polskie centrum bizarro

„Droga Drabblo!” by Rafał Kuleta

In Akcje Literackie, Opowiadania on Luty 14, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtwalentynkiDziś przyszła pora na osławione Walentynki. Serducha biją mocniej, nieważnie czy z powodu dręczącej właścicieli owych serc chuci, czy od porywów miłości wyższej i romantycznej, Walentynki są dla każdego. Zwłaszcza dla sprzedawców słodyczy, kwiaciarzy i właścicieli przybytków, do których dobrze zabrać drugą połowę (jak ktoś ma więcej drugich połów, bo różne konfiguracje się zdarzają, to niech bierze już pożyczkę). Niektórzy z tej okazji wybierają się ze swoimi połowicami właśnie na choćby połowicznie romantyczne kolacje, inni rozpijają połówki, jeszcze inni biorą śluby…

Z kolei nasz stary wyjadacz Rafał Kuleta przysłał nam wymuskany do perfekcji, wygładzony do szaleństwa zestaw czternastu bizarro-walentynkowych drabbli, zbiorczo ochrzczonych tytułem „Droga Drabblo!”. Część literacką okrasiła zaś przednia grafika Tomka Woźniaka. A zatem… mega zapraszamy walentynkowo!

h

Droga Drabblo!

h

bizaro001

h

Krótki dialog o takim jednym frajerze (dłuższy nie, bo to przecież frajer, więc nie warto)

h

Rozmowa między narzeczonymi:

– Zaświergolił się we mnie taki jeden frajer. Wszędzie za mną lata z jęzorem w dół, a najlepsze jest to, że za każdym razem daje mi bukiet kwiatów.

– Właśnie zauważyłem, że codziennie znosisz chwasty do domu.

– Część zostawiam w ogrodzie, bo byśmy tu mieli dżunglę.

– Ty, a on tak już długo do ciebie startuje? Może by mu facjatę wyklepać, co to by się odczepił?

– Głupiś! Wiesz, jak ja lubię kwiaty. Do tej pory sama sobie kupowałam, teraz mam za darmo. I codziennie świeże. Ty mi nigdy kwiatów nie kupujesz.

– A racja. Szkoda kasy, są ważniejsze wydatki.

– No, właśnie.

h

Poświęciciel

h

Wyznawał żarliwą miłość, powtarzał, że dla niej jest gotów poświęcić wszystko. Rzeczywiście poświęcał się aż do przesady. Niech mu będzie, tak ma, więc spoko. W sumie to nawet fajnie mieć męża i… czciciela; „poświęciciela” – jak go lubiła nazywać w myślach.

Mąż jak to mąż. Był. Proste. Ktoś taki musi być pod ręką. Na zawołanie. Nie zawsze, ale się sprawdzał, nie ma co narzekać. Ale poświęciciel to zupełnie inna bajka. Zanim zdążyła pomyśleć, on już był. Wszędzie. Zawsze. Gotów jej służyć całym sobą. Czemu nie? Wykorzystywała go, ile wlezie. Poświęcił jej młodość, płodność, witalność, wigor, żar życia, i czas. Aż zgasł.

h

Podszedł do pary

h

Najpierw zagadał do niej: – Co taka ślicznotka niecnotka robi u boku takiego dupka?

Zerknął na niego i się uśmiechnął. Gościu już buzował. Wtedy odezwał się doń: – I tak puści cię kantem dupy, nawet nie obliczysz różnicy kąta nachylenia. Prędzej czy później. Spójrz na nią: szmatłowstwo i zdzirstwo ma wypisane na ślicznej buźce. Zresztą sama piękna gęba chleba nie daje.

Oczywiście oburzenie, wytrzeszcz, takie tam, ale się wycofują, cwałują, naprędce, byle szybciej z tego miejsca, bo jeszcze ten dziwak łupnia im da i w ogóle nie wrócą do domu, gdzie szynka, kaszanka, rąbanka, telewizorek i za pięć dwunasta spotkanie u Morfea.

h

– O, kurwa!

h

– O, kurwa! – Chłopak do dziewczyny. Ciekawe z jakiej okazji, powodu. A co by było, gdyby chłopak dziewczynie oznajmił: – O, kurwo!

Pewnie bulwers Maksymiliana. Albo chlast w mordę i przychlast do domu. Albo dziewczyna: – Ja kurwa?

– Nie, no spoko. Luz. – Chłopak od razu emigruje z odzywki. – Tak mi się tylko powiedziało.

– Zachciało ci się mnie?

– Nie… co ty?

– Nie? To spierdalaj! Jak nie mogę być dla ciebie nawet kurwą, to nie chcę wcale być!

I odjazd.

Ale to tylko hipotezy.

W rzeczywistości chłopakowi się przypomniało, że zapomniał złożyć życzeń dziewczynie. Z okazji utraty dziewictwa z kimś innym. Stąd to „O, kurwa!”

h

Zaspokojone pragnienie rowerzysty w objęciach upalnej ulicy

h

Wpadłem do dziury. Do jej dziury. A to było tak:

Wzgórze nie miało końca, ale wreszcie się skończyło. Teraz największa frajda: prawie pionowo w dół. Po drodze wstęgi, serpentyny, zawijasy, zakrętasy szersze, węższe. Właśnie na takim jednym z zakrętów zjawisko niebywałe: najpierw wilczur wielki jak największy czerw (dwa piętra w berecie z antenką satelitarną), potem dziewczę piękne jak marzenie lodów śmietankowych w rozgrzanej do wilgoci łechtaczce. Spojrzałem. Oniemiałem. Ona też spojrzała. I stało się coś nieoczekiwanego: ulica przede mną się rozszczepiła, całkowite rozszczelnienie. Rozpędzony wjechałem prosto w jej podnieconą dziurę. Spociłem się, ale ucieszyłem. Wargi mlaskały, zlizując apetyt, gasząc pragnienie.

h

Romantyczny wehikuł uczuć

h

Młoda kobieta bez zobowiązań sprawiła sobie prezent, z którego cieszyła się jak dziecko. Prezent cieszył się z niej, ale tak skrycie, jak dorosły, romantycznie obezwładniony. Godzinami przyglądali się sobie w lustrze: bursztynowy wisiorek pozwalał jej rozpływać się nad sobą, sam pływając jak w transie po owalnych kształtach właścicielki. Przeniknęła poświatą uduchowionego ciała jego eteryczną osobowość ulepioną z ciekłego miodu, na którego falach unosił się prehistoryczny czas. Kobieta zdała sobie nagle sprawę, że ma na szyi prawdziwy wehikuł czasu! Zakochali się w sobie. Połączeni w jednym nurcie czasu i przestrzeni lewitowali od epoki do epoki, w obrazach utrwalonych przez bursztynową naturę.

h

Dzwon Odnowy

h

Na japońskiej wyspie nocna cisza przed burzą. Dzwon Odnowy czuwa. Łapie bryzę, która – uwięziona nagle w środku – miota się wściekle. Dzwon nie puszcza, zdeterminowany, by uratować każde istnienie na wyspie. Fala wysoka i równie śmiertelnie niebezpieczna jak Godzilla pędzi w szaleńczym biegu kamikaze do brzegu, by zmieść z powierzchni ziemi wszystko i wszystkich, oraz zatopić wyspę, jeśli taka wola boskich demonów wody.

Dźwięki uwalniają się z duszy Dzwonu i lecą do domostw ludzi. Pobudka. Wybudzeni ze snu, ludzie chwytają co mają pod ręką, wybiegają w czeluść nocy.

Dzwon coraz silniejszy, fala dźwiękowa wyższa od fali tsunami. Dzwon Odnowy ratuje wyspę.

h

Piramida Słoni

h

Słonie prosto z Emiratów, ale nie Arabskich. Arabskie są konie, a słonie są z Alaski. Taki fenomen natury, może wynaturzenie, tudzież wybryk, bo niby czemu nie. W zasadzie to wszystko jest możliwe. Nawet całe białe słonie. Umiały wspinać się na siebie, tworząc gigantyczną piramidę. Raz się zapomniały i zostały na krze lodowej dryfującej na krańce marznącego z gorąca słońca. Tam zamarzły.

Gdy nadszedł ich czas, Faraoni Eskimosi wchodzili do grobowca. Pożegnać się ze śniegiem.

Minęły wieki. Lodowa Piramida Słoni stała się główną atrakcją Cycuś Cyrku. Ale tylko zimą. Latem bilety sprzedawały się jak rwąca woda z roztopionego śniegu odtajanej piramidy.

h

Śmiech na szczudłach

h

Śmiech rósł w oczach, a raczej w ustach, ewentualnie na wargach wzrastał. Naturalną koleją rzeczy (w tej pociągającej rzeczywistości) śmiech wzrastał, stawał się coraz głośniejszy, donośniejszy, echo-doroślejszy. Śmiechowi coraz łatwiej przychodziło do śmiechu, bo było coraz zabawniej i weselej. Ażeby się jeszcze wybitniej samookreślić, śmiech wynajął do pomocy szczudła. Oczywiście zero protestu, wręcz gros wsparcia, nawet nowe testy pomocy, rozbuchanej otuchy w uśmiechu świeżego snu do uchachanej poduchy.

Śmiech na szczudłach mknął przed siebie, od żartu do żartu, od kawału do kolejnego zawału z wybuchu radości. Naturalnie żartem. Śmiech wprawił się w śmiesznym biegu, rozśmieszył siebie. Do łez wzruszył szczudła.

h

Podsłuchane podczas sjesty majowej koników polnych

 

h

Na bagażniku ciągnika ciągniętego przez łąkę pokrytą cięciwą ciężaru cienia jechały koniki.

– Jak ty tu masz wszystko rozlane i klejące się po stole. Weź to chociaż zliż.

– Nie mogę, bo mi się język przyklei do blatu do mieszkania do domu, a mieszkam w bloku pokrytym wzgórzami wentylacyjnymi. Chciałbym wyjść na chwilę i przewietrzyć oczy.

– Mogę wyjść z tobą za ciebie?

– A ile masz lat?

– Czternaście łamane na piętnaście, ponieważ skończę w tym miesiącu szesnaście, a w następnym siedemnaście i na tym się zatrzymam. A ty?

– Ja mam w porywach do osiemnastu. Ale też zatrzymałem się w rozwoju. Nie jesteś sama.

h

Leci z blachy

h

Akurat stał taki grat. Srom na złom. Blachy jak blaty ze szmaty. Tak, to taki grat na raty. A że stary to na straty. Farba do zdrapania, wszędzie zadrapania. Maska skopana, nad wyraz zrypana, rama wraka do wymiany, płaty łat do wyklepania. A pod samą maską to totalna kaszana, na zmianę Las Vegas Parano i maniana, wszystko do załatania. Ale to i tak poronione. Zaśmiecał teren. Tren z grata jak z renty nie halo.

Mistrz Origami przechodził obok, ocenił, spodobała mu się faktura z blachy, taki sztywniejszy papier w jego oczach. Zdarł karoserię, uformował z niej żurawia, wsiadł i odleciał.

h

Na Kaszubach

(sonet drabblowy)

h

Kołyszą się dusze na falach wraków, mogiły-kraby,

Jelita glonów się wiją, w sploty sieci obrastają,

Kwiaty na brzeg zapomnienia nie docierają,

Śmierć dzieło zniszczenia tka, łkają groby.

 

Mroczny Rybak łapie dusze w morzu rozpaczy,

Łowca utopionych nadziei, z wód płodowych rany,

Nadzieje to głupcy, od urodzin zdeformowani,

Karmią się cierpieniem jak chlebem, Miłość nic nie znaczy.

 

W sieciach wypatroszone dusze, na kutry wtłoczone,

Na horyzoncie wodna pustynia rzuca piaski w ślepe oczy.

Kutry ze smyczy cum w głuszę sztormu spuszczone.

 

Błyszczą puste oczodoły roztoczy.

Toczą się zgniłe larwy, wyją dusze zrozpaczone,

Nie ma przystani, ani latarni, łuna zachodu koszmarnie broczy.

h

Rozmarzone łzy z łusek

h

Z bloku technicznego do bloku mieszkalnego. W mieszkaniu chlup w akwariowe ramki. Ryba pastelowa. Feeria takich kolorów, aż głowa boli. Oszołomione wszystkie zmysły naraz.

Ryba pręży się, wygina, wyskakuje z kolorowej wody, z ram obrazu, z siebie, bryzga barwami dla ochłody i urody (głównie duchowej).

Sam tu mieszkam (niestety, taka bolesna prawda, choć czasem syn mnie odwiedzi). Szukam śladów namalowanej ryby. Maźnięcia płetw na ścianach. Odbicia łusek na suficie. Pociągnięcia pędzla prowadzą mnie do Artystki, bacznie obserwującej mnie przez szybę samochodu, którym podróżuje po moim śnie. Ryba też tam dopłynęła. Wpłynęła. Spłynęła. Odpłynęła. Rozpłynęła się. W rozmarzonych łzach z łusek.

h

Droga Drabblo! (list Pana Drabbla do Panny Drabbli po burzliwym romansie na kartach nieopisanej pamięci)

h

Piszę, by Ci uzmysłowić, oświecić, że nie przestałem i nie przestanę. Nie pytaj dlaczego. Doświadczyłem marzeń (stworzeń dziwnych, wypacznych), wrażeń (uczuć wzniośle pokracznych). Innymi słowy: muzowałem Cię, chyba wciąż muzuję. Wyrzuciłem Cię ze znajomych na FB jak psa niewiernego z FBI. Ale codziennie podglądam Cię z drugiej strony: Twojego kochanka, poetyckiego prymitywa, z którym w komitywę nierozerwalną, dla mnie niezmiernie niezrozumiałą, się wplątałaś. Czytasz cienie rozmazujących się słów. Nie zrozumiesz ich, bo jesteś cienka jak granica, której nigdy nie przekroczysz (bez mojej pomocy). Zrezygnowałem z wielu jestestw, szczęśliwie wszystkie wróciły. Pomarańczuję Cię, cokolwiek to znaczy, ale wypierdrabblaj z mojej twórczości.

h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: