polskie centrum bizarro

„I po świętach” by Marcin Rojek

In Opowiadania on Grudzień 30, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtHo, hoo, khe, kheee… Chciałoby się rzec: święta świętami, kilogramy kilogramami, zawszeć to więcej kochanego ciałka do kochania… Niektórzy są jeszcze śpiący, inni skacowani. Albo jedno i drugie. Niektórzy obudzą się na Sylwestra, by zrobić sobie dogrywkę, a potem cierpieć jeszcze bardziej cierpiętniczo.

Na pocieszenie trzeba zaznaczyć, że nawet jeśli bolą was głowy, tudzież inne części oprzyrządowania, najważniejsze, że przetrwaliśmy. Co niekoniecznie stało się udziałem bohaterów najnowszego opowiadania Marcina Rojka. Ale może nie uprzedzajmy faktów… Panie i panowie, oto przed wami…

h

I po świętach

h

– Boże, nareszcie – mruknąłem, osuwając się na bruk.

Padłem jak kłoda. Ciężkie powieki opadły, odgradzając mnie od świata. Nawet jednak przez zamknięte oczy widziałem jego blask.

Zbliżał się powoli.

Słyszałem krzyki i wrzaski. Wcale się nie dziwiłem. Kolejny rok udało nam się wytrwać. Nie bez strat, ale o wiele więcej z nich leżało teraz martwych. My straciliśmy wujka Zenona i babcię Stefanię. Oboje mieli ponad osiemdziesiąt lat. Pewnie i tak długo by nie pociągnęli.

Podszedł do mnie. Czułem jak pochyla się i dotyka mojego czoła. Ogarnął mnie spokój.

Zasnąłem.

Obudziłem się.

Przez chwilę leżałem bez ruchu, rozkoszując się otaczającą mnie ciemnością.

Wtedy dotarło do mnie, gdzie jestem i co się dzieje. Skoczyłem na nogi. Z bronią w ręku, gotów do ataku lub obrony, czułem jak krew gotuje mi się w żyłach. Ale tylko przez dwie sekundy. Dookoła było spokojnie. Cała moja rodzina zajęta była sprzątaniem.

– Był? – zapytałem, wypuszczając siekierę.

– Był – odpowiedziała moja żona. Stała oparta o grabie, z rozmarzeniem na twarzy patrząc gdzieś w przestrzeń.

Zanim sprzątnęliśmy wszystkie trupy kolędników z podwórka zrobiło się już prawie południe. Pamiętam jak pierwszy raz, sam jeszcze będąc dzieckiem, widziałem takie porządki. Nie mogłem zrozumieć dlaczego chłopcy i dziewczynki w moim wieku przebierali się za potwory i atakowali bogu ducha winnych ludzi. „Takie życie” – odpowiedział wtedy mój dziadek. Teraz wiem, że miał rację. Świat, w którym żyjemy, już dawno pozbawił nas skrupułów. Kiedy ktoś atakuje twoją rodzinę, to będziesz jej bronił. Nieważne, czy to stary zboczeniec, czy ośmioletni gówniarz z wypranym mózgiem.

Złapałem kolejnego trupa za nogi i pociągnąłem go do wykopanego specjalnie na tę okazję rowu.

Czas na ognisko.

Według tradycji najstarszy mężczyzna z rodziny zapala cygaro, zaciąga się dymem i wrzuca je na polane benzyną ciała. Skoro wuj Zenon poległ, to zaszczyt ten przypadnie w udziale wujowi Staszkowi. Dumny jak paw Staszek podpalił cygaro, pociągnął szybko kilka razy, żeby dobrze się zajęło, porządnie zaciągnął się i… zakaszlał się na śmierć. Padł na ziemię, krztusząc się i dławiąc. Oczy wyszły mu na wierzch, złapał się za gardło, wyciągnął ręce do nieba i umarł. Co gorsza, lewy rękaw wujka opadając wylądował na dogasającym cygarze i zajął się ogniem. Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić, jego ciało obróciło się w popiół.

– Z prochu powstałeś, w proch się odwrócisz – powiedział ktoś za mną, a ja za cholerę nie mogłem skojarzyć czyj to głos.

Któraś z kobiet wybuchła płaczem, reszta poszła jej śladem.

Podszedł do mnie mój syn i podał mi siekierę.

– To nie wróży nic dobrego – powiedział, mocniej ściskając w dłoniach nabijany gwoździami kij bejsbolowy.

Miał rację. Nie dopełniliśmy rytuału, tradycji nie stało się zadość. To zwłoki kolędników miały teraz płonąć a nie ciało wujka Staszka.

Pod nogami usłyszałem szuranie. Spojrzałem w dół. Marek i Mirka, dwójka najmłodszych dzieci, właśnie zmiatała prochy na szufelkę i pakowała je do plastikowej torby.

– Wypierdalać stąd, narkomani! – wrzasnąłem i sprzedałem im po kopniaku.

Uciekli z piskiem jak dzikie zwierzęta. Pomyślałem, że musimy coś z nimi zrobić, bo dołączą do kolędników i któregoś razu razem z nimi przyjdą śpiewać pod nasze okna. Zadrżałem. A potem nie miałem już czasu myśleć.

Poczułem jak drży ziemia. Rów z ciałami zaczął dymić. I co gorsza, poruszać się.

Zwłoki unosiły się i opadały. Widziałem jak rozpuszczają się i łączą na powrót. Wszystkie ciała zlały się w drżącą masę, gdzieniegdzie poprzecinaną powstającymi przerwami, które wyglądały jak przerwy pomiędzy palcami. Nie, niemożliwe.

Na ułamek sekundy zapanowała idealna cisza.

Ryk, który wydała z siebie nowo powstała istota, zdarł mi czapkę z głowy. Ledwie ustałem na nogach. Stojący obok syn musiał się podeprzeć kijem.

Golem, inaczej nie umiem go nazwać, wstał. Miał ponad cztery metry wzrostu. Przypominał ofiarę poparzenia, albo jakiegoś mutanta, jakby pod skórą pełzały mu węże. Najgorsze były jednak twarze, jedyny pozostały element po kolędnikach. Wszystkie miały puste oczy i szeroko otwarte usta. Wyglądały jakby próbowały śpiewać.

Odwróciłem się za siebie, szukając otuchy i odwagi w członkach mojej rodziny. Tylko, że nikogo za mną nie było. Tchórzliwe łajdaki, uciekli do domu! Trzask zamykanych drzwi zabrzmiał jak młotek sędziowski zatwierdzający wydany właśnie wyrok śmierci.

– Damy radę, tato – powiedział mój syn. Nigdy w życiu nie byłem z niego tak dumny.

Golem zaatakował. Gigantyczna pięść wbiła się w miejsce, w którym przed chwilą staliśmy. Rozbiegliśmy się w różne strony. Stwór rzucał głową, zastanawiając się kogo najpierw zaatakować. Zanim zdążył się zdecydować, wskoczyłem mu na plecy i wspinałem się wyżej. Próbował mnie zrzucić i tłukł dookoła rękami, jednak mój syn skutecznie odwracał jego uwagę, szybkimi ciosami miażdżąc mu stopy.

Gdy tylko zająłem dogodną pozycję, kilkoma uderzeniami siekiery odrąbałem maszkarze głowę. Stwór wył i skrzeczał, ale w końcu musiał się poddać. Patrzyłem jak krwawiący czerep leci ku ziemi i przygotowałem się na upadek. Ten jednak nie nastąpił. Z karku golema wyrosła nowa głowa i błyskawicznie urosła do poprzednich rozmiarów.

Widziałem smutek na twarzy syna. Ja pewnie wyglądałem tak samo.

Nie miałem pojęcia, co zrobić. Jeśli każda rana, którą mu wyrządzimy, będzie tak szybko się regenerować, to nie damy rady go pokonać.

Wtedy usłyszałem krzyk syna. W dłoni trzymał cygaro. Genialny maluch. Rzucił je do mnie. Głowa stwora przekręciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Wbiłem mu siekierę pomiędzy oczy i trzymając się trzonka zapaliłem cygaro. Jak prawdziwy mężczyzna zaciągnąłem się dymem, chwyciłem obleśne policzki i wbiłem wargi w usta poczwary. Wpuściłem do środka cały trzymany w płucach dym. Kiedy brakło mi oddechu, zeskoczyłem na dół.

Golem krztusił się i kasłał, z każdą chwilą tracąc kolejne twarze, spadające z niego jak guzki ze starego płaszcza. Wreszcie zajął się ogniem i spłonął.

Gnijąca kupa mięsa jeszcze się paliła, kiedy razem z synem, dumni z siebie poszliśmy do domu. Wkroczyliśmy do środka jak zwycięzcy. Cała rodzina siedziała przy stole.

– Możemy już skończyć tą durną szopkę? – spytałem. – Mam już tego wszystkiego serdecznie dosyć! Chciałbym, żeby wszystko wróciło do normy. Nienawidzę świąt! To co, może teraz śniadanie?

Nikt mi nie odpowiedział. Siedzieli bez ruchu. Nawet oczami nie mrugali.

Usłyszałem kroki.

– Zabroniłem im się odzywać.

Nie, pomyślałem. Niemożliwe. Przecież dopiero co skończyło się Boże Narodzenie! Odparliśmy atak kolędników, spaliliśmy zwłoki, nawet Święty Mikołaj rano do nas przyszedł. Teraz powinnyśmy mieć spokój. Nudne życie, praca i odpoczynek, bez walk i ciągłej obawy o własne życie.

– Wielkanoc w tym roku przyszła trochę wcześniej – powiedział zając, wgryzając się w tętnicę mojego syna.

Nikt z siedzących przy stole domowników się nie poruszył.

Poprawiłem uchwyt dłoni na siekierze. Widząc to zając uśmiechnął się szeroko.

– Jakieś ostatnie słowa, zanim zabiję ciebie i twoją rodzinę?

– Wesołego „pierdol się na ryj”! – krzyknąłem i rzuciłem się do ataku.

h
Reklamy
  1. Jak zawsze wciągające…:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: