polskie centrum bizarro

Orgazmiczna lektura na Dzień Orgazmu

In Akcje Literackie, Opowiadania on Grudzień 21, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWszyscy szykujemy się na te Święta, które zaraz będą, od choinek, ryby i kompotu z suszu. Coroczna rutyna, ot co. I w tej rutynie łatwo zapomnieć (a nawet nie wiedzieć), że dziś, właśnie dziś, jest ważniejsze święto. Dużo, dużo ważniejsze i promujące zdrowe samopoczucie, zdrowie psychiczne oraz fizyczne oraz szeroko pojęte poczucie zaspokojenia… życiowego.

Mowa oczywiście (oczywiście, bo przecież czytaliście już tytuł posta) o Dniu Orgazmu, być może najważniejszym dniu roku.

Bo taka prawda wychodzi, tym łatwiejsza do zrozumienia, im człowiek starszy… jak już się ma jakąś chorą ambicję dojść gdzieś w życiu, to najlepszą opcją okazuje się dojście do dojścia. Tyle o procesach seksualnologicznych, bo, znów oczywista oczywistość, mamy dla was parę tekstów. Dokładnie parę, od Jana Maszczyszyna i Zeter Zelke, do tego dwie ilustracje od Tomka Woźniaka. Czemu tak dwójkami? Promujemy zdrowo pojęte partnerskie podejście do tematu dzisiejszej aktualki. Jak już się dochodzi, to zawsze lepiej dojść razem.

h

Literkowy Dzień Orgazmowy

h

4

h

 Jan Maszczyszyn

Arka Petera Humbletone’a

h

Nazywam się Peter Humbletone. Z zawodu jestem astrofizykiem, z pasji bioerotykiem. Jako wielokrotny uczestnik ekspedycji międzygwiezdnych bywałem dość często delegowany na specjalistyczne konferencje poświęcone życiu pozaziemskiemu. Dyskusje zawsze zmierzały do ich czułego meritum. Czyli wielce ambarsującego dla niektórych punktu interakcji seksualnych i ich kluczowego zagadnienia istnienia lub nieistnienia pozaziemskiego odpowiednika orgazmu. Ponieważ nazbyt często z podobnych kłopotów publicznego drążenia tematu udawało mi się wychodzić obronną ręką, szybko okrzyknięto mnie fachowcem w dziedzinie i opatrzono zaszczytnym tytułem rzeczoznawcy. Sam uważałem się raczej za naukowca pospolitego i bardziej entuzjastę niż znawcę problemu.
Gdybym spróbował zdefiniować pojęcie orgazmu humanoidów, zapewne sięgnąłbym do definicji szkoły Engrejskiej z Beta Pictoris. „Orgazm jest przefiltrowaniem duszy”, katharsis. Tamtejsi Utymicjusze, zebrawszy się w większym gronie na kamiennych posadzkach miejscowych Primgulum, zacięcie debatowali. Dochodzili do szeregu interesujących konkluzji, które później publikowali w jonosferycznych wykresach ogólno-planetarnej świątyni Jaźni i Ducha.
Sam, będąc w gościnie u przyjaciela, lewitowałem ponad miastem i przyglądałem się uważnie owym pismom. Utkwiła mi w pamięci bardzo ponętna teza głosząca, iż samo napięcie przeddoznaniowe posiada głębokie korzenie w kształtach ciała, gdzie wypukłości i ostre wypiętrzenia oznaczają potrzeby wytrysku i zapłodnienia, a wklęsłości uczucie zaprogramowanej jałowej, a potem palącej głębokości i pustki.
Zastanawiam się jak ogromną rolę w akcie wytworzenia erotycznego nęcenia stanowi wyobraźnia. Zwykle silnie zakorzeniona w podświadomości osobnika wizja wynika jakoby z odrzutów jego sumienia, wrodzonych natręctw bądź nut, mówiąc oględnie, niestandardowych zachcianek lub, twierdząc wprost, skrzywień erotycznych. Bo jeśli wyostrzenie percepcji gra już pierwsze skrzypce, to jakże ważnym uzupełnieniem muszą być budzące silną, dziwacznie umotywowaną satysfakcję drapiące do krwi paznokcie, biała gorączka zacisków, czy penetrujący nadzwyczaj ruchliwie obrzydliwy język? W jakim stopniu konweniują osobnika te swawolne, głęboko skrywane odchylenia prostego zachowania? Zapewne jątrzą, usilnie powstrzymywane zdrowym rozsądkiem. Później podgrzewają się w jakimś ukrytym, słabym punkcie, by wreszcie eksplodować w jednym momencie wszelakimi formami doznań wyuzdania i oczyszczenia z brudu poniżających w rozumieniu rozsądkowym łaknień. Niezmiernie ważne w procesie uaktywnienia są subtelne bodźce, takie jak: zaślinienie warg, ponętnie dziki błysk oczu wydobyty spod namiętnego zmrużenia powiek, powiew przypadkowo gorącego oddechu, szczególny zapach potu, miękkość ud, tu i ówdzie stwardnienia u obojga współuczestników, lepka od gwałtownego pocierania skóra, czy też to nieuporządkowanie włosów prowadzące do szaleństwa pociągnięć i spleceń. Jeśli jeszcze dodać zapach rozszalałych w akcji wydzielniczej narządów, świadomie dopełnimy OBRAZY estetyki procesu, co w sumie w jakiś pokrętny sposób ponownie roznieca dalszą potrzebę dziwaczności doznania.
W skrajnej niewygodzie, wykręceniu ciała, naciągnieciu rąk i nóg i znowu rąk, czy nawet wyzwolonym przez ostre pchanie bólu, który w percepcji aktu nadzwyczaj bywa przyjemny, rodzi się znów wydziwaczone natężenie niepodobne do żadnego procesu wyczekiwania i koncentracji znanego z szarego życia codziennego, a pochłaniające niczym ostateczność. Proces tej cielesnej ekwilibrystyki aktywizuje tysiące, jeśli nie miliony zakończeń nerwowych. Dodane do relacji ogólnocielesnych blisko osiem tysięcy pobudzonych w najistotniejszych tarciach narządów genitalnych zakończeń nerwowych musi eksplodować w jednolitym i możliwie najdłuższym akcie rozładowania szczytującego napięcia. Porównałbym to tylko do przechodzącej, miotającej błyskawicami burzy.
A co z nieudacznikami, zapytacie?
Niespełnienie wyzwala w jednostce rozpacz i agresję, potrzebę szybkiego powtórzenia zalotów, pieszczot i zdobywania.
A stojący z boku malkontenci?
Kompletny brak udziału w orgiach pociąga za sobą wrażenie odcięcia od podstawowych prądów egzystencji, oderwania od toczącej swe gwałtowne i jedyne właściwe nurty przyrody. Niespełnienie wybucha uczuciem nieszczęścia z obecności na tym padole. Bo na cóż nam nieme świadkowanie temu, co tuż obok i na wskroś? Przyglądanie się milionowym, miliardowym populacjom spółkującym na wszelką możliwą nutę indywidualności i ich płynącej z tego faktu radości przeżywania jedynie istotnej w życiu chwili?
Co gorsza, poczucie samotności i wyobcowania staje się motorem nie całkiem uzasadnionych logicznie poszukiwań i źródłem rosnącego napięcia tak podobnego do wydziwaczonego wykręcenia ciała, o którym wspominałem wcześniej. Proces narasta, by w końcu zamienić się w emocjonalne kalectwo…
Tacy stojący z boku kończą oczywiście ukarani społecznym ostracyzmem.
I wykluczenie bywa bardzo bolesne. Ciężko je przeżyć w samotności. Wielu fachowców widzi w nim moment narodzin psychoz, psychopatycznych skrzywień i pomysłów na wyegzekwowanie cielesnego wyroku. Morderca wybiera swoją ofiarę właśnie na podstawie własnych, skrywanych głęboko preferencji seksualnych. I nierzadko biedna, pozbawiona życia niczym ogłuszona ryba istota samym geometrycznie nieuporządkowanym, bezwładnym leżeniem doprowadza go do szczytowania. Agresja jest w aspekcie źródłowym niezwykle podobna do orgazmu i odwrotna w efekcie prokreacyjnym.
Piekące uczucie wypukłości, wklęsłości i posuchy może prowadzić do oddania się za pieniądze komukolwiek dysponującemu równie deprawującą rozum wypukłością lub jej przeciwieństwem. Mówimy wtedy o dziwkach obojga płci…
Zagospodarowanie rodzinne chuci jest niezmiernie trudne. Trzeba pamiętać o ślepej szansie spotkania kogoś odpowiedniego, co samo w sobie jest odstręczająco dziwne. Jakby przyroda nie potrafiła lepiej pomieszać dostępnych w akcie tworzenia genów. Mimo że burza płynów jest zjawiskiem czysto chemicznym, niestety szybko odbija się w sposób degenerujący na osobowości.
Czy istnieje wyjście? Czy jako istota świadoma swego bytu mogę wyrwać się z tych poniżających automatyzmów instynktu?
Okazuje się, że tak…
Po wielu poszukiwaniach doszedłem do wniosku, że dokonując niewielkich modyfikacji ludzkiego układu immunologicznego, mogę skorzystać z multiaplikatora obcych. Stąd moje zainteresowanie systemem ewolucji rozwiniętym przez Beta Pictorianiańską egzosferę i próba jej adaptacji do seksualnej ekwilibrystyki w warunkach ziemskich. Mówimy tu o pewnych szczególnych właściwościach samorozsadów, tak zwanych latających fasolach lub dziurawicach.
Otóż każdej ogólnoplanetarnej wiosny na Beta Pictoris – a mam tu na myśli maksymalne zbliżenie planety Zelby do słońca układu – dochodzi do masowego wysypu specyficznych nasion fasoli rozrodowej z wnętrza organizmów każdego rodzaju, czy to zwierząt, czy roślin. Nasze pierwsze ekspedycje traktowały problem nader poważnie. Lądująca na nieosłoniętej skórze fasola dziurawicy pictoriańskiej wywołuje natychmiastową infekcję. Skóra ulega gwałtownym pofałdowaniom, aż do powstania kilkucentymetrowej ziejącej, bardzo wilgotnej jamy. Poszkodowani w wypadkach infekcji w ogóle nie narzekali. Odkrywali szybko, że dotykaniem i eksploracją „jamy” wywołują u siebie prawie natychmiastowy, silny orgazm. Wielu skutecznie ukrywało chorobę lub w tajemnicy wykorzystywało do niekonwencjonalnych działalności erotycznych, wliczając w to płatną prostytucję. Swoim nagannym zachowaniem powodowali coraz szersze rozprzestrzenianie się zarazy dziurawicy pictoriańskiej pośród ludzi, a w szczególności młodzieży szkolnej.
Beta Pictorianie reprezentują jednopłciowy gatunek. Dziwne, prawda? Co więcej, cały ich, kurwa, świat jest jednopłciowy! Nasz naukowy półświatek zadeklarowanych filozofów i analityków po krótkim szoku przeszedł do szczegółowej analizy systemu bioerotycznego Zelby. Czyżby fruwająca z wiosennym wiatrem fasola dziurawicy była swoistym narządem rozrodczym, rodzajem ogólnoplanetarnej macicy i genetycznego mieszadła, w którym zachodzą historyczne, rewolucyjne biogenezy form garnituru genetycznego z wielorakich źródeł materiału nasiennego? Jak oni to robią? Czy zwykły Pictorianin potrafi w sposób mentalny wpłynąć na narząd i zdecydować o wyglądzie zewnętrznym przyszłego potomka? Podobno tak…
Beta Pictorianie przypomnieli nam swe wielorakie legendy na temat genezy latającego w wysypach wiosennych tworu. Uważali, że w zamierzchłej przeszłości globu egzosferę dotknęła katastrofalna mutanogenna inwazja. Odkryto na planecie ślady zaawansowanej kultury materialnej i zbieżność w czasie jej zaistnienia nie pozostawiała wątpliwości. Czynnik zewnętrzny zdeprawował tradycyjny system rozrodu. Być może pradawna rasa reprezentowała jakąś zapomnianą falę kolonizatorską lub uchodźczą, której przedziwne artefakty biologiczne i ingerencje po milionach lat wciąż bywają zauważalne…
Bo niby skąd u Pictorian wielkie, zakręcone prącia i ich szalone wzwody?
Przyznam, że byłem ich dynamizmem na początku totalnie wzburzony, ale z czasem poznałem i zrozumiałem mechanikę zjawiska. Bo jak nazwać szalejącą chuć wobec szeroko rozumianej sfery organizmów żywych? Ogólnoplanetarnym pieprzeniem się? Niesione wiatrem wolne organy być może miały posłużyć w odległej przeszłości do asimilacji i ochrony ginących lub przesiedleńczych gatunków fauny, a stały się z czasem dynamicznym stymulatorem rozwoju. Wiadomo nie od dziś, że właściwie jest obojętne kto czy co stanie się surogatem.
Jamy infekcyjne Pictorians w pełni zdały egzamin również w środowisku ziemskim. Profesor Steven Sailsinger, mój wieloletni przyjaciel z czasów studenckich i partner, w zupełnej tajemnicy dokonał na sobie pierwszego w historii udanego eksperymentu, oddając narząd jamy pictoriańskiej, rozciągniętej w fazie grzesznego rozrostu na jego własnym owłosionym torsie, laboratoryjnemu knurowi. Przy anonimowej współpracy z Howland & Sons Analitics udała się ta na poły naturalna inseminacja i po niespełna miesiącu Sailsinger urodził zdrowego, maleńkiego jak pięść prosiaka. Później z niemałą satysfakcją ujrzał pierwszego wychodzącego z jamy jego torsu żyworodnego strusia.
Wtedy właśnie przy wspólnym stole projektowym opracowaliśmy metodę rozrodu wielogatunkowego i wpadliśmy na pomysł przyszłej kosmicznej Arki. Wyrosła praktyczna idea świadomej panspermii.
Czy ktoś z was widział międzygwiezdne pociągi kolonialne odchodzące do Światów Hydronii? Brudne przedziały pełne worków z nasionami i półek z sadzonkami, cuchnące kontenery dla trzody chlewnej i bydła, plastikowe klatki dla ptaków i gryzoni, a w tym wszystkim tłoczy się niespełna rozumu, rozśpiewana ludzka masa grająca w karty. Przecież można by uniknąć międzygwiezdnej żenady…
Spoglądam dzisiaj z nadzieją w kosmos, na globy czekające na kolonizację, na dziewicze planety i księżyce. Wierzę, że teraz wzbogacony o nowy, uniwersalny narząd gatunek ludzki będzie zdolny zwrócić zaciągnięty wobec natury dług. Zdobędzie się na podziękowanie za rozum i świadomość. I na przeprosiny za małość w swej wielkości.

h

***

h

Dobrowolnie zgodziłem się na implantację około setki ziaren fasoli dziurawicy pictoriańskiej. Zabieg przeprowadziliśmy w małym, brudnym szpitalu na peryferiach Frankston. Wyglądałem po tym jak ser szwajcarski. Gorzej, jak napuchnięty od przeżarcia pyton. Piłem jak ciężarna nastolatka. Kradłem urodzinowe torty pacjentów i przegryzałem świeżymi ogórkami ze szpitalnego, warzywnego poletka. Potem godzinami zwracałem całą treść przeładowanego żołądka stojąc na dachu sypiącego się budynku.
Byłem w wielokrotnej ciąży… Nawet nie wiem kiedy to się stało… Wydaje mi się, że profesor Sailsinger przez zapomnienie nie domknął okna. A może zrobił to celowo?
Pamiętam przekradające się nocami przez szparę ptaki. Z daleka wyczuwały charakterystyczny, intensywny zapach gotowych do prokreacji uniwersalnych narządów rodnych. Nie wiem dlaczego akurat one, a nie jakieś udomowione ssaki, jak na przykład psy i koty… Możliwe że profesor użył specjalnych chemicznych markerów, aby zaoszczędzić mi bólu, a nam obu niepotrzebnej sensacji?
Gdy spałem, wróble używały sobie na mnie do woli.. Orgazm przez sen przypominał nierzeczywisty, nieprzejrzysty żart i stawał się niemal bolesny w swej intensywności. Budziłem się śmiertelnie znużony, pokryty pierzem i odchodami.
Po tygodniu poczułem w sobie gwałtowny ruch. Oraz entuzjazm i wigor.
Odnosiłem wrażenie pełnej satysfakcji. Czułem się totalnie zrelaksowany, rozwierający się jak kwiat. Biegałem po szpitalnych korytarzach kompletnie obnażony. Wypinałem wypukłości wobec świata i pęczniałem z dumy podobnej totalnemu, ekshibicjonistycznemu orgazmowi.
Bo czułem się boleśnie ofiarowanym!
Każda wypukłość im większa i ostrzejsza, tym intensywniejsze buduje uczucie napięcia i prędzej zmierza do erupcji, czyli owocnego wydalenia. Po zjedzeniu tortów posiadałem energię pozwalającą na miesiąc takich porodów. To wiercenie się, potem szczebiot i mrowiące od wewnątrz ruchy skrzydeł były radośniejsze, niż przypuszczałem.
Kopanie niemowlęcia w jego ostatecznej fazie rozwoju musiało być nużąco wulgarne! Rozsadzające mnie uczucie rozkoszy przekraczało zdolności pojmowania.
W niedzielę rano ciało eksplodowało nowym wzlotem, niemal równocześnie we wszystkich nabrzmiałych punktach. Nie nadążałem z otwieraniem zaklinowanych szpitalnych okien. Darłem się na całe gardło. Płakałem. Kiedy w brudne szyby uderzały rozpędzone noworodki, z mojego nosa poszła krew.
Dopiero zastrzyk i kaftan bezpieczeństwa ostatecznie mnie uspokoiły.

h

1

Zeter Zelke

Anality!

h

Kapitan Alfons Pytula przeczuwał, że ten projekt skończy się katastrofą. Nic tak absurdalnego nie miało prawa istnieć przez dłuższy czas. Profesor Schmuller powinien być wdzięczny swoim jajogłowym bogom, że sprawa rypła się zanim badania nad Andro wykroczyły poza fazę beta.
– Mleko się wylało, Bisz A’czu, i to ty zostałaś wybrana, by posprzątać bałagan – mówił. Azjatyckie usta Bisz rozciągnęły się w skromnym uśmiechu. – Twoim zadaniem jest przechwycić i unieszkodliwić najnowszą broń, która wyszła, a właściwie zbiegła z naszych środowisk testowych. Doktor Schmuller nalega, by Andro podczas akcji doznał jak najmniej uszczerbków na funkcjonalności. Twój cel wygląda tak…
Kapitan nacisnął pulsujący czerwienią guzik pilota. Na ścianie pojawił się spoglądający poważnie wysoki, zielonooki mężczyzna. Miał około czterdziestki, był dobrze zbudowany, a na głowie jeżyły mu się krótkie blond włosy.
– Toksyczny człowiek. – Bisz otaksowała obraz trochę zawiedzionym spojrzeniem. – Nie tak go sobie wyobrażałam.
– Nie daj się zwieść pozorom! Ten osobnik został zaprojektowany tak, by nieść śmierć w najbardziej efektywny i zarazem najmniej przewidywalny sposób.
O tak, ten koleś był niezrównany. Pluł kwasem, jego pot zamieniał się w opary paraliżujące drogi oddechowe, w jego krwi pływały dziesiątki bakterii i wirusów mogących spowodować śmierć w kilka godzin od infekcji całym spektrum chorób. Aż strach pomyśleć czym sika – stwierdził w myślach Pytula, gdy wyższe oficerstwo po raz pierwszy wytłumaczyło mu na czym polegała moc Andro. Pewnie szcza płynnym azotem, a jego gówno to C4, którego porcja wywaliłaby w powietrze pół miasta.
– Prototyp stał się… niestabilny.
To było żałosne półprawdy; wszyscy wiedzieli, że „niestabilny” oznaczało tyle, co „chutliwy”. Działający wewnątrz organizacji szpicle (niechybnie któregoś z wrogich mocarstw!) sabotowali oprogramowanie Andro tak, aby wyzyskać czynnik, który w bardzo krótkim czasie doprowadził do globalnego przeludnienia. Popęd seksualny jest czymś fundamentalnym dla każdego stworzenia na ziemi – mówił profesor Schmuller na naprędce zorganizowanym zebraniu kilka godzin temu. Ciało toksycznego człowieka jest organiczne w aż siedemdziesięciu pięciu procentach. Wczytaliśmy mu bardzo zaawansowany moduł symulowania różnorakich zachowań. Dzięki nim Andro jest bardziej przekonywujący niż Kurt Asiński z recepcji.
Prywatnym zdaniem Pytuli uczeni na pewnym etapie konstruowania swojej zabawki zapomnieli, że koniec końców była ulepiona z organicznej tkanki i pomimo czipów, ulepszeń i całej tej elektroniki u jej podstaw stała świadoma, ludzka istota, chociaż profesor Schmuller zapewniał, że uwadze jego zespołu nie uszły potencjalne komplikacje natury seksualnej. Plany przyszłego wykorzystania Andro przewidują pewien użytek i z tych funkcji, toteż nie wyrugowaliśmy ich zupełnie – bronił się profesor.
Wszystkie zabezpieczenia jakimi otoczono popędy Andro przegrały w konfrontacji z wirusem pobudzającym zew natury, chociaż nie z kretesem. Andro, choć uświadomił sobie swoje potrzeby, po prostu nie mógł dojść (i dobrze, bo bóg jeden raczył wiedzieć, co wchodziło w skład jego spermy). Prototyp odchodził jednak od zmysłów, usiłując osiągnąć to, czego go pozbawiono.
– Andro nie może wypalić z… z… bo nie wiemy, czym to się skończy. Schmuller obawia się, że wytrysk może spowodować eksplozję porównywalną z siłą rażenia małej bomby atomowej.
– Zajmę się tym – oznajmiła krótko Bisz.
– Udziabanie mu kutasa kataną na niewiele się zda A’czu! – przestrzegł Pytula. – Schmuller właśnie gromadzi dane. Bądź w ciągłym kontakcie.
Skrytobójczyni ostentacyjnie poprawiła słuchawkę na uchu, skłoniła się Pytuli i opuściła pomieszczenie, cicha jak kot.
Odnalezienie Andro nie przysparzało kłopotów. Naszpikowany elektroniką prototyp był łatwiejszy do wyłuskania niż igła w stogu siana. Pojmanie go – to przedstawiało wyzwanie. A za tym Bisz tęskniła od dłuższego czasu. Pochodziła ze starożytnego chińskiego klanu asasynów Masosado, znała osiem sztuk walki i sześćdziesiąt dziewięć punktów na ciele, które odpowiednio potraktowane mogły przynieść dziesięć tysięcy dwadzieścia pięć różnych efektów. Od dawna nie spotkała godnego przeciwnika, toteż sama myśl o konfrontacji z androidem dostarczała wytęsknionej adrenaliny. Dla tej chwili mogła nawet zrezygnować z chowania się między cieniami. Tym razem stanie z przeciwnikiem twarzą w twarz!
Według wciąż napływających raportów od grup monitorujących, Andro próbował dotrzeć do jednej z kamienic przy ulicy Cipucha Karlego. Tymczasem doktor Schmuller zbliżał się do zrozumienia w jaki sposób wirus przeprogramował androida i na co go uwarunkował.
– Jakieś postępy, profesorze? – zapytała Bisz, zbliżając się lekkim krokiem do skrzyżowania Impo Tantego z Cipucha.
– Rozszyfrowaliśmy już wystarczająco wiele fragmentów złośliwego kodu – usłyszała w odpowiedzi zasapany głos Schmullera. – Z naszych wyliczeń wynika, że Andro będzie szukał żółtej kaczki. Albo teletubisia.
Bisz uniosła cienką brew. W słuchawce doszedł do głosu Pytula. Odchrząknął głośno, a potem zapytał:
– Czy to potwierdzona informacja?
– Przeprowadziliśmy symulację odczytów. Mamy osiemdziesiąt siedem procent zgodności, że czynnik, który umożliwi Andro spełnienie seksualne, będzie przedmiotem martwym o ciepłej kolorystyce i stałej, choć elastycznej konsystencji. Program prognostyczny uściślił te wyliczenia do dwóch milionów możliwości. Po kolejnych przeliczeniach wykluczyliśmy półtora miliona. Ostatecznie pozostał nam wybór pomiędzy żółtą gumową kaczką a teletubisiem. Tym żółtym.
– W tych kamienicach mieszka wiele młodych rodzin – włączyła się Bisz. – Pewnie jego celem są dziecięce pokoiki.
– Nie możesz pozwolić, by Andro zapukał do ich drzwi! – zawołał Pytula.
Toksyczny człowiek nie wiedział, że Bisz lubiła teletubisie. Zwłaszcza tego żółtego. Myśl o tym, że jeden z jej ulubieńców mógłby posłużyć zwyrodniałemu prototypowi do wypalenia z rury, burzył jej krew w żyłach. Toteż gdy tylko zauważyła zwalistą sylwetkę Andro, zbliżającą się ociężałym krokiem do kamienicy, wyrzuciła w jego kierunku hak zamocowany na linie.
– Cho no tu! – zawołała.
Gdy tylko metalowa część wbiła się w łopatkę prototypu, szarpnięciem przyciągnęła go ku sobie. Lecz hak zaczął się topić pod wpływem zmodyfikowanej, żrącej krwi. Andro spojrzał na nią zielonymi oczami, które trawił szmaragdowy ogień szaleństwa. Splunął na bok, a gdzie padła plwocina, tam asfalt jął dymić i zapadać się w sobie.
– Zemsta będzie moja! – zawył, zgniatając w pięści roztopione żelastwo.
– To starcie będzie twoim ostatnim! – odkrzyknęła Bisz, odbezpieczając ręczną armatkę.

h

FIGHT!
Long: A teraz, specjalnie dla państwa, transmisja na żywo z Dildo w Kanadzie. Za chwilę odbędzie się finałowa runda walki o puchar zwycięzcy turnieju Ice Balls w Kortal Mombat. Bisz A’czu kontra Andro. Na razie mamy jeden do jednego. Jak myślisz, kto wygra?
Dong: Trudno powiedzieć. Andro to ofensywna postać. Trzeba pamiętać, że zadaje obrażenia nawet wtedy, kiedy jest ranny. Bisz z kolei walczy z dystansu, więc jak długo będzie trzymać Andro z daleka, może wygrać.
Long: Ale, ale, proszę państwa, walka już się zaczęła!
Dong: Tak jak było do przewidzenia, Andro rusza do ataku. Bisz skacze nad Andro. Andro nie wykorzystuje szansy, by ukarać to ryzykowne posunięcie i teraz musi blokować pociski z armatki A’czu. Andro znowu próbuje zmniejszyć dystans, Bisz zasypuje go pociskami.
Long: Andro zapędza Bisz w róg i rozpoczyna ofensywę! Bisz kuca, niskie kopnięcie, znów niskie kopnięcie. Z ran Andro wypływa kwas, który zaczyna żerować na pasku życia agentki Masosado. Nieudany kontratak Bisz, jeszcze próbuje przeskoczyć nad przeciwnikiem, wydostać się z rogu. Andro nie pozwala i znowu zaczyna ofensywę. Pasek życia Bisz jest już w połowie pusty. Jak szybko nie pozbiera swojej taktyki do kupy, będzie po niej. Andro rozpoczyna kombo, Bisz je przerywa, atak z góry, przeskakuje nad Andro i ucieka, trzymając toksycznego człowieka w ryzach strzałami z armatki. Oby tak dalej, Bisz!
Dong: A’czu wie co robi. Andro dostał porządnego kopa w czaszkę, pokazał się mózg i kable. Teraz najlepszym posunięciem byłoby zamienienie broni… O właśnie! Bisz strzela z armatki wodnej, koncentrując się na odsłoniętym, krwawiącym czerepie.
Long: Andro odczytał tę taktykę i przyspiesza. O mój boże! Jest tuż przy niej!
Long i Dong: Hoo-ray!
Dong: Niewiarygodne! Andro zmarnował Hoo-raya!
Long: Bisz wykorzystuje sytuację, by wyprowadzić kombo. Jeśli go nie zepsuje, ma szanse wygrać ten mecz!
Dong: I pamiętajmy, że ma jeszcze cały pasek ataku. Czy spróbuje Hoo-raya? Tak!
Long i Dong: OOO! OOO! OOO!
Dong: Hoo-ray wykańcza Andro! Bisz wygrywa tę rundę, a wraz z nią cały mecz. Turniej Kortal Mombat uważam za zamknięty!
Long: Poczekaj, poczekaj! Co to za frykcyjne ruchy? Bisz kończy, chwytając kij i…
Bisz A’czu wins!
Anality!

h

– Być może ocaliłaś dziś świat, Bisz – przyznał Alfons Pytula, pomagając skrytobójczyni zbierać zęby z płytek chodnikowych.
A’czu tylko skinęła głową. Zdarty połeć skóry powiewał lekko na wietrze, ujawniając lewą stronę jej połamanej szczęki. Chociaż obecnie bardziej przypominała pomoc naukową dla studentów anatomii (odsłonięte mięśnie, przechodzące przez skórę, połamane kości), wszyscy wiedzieli, że za dwa tygodnie wydobrzeje. Tymczasem prawdziwy problem leżał na ziemi, skrępowany magnetyczną siatką, z końcówką drewnianego kija zanurzoną w dupsku.
– Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek podziękuję niebiosom za profesora Schmullera –kontynuował kapitan. – Gdyby nie przypomniał sobie o awaryjnym wyłączniku, byłoby po tobie. Byłoby po nas wszystkich. – Odwrócił się do swoich ludzi i krzyknął tubalnie: – Niech nikt nie wyjmuje badyla z tyłka Andro do momentu przybycia profesora! Najlepiej zostawcie go jak leży! – Zwrócił się raz jeszcze do agentki: – Dokonałaś tu dziś niebanalnego osiągnięcia, Bisz. Masosado mają powody do dumy. Jak tylko medycy złączą twój kręgosłup, będziemy świętować.
Bisz wyjęła telefon komórkowy i wysłała swojemu przełożonemu sms’a:
” 😉 „

KONIEC

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: