polskie centrum bizarro

Babcine opowiastki na Dzień Babci

In Akcje Literackie, Opowiadania on Styczeń 21, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPaskud nie obchodzi dzisiejszego święta. Nie dlatego, że babci nie ma, wręcz przeciwnie. Bo skoro Paskud jest takim naszym potwornym, omnipotentnym, ale jednak wciąż maskotkiem, to jakie muszą być starsze pozycje jego drzewa genealogicznego? Nie dość, że Babcia Paskuda zajmuje swym cielskiem całe mieszkanie w niezłym standardzie, to jeszcze ma pod sobą niezgorszą mafię złowrogich babciozaurów. Dosłownie, bo gnieżdżą się w mieszkaniu niżej, i w przenośni, czyli że jest donem. Jej gangsterki w moherze kradną dzieciom słodycze, przebijają prezerwatywy w kioskach i wywołują konflikty w krajach Dziewiętnastego Świata.

Jednak większość babć jest super. W końcu to zazwyczaj takie bardziej pobłażliwe i chętniej rozdające łakocie mamy. Tak więc cześć im i chwała od bizarro bandy, a dla was opowiadania… już nie tak miłe. Dniem Babci będą was straszyć, śmieszyć i tumanić Aga Pilecka, Zeter Zelke i Darek Kuchniak z Pewnym Apaczem pod rękę. A całość grafą opatrzył nasz mistrz wizualizacji, czyli Tomek Woźniak. Endżoj!

h

Bizarro Dzień Babci

h

Dzień Babci

h

Agnieszka Pilecka

Dzień Babci

h

Pamiętam jak byłam małą dziewczynką. Pamiętam jak zimą uwielbiałam zjeżdżać na sankach. Każdego dnia, gdy tylko był śnieg, biegałam z innymi dzieciakami na górkę, do lasu i śmigaliśmy w dół pośród drzew. Kochałam tę porę roku, ten czas. Jednak jednego zimowego dnia nienawidziłam. Był to dwudziesty pierwszy stycznia.
Jak zawsze po szkole, chciałam zabrać sanki i biec na górki ze znajomymi. Tylko że nie mogłam. Mama kazała mi iść do babci, bo niby jej święto. Kazała mi zanieść jakieś kwiatki, laurki czy inne idiotyczne prezenty, bo „tak wypada”. Wkurzało mnie to. Byłam wściekła, bo czułam się jak intruz, jak ktoś niechciany, kto przychodzi i zawraca dupę starszej kobiecie. Nie zrozumcie mnie źle. Kochałam moją babcię. Lubiłam spędzać z nią czas. Ale nie wtedy. Nie tego dnia. Czułam, że to sztuczne, wymuszone. W dodatku wiem, że ona też nie przepadała za tym świętem. Przez tę idiotyczną datę, zarówno ja, jak i moja babcia męczyłyśmy się latami, bo podobno „tak wypada”.
To było kilkadziesiąt lat temu. Teraz sama jestem babcią. Kocham moje wnuki całym sercem. Kocham je, ale tylko trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku. Ewentualnie trzysta sześćdziesiąt pięć, jeśli rok jest przestępny. Dnia dwudziestego pierwszego stycznia nienawidzę ich. W tak zwany „Dzień Babci” są najgorszymi istotami na świecie i muszę przyznać, że mam wielką chęć ukręcić im te małe, uśmiechnięte główki…
Będąc dzieckiem, nie rozumiałam tego. Wiedziałam, że babcia nie chce mnie widzieć tego dnia, ale nie wiedziałam dlaczego. Zresztą bardziej byłam skupiona na tym, co zrobić, aby szybko od niej wyjść i pójść na sanki lub ulepić bałwana. Miałam gdzieś te sztuczne, wymuszone święta. Nie zastanawiałam się nad tym. Robiłam co kazała mi matka, zanosiłam te brzydkie kwiaty, udawałam, że się cieszę z wizyty u babci i szybko uciekałam. Nie interesowało mnie, co babcia o tym myśli.
Teraz już wiem, co myślała. Teraz wiem, co myślą wszystkie babcie tego feralnego dnia. Ich umysł łączy się w jeden. Ich myśli stają się jednością. Widzą przeszłość. Widzą, gdy były młode, beztroskie. Tego dnia dostrzegam swą przeszłość. Przeszłość wszystkich kobiet, które teraz mają już wnuki. Przeszłość, która nigdy już nie powróci… Chyba że…
Ta tajemnicza siła, wkradająca się w umysły babć, pokazuje rozwiązanie. Ujawnia sposób, ratunek. Uświadamia nam, co możemy zrobić, aby odzyskać swą młodość. Że wystarczy wypić litr krwi, by odzyskać młodość. Krwi swego wnuka bądź wnuczki, której własnoręcznie poderżnie się gardło. Jednakże musi to nastąpić właśnie tego dnia. Tego wyjątkowego dnia, którego przez to tak nie cierpię.
Jak mówiłam, kocham swoje wnuki. Im mocniej je kocham, tym mocniej nienawidzę swojego święta. Powiem więcej, podziwiam swoją babcię. Podziwiam, że mimo tej ciążącej pokusy była w stanie mnie wpuścić do domu, nakarmić ciastem, napoić herbatką. Nigdy mnie nie skrzywdziła. Nigdy nawet nie próbowała mnie zabić.
A ja? Ja nie jestem tak silna, jak ona. Wiem, że mogłabym mieć problem, nie oparłabym się tej pokusie. Dlatego też nigdy nie zapraszam wnuków. Nie w tym terminie. A gdy przychodzą, gdy dobijają się do drzwi, krzyczę, że nie chcę ich widzieć. Drę się, wrzeszczę, kłamię, że ich nienawidzę. Mam pretensję, do swoich dzieci, że przyprowadzają wnuki akurat tego dnia. Zakazanego dnia, można by powiedzieć. Nie wiedzą o co mi chodzi. Nie pojmują, że robię to dla ich dobra. Znaczy się, robiłam. Już nie przychodzą. Już mnie nie odwiedzają. Już nie muszę się z nimi użerać rok w rok. Uznali, że zwariowałam. Stwierdzili, że jestem chora. Zamknęli mnie w szpitalu psychiatrycznym.
Z jednej strony cieszę się, bo wiem, że dzieciaczkom nie grozi nic z mojej strony. Jednakże tęsknię za nimi. Boli mnie to, że już nigdy się z nimi nie spotkam. Że już nigdy ich nie zobaczę. Ale kiedyś zrozumieją. Gdy dziewczynki same zostaną babciami, zrozumieją. Będą wiedziały, że niesłusznie zostałam zamknięta w tym miejscu. Ciekawe tylko, czy odnajdą sposób, by przetrwać i nie ulec klątwie babć. Ciekawe czy umrą ze starości, czy przeżyją kolejną młodość kosztem swej rodziny…

h

Darek Kuchniak

Dzień Babci (bis)

h

Pewien Apacz lubił widok roztaczający się z małego, pistacjowego balkonu, usytuowanego na poddaszu wigwamu. Nigdy nie przeszkadzało mu, że przez cały rok widział tylko parę wodną unoszącą się z pobliskiego gejzeru. Indianin znany był bowiem ze swej miłości do wszystkiego, co paruje i unosi się ku atmosferze. Nie znosił natomiast procesu skraplania. Legenda głosi, iż kiedyś kropla nitrogliceryny spadła mu na nos. W wyniku czego jego tolerancja na wybuchy znacznie zmalała. Od tej pory nosi ze sobą podręczny okop oraz stalowy hełm w kształcie pióropusza.
W piękny styczniowy poranek siedział właśnie na wspomnianym wyżej balkoniku, kiedy nagle gejzer zamarł. I wtedy wojownik dostrzegł na drodze, o gruntowym charakterze, znajomą sylwetkę.
– Babcia przyjechała! – wykrzyknął uradowany. Następnie zadrżał jak małe pachole, zaś jego serce, „stara pompa” wygospodarowana od niedźwiedzia grizzly, zabiło mocniej. Niewiele osób o tym wie, ale wnętrze mego przyjaciela jest niezwykle skomplikowane. To swoista kompilacja doznań ludzkich i zwierzęcych, okraszona koszmarnymi wspomnieniami z nieudanej wycieczki do aquaparku. To cud, że znalazł żonę, a jego dzieci nie zamknięto w ogrodzie zoologicznym za podjadanie karmy dla dziobaków w miejscowym sklepie.
Pewien Apacz wyściskał się serdecznie z babunią. Następnie zapytał o jej zdrowie tudzież aurę w okolicach Skaryszewa, gdzie mieszkała.
– Dajmy pokój tym gadkom – szmatkom. Mogę się założyć, że tak naprawdę to chciałbyś się dowiedzieć, co u mnie słychać?
– Trafiłaś w sedno.
– Muszę ci powiedzieć, że problemy wynikające z posiadania urody są permanentnie lekceważone przez media głównego nurtu. I wcale nie chodzi tu o to, że nie mam okazji oglądać siebie w telewizji. W moim wypadku bowiem krasa broni się sama. Problem polega na tym, że niewielu pięknych jest przygotowanych na stres, jaki towarzyszy temu stanowi rzeczy. I tak na przykład ktoś najpiękniejszy w całej wsi czuje się pewny, ale wyłącznie na swoim podwórku. Znajduje tu podziw i uwielbienie. Problem pojawia się wtedy, gdy musi stanąć do rywalizacji z innymi na poziomie gminy.
– Zastanawia brak pomocy psychologicznej na takich imprezach – wtrącił wojownik. – Czy to aby na pewno zwykłe zaniedbanie ze strony organizatorów, czy też taktyczna rozgrywka mająca na celu ułatwienie awansu własnego kandydata?
– Kolejnym etapem rywalizacji są eliminacje powiatowe. Na tym poziomie większość pretendentów do tytułu najpiękniejszego jest po przeszczepie twarzy. Na scenie można zobaczyć więc kopie wielu Pitów czy Delągów. Najbiedniejsi i spóźnieni muszą pokazywać własną gębę. A członkowie jury takich rzeczy nie wybaczają, albowiem są twardsi od dwuletnich odcisków. I gdzie tu sprawiedliwość, pytam się ja! Gdzie?!
– Czy mogę ci jakoś pomóc? – spytał zatroskany Indianin.
– Dzisiejsze czasy są takie, że nawet zwykły spacer koło stawu niesie ze sobą niebezpieczeństwo. A to nostalgia przygniata brutalnie całą swoją kubaturą, a to jakieś wspomnienie domaga się swoich praw, lub też uaktywniają się określone okoliczności przyrody ze smrodem zdechłej ryby na czele. W tobie jedyna ma nadzieja. Tylko ty potrafisz posprzątać ten cholerny bajzel!
Pewien Apacz uśmiechnął się pod nosem.
– Nadal uważasz, że lepsze czasy wkrótce nadejdą? – zauważył i podrapał się nerwowo po karku.
– Tak, i jestem z tego bardzo dumna.
– Świetnie się składa. Opracowałem właśnie nowy układ choreograficzny do tańca deszczu. Zmiany pozwolą na wywołanie pięćdziesięciodniowej ulewy.
– Brawo wnusiu, brawo! To z pewnością oczyści atmosferę.
I wnet starsza pani odeszła, utwierdzona w swej wierze w lepsze jutro. Hough.

h

Zeter Zelke

Pani Jeziora

h

– Podmokłych terenów u was niemało! – Podróżny postawił dwie miski parującego rosołu na stole. Jedną dla siebie, drugą dla seniorki gawędziarki, którą tutejsi babcią zwali.
Stara kobiecina pochyliła się nad naczyniem, mlasnęła i drewnianą łyżką jęła powoli wywar bełtać.
– Ano niemało, a to coście widzieli, panie, to ino tyci kawaliczek.
– Nikt nie próbował osuszyć? Chałup postawić?
– Nie próbował, bo i tam już jedna wiocha stoi.
– Doprawdy! – podróżny nie krył zdziwienia. – To tam jacy ludzie żyją? Jakże to być może, skoro wszędzie woda, zieleniną gęsto porośnięta?
– Ano być może i jest, paniczu. – Babcia siorbnęła, otarła usta rękawem, po czym podniosła na młodego brązowe oczy. – Jest tam skrawek suchej ziemi, a na niej kilka chat i spokojny ludek, co Boginię Wód Zmąconych czci. A dlatego, że bardzo wierni, to trzęsawiska zamieszkują. Ot i co!
– Opowiedzcie, babciu, bo to aż niemożebne.
I babcia jęła opowiadać tak:

h

Nieprawdą jest, że trzęsawiska z biegiem lat nieprzebyte się stały. Tutejsi dobrze wiedzą, że wiedzie przez nie stara grobla; trzeba tylko wiedzieć, gdzie jej szukać! Woda, która od lat okolicę podmywa, wprost z Czarciego Oka wychodzi. Pewnie znacie Czarcie Oko? Olbrzymie to jezioro, stąd sławne, że właśnie przez rzeczone trzęsawiska niewielu jego południowy brzeg widziało. Inna sprawa, że niewielu też i on obchodzi.
Na tym właśnie brzegu dawno, dawno temu powstała osada, Wierną zwana. Żyją w niej ludzie oddający cześć Bogini Wód Zmąconych. Powiadają, że wieśniacy Wiernej z syrenami jakoś są spokrewnieni, jednak jak już się tam przytarabanić i tubylcom w gęby spojrzeć, to całkiem przeciętnie wyglądają. Tylko wiarę dziwną mają. Wierzą oto, że w Czarcim Oku potężna istota żyje. Bezimienna to bogini, rzadko z głębin się wynurza, ale ludem swym się opiekuje, przed zalewem broni i dopomaga rybakom brzuchy swoje, żon, dzieciaków i starszych codziennie bogactwem rozmaitych ryb napełniać. W zamian wieśniacy oddają jej cześć, światła w zniczach przy jej posągu z morskiego kamienia pilnują i żyją sobie tak spokojnie, nikomu krzywdy nie czyniąc.
Jak zostało rzeczone, bezimienna ich Pani rzadko z jeziora wychodzi. Po prawdzie, większość mieszkańców Wiernej żyje i umiera, nigdy nie ujrzawszy jej na oczy. Ponoć jej widok zmysły odbiera, w głowie mąci i o szaleństwo przyprawić może. Stąd bogini dawno temu, gdy Wierna młodą wioską była, zażądała poświęcenia jej osoby, ustami której przemawiać do ludu będzie. Ta osoba zaś miała sobie wybrać wychowanka lub wychowanicę i przygotowywać powoli na spotkanie z Panią, coby schedę kapłańską miał kto przejąć. Żaden chłopiec nie przeżył jej majestatu, toteż od zarania Wiernej Bogini Wód Zmąconych przemawia ustami kobiet, którym inicjację przejść się udało, a trzeba wiedzieć, że i nie wszystkim dziewczynkom ta sztuka wychodzi. A wieśniakom wszak na zdrowiu swej progenitury zależny, toteż gdy już kapłankę i adeptkę mają, dbają o nie i wielką estymą obdarzają, by jak najdłużej pociągnęły – wiadoma. Taką kapłankę Babuleńką zowią, bo zwykle staruszka z niej siwa, a młodej jej podopiecznej miano Syrenki dają, dopóki tamtej się nie zejdzie. Wtedy wieśniacy dla skonanej Babuleńki tratwę budują, trupa w biały całun odziewają, razem z tratwą podpalają i odsyłają Czarcim Okiem do Pani, by dać jej znać, że niebawem nowej Syrenki będzie trzeba.
Bogini używa głosu Babuleńki, by na modły i prośby wieśniaków odpowiadać. Powie ci na jaką chorobę ptactwo zapadło, jak świąd uzdrowić, gdzie największego szczupaka złowić, jaki lek na kaszel, jak leniwe oko naprawić, kiedy warzywka sadzić, kiedy pogoda zmarnieć zamierza i takie tam. W zamian żąda jedynie światełek przy swoim posągu w dowód pamięci i wiary, Babuleńki, Syrenki, a o inne przysługi prosi tylko od wielkiego dzwonu. I tak żyją mieszkańcy Wiernej już od długich lat, nikomu krzywdy nie czyniąc.

h

– Ale wy dużo o tej Wiernej wiecie! – zawołał podróżny, gdy opowieść dobiegła końca. – Czyście tam często bywali?
Starowinka uśmiechnęła się pod nosem.
– Ano bywało się raz czy dwa, bom sama chciała przez kapłankę o mądrość bogini prosić, toteż wiem co powiadam. Wioseczka to urokliwa i spokojna, nad samym brzegiem Czarciego Oka. Raz trzy dni tam byłam, w toń patrzyłam, lecz syren żadnych nie uświadczyłam.
– A jam świata ciekaw! Zabralibyście mnie tam kiedy? Drogę pewno znacie.
– A znam, znam i zabrać mogę. Wieśniacy zawsze pomocni i uprzejmi, wstrętów nam pewno robić nie będą, przenocują i ugoszczą. Ale jeśli chcielibyście tam jeszcze dziś dotrzeć, zbierać się winniśmy, bo zmierzchać będzie wkrótce.
Podróżny świata ciekaw długo namawiać się nie dał i zapłaciwszy gospodarzowi za strawę, z babcią w drogę się udał. Znaleźli groblę starą, za szuwarami ukrytą i nią przez trzęsawiska długo podążali. Babcia umilała wędrówkę, snując opowieści. Trzeba też przyznać, że jak na swój wiek dość szparko nogami przebierała, na zmęczenie się nie uskarżając. Im bliżej jeziora, tym częściej grobla się rozwidlała, lecz starowinka pewnie wiodła dalej, jakby znała podmokłe tereny lepiej niż własną kieszeń.
Noc już zapadła, gdy przez wysokie trawy przebijać się zaczęły światła latarenek i ognisk, znamionujące ludzkie sadyby.
– O, tam! – Babcia wskazała je palcem. – Tam Wierna tak świeci. Ale jak pójdziecie ze mną nieco w prawo, posąg boginki jeszcze wam pokażę.
Podróżny zapiał z radości i ochoczo podążył za staruszką. Na brzegu Czarciego Oka, w nieznacznym od Wiernej oddaleniu, istotnie stał posąg z morskiego kamienia, a więc cały pokryty zieloną naroślą. Przedstawiał uroczą syrenkę płynącą na fali, oświetlony pochodniami i siedmioma dużymi zniczami. Podróżny westchnął, podziwiając arcydzieło.
– Czy to tutaj dziewczynki inicjację przechodzą? – zapytał.
– Ano. Tutaj też często głosem Pani przemawiają i swe czary wyczyniają.
– Czary? To one parają się magią?
– Ano trochę. Bogini Wód Zmąconych jest szczodra i rożnymi darami swych wiernych obdarowuje.
– Mam nadzieję poznać jedną z nich! Czy babcia ufa, że dadzą mi usłyszeć głos swej bogini?
– Ufa, nie ufa! – żachnęła się starowinka. – Ja zademonstrować ci mogę, jak takiś ciekaw. Stań tylko przodem do mnie, a do syrenki plecyma.
Podróżny uczynił, jak mu polecono.
– I oczy zamknij, bo oślepniesz.
Zamknął. Biedny głupiec. Gdyby zechciał się odwrócić, zobaczyłby grube jak bele, czarne jak obsydian macki. Wynurzyły się w wielkiej liczbie z toni jeziora cicho, niczym kot polujący nocą. Tymczasem starowinka uniosła dłonie i donośnym głosem wypowiedziała magiczne słowa:
– Niby chędożonej kurwie, moja Pani łeb ci urwie!
Zanim podróżny pojął ich sens, silne macki Pani zacisnęły się wokół jego szyi i bez większego trudu głowę od reszty ciała oderwały. Odgłowione truchło opadło bezwładnie na nabrzeżne piaski, krwią z szyi rzygając na lewo i prawo, a jedno z wielu czarnych ramion Bogini Wód Zmąconych wciągnęło je w głąb Czarciego Oka.
Babuleńka przyglądała się z ukontentowaniem bulgoczącej wodzie, a gdy Pani wyrzuciła na brzeg dokładnie oczyszczoną z organicznej tkanki czaszkę podróżnego, podniosła ją z szacunkiem.
Bezimienna nie była kapryśna. W zamian za to, co czyniła dla wioski, naprawdę nie żądała tak wiele. Ot, malutka zachcianka od czasu do czasu wszak każdemu bóstwu zdarzyć się może! A po to ma się wyznawców i kapłanów, by podobne kaprysy spełniali. Co też się stało.
Zadowolone Pani oraz Babuleńka pożegnały się na brzegu Czarciego Oka. Pani wróciła na dno jeziora, a kapłanka do Wiernej, oznajmić wieśniakom wesołą nowinę. O podróżnym rzecz jasna nikt więcej nie usłyszał, ale też i nikt o niego zanadto nie rozpytywał. I całe szczęście. Pani Jeziora nie była mściwa, ale plotkarzy nie lubiła.

h

KONIEC

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: