polskie centrum bizarro

„Plaga – Otwarte Oko” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on Luty 20, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW styczniu mieliście okazję przeczytać Śnijmy dalej Karola Zdechlika. Mamy nadzieję, że z owej okazji skorzystaliście, tym niemniej sugerujemy, że już się można obudzić. Oto bowiem na horyzont zdarzeń niedobrych literek wpada z mocą asteroidy kolejny tekst Karola.

Plaga – Otwarte Oko to tekst, które niepodobna scharakteryzować w kilku słowach. Zarówno z uwagi na długość, jak i mnogość poruszanych w nim tematów. Przed Wami opowiadanie o nieco większej masie niż zazwyczaj, jednak – wierzcie nam na słowo – przeczytacie je z prawdziwą przyjemnością. Aczkolwiek nieco bizarryczną, co się rozumie samo przez się.

Zapraszamy do lektury!

h

Plaga – Otwarte Oko

h
  1. Kaśka

Gwałtowne bębnienie w szyby wyrwało dziewczynę ze snu, ledwie na piętnaście minut przed dzwonkiem budzika. Kaśka nie uległa niecnym podszeptom drzemki. Postanowiła spokojnie przygotować się do pierwszego dnia w pracy. Za młodu Kaśka miała inne zdanie na temat takiej a nie innej życiowej drogi, ale za młodu była młoda i głupia, a z czegoś się trzeba utrzymać. Po okresie szczeniackiego idealizmu pozostały jej tylko tatuaże na plecach.

Zjadła pośpiesznie zrobioną kanapkę z warzywami na dietetycznym chlebie, popiła ją kawą. Gdy wyszła z mieszkania, wysokie szpilki, szybko wsunięte na stopy skryte pod jednolicie czarnymi pończochami, zadudniły na posadce klatki schodowej. Głośne zgrzytnięcie klucza w drzwiach odbiło się w jeszcze śpiącej przestrzeni głośnym echem. Jednostajny szum pracującego silnika windy do reszty zmącił ciszę wczesnego poranka. Drzwi rozsunęły się, Kaśka, poprawiając kapelusz i unikając upuszczenia trzymanych jedną ręką parasolki i torebki, weszła do środka. Winda ruszyła ze zgrzytem, jakby chciała wyrazić swoje niezadowolenie, że od samego rana musi jeździć z góry na dół, od parteru do dwudziestego piętra i rozwozić swoich pasażerów.

Gdy Kaśka wyszła z bloku, deszcz już nie padał, więc złożona parasolka wylądowała w pełnej najróżniejszych rzeczy otchłani torebki.

Chmury rozstąpiły się. Jasne promienie wstającego słońca padły na mokry świat. Kaśka szybko zepchnęła wynurzające się wspomnienia skakania nago w deszczu gdzieś w odmęty zapomnienia, powtarzając sobie, że przecież jest już dorosłą i poważną osobą. Z całą pewnością jej nowi znajomi z pracy których dzisiaj pozna też będą dojrzałymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Złapała się na myśli, że glany są jednak od szpilek wygodniejsze, po czym świat zawirował jej przed oczami. Ułamana szpilka prawego buta tkwiła w szczelinie między kostką brukową, gdy reszta buta razem z właścicielką upadła ciężko na chodnik.

Kaśka natychmiast podniosła się z ziemi, otrzepała pośpiesznie i zlustrowała swój strój. Całe szczęście, chodnik zdążył w tym miejscu już wyschnąć, więc nie umazała się wodą ani błotem. Ku jej zdziwieniu oprócz złamanego buta i pogniecionej marynarki nic jej się nie stało.

Zaklęła w myślach, przekonana o tym, że teraz na pewno nie zdąży do pracy na czas, skoro nawet nie zdążyła dojść do zaparkowanego za blokiem samochodu.

Rozejrzała się pośpiesznie, spłoszona nagłą myślą. Szczęście w nieszczęściu, jej upadku nie widział żaden z sąsiadów.

Jakby prowadzona niewidzialną ręką, zaparkowała samochód z podręcznikową precyzją na przyznanym jej miejscu wielkiego, kilkupiętrowego podziemnego parkingu pod biurowcem korporacji. Każdy z pracowników miał własne miejsce parkingowe.

Była spóźniona dwie i pół godziny, gdyż musiała jeszcze znaleźć ubrania pasujące kolorystycznie do innych butów. Modliła się w duchu do wszystkich znanych jej chociażby tylko z imienia bóstw, żeby miała jeszcze po co tutaj przyjeżdżać. Przemknęła szybko wśród rzędów równo stojących samochodów. Drzwi rozsunęły się z sykiem, ukazując skąpane w bladym świetle, wyłożone imitacją boazerii wnętrze windy. Poczuła się jak mała dziewczynka stojąca przed otwartą furtką prowadzącą na teren szkoły. Po chwili zawahania zdecydowanym krokiem weszła do środka.

Winda sunęła w górę, po czym zatrzymała się. Drzwi po chwili otworzyły się, do środka wszedł wysoki mężczyzna. Kaśka popatrzyła na niego ukradkiem. Wysportowany, zadbany, pewny siebie trzydziestolatek. Taki typ faceta któremu specyficzny ni to uśmieszek, ni to nieuchwytny grymas nie schodził z twarzy. Gęste, kręcone włosy miał uformowane w fantazyjne fale.

Jeszcze kilka lat wcześniej Kaśka określiłaby swojego towarzysza podróży windą jako prowincjusza, stereotypowego przedstawiciela klasy średniej zapatrzonego we wzory lansowane w kolorowych pismach, dających swoim ograniczonym czytelnikom namiastkę pseudo-elitarnego snobizmu.

Teraz jednak serce Kasi mocno zabiło na widok nieznajomego. Poczuła, że mimo woli zaczerwieniła się, czego nawet jej starannie nałożony makijaż nie był w stanie zakryć. Nieznajomy zauważył to kątem oka.

II Marcin

Głosy zbliżały się coraz bardziej i bardziej. Na przemian cofały i przybliżały się do niego, gdy już pozwalał sobie na krótką chwilę radości, ciesząc się, że wreszcie odeszły, wybuchały z siłą bomb tuż przy jego uszach.

Nie był pewien, ile czasu trwał ten stan. Nie wiedział nic o miejscu, gdzie się znajduje, nie widział nic w otaczającym go mroku. Głosy syczały, śmiały się, kwiliły cieniutko jak niemowlęta oraz złorzeczyły starczymi, przepitymi głosami. Pojękiwania kobiet przeżywających orgazm mieszały się z odgłosami płaczu, śmiech z krzykiem, harmider tłumu z cichą rozmową w zacisznej kawiarni.

Złapał się rękami za uszy, lecz nie przyniosło to żadnego rezultatu. Głosy płynęły przez mrok, niemalże czuł setki gorących i zimnych oddechów na swoim karku.

Nagle wstał, tknięty jakimś impulsem. Wymachując na oślep rękami, biegł po omacku przez mrok, przez bezdenną czeluść, gdzie nie mógł nawet określić tego, czy wznosi się, czy spada, gdzie nie mógł nawet stwierdzić jednoznacznie, gdzie jest góra, a gdzie dół. Biegł tak przez przestrzeń, nie czując podłoża pod nogami, głosy nie opuszczały go ani na krok. Wyobrażał sobie, jak przebija się przez wzburzony tłum.

Nie wiedział, ile czasu minęło, i czy w tym miejscu w ogóle istnieje czas, upadł dysząc ciężko. Uderzył najpierw głową, a potem całym ciałem o twarde podłoże. Wydawało mu się, że przed tym, przez ułamki sekund leciał, czy też spadał, ale jego skołatany umysł nie był tego pewien. Leżał przez chwilę. Głosy przestały mówić. Pozostał tylko krzyk. Nieludzki, dziki, pierwotny krzyk. Nie mógł złapać powietrza, przygnieciony przez siłę dźwięków, szczekania psów, zawodzenia, jęków ludzi poddawanych najbardziej przerażającym torturom, jakich nie był w stanie sobie wyobrazić.

Nagle wszystkie głosy ucichły. Wstał, przeciągnął się. Sam krzyknął, ale nie usłyszał żadnego dźwięku. Panowała idealna cisza. Stał twarzą w twarz z czymś, co wyszło z wiecznego mroku i stanęło naprzeciw niego. Co było samą esencją mroku. Nie widział tego, ale czuł to. Czuł zapach, czuł strach, czuł wzrok milionów oczu skupiony na sobie. Nie mógł złapać oddechu, wsysany w samą istotę ciemności. Tonął w niej, machając bezwładnie rękami i nogami.

Nagle usłyszał swoje imię. Tak jak wtedy.

III Marcin

Nim zaszło zimowe słońce, krew zbrukała niewinną biel świeżego śniegu.

Nie mogli uciec, gdy powrócił niczym upiór. W chwili, gdy stanął naprzeciwko im, wszystko było już przesądzone. Ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli.

Okrążyli go ciasnym półkolem. Zaskrzypiał śnieg pod ich krokami. Słońce zachodziło blado za lasem nieopodal. Wcielenie jego najgorszego dotychczasowego koszmaru, stało tuż przed nim i uśmiechało się.

– Wróciłeś po więcej? Jeszcze ci mało?

Ale nie zobaczył w jego oczach strachu. Podniósł głowę, którą aż do teraz trzymał opuszczoną. Spojrzał prosto w jego oczy i uśmiechnął się.

Tym razem on się wystraszył.

– Coo? Cooo?

– Panie mój, prowadź mą dłoń – rozpoczął. Wpatrywał się nie w stojącego przed nim chłopaka, ale w kłęby pary wydobywające się z każdym słowem z jego ust. – Gdy wyłupią mi oczy, będę widział twoją chwałę, gdy obetną mi uszy, będę słyszał twój zew.

Zrobił krok naprzód.

Popatrzyli niepewnie po sobie, zdziwieni takim rozwojem sytuacji.

-… gdy obetną mi ręce, będę czynił twój znak, gdy połamią mi nogi, będę pełzł ku tobie…

– Hej, co z tobą?

– … panie mój, prowadź mą dłoń. Choćbym nie miał ust, wykrzyczę twe imię.

Oni tego nie widzieli, ale w prawej dłoni, trzymanej za plecami, trzymał nóż.

Doskoczył do wyższego od siebie chłopaka, z rozmachem wbił mu nóż prosto w szyję.

Padł na kolana przed swoim zabójcą, złapał za rękojeść broni, sterczącej tuż obok jabłka Adama. Kopnięty z całej siły, przewrócił się, zaczął machać rękami, wyglądał jak ryba wyrzucona z wody na gorący piach plaży, trzepocząca się w rozpaczliwej próbie złapania powietrza.

Właściciel noża przewrócił go na wznak, uklęknął na nim, wgniatając ofiarę w śnieg. Pewnym ruchem ręki chwycił za nóż, cały czas tkwiący w szyi leżącego, i poderżnął mu gardło. Przez całą szerokość szyi wyciął mu tryskający krwią uśmiech.

Upaprany krwią od stóp do głów słyszał krzyki trzech przydupasów swojej ofiary, dwóch z nich stało bez ruchu, przerażonych odrealnieniem sceny rozgrywającej się na ich oczach, trzeci wziął nogi za pas.

Michał jeszcze buchał krwią i wił się w drgawkach, gdy Marcin wstał i spokojnym krokiem podszedł do najbliższej stojącego chłopaka. Wyglądał jak demon.

Umazaną we krwi dłonią potarł policzek Piotra. Rozpłakał się w czasie rozsmarowywania krwi Michała po jego twarzy. Marcin nagłym ruchem złapał go za długie włosy, zmuszając do uklęknięcia.

Wtedy Maćkowi stojącemu jak słup soli nieopodal powróciła odwaga. Rzucił się z wrzaskiem na mordercę.

Ale ten odwrócił się błyskawicznie w jego stronę. Zanim nacierający zdążył zareagować, w jego brzuchu znalazło się ostrze noża. Na swoje nieszczęście, nie nosił grubej kurtki, tylko cieńszą, narciarską.

– Aaaagg? – zacharczał. Stanął w miejscu i zamachał bezwładnie rękami. Przestał po chwili, spojrzał na rosnącą plamę krwi na jego brzuchu i rozpłakał się.

Piotr zwinął się na ziemi w kłębek.

– Błagam, nie zabijaj mnie, błagam, nie zabijaj mnie – wył.

Marcin wyszarpał nóż z Maćka, ten zachwiał się i upadł.

– Piotrze – wyszeptał, stojąc nad nim – masz piękne oczy.

Podniósł głowę, tylko po to, by zobaczyć, jak stojący nad nim wyjął z kieszeni kurtki łyżeczkę do herbaty.

Marcin uśmiechnął się promiennie. W ciszy, która nastała, słyszał, jak krople krwi Michała kapią z jego rzadkiej brody na śnieg.

IV Marcin

Obudził się w skłębionej pościeli, cały zlany potem.

Słyszał, jak ktoś wymówił jego imię.

Wymacał stojącą koło łóżka butelkę wody mineralnej, odkręcił ją, pociągnął duży łyk, niechcący upuścił zakrętkę na podłogę, zaklął.

W pomieszczeniu panował mrok, młody mężczyzna prawie niczego nie widział. Szukając po omacku zakrętki, pogrążył się w rozmyślaniach.

Sen wracał co kilka dni. Jedna z ewentualności, coś, co nigdy się nie wydarzyło. Reakcja na tysiąc i jedną traumę, które powinien już dawno zabliźnić czas.  Reakcja na rozbitą osobowość, rozbitą na milion i jeden kawałeczek i poskładaną mozolnie, posklejaną jak witraż.

Mężczyzna w czarnym płaszczu przychodził do mnie głównie nocami. W jego dotyku nie było pożądania. Była ojcowska miłość, której nie zastał nigdy od swojego własnego ojca, alkoholika. W oczach miał troskę. On jeden się przejmował. On jeden rozumiał.

Mimo przyjmowanych leków, mężczyzna nadal się pojawiał.

A dziś przemówił.

Marcin zamknął oczy, gdy w końcu zakręcił plastikową butelkę i niedbałym ruchem rzucił ją gdzieś za łóżko. Sięgnął po leżący na szafce nocnej telefon.

Trzecia w nocy.

Westchnął zrezygnowany.

Jedno nieodebrane połączenie, sprzed kwadransa.

Monika.

Zadzwonił.

– Halo? – wychrypiał.

– … .

– Hmmm? Jesteś tutaj?

Rozłączyła się.

Chwilę potem usłyszał pukanie do drzwi. Najpierw delikatne, jakby nieśmiałe, niepewne, stopniowo przeszło w regularny łomot pięścią.

Wstał z łóżka, zapalił w pokoju światło. Poszedł otworzyć drzwi, przechodząc przez nieopisany bałagan władający ciasną kawalerką. Stała nieco dalej na klatce schodowej. W czarnym płaszczu, z opuszczoną głową, o trzeciej rano w socjalnym bloku na rubieżach miasta. Jedynym źródłem światła była żarówka wisząca z sufitu na kablu w mieszkaniu Marcina. Łuszcząca się farba rzucała pokraczne cienie.

Monika wyglądała demonicznie. Ale ona zawsze wyglądała demonicznie.

– Ech – mruknął.

Nie zareagowała. Wyglądała, jakby spała na stojąco, z półprzymkniętymi oczami.

– Wejdź – gestem zachęcił ją do przekroczenia progu małego królestwa chaosu.

Z klatki schodowej tchnęło zimno. Mimowolnie wzdrygnął się, stał w drzwiach w samym t-shircie i bokserkach. Nie założył nawet kapci, bo nie wiedział, gdzie je położył.

Po chwili weszła. Opuściła kaptur. Spojrzała mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu było po równo nienawiści, tęsknoty, pożądania i szaleństwa.

Musiała płakać. Albo była naćpana. Albo, najprawdopodobniej, płakała w czasie ćpania.

Wyjął z lodówki dwa piwa, postawił je na stole.

Usiadł na chwilę przy laptopie, włączył muzykę. Przy pierwszych dźwiękach wydobywających się z pięcioletniego zestawu głośników dwa plus jeden zgasło światło. Nie przeszkadzało mi to. Była pełnia i światło księżyca wpadało do pomieszczenia przez okno, razem z nocnymi światłami miasta. Nie miał zasłonek, firanek, rolet ani niczego takiego. Stare żaluzje zerwały się już dawno.

Spojrzał na Monikę. Siedziała w półmroku, oparta o ścianę.

– Daj głośniej. – powiedziała bardzo cicho. Miała dźwięczny głos.

Spełnił jej życzenie.

Patrzył na nią w milczeniu, zastanawiając się, co właściwie ona tu robi i co się zaraz stanie.

Czegoś takiego jednak się nie spodziewał.

Rozebrała się do naga, szybko, gwałtownie, panicznie. Prawie porozrywała na sobie ubrania. Odrzucała je od siebie jak najdalej, jakby ją parzyły.

– Chodź tu – westchnęła.

Wstał powoli z krzywego, obrotowego krzesła, które skrzypnęło żałośnie. Zaśpiewane z wyrzutem przez Toma G. Warriora z Celtic Frost „Oh God, why have you forsaken me?” zabrzmiało gdy usiadł obok niej na łóżku.

Objął jej drżące ciało. Ugryzła go w dolną wargę, aż do krwi. Ból zadziałał orzeźwiająco. Schwycił dłońmi jej piersi. Jęknęła. Wyjęła mu z bokserek nabrzmiałego penisa. Jakiś czas temu od rozporka urwał się guzik, więc nie miała z tym problemu. Lizał ją po szyi i piersiach, drażnił sterczące sutki palcami. Charakterystyczny smak potu rozlewał się po jego podniebieniu, ale nie zważał na to, coraz łapczywiej i nachalniej pieszcząc jej ciało. Położył ją na łóżku, brutalnie rozchylił jej nogi. Wszedł w nią nagle, szybko i zamaszyście. Krzyknęła. Nie było w jej krzyku przyjemności.

Była piękna. Nigdy nie miał przed nią tak pięknej kobiety. Zgrabna, szczupła, o długich nogach, zadbanych dłoniach i stopach, z talią osy. Krzywo przycięte, proste, czarne włosy sięgające do szyi dodawały jej zadziorności i specyficznego uroku. Zawsze nakładała mocny makijaż.

Po dłuższej chwili udało mu się dojść w niej. Nie był pewien, czy wzięła dziś pigułkę. Miał nadzieję, że tak.

– Co za gówniane miasto, co za gówniany świat, co za gówniane życie. – rzucił w przestrzeń, gdy było już po wszystkim. Nie musieli niczego mówić, wiedzieli oboje, że to był koniec. Ich związek polegał głównie na szalonych libacjach skąpanych w alkoholu lub innych używkach.

Monika niezdarnie pozbierała swoje ubrania, założyła je, nieobecnym wzrokiem popatrzyła na swojego chłopaka i oprawcę i uciekła z mieszkania. To, co zrobili nie przyniosło im przyjemności, lecz ból. Fizyczny i psychiczny. Wyszedł z tego wzajemny gwałt.

Leżał w ciemności, niemalże namacalnie kłębiącej się pod sufitem, przywierającej do łuszczącej się farby i skapującej z niej na niego. Taką samą ciemność czuł w sobie – od dawna. Pustkę zakrzywiającą i wchłaniającą wszystko, co miało nieszczęście do niej wpaść.

Zadzwonił telefon. Przez kilka sekund słuchał znajomej melodii, po czym zrezygnowany sięgnął po niego. Tej nocy zadziwiająco wielu ludzi chciało się z nim skontaktować.

Numer zastrzeżony. Zdziwił się. Koło czwartej nad ranem raczej nie dzwoniliby z zaproszeniem na prezentację nowych poduszek ortopedycznych lub garnków z nierdzewnej stali. Po sekundzie wahania odebrał.

– Poruchałeś sobie, odsapnąłeś, to teraz do roboty – oznajmił głos.

Ten głos.

V Kaśka

Być może Kaśka i nieznajomy spotkany w windzie mogliby poznać się bliżej, polubić, zaprzyjaźnić, umówić się na upojną noc lub chociaż na niezobowiązujący seks w czasie piętnastominutowej przerwy na lunch. Jednak zanim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać, winda zatrzymała się na kolejnym piętrze. Jeszcze przed otworzeniem się drzwi, Kaśka wiedziała, że coś jest wyjątkowo nie w porządku. Dobiegające do jej uszu z trzewi budynku krzyki ludzi, odgłosy paniki, przewracanych mebli i rozbijanych przedmiotów, wydały się jej bardzo nie na miejscu. Podobnie jak odgłosy wystrzałów, które ucichły po chwili.

Drzwi do windy rozsunęły się. Do wnętrza błyskawicznie wleciał dym. Nagle padło kilka strzałów. Kaśka krzyknęła, padła na podłogę, skuliła się w kącie windy i zakryła twarz rękami. Zaczęła szlochać. Cokolwiek by się miało wydarzyć później, jej życie właśnie już w tej chwili przestało być takie, jakim było wcześniej. Jakim było kiedykolwiek.

Przystojny nieznajomy bezwładnie padł na podłogę obok niej. W jego oczach widziała bezgraniczne zdziwienie, a pomiędzy nimi widniał krwawy otwór. Stróżka krwi ciekła mu po twarzy. Na ten widok młoda kobieta złapała się za włosy i zaczęła wrzeszczeć na całe gardło. Światło zaczęło upiornie migać. Podobnie jak przyciski pięter na tablicy kontrolnej windy. Rozbrzmiały wszystkie możliwe zamontowane w budynku alarmy. Rozpętało się pandemonium.

VI Marcin

Wszystko zaczęło się zmieniać. Nie wiedział, czy to, co widzi dzieje się naprawdę, czy nie. Jeśli tak – to nie miał żadnych wyrzutów sumienia, zresztą i tak by ich nie miał. Jeśli nie – byłaby to okoliczność łagodząca przy wyroku skazującym. Gdyby miał szczęście wyjść z tego cało, w co nie wierzył.

Dymiące łuski opadły na wypolerowaną posadzkę. Odbiły się od podłogi i poturlały się w różnych kierunkach.

Nie spodziewał się, że naciskanie spustu może być aż tak przyjemne. Nigdy wcześniej nie miał broni w rękach, a mimo to doskonale wiedział, jak jej używać. Był świadomy tego, co dzieje się wokoło, ale nie kontrolował tego, co robię. Robiła to za niego obca wola.

Zakochał się w AK-47. Całym sobą chłonął kakofonię dźwięków. Napawał się odgłosami zlewającymi się w jedną symfonię zniszczenia, zarówno miarowym warkotem broni, jak i ludzkimi krzykami. Gdzieś tam w jego głowie pulsującym bólem rozbrzmiewały jeszcze inne dźwięki, syczenie, śmiechy, łkanie – wszystko dochodzące do niego niczym gdzieś z najdalszej otchłani, zniekształcone, przepuszczone przez świszczący, zepsuty głośnik.

Widział hale, biura, pokoje, boksy, przerażonych ludzi, krwawe rozbryzgi na ścianach, suficie, na podłodze, lejący się zewsząd ocean krwi. Posoka sączyła się z kontaktów, lała z żarówek, odstrzelonych kranów w łazienkach, dziur po kulach w ścianach. Zabijał nie tylko pasożyty, ludzi żyjących w ciasnych jak jelita korytarzach biurowca, ale zadawał rany budynkowi jako takiemu, który płakał, łkał, falował i usiłował uciekać przed nieznanym napastnikiem. Biurowiec odpierał ataki, zmieniając poręcze schodów ruchomych w kolczaste i nasączone trucizną macki, którymi młócił bezwładnie powietrze, futryny drzwi stawały się paszczami o wielu rzędach ostrych – i wielkich – jak szable kłów.

Upuścił na podłogę kolejny opróżniony magazynek. Niespiesznie wyjął z plecaka kolejny, przeładował wysłużony automat Kałasznikowa kilkoma wprawnymi, nie swoimi ruchami rąk. Podłoga zaczęła falować. Po jej powierzchni rozchodziły się kręgi, niczym w wodzie. Nie przejął się tym jednak, z chlupotem ruszył przed siebie, rozbijając boksy, obalając dystrybutory wody, strzelając seriami po komputerach i miotających w niego wiązkami elektryczności monitorach.

Był to dzień, gdy światu objawiła się Plaga. Nagle to zrozumiał. Kompletnie nie obchodziło go, czym była, co i dlaczego spowodowało jej nagłe objawienie. Wiedział tylko tyle, że niósł w sobie coś, czego Plaga nie potrafiła rozpoznać. Nie był w stanie jej zniszczyć, ani nawet wyrządzić poważniejszych szkód, nawet tutaj, w jej centrum i sercu. Jednak sam fakt, że wiedziała z czym przyjdzie jej walczyć był dla jej nieludzkiej, zbiorowej, instynktownej inteligencji czymś bardzo bolesnym.

Nie zadał sobie wtedy podstawowego pytania – „dlaczego ja?”. Lub „o co tu chodzi?”. Po  prostu szedł przed siebie.

Ściany przestały już wyglądać jak ściany. Były naprężającą się w rytm oddechów niewidocznych płuc masą mięśni dygoczących pod żółtawą skórą, drgającą dodatkowo w rytm pulsującej w grubych niczym ogrodowy wąż żyłach krwi. Co jakiś czas na powierzchni skóry wykwitały wielkie bąble. Gdy pękały, rozlewały dookoła cuchnącą ciecz. Podłoga i sufit też stały się taką żywą substancją, sprzęty biurowe, wtopione w pulsującą masę, wyglądały niczym skały obmywane przez morze.

Ludzie, pracownicy korporacji – żywi i martwi zaczęli zlewać się ze sobą, wtapiać się jeden w drugiego, wrzeszcząc przy tym z niewyobrażalnego bólu fizycznego i psychicznego szaleństwa, w jakim przyszło im brać udział, po czym przez spadające z żywych ścian macki stawali się częścią Plagi, złączeni z nią ponad życiem i śmiercią.

Z cielistych czeluści budynku wypełzło na Marcina mrowie przelewających się, drgających, dyszących, krzyczących i śmiejących się abominacji. Wszystko, co Plaga potrafiła złożyć z żywych i zabitych, wysłała przeciwko niemu. Ludzkie kadłuby, kończyny lub całe tułowia wyrastające jeden z drugiego, pod najdziwniejszymi kątami, przewracające się, szpilki i spódnice, spodnie, krawaty i garnitury wystające z tego kotłującego się szaleństwa w największym bezwładzie, lecz mimo pokraczności śmiertelnie niebezpieczne.

Stał przed tym wszystkim, człapiącym powoli w jego stronę. Z rozbitej świetlówki na suficie wystawał język, z którego lał się na podłogę śluz. Widział to kątem oka, i zastanawiał się, czemu jeszcze nie oszalał. Czuł się jak we śnie. Nie potrafił opisać tego uczucia. Ciężkie, wojskowe buty, które miał na nogach, grzęzły mu w skórze podłogi. Zaczęły z niej wyrastać włosy, na tyle duże, że przewracały krzesła i wybijały dziury w biurkach. Z otwierających się porów wyciekał żółtawy śluz. Smród był niewiarygodny. Czuł go i wiedział, że jest szkodliwy, ale nie przeszkadzał mu. A może właśnie oszalał.

Wystrzelał ostatni magazynek w nadchodzące plugastwo. Odrzucił bezużytecznego już kałacha. Miał jeszcze kilka granatów w plecaku i dwa pistolety w kaburach przy pasie. On dał mu to wszystko, gdy spotkali się na parkingu podziemnym. Poklepał Marcina po plecach i powiedział na odchodnym, że będzie z nim.

Że będzie z nim jak zawsze.

VII Kaśka i Marcin

– Kaśka? Ty? Tutaj?

Kobieta podniosła załzawione oczy, przepełnione dzikim, zwierzęcym strachem. Nie, jej tu nie było, to się nie działo naprawę, to tylko koszmarny sen, który kiedyś się skończy. A w każdym razie bardzo by chciała, żeby tak było. Niewidzącym wzrokiem obserwowała tajemniczego napastnika, kołysząc się skulona.

I przypomniała sobie wreszcie, że faktycznie zna Marcina.

– … – wydusiła z siebie.

– Co ty tutaj robisz? – Marcin nie spojrzał na nią, ze stojącej na piętrze windy wyciągał za nogi zwłoki.

– … – skryła twarz w trzęsących się dłoniach, nie odważyła się podnieść z podłogi ani spojrzeć na spotkanego w tak makabrycznych okolicznościach dawnego znajomego.

– Co tu tutaj robisz? – postawny mężczyzna, z brodą i długimi, skołtunionymi włosami wszedł do windy, wcisnął na tablicy kontrolnej przypadkowy przycisk, na który nawet nie spojrzał. Dym już zdążył wywietrzeć, alarmy albo się wyłączyły, albo przestały już istnieć, wchłonięte przez Plagę, winda sunęła dziwnie powoli w trzewia budynku.

– … – dziewczyna rozpłakała się. Cokolwiek się działo, nie rozumiała tego, i nie sądziła nawet, że zrozumie kiedykolwiek.

VIII Marcin

Zamknął oczy. Zanim jednak to zrobił, zauważył możliwą drogę ucieczki przed napierającym paskudztwem – windę. O dziwo, pseudo-żywy budynek nie rozprzestrzenił się jeszcze w jej kierunku. Bluźniące samym swoim istnieniem wszelkim normom biologii i życia jako takiego, ludzko-rzeczowe istoty nadal się zbliżały. Człapały powoli, przewracając się nieporadnie, próbując pełzać w kilku kierunkach jednocześnie, zderzając się ze sobą i wchodząc na siebie nawzajem. Zamknął oczy, ale widział doskonale mimo tego. Podskakująca głowa, z której rozwartych ust i pustych, krwawych oczodołów wychodziło mnóstwo poszarpanych kabli i kabelków, niektóre zakończone wtyczkami USB, inne zwykłymi wtyczkami do kontaktów, przeleciała obok niego, odbijając się z pluskiem od żywych ścian.

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Winda wjechała na piętro. Ktoś musiał ją tutaj wezwać, po czym albo poszedł schodami, albo już nie żyje. Marcin przebiegł korytarz gdy akurat metalowe drzwi, bezbarwne jak reszta otoczenia, zaczęły się rozsuwać. Dostrzegł stojące w środku dwie sylwetki – kobieta wydała mu się znajoma, co do mężczyzny, wiedział, że to tylko kwestia czasu, jak Plaga go dopadnie. Jego wzrok sięgnął w odmęty nierzeczywistości, poza czas i przestrzeń, w otchłań szaleństwa, w bezmiar bezsensu – i zobaczył burzę macek, przyssawek i dziwacznych trąbek wyrastających z postaci. Zatrzymał się tuż przy drzwiach – wyjął z kabury pistolet – bez celowania nacisnąłem na spust.

Usłyszał paniczny, nieludzki krzyk kobiety.

IX Kaśka

Kaśka miała wielu chłopaków. Miała w sensie jak najbardziej dosłownym. Zdawała sobie zresztą z tego sprawę. Nie żeby była przesadnie kochliwa – sama zresztą nie dowierzała w miłość jako głębsze uczucie, zamiast tego czerpała z życia tyle przyjemności, ile była w stanie udźwignąć. Dlatego też o ile każdy jej związek kończył się góra po tygodniu, to przelotnych flirtów i seksu bez zobowiązań było w jej życiu pełno. Nie przejmowała się tym, nie uważała tego za coś złego – w końcu miała szesnaście lat i świat leżał u jej stóp. Przyjdzie jeszcze pora spoważnieć. Może.

Rozgwieżdżone nocne niebo było tym, co bardzo ją pociągało. Nieznana otchłań, miliony światów, wszystkie wiszące hen, daleko nad głową. Wiedziała co prawda, że patrzy w światy, które nie istnieją być może już od milionów lat, ale nie zmniejszało to jej uwielbienia. Uwielbiała patrzeć w nocne niebo, nie mogła sobie darować, by nie zerkać na nie ukradkiem, nawet mając w ustach czyjegoś penisa.

Spojrzała żałośnie na narząd, który ani myślał dać sobie sprawić przyjemność. Jego właściciel, sądząc po tym, co wyczytała z jego twarzy – a raczej po tym, czego nie wyczytała – nieznany jej z imienia chłopak, jeden z wielu nowych znajomych poznanych dzisiejszego wieczora spał na stojąco, zamroczony alkoholem lub innymi używkami. Westchnęła cicho. Zostawiła go tak jak stał przed nią – z przyrodzeniem żałośnie wystającym z rozporka i wróciła do swoich przyjaciółek, siedzących nieopodal, bliżej ogniska. Mijała po drodze wielu ludzi, z których znała tylko kilkoro. Taki urok ognisk organizowanych przez Ankę.

Zastała Ankę i Andżelikę w towarzystwie nieznanego jej chłopaka. Siedzieli na ciemnym kocu, dziewczyny w bluzkach z ogromnymi dekoltami, chłopak w koszulce z logiem jakiejś kapeli. Przysiadła się do nich.

– O, cześć – uśmiechnęła się do nieznajomego – jestem Kaśka, nie widziałam cię jeszcze – powiedziała i podała mu dłoń. Uścisnął ją lekko, nie patrząc się nawet na dziewczynę.

Kaśka usiadła na kocu tuż przed nim. Nowo poznany chłopak zafascynował ją od pierwszej chwili. Już jedno spojrzenie na jego twarz zdradzało, że jest ulepiony z zupełnie innej gliny niż wszyscy obecni. Gdy wokoło trwała nieskrępowana orgia, unosiły się chmury tytoniowego i marihuanowego dymu, lały się strumienie najróżniejszych alkoholi, on siedział ze stoickim spokojem i założonymi rękami. Zimnymi i przenikliwymi oczami, które zdawały się lekko świecić w półmroku obserwował całe towarzystwo z wyrazem nieskrywanej pogardy na pociągłej twarzy.

– … – zaczęła Anka, głosem nienormalnie podnieconym i nieco bełkotliwym.

Marcin żachnął się.

– … – dokończyła dziewczyna, celując krzywo palcem w kierunku, gdzie wydawało się jej, że siedzi Kaśka.

Kaśka uśmiechnęła się do Marcina, ale ten patrzył gdzieś w niebo.

Andżelika parsknęła pijackim śmiechem.

Kaśka uśmiechnęła się lubieżnie.

– … – odparł. Przytłumione zmysły Kaśki nie potrafiły zidentyfikować emocji przekazanych w jego głosie.

Marcin odwrócił się, sięgnął po leżącą nieopodal na kocu jeszcze nie otwartą butelkę taniego wina. Już miał ją złapać, gdy Kaśka ujęła go delikatnie za rękę.

Spojrzała mu prosto w oczy. Świeciły się lekko. Był to odbity blask ogniska, bądź skutek zażytych wcześniej narkotyków.

– Dobra – uśmiechnął się pożądliwie – Ale zrobisz to, co powiem, ok?

– Jasne – uśmiechnęła się promiennie rzędem równych, białych ząbków. Nawet w panującym półmroku jej czerwona szminka razem z nimi tworzyła przyjemny dla oka kontrast.

X Kaśka

Powiedział, co miała zrobić. Udała, że nie dosłyszała. Powtórzył. Spełniła prośbę, ociągając się.

Obudziła się nad ranem. Impreza jeszcze trwała. Marcina nie było w pobliżu. Po chwili poczuła, że na twarzy jest wysmarowana lepką substancją.

XI Marcin

Im wyżej winda jechała, tym mniej w Marcinie było Marcina.

Kaśka leżała bezwładnie w koncie kabiny, w kałuży własnego moczu; łkała półprzytomnie.

Gdy przejeżdżali przez setne piętro, którego być nie powinno, bo budynek miał tylko pięćdziesiąt pięter, w windzie pojawił się on.

Pokornie schylił głowę przed człowiekiem.

Czyżby uczeń przerósł mistrza?

Marcin nie wiedział już, gdzie jest. Patrzył na siebie z perspektywy kogoś wiszącego pod sufitem windy. Poczuł jak zanika, jak jego osobowość rozprasza się, jak zaczyna odczuwać tętno budynku. Budynek myślał, budynek wołał, krzyczały głosy wszystkich zespolonych z Plagą.

Marcin wiedział, co ma zrobić. Instynktownie. Podszedł do swojej zjawy, spojrzał w głąb jednolicie czarnych oczu,  pozbawionych źrenic i białek, w przerażającą swoją nieludzkością otchłań.

I zobaczył tam siebie.

– Ja jestem sumą ewentualności. Ja jestem tym, kim ty zawsze bałeś się stać. Dlatego ja byłem ci potrzebny, jako wymówka i ucieczka przez wyrzutami sumienia.

Mężczyzna zrobił krok do przodu. Wszedł w postać stojącą przed nim.

Świat rozmył się i zakołysał. Zatrząsł w posadach.

Marcin upadł na kolana, śmiejąc się wniebogłosy.

Stary Marcin zniknął, zastąpiony przed perfekcyjnie dopasowany zbiór oderwanych fragmentów.

– Muszę wziąć leki. Słyszysz mnie, głupia kurwo? – rzucił pod adresem półprzytomnej Kaśki. – Muszę wziąć leki. Całą górę leków. – roześmiał się szaleńczo.

Rozejrzał się po ciasnej przestrzeni wokoło. Sztuczną boazerię w windzie uznał za szczyt kiczu, światło świetlówek za mdłe.

Jego uwagę przykuła tablica kontrolna. Plastikowe przyciski zmieniły się w powieki, spod których złowieszczo patrzyły się na niego rzędy oczu – zarówno ludzkich, kocich, kozich jak i wężowych.

– Kasiu? Kasiuniu? – nie odwrócił się do kobiety, urzeczony makabrycznym ale i fascynującym na swój wynaturzony sposób widokiem – wysiadamy.

Jakby na jego komendę winda zatrzymała się. Zbiło go to z tropu, ale zauważył, że dotarli na ostatnie piętro.  Gdziekolwiek wiodła ich trasa, właśnie się skończyła.

XII Koniec

Przed nimi pulsował mózg Plagi. Wielki, potężny, oślizły, obrośnięty tkanką koszmar, wyrosły dokładnie w przestrzeni pośrodku okrągłego stołu. Tkwiący w centrum owalnej sali posiedzeń, do której od windy prowadził wąski korytarz.

Korytarz tu prowadzący zmienił się w gigantyczną pochwę, wijącą się w rytm setek orgazmów. Trudno było im przejść, brodzili po kolana w śluzie, nie mięli się czego złapać, gdy potężne, różowo-czerwone mięśnie zaciskały się i rozluźniały, zwężając i rozciągając przejście.

Twarz Kaśki nie wyrażała żadnych emocji. Podążała za Marcinem z rozchylonymi ustami, z których powoli ciekła ślina. Szeroko rozwarte oczy bezustannie rozglądały się wokoło.

Zamieszkała w nich pustka.

Pochwa Plagi przechodziła w coś, czego Marcin nie rozpoznał. Nie był to na pewno ludzki narząd. Ale był zbudowany z ludzi. W pierwszej chwili w ogóle nie zdawał sobie sprawy, na co patrzy. Dopiero po chwili zrozumiał.

Zamiast drzwi prowadzących do dalszej części budynku, z pulsujących setkami niebieskich żyłek ścian wyrastała gigantyczna głowa, tylko częściowo widoczna, resztą wrośnięta w głąb budynku. Górna jej część składała się z łysych głów setek ludzi, płynnie zrośniętych ze sobą. Ich usta były pootwierane, uszy poruszały się, nosy łapczywie łapały powietrze.

Jej niżej położona część była gigantyczną parodią ludzkich szczęk. Dolna szczęka wyłaniała się wprost z mięsistej podłogi, zamiast zębów mając setki ludzkich dłoni, wyrastających z niej bezpośrednio lub poprzedzonych pokracznymi ramionami, mającymi za dużo stawów. Ręce te poruszały się, sprawiając wrażenie, jakby machały nadchodzącym ludziom, zapraszając ich do środka.

Gdy Marcin przeszedł przez tą barierę, jedna z dłoni, z pierścionkiem na smukłych, kobiecych palcach złapała go za but, po czym od razu puściła.

Kaśka rozdeptała kilka dłoni, stąpając po nich w swoich czarnych szpilkach, które już od dawna pokryte były krwią Plagi. Z każdym krokiem jej buty wbijały się z ohydnym pluskiem w ciało podłogi. Nawet jakby chciała, nie mogła ich zdjąć, wrosły w jej nogi. Szła mechanicznie, ociężale. Nie myślała o niczym. Strzępki świadomości znikały w nagłych rozbłyskach wspomnień, scen zapamiętanych z książek, wreszcie w koszmarze rozgrywającym się wokoło, bombardującym jej zmysły.

W ustach przejścia nie było języka. Było tylko skórzaste zgrubienie zrośnięte z podłogą, przypominające nieco ogromny ludzki mięsień.

Marcin spojrzał w górę. Podniebienie było jednolite. Zębami górnej szczęki też były dłonie. Dopiero po chwili obserwacji mężczyzna zdał sobie sprawę, że pomieszczenie urosło w górę, skoro zmieściła się w nim tak potężna konstrukcja, w głąb której on i Kaśka się zagłębiali.

Spojrzał na swoje dłonie. Z lewej sterczało kilka dodatkowych palców. Prawa zmieniła się w bezkształtną galaretę, z której wystawał kawałek broni. Sprawdził, czy sam się nie postrzeli. Nie dałby rady, lufa zarosła w środku cielistą, gąbczastą masą, z której na przedzie wyrastał samotny ząb.

Zauważył, że jego spodnie są zakrwawione. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z gigantycznego, pulsującego czegoś, znajdującego się w jego kroczu.

Rozebrał się powoli. Stojąca za nim Kaśka poczuła, jak ubranie przyrasta do skóry. Nitki  ubrania zdawały się wrastać bezpośrednio w układ nerwowy. Nowe doświadczenie było bardzo przyjemne.

Tymczasem Marcin spojrzał na swoje przyrodzenie. Wydłużyło się i spuchło. Z ujścia przewodu moczowego, ze szczytu żołędzia, wyrastało coś w rodzaju czerwonej, żylastej szypułki, zakończonej owalną gulą. Schwycił ją zafascynowany.

Gula otworzyła się.

Spomiędzy rozwartych mięsistych powiek patrzyło na niego oko. Bez wątpienia ludzkie, o jasnoniebieskiej tęczówce.

Marcin roześmiał się i ruszył naprzód.

Minął po obu stronach przejścia gigantyczne, bezkształtne migdałki. Pokryte były półprzezroczystą skórą. Wewnątrz nich, w nieznanej mu cieczy, unosiły się ludzkie płody – od słabo rozwiniętych embrionów, po istotki gotowe przyjść na świat.

Marcin przyśpieszył. Słyszał spazmatyczny płacz Kaśki. Nie odwrócił się.

Tam, gdzie gardło przechodziło w krtań, znajdował się nieregularny otwór, prowadzący do obszernej sali. Otwór był przesłonięty częściowo cielistą płachtą.

Pierwsze, co zauważyli, gdy z Kaśką stanęli naprzeciwko mózgu, to miliony penisów sterczących z sufitu sali, która urosła i wypiętrzyła się na kształt stożka mającego przynajmniej pół kilometra wysokości.

Sam mózg porośnięty był plątaniną żył i tętnic, biegnących od bijących w jednym rytmie setek ludzkich serc rozsianych równomiernie po całej jego powierzchni. Z gigantycznej narośli na szczycie wystrzeliła w górę plątanina skłębionych ciał, zrośniętych ze sobą chaotycznie. Po chwili pękła. Z gigantycznej rany, z której wylały się parujące wnętrzności dziesiątek ofiar, wysunęło się oko.

Gigantyczne oko Plagi. O tęczówce składającej się z milionów tęczówek ludzkich oczu, najróżniejszych kolorów. Mężczyzna ocenił jego przybliżoną średnicę na ponad trzy metry.

Oko uroniło łzę.

Marcin i oko patrzyli na siebie, stojąc naprzeciw. Marcin zdał sobie sprawę, dlaczego tu stoi. Narodziła się w nim wola, która go ukształtowała. Odczytał ją bezwiednie, tworząc obcą jaźń mrocznego anioła, gdyż nie był gotowy na jej przyjęcie, na stanięcie poza dobrem i złem. Plaga wybrała jego, bo on jeden był godny na spotkanie z nią.

Kaśka wrosła w podłogę. Długopisy, które trzymała w torebce, aktualnie stanowiącej integralną część jej ciała, wypuściły z siebie setki malutkich nóżek. Prześlizgnęły się pod jej przyrośniętym do ciała ubraniem aż na głowę, gdzie pod naciągniętą skórą czoła ustawiły się pionowo.

Ozdobiona rogami młoda kobieta w ostatnim przebłysku zaskakująco trzeźwego spojrzenia uznała w duchu, że nie widzi różnicy pomiędzy okiem Plagi i stojącym naprzeciwko niemu mężczyzną.

Wytatuowane na jej plecach skrzydła rozwinęły się.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: