polskie centrum bizarro

„Śnijmy dalej” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on Styczeń 15, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW nowym opowiadaniu Karola Zdechlika poznacie dziwną rzeczywistość-nierzeczywistość. Zdziwieni? Zapewne. Śnijmy dalej to przyprawiająca o zawroty głowy wizja świata w trakcie Armageddonu, przy czym Armageddonu postrzeganego oczyma religioznawcy…

Cóż, w tym kontekście sformułowanie „zupa z dusz” wydaje się jak najbardziej na miejscu.

Zapraszamy do lektury wszystkich, hm…, odważnych i spragnionych ekstremalnych doznań. Tak, tak, zapraszamy, choć tradycyjnie już zastrzegamy, że nie bierzemy odpowiedzialności za ewentualne efekty uboczne.

h

Śnijmy dalej 

h

Cieszyli się swoim szczęściem, cieszyli się swoją obecnością. Po raz pierwszy od wielu tygodni znów byli razem. Tylko we dwoje. Pochłonęła ich radość, sama istota życia, nieskrępowanego, dzikiego i przepełnionego szaleństwem. Otoczeni przyjacielskimi objęciami lipcowego słońca, biegali po zarośniętej łące, wśród wysokich traw i migających jak w kalejdoskopie plam rozkwitających jadowicie intensywnymi barwami polnych kwiatów. Czuli się jak dzieci, jak wtedy, gdy przed laty bawili się we dwoje w osiedlowej piaskownicy. Nie przejmowali się teraz, że skoro są świeżo po ukończeniu studiów, tak szczeniackie zachowanie już im nie przystoi. Role społeczne pozostawili wchodząc do lasu, gdzie przyciągnęły ich echa śpiewu Sylfid. Cieszyli się chwilą, która mogła się szybko nie powtórzyć.

Ich dłonie splotły się ze sobą. Ich spojrzenia zatopiły się w sobie nawzajem. Ze śmiechem runęli w łoże rumianków, maków, mleczy. Nie liczyło się nic innego. Nie było niczego innego. Istnieli tylko oni, cały świat ze swoimi kłopotami, troskami, rozmył się, zniknął gdzieś.

Ćwierkały ptaki, w wysokiej trawie oraz gałęziach rozpościerającego się nieopodal iglastego lasu szumiał łagodny, lekki wiatr. Piotr łapczywie chłonął zapach jej włosów. Delikatnych jak muśnięcie jedwabną tkaniną, długich, kręconych włosów o intensywnym, czarnym kolorze. Włosów jego narzeczonej, jego ukochanej Klaudii. Spojrzał w jej zielone niczym rozkwitająca po kolejnym obrocie koła czasu natura oczy. Oprócz zadziorności zobaczył w nich szczęście. Po chwili wspólnego turlania się po kwiecistym łożu wylądowała na nim. We włosy wplątały się jej polne kwiaty. Piotrowi przypominała nimfę. Uśmiechnęła się do niego tak, jak tylko może się uśmiechnąć szczerze i z oddaniem kochająca kobieta. Ich usta spotkały się, po czym zadowolone z nagłego, lecz oczekiwanego spotkania, długo nie mogły się rozstać.

Zapadła cisza. Klaudia spoważniała. Objęła nogami narzeczonego, pochyliła się tuż nad jego twarzą. Słońce powoli oddawało władzę księżycowi, las wydawał się coraz bardziej mroczny.

– Jestem w ciąży – powiedziała cicho. – Będziesz miał syna. Będziemy mieli syna.

– Hej, Młody, obudź się. – Nagłe szturchnięcie obudziło Piotra ze snu.

Rozejrzał się wokoło nieobecnym spojrzeniem. Poprawił ułożony na kolanach hełm, przewiesił wysłużony automat Kałasznikowa z lewego na prawe ramię.

– Strasznie telepie w tym transporterze – powiedział cicho do siebie, maskując ironię, lecz siedzący obok partyzant usłyszał te słowa.

– A owszem, Młody, jak z dziwką na kolanach. – Parsknął śmiechem, nie rozumiejąc sensu słów młodszego kolegi. Siedzący w głębi ciasnego, pogrążonego w półmroku pojazdu też się roześmiali. Piotr skrzywił się. Lubił swoich towarzyszy w nieszczęściu, ale do ich nieokrzesania nie mógł przywyknąć. Poprawił okulary zsuwające mu się z nosa.

– Misiek, obudź mnie jak dojedziemy na miejsce – zwrócił się do siedzącego obok mężczyzny. – Albo zaraz – dodał po chwili. – Po co właściwie mnie obudziłeś?

Mężczyzna o iście niedźwiedziowatej posturze uśmiechnął się przyjaźnie, drapiąc się jednocześnie po kilkudniowym zaroście porastającym jego na kwadratową twarz.

– W sumie nic takiego. Każdy z nas wiele przeżył, każdemu czasem z psychiki wychodzi w najmniej oczekiwanej chwili coś, czego się nie spodziewa…

– Zrobiłem coś nie tak?

– Mówiłeś na głos.

– Przepraszam. – Piotr poprawił okulary na nosie. Znowu mu się zsunęły.

Odkupiony od grupki rosyjskich maruderów za skrzynkę wódki transporter opancerzony najlepsze lata miał już za sobą. Ślady intensywnego użytkowania oraz doraźnych napraw w warunkach polowych jasno świadczyły o lada chwila kończącym się resursie. Silnik wył potępieńczo. Ściany i podwozie nosiły ślady zarówno szaleńczych ucieczek przed przeważającymi siłami wroga, jak i triumfalnych zwycięstw nad grupkami nieuzbrojonych uchodźców. Siedzących wewnątrz rozbitków z różnych frontów rozgrywających się na marginesach Wojny Ostatecznej połączyło przekonanie, że oto nastał koniec. Koniec wszystkiego, co było wcześniej, zmiana paradygmatów w skali kosmicznej. Nie wszyscy z nich potrafili to ubrać w słowa, ale wszyscy instynktownie to czuli. To już nie było złamanie tabu ani nawet przekroczenie granicy wyznaczanej przez wartości nowoczesnego, cywilizowanego świata. O takich granicach mówi się wtedy, gdy ktoś uderzy w nie głową. Tym razem głowa zmierzająca na zderzenie czołowe z murem trafiła w pustkę.

Dlatego nikt z nich nie miał wyrzutów sumienia, że za pojazd zapłacili metanolem.

Piotr, magister religioznawstwa, zapadł w kolejny sen, ukołysany przez monotonny hurgot pojazdu i lekkie kołysanie. Niespokojny sen, rwący potok wspomnień, które wypaliły piętno na jego całym przyszłym życiu i późniejszych losach.

Postrzępione, niepoukładane obrazy, płynące przez wyobraźnię śpiącego, raniące jego uśpioną jaźń na tysiące sposobów.

Ściany szarych kamienic były szare jak nigdy. Jakby nagle stały się idealnym odzwierciedleniem jakiejś uniwersalnej idei szarości, będącej w stanie zamaskować wszystkie ślady kul, wybuchów, szalejącego ognia i zakrzepłej krwi. Szarości litościwie skrywającej ułomności tych brył, wszystkie dziury, wyrwy, otwory, rozdarcia w materii, zaburzenia symetrii, wszystkie obluzowane poczucia estetyki.

Setki uchodźców stłoczone między budynkami szły wolno, noga za nogą, w idealnej ciszy. Ludzie o brudnych twarzach, podartych ubraniach, martwych oczach. Pustych oczach. Szeroko rozwartych i wpatrzonych w nicość. Oczach patrzących, ale niewidzących. Morze szemrzącej, ludzkiej szarzyzny. Uchodźcy ciągnący za sobą małe, często prowizorycznie wykonane wózki, matki trzymające małe dzieci. Młodzieńcy przedwcześnie osiwiali. Dzieci o spojrzeniach zaszczutych zwierząt, trzęsące się spazmatycznie przy każdym przypadkowym szturchnięciu. W ciszy zaczął narastać szum rozmów. Cichych, snujących się przy ziemi, ciążących przy nogach tłumu, jak spowalniająca ich smoła.

Piotr i Klaudia, trzymająca się za brzuch zdradzający zaawansowaną ciążę, kroczyli wtuleni w siebie. Byli wymizerowani, brudni i nieludzko zmęczeni. Koniec przyszedł nagle i z całą stanowczością odcisnął na ich ciałach i duszach swoje piętno. Ale żyli. Trzymali się za ręce, jak wtedy na łące, w najszczęśliwszym dniu życia Piotra.

Sen przyśpieszył.

Starucha się roześmiała, trysnęła wokoło gęstą flegmą. Spojrzała prosto w oczy Piotra. Po jej pomarszczonej, zniekształconej twarzy, całkowicie pokrytej przez załomy wysuszonej skóry, spływała brunatna ropa.

Z głośnym pluskiem implodowała. Bezkost. Pokraczna parodia życia. Obdarzony samoświadomością nowotwór, przelewający się koszmar zlepiony z przypadkowych tkanek. Pożegnanie starego świata, braterski uścisk nadchodzącego nowego.

Tłum oszalał. Wszystko się stało, nieodwracalnie, co się miało stać. Stłoczeni na małej przestrzeni rzucili się naprzód, tratując się nawzajem. Szaleństwo uderzyło do głów wraz ze wzrostem poziomu krwi, w której wszyscy brodzili. Rozdeptane ciała, podarte ciała, ludzkie ochłapy, strzępy, strzępki, odpryski. Krew płynąca wartkim strumieniem, własną drogą. Poderwała się z ziemi, z krzywego chodnika i dziur w rozjeżdżonym asfalcie. Wir zaszumiał nad tłumem. Tornado pulsującego mięsa, absorbujące z tłumu kości, chrząstki, ścięgna, zmiatające wszystko na swojej drodze i absorbujące w siebie. Krwawy baldachim przykrył zgromadzonych obłędem, nakrył ich lekko, lecz stanowczo, niczym nadopiekuńcza matka.

Przytomna część jaźni Piotra ocknęła się – czy ja śpię? Co się stało? To tak nie wyglądało, miałem bagaż, wielkie tobołki… niosłem ze sobą wszystkie moje demony…

Nie miał szans, a jednak przeżył. Wirujące macki utkane z krwi i ochłapów ludzkich przebiły go w dziesiątkach miejsc, rażąc witalne organy, rozdzierając skórę i wnikając rany w bluźnierczej parodii stosunku seksualnego. Bryły pulsujących serc podrygujące na łańcuchach z jelit i języków, głowa z okiem w ustach i penisami sterczącymi z oczodołów. Nie mógł zamknąć oczu. Poczuł dotknięcie obcej jaźni, skumulowanej jaźni setek ludzi wchłoniętych przez to coś, poczuł jak rozpuszcza się w zupie z dusz, jak dotyka niepojętego. Bez strachu spojrzał we wznoszącą się przed nim kilkunastometrową kolumnę złożoną z nadal żyjących, składających się razem pod dyktando instynktownie rozumianej wyższej woli, ludzkich organów i całych ciał, swobodnie przez siebie przerastających, wrastających, łączących się ze sobą w najbardziej szalonych i niepojętych konfiguracjach.

Dopiero po chwili poczuł wpijające się w jego dłoń palce Klaudii. W oddali wyły syreny alarmowe. Tuż przed jego oczami z uciekającego tłumu wzniósł się nagle w powietrze jakiś człowiek. W gigantycznej, krwawej bańce pokrytej siecią splątanych, fioletowych żyłek.

Nie mógł nic zrobić, mógł tylko patrzeć na Klaudię. Na jej ciele wykwitły setki wagin. Oczy lewitowały wokół głowy, nerwy sięgały w głąb mięsistych narośli ściekających z jej twarzy. Zęby zrosły się, miliony kostnych drzazg przeszyły na wylot policzki i podbródek kobiety. Z każdej waginy wypełzały jeden za drugim zniekształcone potworki. Spadały z pluskiem na chodnik, ześlizgując się po ciele dziewczyny. Unosiły w powietrze okrwawione łapki, po trzy i cztery, rozwierały bezzębne usteczka w niemym krzyku. Potworki o kilku ciałach, kilku głowach, bezkształtne grudy sinego i karmazynowego mięsa.

Jej brzuch pękł. Na krzyż. Od środka, płaty skóry rozrywały się, drąc Klaudię jak papier. Parujące wnętrzności wyfrunęły, owinęły się wokół nóg i rąk kobiety.

Ich syn przyszedł na świat. Rozwinął skórzaste skrzydła zakończone kilkoma palcami. Przegryzł pępowinę mrowiem długich, igiełkowatych zębisk. Długim, wąskim i rozwidlonym językiem zlizał z siebie krew i wody płodowe. W tle, pośród wirującego w powietrzu zmasakrowanego trupa będącego jeszcze nie tak dawno narzeczoną Piotra, jej ogołocony z narządów kręgosłup obracał się wokół własnej osi.

Potworna istota stanęła przed również unoszącym się w powietrzu Piotrem. Przez środek jej łysej, nieforemnej, pokrytej dziesiątkami guzów i wybroczyn głowy biegła paszcza. Sięgała od czubka łba, aż po brodę. Dzieliła nieludzki ryj istoty na dwie części. W pionie.

Piotr zauważył zieleń oczu swojego nieludzkiego potomka. Istota odziedziczyła ją po matce, która zniknęła już w wirującej chmurze ludzkiej brei.

– Bóg umarł – powiedziała istota, po czym polizała Piotra językiem po twarzy.

Ludzkie szczątki wirowały wokoło.

Niedobitki tłumu dotarły do rogatek, gdzie znajdował się punkt kontrolny. Piotr widział to częścią siebie, który zespolił się z pozostałymi. Widział wszystkimi oczami wszystkich, czuł wszystkimi organami wszystkich.

Tłum zafalował przed zamkniętą bramą. Wojsko, specjalne oddziały w ciężkich pancerzach wspomaganych, otworzyły ogień. Po czym powoli ruszyły naprzód.

Piotr patrzył.

Oto stoi człowiek. Usiłuje wepchać sobie do rozprutego brzucha parujące jelita, zresztą dosyć wybrakowane. Oto inny człowiek, trzymający w prawej ręce oderwaną lewą. Oto mózgi rozchlapane na chodniku. Oto martwe oczy wpatrzone w pustkę dymu i ognia.

– Kocham cię – powiedziała w jego głowie Klaudia. – Zawsze będę cię kochać.

Oto stygnące i podrygujące w ostatnich drgawkach, parujące kopce ludzkiej mazi, gdzieniegdzie jeszcze pojękujące. Krew, kał, mocz. Mała dziewczynka, mówiąca do rozerwanej na strzępy matki „wstań mamusiu, nie śpij, chodźmy dalej, już niedaleko”. Upadające ściany wiekowych kamienic. Szarość ulatująca ze świstem. Tumany kurzu, pyłu, historia waląca się na ludzi z niewyobrażalnym rumorem.

Śpiew ptaków, szum morza.

Obrazy zwalniają, wspomnienia uspokajają się, wracają zepchnięte gdzieś poza zasięg świadomości.

Otwiera się niebo; nie ma oczu, lecz patrzy, nie ma ciała, lecz idzie. Z dziur spadają martwe anioły, inne na krzyżach z marzeń zbitych zdychają, oddychając spazmatycznie, plując jadem. Na zastygłych, spieczonych wargach zastygły przekleństwa. Pióra śnieżnobiałe wszędzie, pełno, dookoła, wchodzą do ust, oczu, uszu. Wchodziłyby, gdyby istniał.

– Kurwa, obudź się!

Piotr poczuł smak krwi u ustach. Oraz łez, całych strumieni łez przepływających po jego młodej, a pomarszczonej i naznaczonej trudami życia twarzy. Umysł powoli wracał do równowagi. Pogryzłem sobie wargi – przemknęło mu przez głowę, w której w następnym momencie zajarzyły się neony pytań. Gdzie jestem? Co się dzieje? I najważniejsze z nich – kim jestem? Odpowiedział sobie na nie dosyć szybko, wyzwalając się z uścisku trzymającego go partyzanta o pseudonimie Misiek.

– Kurwa – zaklął Misiek.

– Ech – odpowiedział Młody, ocierając twarz rękawem wojskowej kurtki. – Dojechaliśmy już?

– Nie, i gdybym cię nie obudził, nie dojechalibyśmy. Nigdy nie widziałem, by przez sen ktokolwiek próbował odbezpieczyć kałasznikowa. – Misiek podrapał się po połyskującej nawet w półmroku łysinie.

Piotr poczuł na sobie ciekawe spojrzenia towarzyszy broni. Uświadomił sobie też, że – nie licząc szumu silnika – panuje idealna cisza.

– Dziękuję więc, że uratowałeś nas wszystkich. – Nie patrzył na Miśka, wymawiając te słowa zamknął oczy. Całą swoją uwagę skupił na kropli potu spływającej mu po czole, od krótkich, nierówno obciętych bagnetem czarnych włosów, aż po szyję. Nie musiał jej widzieć, by ją czuć. Tak samo jak czuł na sobie przeszywające spojrzenie siedzącego gdzieś nieopodal dowódcy, każącego mówić na siebie per Kreuzspucker.

Piotr cieszył się z padającego deszczu, delikatnie muskającego go po przeoranej kanionami zmarszczek twarzy. Wpatrywał się martwym wzrokiem w majaczące hen, daleko na horyzoncie kształty, nie przypominające niczego, co widział. Co więcej, bał się nawet przypuszczać, co to może być. Ale od czasu pamiętnej tragedii przy próbie opuszczenia Krakowa wiedział, z czym ma do czynienia. I czuł się w jakiś sposób z tym czymś związany.

– Słodki kurwa Jezu – jęknął stojący obok Misiek.

– Co jest? – Nagły przypływ religijności starego partyzanta był dla Piotra zadziwiający. On sam oduczył się odwoływać do religii nawet na płaszczyźnie przekleństw.

– Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę… – Misiek pobladł. Stał pod otwartym niebem, na małej polance na wzgórzu, otoczony jodłowym lasem. Pod jego nogami, po kamienistym podłożu uciekała przed deszczem i nadciągającą burzą mała jaszczurka. – Rozszerza się nadal. Pokrywa już…

Młody zrobił kilka kroków w stronę towarzysza broni, przyłożył do oczu wiszącą na piersiach lornetkę. Po chwili opuścił ją bezwiednie. Zaszurał ciężkimi buciorami o kamieniste podłoże.

Tymczasem sinoszare niebo przeszyła błyskawica i prawie jednocześnie rozległ się huk gromu. Na spieczone kamienie, a także dwójkę obwieszonych bronią i wojskowym wyposażeniem życiowych rozbitków otworzyły się nabrzmiałe niebiosa, chlusnęły na nich zimnym deszczem.

– Idzie za nami krok w krok. Nie uciekniemy przed tym.

– Dlatego musimy być przygotowani. Zetknęliśmy się z tym i pozostaliśmy ludźmi. To coś nas odrzuciło. Wątpię, aby dało nam drugą szansę.

– No, pozostawiło w nas część siebie. – Misiek splunął.

Nie zastanawiali się, czym to jest, jakim cudem żyje, jeśli jest żywe, jakim cudem rozrasta się, jakim cudem myśli, co tym kieruje i dlaczego, czy samo sobą kieruje. Nie miało to sensu. To po prostu było. Przeczyło samym swoim istnieniem wszystkim prawidłom dającej się empirycznie poznać rzeczywistości.

– Chodźmy stąd, widzieliśmy już to, co mieliśmy zobaczyć – warknął Paweł. – Mamy jeszcze na tyle zapasów, by nie zbaczać z kursu. Poza tym nie ręczę za czystość tego deszczu. Ani za to, czy aby na pewno jest deszczem. Słyszę, jak każda kropla wymawia moje imię. Nie tylko kropla padająca na mnie – każda padająca z wiszących nad nami chmur.

Pobiegli w stronę lasu, z drugiej strony którego czekała na nich reszta oddziału, gdy świat zniknął religioznawcy sprzed oczu. Za to nagle gwiazdy zaświeciły milionami rozbłysków, rozmazały się, stopiły, zamieniły się miejscami, wirując w obłędnym tańcu wiecznego ruchu, śmierci i narodzin, zalały cichy świat bladym blaskiem śmierci. Śnieżnobiały Księżyc wisiał na firmamencie Królowej Nocy, usłanym duszami dawno zmarłych bohaterów, mdłe światło błędnych ogników oświetlało parujące moczary skąpane w dusznej mgle.

Ćmy i nocy wierne istoty, uderzeniami skrzydełek, chrząkaniem, pogwizdywaniem, cichym wyciem, lamentem i śmiechem, krzykiem i transowym buczeniem, grały funeralny marsz żołnierzowi, którego poszatkowane ogniem karabinów maszynowych zwłoki zastygły nieruchowo, drapiąc gliniastą ziemię wśród gnijącego sitowia. Nikt – gdyby jakimś zapisanym w gwiazdach cudem przybyłby tam – nie mógłby dojrzeć twarzy zmarłego, nawet, gdyby ten jeszcze ją miał, nikt – gdyby jakimś zapisanym w gwiazdach cudem przybyłby tam – nie mógłby spostrzec przerażonego spojrzenia zmarłego, i to nawet zanim jeszcze oczy poległego wylądowały w szuwarach kilka metrów dalej porwane falą pocisków.

Chore, blade, zupełnie obce światu światło konstelacji gwiazd i Księżyca, błędnych ogników bagiennych nie pozwoliłoby komukolwiek na identyfikację nie tylko insygniów zmarłego, lecz nawet i samego jego munduru.

– …? – zapytał nagły powiew wiatru, delikatnie muskający igły jodeł, niczym słodkie i delikatne usta wrażliwej kochanki, muskające jeszcze z dziewiczym niedowierzaniem i przestrachem penisa swojego ukochanego.

Rozbłysły błędne ogniki, szaleńczo pląsając wokół poległego, podrygując i fikając pod nocnym niebem przedludzki, pradawny rytuał, oświetlenia zagubionej drogi przez Styks duchowi gnającemu do niezgłębionego Hadesu. Ciężkie chmury przesłoniły Księżyc, nieprzenikniony mrok spowił pradawną puszczę, jakby sama noc zamilkła, czekając na odpowiedź wiatru.

Echo przyniosło niesione z oddali nieprzeniknionych, nieprzebytych leśnych ostępów łkanie. A potem przytłumione głosy, niesionej na skrzydłach wiatru kilometrami, partyzanckiej pieśni.

– … – huknął wiatr basowym głosem, aż z drzew posypały się igły i pospadały szyszki, ogniki szemrzące zaklęte klechdy wieków rozpierzchły się – tęsknię za Tobą, tęsknię, moja Tyś, moja…

Huknął wiatr całą swoją siłą, zaszumiała pradawna puszcza, chyląc gałęzie przed martwym żołnierzem. Splotły się niczym ramiona dwa podmuchy wiatru, i wzniosły aż pod niebo, nadziwić się nie mogły spotkaniem po tylu latach rozłąki. Ponad światem, ponad rzeczywistością. Otulone wiecznością.

Piotr otworzył oczy. Co to było? Co to za wizja? W środku dnia? Rozejrzał się błyskawicznie dookoła, zobaczył tylko, że Misiek znika w lesie. Uświadomił sobie, że czymkolwiek było to, co widział i czuł, musiało trwać ułamki sekund. Pobiegł za przyjacielem w bezkresne morze zielonych igieł. Zastanawiał się, jakie to uczucie być wiatrem. Tysiące myśli przelatywało mu przez głowę, gdy usłyszał strzały, które echo niosło wśród starych drzew. Przyśpieszył bieg, roztrącał gałęzie, potykał się o wystające ze ściółki korzenie i kamienie. Stracił Miśka z oczu, jednak potoki jego przekleństw nie oddalały się, rozbrzmiewały gdzieś z przodu, gdy ucichły nagle, zagłuszone przez kanonadę.

Wreszcie las przerzedził się. Młody roztrącił mniejsze drzewka, z okrzykiem wojennym wpadł na polankę, gdzie stał transporter, wystrzelił w powietrze kilka razy, zauważył kątem oka duży głaz zagrzebany częściowo w mchu, rzucił się tam, przyległ do niego plecami. To był element taktyki jego oddziału, on miał robić harmider i odciągać uwagę napastników – lub ofiar – od broniących się – lub atakujących. Nie miał niczego do stracenia i nie dbał o swoje życie. Inni to uszanowali, innym się to spodobało. Inni mieli tak samo.

Tak jak się spodziewał, sekundy po swoim przybyciu na pole bitwy, głazem o który się oparł, wstrząsnęły posłane w niego serie z karabinów maszynowych. Wychylił się z drugiej strony kamienia i zdębiał. Cały czas lało jak z cebra, w lesie panował półmrok, ledwo co widział, wytężył wzrok. Zdał sobie sprawę, że strzelają do niego jego towarzysze broni.

– Heeej, to ja, Młody! – krzyknął. Co się dzieje? Gdzie jest Misiek?

W odpowiedzi usłyszał kolejne wystrzały, tym razem gdzieś dalej, bliżej transportera. Wstał ostrożnie, ujrzał, jak Kreuzspucker wraz z zakrwawionym Miśkiem, zabijają strzałami w głowę pozostałych partyzantów, z którymi działo się coś bardzo niedobrego… Przyszło po nich. – pomyślał. I zwymiotował, przy okazji przypominając sobie, że od dawna nic nie jadł.

Szli w milczeniu, za nimi płonął transporter oraz złożone na stos ciała ich druhów. Zrośnięte z mundurami, zrośnięte ze sobą nawzajem. Roztapiające się w kroplach deszczu-niezbytdeszczu.

Na przedzie kroczył samozwańczy dowódca przedsięwzięcia, potem Piotr, na końcu obolały Misiek. Porzucili całe wyposażenie, zachowując jedynie saperki. Niczego więcej nie potrzebowali.

To już nie był świat ludzi. To coś wygrało. Nie cofnęło się ani pod wpływem broni masowego rażenia ani modlitw milionów.

Nazwali to Plagą, bo łatwiej zrozumieć coś, co można nazwać, określić, opisać. W tym wypadku jednak stworzyli tylko etykietkę, wszelkie próby zrozumienia spaliły na panewce. Plaga nie dała się opisać, za to zaczęła opisywać ich. Zmieniała wszystko. Była już niepodzielną panią i władczynią całej planety. Szli widząc śmiejące się twarze na drzewach, ludzkie ręce niczym węże wynurzające się ze ścieżki, leżące odłogiem pola rozbłyskały milionami kolorów, Słońce to zapalało się, to gasło. Ich ciała zaczynały się topić, wypuszczały macki, które łączyły się ze sobą. Słyszeli swoje myśli, widzieli dawno pomordowanych, idących koło nich. Plaga zmieniała krajobraz, Plaga zmieniała świat. Młody w pewnym momencie usiadł na mokrej ziemi, która zmieniła się w ludzką skórę. Czuł pulsowanie krwi w organizmie, na jakim usiadł, nie przeszkadzało mu to. Kreuzspucker spostrzegł to. Pokiwał tylko Piotrowi dłonią, poszedł dalej, nie oglądając się już za siebie. Miśkowi wypadło z klatki piersiowej serce, rozwinęło z chlupotem błotniste skrzydła, odleciało. Stary żołnierz nie zauważył chyba tego, i tak już był cały we krwi, więc utrata jednego narządu więcej nie sprawiła mu problemu.

Szli razem dalej, aż zniknęli za horyzontem, który zaczął się śmiać.

Oto stoję przed Tobą, Boże – myśli Młodego płynęły same, nie kontrolował ich. Kiedyś, tam w ruinach kościoła, w Krakowie wyrzekłem się Ciebie. Nastąpiło potem siedem krwawych lat. Wojna skończyła się, wyludniając gigantyczne połacie świata. Użyto nowej broni, coś dziwnego stało się z rzeczywistością, przez Mięsne Portale wpełzły Bezkosty, Plaga zaczęła rosnąć w siłę niepowstrzymanym strumieniem. Ludzkość zapomniała o Tobie, parodiując Twój akt stwórczy, i tworząc piekło na ziemi w imieniu prób tworzenia nieba. A może po tylu wiekach niepowodzeń, od razu chciano stworzyć piekło, bez zachowania pozorów, że chodzi o ogólnoświatową szczęśliwość i pokój?

Myśli płynęły dalej, wypływały mu przez oczy, przyjmowały kształt czerwonych nitek. Nawijały się na ramiona wiatraka, takiego, jakie stoją na Żuławach, który znikąd pojawił się nieopodal. Szkła w okularach roztopiły się, oprawki wrosły w skórę. Las płonął i gasł na przemian. Mężczyzna rozglądał się wokoło i nie wiedział, co istnieje naprawdę, a co jest tylko jego wizjami. Skrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Oto stanęły wszędzie wkoło ludzkie sylwetki, które kiedyś pozabijał, czy to w czasie pijackiego amoku, czy w czasie bezsensownej strzelaniny, czy, jak wraz z innymi to nazywali, rajdu. Mordowali, gwałcili, nie znali litości ani zrozumienia. Stracili wszystko co mieli, wszystko co miało dla nich wartość. Ich życia się zawaliły. Zatracili się więc w szale niszczenia, świadomie dążąc do samounicestwienia. Stworzył ich człowiek, wywołując apokalipsę, termonuklearne Antychrysty splądrowały wszelkie możliwe i niemożliwe niebiosa.

– Boże?

Cisza.

– Boże?

Cisza.

Zapytał więc raz jeszcze. I zrozumiał. Zrozumiał w ostatniej chwili, zanim jego osobowość się rozpadła, pod ciężarem zła, jakie uczynił, i jakie jemu uczyniono. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi, roześmiał się na głos.

– Miałeś rację, synu.

Usłyszał w swojej głowie jego nieludzki śmiech.

– Chodź do mnie, mój synu. Chodź śmiało.

Człekokształtna potworność i człowiek padli sobie w ramiona. Spłodził ich ten sam przypadek, ten sam kosmiczny dowcip.

Pośród łanów zboża stał obok Kreuzspuckera, Miśka i innych. Rozejrzał się. Tamci nie wiedzieli, co się dzieje, zresztą powinni już nie żyć, ale zachowywali się całkiem zwyczajnie.

– … – dowódca akurat kończył wydawać rozkazy.

Wszyscy potwierdzili, Michał także. Znał tą historię od dawna, Plujący-na-krzyż, jak brzmiał pierwowzór jego przezwiska, zanim nieudolnie przetłumaczył je na niemiecki dla lepszego efektu, opowiadał ją wiele razy.

Bomba atomowa zakopana w fałszywym grobie gdzieś pośrodku niczego. Ostatnia nadzieja na uratowanie świata przed zagładą, zagrabiona spod Królewca w czasie krótkotrwałego zrywu Bałtyckiej Republiki Rad. Republika została co prawda wkrótce potem rozjechana czołgami najpierw NATOwskimi, potem rosyjskimi, na koniec zaś chińskimi – ci ostatni nie zauważyli jej w ogóle, dążąc na zachód Europy, jednak była przykładem dla innych. Zagłębiając się w historii najnowszej Michał przywoływał przed oczy wyobraźni wspomnienia nagłówków gazet z tamtych lat: „Rzeź Brukseli, podział państwa”, „Bałkanizacja Wielkiej Brytanii”, „Korsyka chwyta za broń!”. Pamiętał też, gdy stał na wielotysięcznym wiecu koło dogasających ruin budynku polskiego sejmu. Mówca plótł trzy po trzy coś o Złotym Wieku, o wężu Uroborosie. Michał westchnął. Trzecia Wojna Światowa spowodowała erupcję marzeń, ich nieskrępowany karnawał, gdy umarło to, co było, a nic nowego jeszcze się nie narodziło. A potem ta sama wojna wymordowała te marzenia, spychając je do zatęchłych piwnic w ruinach metropolii, których imiona świat zdążył już zapomnieć, spychając je do lasów i wypalonych wastelandów, gdzie dziczały, i jak dzikie psy ginęły, zagryzając się wzajemnie. Później zupełnie znikąd pojawiła się Plaga. Teraz bomba atomowa, celnie zdetonowana w sercu Plagi, mogła zadać jej cios, który przynajmniej spowolniłby jej posuwanie się naprzód, dalej i dalej. Zdawał sobie sprawę, że to nic nie da, że nie opóźni nieuniknionego. Ale czuł że tak trzeba zrobić.

Gdy tak rozmyślał, oddział dotarł na miejsce. Przeszli przez wyludnioną wieś, dotarli do małego cmentarza przy wypalonych ruinach kościoła.

Saperki zadudniły o ziemię, wkrótce natrafiając na coś drewnianego. Zgromadzonych ogarnęła euforia. Michałowi przemknęła myśl, że robił w swoim życiu wiele głupot, ale nigdy nie rozkopywał grobów, zanim nie trafił do narodowo-wyzwoleńczej partyzantki. Nie przejął się tym, że nie było już ani narodu do wyzwolenia, ani nawet samego pojęcia wolności.

Kilka silnych, opalonych ramion sięgnęło po wieko, inne przyniosły specjalnie przygotowane nosze.

Trumna była pusta. Na spieczoną ziemię spokojnie opadał pył.

Stojący obok Piotr parsknął śmiechem ze swoich nowych ust, ciągnących się pionowo od czubka głowy do podbródka. Zachlapał się przy tym czarną, smolistą cieczą.

Michał spojrzał gdzieś hen, daleko, nie zatrzymując wzroku na niczym konkretnym.

Błysnęło, jakby tysiąc słońc zstąpiło na ziemię. Podmuch gorącego wiatru powyrywał krzyże z cmentarnej ziemi, poprzewracał zahartowanych w bojach żołnierzy i ich widma, podniósł z umęczonej ziemi tumany piachu i pyłu. Religioznawca zasłonił się ręką, ale nic to nie dało, krzycząc padł na ziemię. Kątem oka zobaczył jak fala uderzeniowa zabiera w nieznane jego dowódcę.

Wszystko trwało mniej niż parę sekund. Ci, którzy mogli jeszcze widzieć, spojrzeli na zachód. Na horyzoncie formował się charakterystyczny grzyb. Piotr wpatrywał się w niego urzeczony. Potem zdał sobie sprawę, że jego głowa przyrosła do żywego podłoża, a reszta poszatkowanego ciała opadając jakby w zwolnionym tempie zakwitła różami ciała i krwi.

Raziło go światło, ale ponieważ nie wiedział, co dzieje się naprawdę, a co jest tylko jego urojeniami, nie przejmował się tym wcale.

– Mówiłeś coś, skarbie? – Klaudia lekko podeszła do niego, i objęła go ramieniem.

– Nie, to znaczy tak, ale… ech. Pogubiłem się. – Uśmiechnął się jak małe dziecko, które przyłapane przez rodziców na podpalaniu dywanu w pokoju gościnnym mówi, że to się samo zrobiło.

– Te studia cię wykończyły. – Chmura czarnych, gęstych włosów przeleciała mu przed oczami.

– Wiesz co?

– Hmmm?

– Życie jest piękne, a świat jest pięknym miejscem do życia. – Piotr wszedł do błękitnych wód egzotycznej laguny. W końcu wojna się skończyła, a on, zasłużony dla kraju bohater i najmłodszy w historii profesor religioznawstwa mógł sobie pozwolić na chwilę wytchnienia.

Otworzył usta, by zetknąć je z jej ustami. Zamknął oczy. Nie widział już, że zaczął znikąd padać śnieg. Lub raczej materializować się na ziemi, pod letnim słońcem. A może to były pióra z anielskich skrzydeł.

Porastająca planetę nieżywa i niemartwa masa materii uśmiechnęła się w ekstazie bilionami śniących swe urojone życia umysłów składających się na nią samą.

Czyli niewiele się zmieniło.

h
Reklamy
  1. […] styczniu mieliście okazję przeczytać Śnijmy dalej Karola Zdechlika. Mamy nadzieję, że z owej okazji skorzystaliście, tym niemniej sugerujemy, że […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: