazyjnie stosunki wszelakie i marzył o egzotycznych krajach i przygodach…
pewnie dlatego zakumplował się z tym przeklętym po stokroć arabem… arab miał wielbłąda pojonego alkoholem… alkohol zbierał się w trzech garbach… jean-pierre chciał się napić, posmakować egzotyki… w cholerę z tym nudnym życiem, z cieniem wieży nad głową… bagietka ci w oko, rodzicu…
więc napił się, hajże, wydoił garb cały … sam samiuteńki… a potem zrobiło mu się jakby gorzej… żaby rozbrykały się w żołądku, ślimaki śluzem zaklajstrowały żyły… zarżał pod niebo, zarżał wniebogłosy… na pole on wyszedł i ryczy, zwierz raniony… ratujcie, cesarzu, bo naparte mam w kałdun trucizny jakowejś zdradliwej… ale znikąd pomocy, znikąd ratunku… waterloo…
i spadł… spadł na skos… na skos i w dół… na drugą stronę skóry… przez…
ucho…
igielne…

Obudziłem się na ostrym kacu, kołysany w tę i we w tę nienazwanym falowaniem. Obcy strumień świadomości zostawił mi na mózgu bolesne zakwasy. Migrena, suchość w ustach, głębia niezrozumienia.
Gdzie ja jestem? Co się wczoraj wydarzyło? Czym było to wielokropkowe delirium na paryskim bruku?
Nie wiedziałem. Nie rozumiałem nic.
Sapnąłem i uniosłem się na przednich kończynach, walcząc z ołowianym ciężarem, który osiadł mi na ramionach. Normalnie trzynasta praca Heraklesa, ostatnia i najtrudniejsza. „Idź, spij się z Bachusem do nieprzytomności, a potem wstań wraz z Jutrzenką o własnych siłach”. Mordęga gorsza od ganiania za łaniami, co zresztą sam na imprezie uskuteczniałem. Ale jak mawiał King, „Nawet heros dupa, gdy wódy pełna chałupa”.
– Nie radzę wstawać zbyt prędko, mój przyjacielu – poradził mi znajomy głos, gdy gramoliłem się na czworakach. – Może cię nieco zemdlić.
Nie posłuchałem i spróbowałem wstać. Zemdliło mnie w moment.
Rzygnąłem sobie zdrowo i całkiem bez żalu, a potem, wciąż jeszcze na czterech kończynach, uniosłem obolały łeb.
Przede mną stał mój kumpel Dżihad. Z tym że wcale nie wyglądał jak Dżihad – biedny, zagubiony studencik z wymiany – a jak Muhammad ibn Hammurabi al-Quayin, dostojny książę Persji spłodzony z lędźwi naftowego monarchy. Jeśli faktycznie istnieje coś takiego jak aura, ta wokół Dżihada wywinęła fikołka z półobrotem i zmieniła barwę na królewską purpurę i nieugiętą stal. Nawet przemawiał z większą pewnością siebie, bez śladu obcego akcentu.
„Dżihad?” – spróbowałem się odezwać, lecz z gardła dobyło mi się tylko niezrozumiałe gulgotanie. Nabrzmiały jęzor wisiał bezużytecznie w gębie, niezdolny do wydalania zgłosek. „Dżihad, co tu się wyrabia?!”
Hruuugurgluhuuu!
– A co ma się wyrabiać, mój drogi przyjacielu? – odpowiedział Arab, rozumiejąc mnie bez żadnego problemu. – Ugościliście mnie jak należy w Ameryce, teraz ja zamierzam ugościć was w swoim kraju. Tak nakazuje uprzejmość, nieprawdaż?
„Was? Jakich znowu was?”
Po raz pierwszy od przebudzenia rozejrzałem się na boki. Znajdowaliśmy się wszyscy w klatce wydzielonej z ładowni statku. Jedna ściana kraty, trzy – stalowe burty. Zaraz obok mnie stał jakiś wielbłąd. Trójgarbny, czyli birtugan, ale to nie był Tulu. Ten konkretny słaniał się na nogach, jakby wypił za dużo jak na swoje garby, i łypał gałami na zwróconą przeze mnie treść żołądka. Zauważyłem, że jedno z tych oczu jest zamglone, przymrużone i zaropiałe. Całkiem jak u Camerona.
Byli wokół mnie także inni. Gruby jako krótkonogi, masywny zwierz. Pitt Okularnik z obwódkami wokół oczu. King z sierścią wygoloną na wzór swoich dawnych tatuaży. Całe bractwo Kappa Alfa Chi i wszyscy goście, którzy dorwali się do wielbłądziego trunku. Rzygający i robiący pod siebie na kacu, tak samo wymizerowani, jak stary dobry Tulu, gdy przyjrzeliśmy się mu po raz pierwszy.
Nie, nie Tulu – poprawiłem się w umyśle. – Jean-Pierre Toulouse. Bo przecież on również był kiedyś człowiekiem.
„Co chcesz z nami zrobić, Dżihad?” – warknąłem na kolegę przez kraty. – „To jakiś wielki plan, żeby zyskać w oczach ojca? Założysz hodowlę trójgarbnych wielbłądów? I co, myślisz, że będzie z ciebie dumny?”
– O nie, mój przyjacielu. Zrobię coś o wiele wspanialszego. Uzdrowię wasz zepsuty zachodni świat. – Dżihad sięgnął do kieszeni i wyciągnął moje camele. – Papieroska?
Wiedziałem, że jestem zrobiony na cacy, że nie ma ucieczki z tej klatki. Czułem na własnych plecach potrójny ciężar przegranej. Dlatego pozwoliłem sobie włożyć papierosa między zgrubiałe wargi, potulny jakbym został ujeżdżony, i ochrzciwszy dymem nowe płuca, wysłuchałem monologu Dżihada.
Mówił o tym, że Ameryka to źródło wszelkiego zła. Że to właśnie tutaj zrodził się nałogowy konsumpcjonizm, prowadzący w rezultacie do plagi otyłości oraz pokątnych działań marketingowych, chociażby takich jak przymierze przedsiębiorstw tytoniowych z koncernem ©NexCaffe. Ale to i tak nic, kontynuował, to ziarno piasku przy księżycu w porównaniu z amerykańskim collegem! Rozpita, rozpustna, puszczona samopas młodzież gloryfikująca wygibasy na kegu i żłopanie piwska do nieprzytomności godziła w samo serce jego koranicznego wychowania. Ani jednego miesiąca na wstrzemięźliwość, tylko przerwa wiosenna na jeszcze ostrzejszy ochlaj. Zero halal, mnóstwo haram. A tu jeszcze te głupkowate komedie bynajmniej nie romantyczne, rozgłaszające studencki American Dream we wszystkich krajach świata… „Ostra jazda” „Wiecznego studenta” w oparach „Super zioła” – o Allahu, jak tak można?! Gdzie czyny konieczne i czyny chwalebne, gdzie droga Szariatu? To właśnie ten kraj trząsł gospodarką całego świata? W takich warunkach wychowywali się jego przyszli, obecni oraz niedoszli przywódcy? Takim ludziom jego ojciec sprzedawał ropę, aby wzrastali jeszcze prędzej w swą grzeszną potęgę? Przecież jeśli tak dalej pójdzie, to gdy za parę lat zadzwonią do drzwi niewiernych z Koranem w dłoni, odpowie im tylko huk bomby poprzedzony piwnym beknięciem!
Dlatego właśnie Dżihad chciał odmienić zachodni świat. Przygotować nas na przyjście praw wielkiego proroka, eliminując tych prawdziwie zepsutych, którzy skusili się na alkohol ostateczny. Tych nieprzygotowanych ewolucyjnie i duchowo, których miejsce jest wśród niewolników i wielbłądów.
Kiedy skończył mówił, dopaliłem już camela do samego filtra, a sam filtr zjadłem, popchnięty do działania zwierzęcą głupotą. Nie powiedziałem jednak nic. Cameron wyrwał się z gulgotaniem „Zdrajco ty, Judaszu! Chałwiarzu turecki!”, King zaś wycharczał wraz z flegmą parę dosadnych wielbłądzich bluzgów. Ja milczałem. Nie mogłem się bowiem pozbyć wrażenia, że skoro Dżihadowi faktycznie tak źle było w naszym zachodnim świecie, mógł się po prostu z niego wynieść. Albo lepiej, wcale nie przyjeżdżać. Bo prawo Szariatu prawem Szariatu, ale przecież nasze „Ziomale przed towarem” i „Jeszcze jedno piwko nie zaszkodzi” to także są wieloletnie braterskie tradycje! I kto miał prawo nam mówić, że rozpusta i rozpicie nie mogą być częścią wielkiej amerykańskiej kultury? Albo jakiejkolwiek kultury? No kto? Na pewno nie Dżihad. Na pewno nie obcy.
Ale z drugiej strony, co ja się na tym znam? Jak wielbłąd na skrzypcach, o.
Wówczas wiedziałem tylko, rozkołysany i zemdlony, że nie chcę, aby Sierra Nevada zaroiła się od wielbłądów na ciężkim kacu (pustynia pod kopytami, pustynia w gębie) i aby zmieniła z czasem nazwę na Syria Nevada czy coś takiego. Nie chciałem wrócić do kraju i zastać na miejscu, zamiast ziemi ukochanej, kalifatów Persylwanii, Saudindiany, Camelifornii czy Allahbamy w Pasie Koranicznym, gdzie każdy zna i nuci musical Oklahomet!, gdzie dla rozrywki kamienuje się polskich katoli z Szyitcago, ślubując wierność Afganistanom Zjednoczonym. To była zbyt kuriozalna wizja nawet dla mnie, człowieka przemienionego w trójgarbnego wielbłąda. I wierzę, że dla was będzie jeszcze dziwniejsza.
Teraz bowiem, gdy stoję tu przed wami na kolejnej wielkiej imprezie, dopity do ostatniej komórki w garbie, obciążony mini-platformą wiertniczą, której dźwigienkę wolno opuszcza dłoń Muhammada ibn-Hammurabi al-Quayina zwanego Dżihadem, przypominam sobie o starej zasadzie Kappy, przerobionej na credo każdego birtugana:
„Żyj i daj żyć innym”.
„Pij i daj pić innym”.
I w ten oto sposób ta skromna historia podczepia się pod każdy samotny promil w moich garbach. Wkrótce spijecie ją jak miód i przesączy się ona do waszych umysłów – pocięta, fragmentaryczna, niekompletna… Tak samo, jak kiedyś historia Tulu uderzyła do głowy mnie. A potem, podobnie jak Tulu, zdechnę i ulecę gdzieś do wielbłądzich zaświatów, na Bursztynową Pustynię czy do innej Oazy Wiecznego Spoczynku.
Jednak przedtem nieustannie opowiadam, dźwigam ten garb prorokowania, bo wciąż jeszcze mam nadzieję. Nadzieję, że ktoś posmakuje na wargach mego ostrzeżenia i odłoży od ust zatruty kielich. Że nie wypije przymierza, powstrzyma innych, zdemaskuje podstępny spisek mojego przyjaciela Dżihada.
Dlatego proszę was z całego serca. Proszę, stawiając ten ostatni, znamienny wielokropek na granicy ucha igielnego.
Proszę, nie pijcie wielbłądów…

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: