polskie centrum bizarro

„Chwalebne wykroczenie” by Rafał M. Skrobot

In Opowiadania on Styczeń 10, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtFunkcjonariusze policji nie należą do najbardziej lubianych grup zawodowych, to fakt powszechnie znany. W różnych zakątkach świata nazywa się ich psami, kurczakami, smerfami, gliniarzami, śmieciami czy – nieco bardziej poetycko – ziemniaczanymi świniami. Abstrahując od tego, jakie są powody takiego właśnie postrzegania policjantów, nie da się ukryć, że postać policjanta zarówno w literaturze wysokiej, średniej, jak i tej całkiem niskiej, została po wielokroć wykorzystana…

Sięgnął po nią także nasz niestety już nieżyjący przyjaciel Rafał M. Skrobot. Poniższe opowiadanie pochodzi z jego zbioru „Brzydcy ludzie są źli”. Przy okazji chcielibyśmy przypomnieć, że więcej tekstów Rafała, całkowicie za darmo, znajdziecie na wydaje pl:

http://wydaje.pl/u/rafal-m-skrobot

h

Chwalebne wykroczenie

h

 

Wy nie wiecie, a ja wiem

jak rozmawiać trzeba z psem

J.B.

 

h

– Proszę pana – usłyszałem głupkowaty głos. – Proszę pana, pan pozwoli.

Odwróciłem się i ujrzałem zwalistą postać policjanta, któremu najwidoczniej wyfasowano za małą czapkę, bo tkwiła mu jak krowi placek na czubku głowy, a pasek boleśnie wrzynał się w podwójny podbródek.

– Ja? – zdziwiłem się, wskazując na siebie.

– Tak, pan. – Policjant z niemałym trudem pokiwał głową usztywnioną czapką. – Proszę zejść z trawnika i podejść. Mandacik będzie.

– Za co? – Prawie wykrzyknąłem ze świętym oburzeniem.

– No, mówię przecież – mruknął policjant i wskazał tłustym paluchem trawnik. – Depcze pan zieleń, a to zabronione. Jest… – Rozejrzał się (z niemałym trudem) wokół. – Była nawet tabliczka, ale chyba ukradli.

W milczeniu, wolnym krokiem podszedłem do gorliwego funkcjonariusza i popatrzyłem w jego bawole oczy z takim natężeniem, że nie wytrzymał i spuścił wzrok.

– Mandacik? – wycedziłem z anielskim spokojem. – Jaki mandacik?

– No… – policjant zaczął się jąkać, szybko się jednak opanował (z niemałym trudem). – Mówię panu już czwarty raz. Że za deptanie trawy. To jest wykroczenie karane grzywną, znaczy mandatem.

– Trzeci raz – poprawiłem go. Chwilę zdającą się być wiecznością (miałem nadzieję) trwała między nami pełna napięcia cisza, którą przerwałem, uprzednio nachyliwszy się ku twarzy policjanta:

– To nie słyszał pan o zabójczej Panflorii?

– Nie – bąknął, cofając odruchowo głowę. – O czym pan mówi?

Pokręciłem z niedowierzaniem głową.

– Nie wierzę – powiedziałem. – Czego oni was uczą? To jedno z największych zagrożeń z istniejących zagrożeń!

– Co pan za głupoty pan opowiada – mruknął policjant. – Odkąd pamiętam, zawsze trzeba było szanować zieleń. Zawsze były tabliczki na trawnikach, zbiórki makulatury, żeby oszczędzić drzewa… Ech, żarty pan sobie ze mnie robi i za to też będzie mandat, jeśli pan nie przestanie.

Westchnąłem jak umiałem najciężej.

– Właściwie to nie powinienem panu tego mówić, bo mundur może założyć nawet szpieg. – Spojrzałem na policjanta tak groźnie, że widocznie struchlał ze strachu. – No, ale skoro w szkole policyjnej nastąpiło tak nieprawdopodobne przeoczenie… To wszystko, o czym pan mówił, tabliczki, zbiórki makulatury to kamuflaż, mający na celu zapobieżenie ogólnoświatowej panice. Nawet tak zwana Partia Zielonych jest tak naprawdę grupą operacyjną, opłacaną przez rządy wolnego świata. Czy słyszał pan kiedyś o narastającym zjawisku Panflorii?

– Nie – bąknął zduszonym głosem policjant. – Co to jest?

Pozornie nie zwróciwszy uwagi na jego pytanie, zacząłem wywód:

– Panfloria, zwana też Panspermią Roślinną, w środowiskach okultystycznych Apokalipsą Jadowitej Zieloności, w środowisku służb specjalnych Bombą Z, jest zjawiskiem spowodowanym powiększającą się dziurą ozonową, wybuchami termonuklearnymi i innymi skutkami ubocznymi cywilizacji. Polega (powiem w skrócie) na niezwykle trudnym do opanowania, wprost niepohamowanym i progresywnym zjawisku nadmiernego rozrostu flory zielonej. Przykładowo bambus, którego dobowy przyrost wahał się w okolicach metra, teraz wynosi circa osiem metrów i z miesiąca na miesiąc postępuje w zatrważającym tempie.

Policjant (z niezwykłym trudem) usiłował coś powiedzieć, nie dopuściłem go jednak do głosu:

– Jak pan myśli, po co wycinamy lasy? Na papier, meble? Papier można robić ze szmat a meble z tworzyw sztucznych. Jak pan myśli, po co strzyżemy trawniki? Żeby było ładnie i psy miały gdzie srać? Gdybyśmy przestali w mozolnym znoju zwalczać Panflorię, to w ciągu dwóch miesięcy zmutowana roślinność zadławiłaby nas. Porosłaby nasze domy, korzeniami krusząc mury, roślinność toksyczna potrułaby nasze matki, żony, dzieci, w końcu nas samych. I taki byłby koniec ludzkości. Nie nawracająca epoka lodowcowa, nie zderzenie z wielkim meteorem, nie trzecia wojna światowa, nie jakiś nowy rodzaj wirusa. Nie. Ta oto – wskazałem ręką – niewinnie wyglądająca stokrotka, te piękne żółte mlecze, tamto drzewo, które swym cieniem daje ukojenie w upalne dni. Właśnie to. Dlatego też – spojrzałem na policjanta jak na pluskwę – pamiętajcie, funkcjonariuszu, wszelkie przepisy dotyczące zakazu deptania trawników już dawno zostały zniesione, istnieje nawet tajne zalecenie dla wtajemniczonych, by destruować florę, kiedy tylko się da. Oczywiście należy to robić ostrożnie, by niewtajemniczeni nie zaczęli niczego podejrzewać. Jak już mówiłem panika nigdy nie przynosi ze sobą niczego dobrego. Dobrze – zerknąłem na swoją podróbkę Rolexa – na mnie już czas. A pan niech to wszystko zapamięta, lecz jako funkcjonariusza władzy obejmuje pana tajemnica służbowa. Nikomu ani słowa, nie chciałbym tu mówić o przykrych dla pana i pańskiej rodziny konsekwencjach nieprzestrzegania tajemnicy służbowej.

– To nie może być! – W skołatanym mózgu policjanta musiała dziać się istna rewolucja. – A kim pan właściwie jest?

– To również tajemnica służbowa – rzuciłem na odchodnym. – Cześć.

Gdy oddaliłem się już nieco, obejrzałem się za siebie. Policjant stał jak skamieniały tam, gdzie go zostawiłem i z przerażeniem wypisanym na nalanej twarzy patrzył na trawnik.

Wyszedłem z parku i udałem się na przystanek tramwajowy. Żeby przyśpieszyć przyjazd tramwaju, zapaliłem papierosa (każdy wie, że zjawiają się najpóźniej po trzecim sztachnięciu się). Oczywiście nadjechała oczekiwana przeze mnie szóstka. Nie była przepełniona. Usiadłem na miejscu przeznaczonym dla inwalidy i rzecz jasna nie skasowałem biletu. Gdy po czwartym przystanku usłyszałem „Bileciki do kontroli!”, odwróciłem się w stronę kanara i wysiliwszy wszystkie swoje aktorskie zdolności, uśmiechnąłem się jak kompletny idiota.

Wiem, ze jestem tylko małym sabotażystą, ale fuck the system na każdym kroku i dopóki to robię, czuję się młody. O, nomen dulce iuventatis!

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: