polskie centrum bizarro

„Przymierzalnia” by Jan Maszczyszyn

In Opowiadania on Styczeń 29, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKupowanie ciuchów to czasem mordęga. Na Paskuda szczególnie, bo kto produkuje szałowe kreacje dla jednookich baryłek z piekła rodem? Jednak normalni ludzie też nie mają łatwo… Idą sobie do sieciowego sklepu z odzieżą, patrzą, paczą, obserwują, ale nic przyzwoitego nie widzą. A jak coś jest przyzwoite jak na ciuchy, na które kogokolwiek stać, to w rozmiarach w sam raz pasujących na anorektyczne karły.

I po cóż nam moda?

Jan Maszczyszyn poszedł w swojej wizji odzieżowych zakupów zgodnie z dyktatem Św. Feszyn od Wybiegu, w dodatku dla pociechy, jeszcze dalej. Zatrważająco dalej. Jeśli taka jest przyszłość galeriowych butików, to lepiej wrócić do worków na kartofle. Albo listków figowych, jak w starych, dobrych, antycznych czasach…

h

Przymierzalnia

h

Kobieta popchnęła dziewczynkę przed siebie.
– Wchodź. Przecież tutaj nie będziesz się rozbierać – stwierdziła oburzonym głosem. Obie równocześnie pociągnęły za ciężką kotarę, odgradzając się od rozświetlonego mdłym światłem korytarza. W głębi pomieszczenia, ponad stołami operacyjnymi, mrugały lampki skomplikowanego oprzyrządowania.
– Obiecałam ci coś wystrzałowego pod choinkę, a jak wiesz dotrzymuję słowa. Przymierzymy po kolei – powiedziała starsza pani, przebierając w wybranych rzeczach. – Zaczniemy od krótkich portek.
– Mamo, ale ja nie chcę…
– Zamilcz. Ojciec już w tym momencie zlałby ci pysk za niesubordynację. Zdejmuj tę poplamioną spódniczkę. I majtki też. No już! – Kobieta nerwowo sięgnęła do zapięcia spódnicy. Nie odnajdując go, kilkukrotnie szarpnęła małą za włosy. Sally zapiszczała przeraźliwie. Natychmiast odnalazł się ukryty zamek. Spódniczka opadła.
– Zrzuć z siebie tę szkolną bluzkę – zażądała kobieta.
Sally znów się opierała. Mówiła, że lubi być spocona. Bluzka skończyła na wieszaku.
Zza kotary wyjrzała zaciekawiona twarz asystentki. W jej uśmiechu było widać sporo odblasków czystego plastiku. Zbyt wiele, aby grymas mógł uchodzić za naturalny.
– Czy mogę w czymś pomóc? – zapytała uprzejmie. – Robimy na miejscu wszelkie poprawki. Ubrania są w uniwersalnym, wiekowo znormalizowanym rozmiarze.
Sally przymierzyła spodenki. Wisiały na niej równie niewdzięcznie, jak na wieszaku.
– To najnowszy model. Czy jest pani pewna, że dziecko jest w relatywnym wieku dziewięciu lat, jak żąda tego metka? – zagadując, plastikowa asystentka wsunęła się dyskretnie do przymierzalni. Nieco nachalnym ruchem przesunęła matkę w stronę ściany, na której fosforyzujący napis uprzejmie informował:
Wybrane próbki obserwuj na sobie z tego punktu! I tylko z tego!
Ostatnie zdanie było dwukrotnie, odręcznie podkreślone.
– Przecież nie jestem ślepa – wyrzuciła z siebie obrażonym tonem matka.
– Tego nie twierdzę. Stąd, gdzie pani teraz stoi, widać dokładniej wszelkie niedoróbki. Tak w każdym razie uważa projektant.
– Gówno mnie obchodzi, co uważa wasz projektant! Dokładnie dobrałam asortyment do wieku córki.
Asystentka udała, że nie słyszy. Przyglądała się każdemu szczegółowi ciała Sally.
– W obecnych standardach nogawki powinny ciasno opinać uda. A te są luźne! Też nie jestem ślepa! – wydarła się sklepowa, nerwowo układając niesforne fałdy spodenek na pupci dziecka. – Wydaje mi się, że szorty są o wiele za luźne w pasie. I nóżki są zbyt chude.
Matka przygładziła materiał, odpychając nazbyt agresywną i obrzydliwie białą dłoń ekspedientki.
– Mimo wszystko nie mam obiekcji – powiedziała, posyłając sardoniczny uśmiech w stronę nachalnej obsługi.
– To spodenki z deski projektowej firmy Shido. Wie pani, jacy oni są restrykcyjni, jeżeli chodzi o ochronę = właściwego ułożenia fałd materiału?
– Shido? – głucho powtórzyła matka.
– Tak, tak. Z nimi nie ma żartów. Zażądają w sądzie amputacji nóg za oszpecenie projektu. W najlepszym wypadku spotka panią spore odszkodowanie za narażenie dobrego imienia firmy. Ile ciuchów, tyle precedensów. Zarabiają więcej na procesach, niż na sprzedaży.
– Cholera…
– Chętnie wypełnię brakującą przestrzeń samoczynnie rozszerzającym się materiałem ropopochodnym. To nowy środek, idealnie dopasowujący kształty do ubrań marki Shido. Lepszy od wywoływanych podgrzewaniem naturalnych obrzmień kończyn.
Matka ponownie skrzywiła się z niechęcią. Pokręciła z niezadowoleniem głową na nieudolne próby dopasowania spodenek przez Sally. Dziewczynka wyraźnie się oszroniła i drżała na całym ciele z emocji. Gładziła, naciągała, gorączkowo zmieniała schematy zapięć. Jakby chodziło o przetrwanie, a nie prostą modernizację wyglądu zewnętrznego. Jej oczy nabrzmiały od sporego ciśnienia płynów ustrojowych, nie tylko krwi. Matka nagle straciła cierpliwość.
– Rozbieraj się, ale już! – ryknęła.
Mała stała teraz goła. Na jej ciele pulsowała skóra. Wielkie, czerniejące żyły zdawały się pod nią nieruchomieć i przypominać drucianą, ciasno splecioną siatkę. Piegi i ogromne pieprzyki zdawały się odrażające.
– Piękna to ona nie jest… – Zimny ton sklepowej był jak uderzenie nożem. Asystentka już wcześniej dyskretnie usunęła stare rzeczy do kubła recyrkulacyjnego. Obie klientki stały kompletnie zdezorientowane. Ohydny sklepowy babsztyl pozwalał sobie na coraz więcej.
– Co się tak obie patrzycie? Nie wypuszczę was jeśli nie kupicie czegoś odpowiedniego. Ma pasować idealnie. Walczymy z wybrakami. A nie zawsze winne są ciuchy. – Pogroziła ręką. – Nazbyt często szwankują kupujący.
– Ja tu jestem klientem! – próbowała postawić na swoim matka.
– Tylko wtedy, gdy pani albo smarkula coś kupicie. Na razie jesteście nikim. – Zrobiła lekceważący ruch ręką. – Pani lepiej spojrzałaby na swoje staroświeckie, brudne od gliny szpilki, a nie zajmowała się wybrakowanym szczylem.
– Wypraszam sobie. Poskarżę się menadżerowi.
– Pokaże się pani przed nim w tej starej sukience z zapiętym pod szyją niemodnym przylepcem? Przecież on panią wyśmieje. To przestarzały projekt firmy Yorldan. Ten krój dawno już wyszedł z mody. Poza tym… Przepraszam, ale zażalenia na moją osobę to czysty nonsens.
– Dlaczego ?
– Odpowiadam głową za sukces każdej operacji. A jak dotąd nikt nie zdołał się na mnie poskarżyć. Do mnie należy też serwis skomplikowanych urządzeń. – Ostatnie zdanie zabrzmiało jak groźba. – Lepiej nie traćmy czasu, paniusiu. Kupujemy?
Kobieta nerwowo sięgnęła do kieszeni po samozapalającego się papierosa w pergaminie bibułkowym z młodej skórki wydrukowanego w 3D królika doświadczalnego.
– Dobrze. Kontynuujemy – odrzekła, zaciągając się czerwonym dymem. Mimowolnie zakryła torebką wypaloną petem na wysokości lewej łydki dziurę w rajtuzach, co nie uszło uwadze obsługującej,
– Proszę przymierzyć jakąś sukienkę dla wystrzałowych dziewięciolatek.
Na widok wjeżdżającego samobieżnie wózka z zestawem Toriniego, matka z córką prawie jęknęły z wrażenia.
– Spodenki były ponad wymiarowe – oznajmiła sucho ekspedientka. – Córeczka wyglądała w nich jak nadmuchana. To musi pasować albo…
Sally skupiła wzrok na ustach asystentki. Nic z tego nie rozumiała. Bała się agresji tych dwóch zamkniętych razem z nią w ciasnym pomieszczeniu kobiet. Od ciągłego jazgotu pękała jej głowa.
– Jeśli nieścisłość rozmiarowa się powtórzy, przyniosę aplikator i wykonamy szybki zabieg wypełnienia. Oferujemy wszelkie niezbędne usługi, od zastrzyków z wypełniaczami, aż do skomplikowanych doładowań obojętnymi organami pochodzenia zwierzęcego. Każda w cenie promocyjnej.
– A jeśli sama dokonam operacji?
– Oczywiście, będzie taniej jeśli użyje pani własnych narzędzi. Ale obawiałabym się infekcji energetycznych. To stara przymierzalnia. Poza tym… czym pani chce dokonać tak skomplikowanego zabiegu? Nie zauważyłam walizeczki kosmetycznej?
Sally szybko odrzuciła ściągnięte szorty. Drżącymi rękami wsunęła na siebie nową sukienkę. Gdy do spodziewanego wymiaru znowu zabrakło kilku centymetrów w talii, z jej oczu popłynęły łzy.
– Psiakrew – warknęła przypatrująca się matka.
– Och, widzę tu poważniejszy problem.
Oczy Sally z przestrachem powędrowały w stronę matki. Szukała w jej twarzy jakiegokolwiek uczucia. Odnalazła tylko zimną pustkę.
– Twoja mama wygląda na wysoce inteligentną osobę, a zachowuje się jak ociemniały szałem zakupów pędrak.
– Że co proszę?! – głos oskarżonej stał się groźnie basowy.
– Taka kochana mamusia, a nie zauważyła, że córuś ma jedną nogę krótszą?
– Ależ co pani mówi? Bzdura! Wyreguluj sobie ostrość, sklepowa wiedźmo! – Kobieta uśmiechnęła się tak jadowicie, jak tylko potrafiła.
– Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, proszę pani. Spójrzmy na samoustawiacz obcasa lewego buta. Widzi pani? Automat sensoryczny non stop próbuje regulacji wysokości. Nie wiem, czy różnicę poziomu wywołuję krzywy chód, wada postawy, czy córuś ma problem z przetrąconym w trakcie porodu biodrem. Zakładam, że mamy do czynienia z nieprawidłowo zbudowaną nogą. A na założenie na taki wybryk natury czegokolwiek nie zgodzi się ani Shido, ani tym bardziej Torinni. Proponuję wymianę obu kończyn w cenie jednej z darmową transfuzją płynów. Dodam gratisowe paznokcie Alfreda Honeckera.
– Dajecie gwarancję na nogi?
– Dwa lata. Jeśli zdecyduje się pani na wykupienie pięcioletniego serwisu, dodamy całkowicie za darmo ekstra żebra. Wie pani, tego nigdy za mało. Automatycznie sterowane żebra doskonale kontrolują ustawienie biustu, a także operację wciągania brzucha. Nikt nie chce rozdętego ropą bachora wciśniętego w sukienkę Torinniego!
– Dlaczego nie można po prostu zwęzić ubrania? – zapytała nieśmiało Sally, ale zaraz oberwała w ucho od mamy. Starsza kobieta zwyzywała dziecko od najgorszych. Asystentka wtrąciła się, by okiełznać sytuację.
– Przeszycie ubioru jest w praktyce niemożliwe. Nie zezwala na to sztywne prawo autorskie. Dzisiaj nikt już nie zadziera z projektantami. Ich adwokaci są zdolni do oskarżenia każdego noszącego ubranie w obraźliwy dla designu sposób. Za zwykłe niedopasowanie potrafią zażądać ogromnych odszkodowań. To walka o wizerunek firmy. Nierzadko na śmierć i życie.
– Dobrze – zgodziła się kobieta ciężkim głosem. – Zróbmy tę operację.
Westchnęła jakby z ogromnym bólem. Sally z piskiem wcisnęła się w najciaśniejszy kąt. Ruch nie uszedł uwadze asystentki. Chwyciła ją za ucho silniej, niż zrobiłaby to najpotężniejsz maszyna.
– Tyle że obawiam się, że pani córka jest za drobna jak na taką operację. Istne chuchro.
Skinęła dłonią, pokazując, że będzie trzeba się porozumieć szeptem.
Kobieta nachyliła ucho do ust asystentki. Pomrukiwały cichutko do siebie. Coraz ciszej i coraz szybciej.
– Bardzo słaby szkielet – wyraziła swoją obawę asystentka.
– Wiem. Doprowadza mnie do szału tym niepewnym chodem. Najchętniej oddałabym ją do Przytuliska.
– Oni nie mają miejsca na naturalnie urodzonych – roześmiała się beztrosko pracownica sklepu. – Mogę zaproponować zdeponowanie córki w banku części. Przy okazji zainkasuje pani kilkadziesiąt tysięcy kredytów.
– Nie, nie. To odpada – matka pochwyciła próbującą umknąć córkę – ale mogę zgodzić się na jej tymczasową hibernację.
– Mówimy o manekinie hibernacyjnym?
– Powiedzmy.
– Ach, nie wie pani, jak to działa? – Sklepowa powróciła do normalnego tonu głosu. Mocno wyprostowana, wyglądała nawet na wyższą, niż była w istocie. Czubek jej dziwnej głowy dotykał sufitu. Uśmiechała się złowieszczo, cierpliwie wyjaśniając: – Wewnątrz pozostawiamy drzemiącą świadomość. Podajemy płyn konserwujący. Dziewczynka natychmiast zastyga w określonej pozycji. Ma pani prawo zdecydować o jej postawie wystawienniczej. Ale mówię od razu, słaby z niej będzie manekin. Może posłuży nam na półce z próbkami pasków i bransoletek
– Jednak nie. To byłoby zbyt poniżające. Mimo tych wad rozwojowych kocham swoją córkę. Jest naturalnie poczęta. Zawsze mogę po nią wrócić po zmianie obowiązujących standardów. Poproszę dla niej o kapsułę hibernacyjną z matowym szkłem.
–Taka kosztuje drożej.
– Zapłacę z góry.
– Wobec tego… Sally proszę za mną. A do pani zawołamy nowe dziecko, święta to zawsze święta. Miło mieć kogoś czekającego pod choinką.
Dziewczynka ciągle się opierała, ale agresywnie popchnięta przez matkę, dała wreszcie za wygraną. Już z dystansu dobiegł jej uszu oddalający się głos.
– Gdzie znajdę zastępstwo?
– Na półce adopcyjnej perfum Gerona. Zaraz na lewo przy wejściu do sklepu –zakrzyknęła asystentka. Silnie pociągnęła małą w stronę zmrożonego korytarza z tyłu przymierzalni. – Może pani sobie dobrać zapach dziecka do domowych odświeżaczy powietrza!
– Ale one są bardzo zimne! – doleciał znowu głos mamy.
– Ależ oczywiście, że są. Stoją tam już od tygodnia. Niech sobie pani rozgrzeje jakąś dziewczynkę w kuchence reanimacyjnej! – wydarła się sklepowa jędza.
Sally potulnie podążała za swą przewodniczką. Dłoń prowadzącej ją kobiety wydawała się chłodniejsza od lodu i jeszcze sztywniejsza, niż przedtem. Drobne drzazgi w jej skórze były w rzeczywistości aplikatorami. Regularnie, co kilka sekund, wtryskiwały w skórę dziecka srebrną kroplę środka uspokajającego. Stąd dotyk asystentki zdawał tak paraliżujący, a uścisk nie do rozluźnienia.
– Twoja mamusia bardzo cię kocha, Sally. W dzisiejszych czasach taka miłość to skarb. Musisz jej wybaczyć tę słabość do mody. Zakładając, że stara będzie żyła jeszcze tylko osiemset lat, jak wskazują obecne statystyki, nigdy nie doczekasz przebudzenia. Lepiej pomyśl o portfelu mamusi i daj za wygraną. Przecież jej też należy się prezent pod choinkę, prawda?
– Jak to? – wykrztusiła z płaczem dziewczynka.
– Naturalne dzieci są modne tylko czasami, a takie chude i niekształtne jak ty wyjątkowo rzadko. Domy mody nie lubią wyzwań. Za hibernator trzeba zapłacić kilkanaście tysięcy kredytów, a to jest pełna szafa najmodniejszych ciuchów od Velora i Dawsona. Ja zrobię dla klienta wszystko. Tak zostałam zaprogramowana – mówiła natchnionym głosem sprzedawczyni.
Stanęli przed małą trumną.
– No, na co czekasz? Wchodź, mała. Czy mam cię zabić na stojąco?

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: