polskie centrum bizarro

„Marshmallow Test” by Karolina Front

In Opowiadania on Marzec 23, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtRobi nam się wiosna. Astronomiczna już przybyła. Świat zewnętrzny dogania ten fakt. Cieplawiej. Pąki są. I insekty zaczęły się szwendać tu i tam. Paskud zaczął marcować. Obsikał wszystkie drzewa w pobliżu swojej zimowej gawry i czeka, aż aromat jego „feromona” zwabi potencjalne partnerki.

Co niedobre mogą wam zaoferować na początek wiosny?

Oczywiście mroczny, ciężki od dusznego klimatu i czarny jak otchłanie Otchłani tekst, który zdruzgocze wam psychikę. Kończy się też bardzo fajnym zdaniem. Przyrządziła go Karolina Front. Za przypadki choroby sierocej po przeczytaniu nie poczuwamy się do odpowiedzialności.

h

Marshmallow Test

h

Horyzont powoli odpływa w nieznane.

Czerwień i głośność, stal i powiew. Rdza i miękkość, zagrożenie i światło. Płótno i ścisk, półcień i bordo. Świst i puch, rytm i skała. Zimno i dal, ostrze i samotność.

KUR…

Otwieram oczy. Światło mocne. Mrużę powieki. Ściskam pięść. To prześcieradło? Nieważne. Gdzie jestem? Związane nogi. Szarawa sala. Uśmiechnięte twarze. Anioły czy…? Białe kitle. Wiele sznurów. Ściskające pasy. Stalowe przedmioty. Złowieszczy połyk. Nieuchronne zimno. Otworzą mnie. Nie raz.
Przypominam sobie. Wzdrygam się. Szukam czegoś. Oczy błądzą. Zaczynają łzawić. Zaciskam mocniej. Nie umiem. Nie ruszam. Szarpię się. Nie umiem. Rzucam się. Nie umiem. Pasy oduczyły. Warunkowanie instrumentalne. Instrumentami stalowymi. Na stoliku. Obok łóżka. Albo pryczy. Raczej pryczy. Mokną oczy. Słony zapach. Mokrawa twarz. Niżej, niżej. Coś kapie. Poddaję się. Nie ruszam. Uspokajam ciało. Pieką oczy. Słony smak. Gorące kropelki. Czy płaczę?
Nie wiem.

Boję się. Nie trochę. Boję bardzo. Oddycham łapczywie. Szukam powietrza. Duszę się. To nerwy. Chyba umieram. Ze strachu. Już nie. Oddycham spokojniej. Nie lżej. Tylko spokojniej. Chociaż ciężko. Ręce drżą. Cała drżę. Miotam się. Znowu drżę. Nie chcę. Coraz mocniej. I mocniej. I mocniej. Coś pęka. Czy boli? Nie wiem. Czuję coś. Chyba wolność. Idzie powoli. Jeszcze tylko… Kolejne chrupnięcie. I jeszcze. I kolejne. I znowu. Jeszcze raz.
Czerwona poświata. Nasyca się. Bordowe ślady. Rdzawa krew. Nierówne plamy. Linie papilarne. Nie lśnią. Są matowe. I martwe. Ale stal. Ona żyje. Tak myślę. Że myśli. Że ona. Że stal. Ta stal. Ona żyje. Po swojemu.

Osuwam się. Na podłogę. Kafelki nieczyste. Zabawek tona. Metalowych wyroczni. Leżących tam. W kącie. Są one. Całe stosy. Szczerzą się. Zębami bólu. Widzę je. Widzą mnie. Przyspiesza coś. To serce. Serce…?

Chyba zemdlałam. Ciągle siedzę. Te kafelki. Zimne kwadraty. Moje więzienie. Podłoga szpitalna. Ale nie. Nie szpital. Nie leczymy. Tu śmierć. Tylko ona.

Szukam dłonią. Sunę nią. Po zimnie. Po kwadratach. Po plamach. Matowych śladach. Martwych liniach. Odchylam głowę. Opieram ją. O coś. Zimna poręcz. Chyba poręcz. Włosy opadają. Zakrywają nagość. Białe ramiona. One przebijają. Zaburzają rudość. Jestem naga? Teraz widzę. Obejmuję kolana. Tulę je. Są moje. Takie ciepłe. Mam je. Tylko je. Chcę płakać. Nie umiem. Nie pamiętam. Masz instrukcję? Coś pomyliłam. Oczy suche. Tylko żal. Bez skraplania. Uczucia stałe. Stale stałe. Bez roztopu. Zimne serce.
Sece…?

Słyszę coś. Zostaję tu. Nie wstaję. Kulę się. Włosy opadają. Łaskotają palce. Nagie stopy. Ubrane krwią. Chyba moją. Ciągle siedzę. Nie powinnam. Wypadałoby uciec. Zwiać i… Co dalej? Więc siedzę. Więc zostaję. Więc jestem. Właśnie tu. Oddycham spokojniej. Patrzę tępo. W dal. I kolana. Bez różnicy. Jestem tu. Chyba sama. Znowu hałasy. Albo głosy. Nie wiem. Nie ważne. Moje kolana. Wtulone mocno. Ściśnięty biust. Resztka powietrza. Skurczone płuca. Zwalniające serce.
Serce…?

Powinnam siedzieć? Zbyt zimno. Nie wstaję. Zmarzłabym szybko. Rozgościłam się. Kontempluję chłód. Wydycham obłoczek. Jest zimniej. Liczę piegi. Z nudów. Nie wstaję. Jest zimno. Gdzie jestem? Nie ważne. Liczmy piegi. Takie zabawne! Uśmiecham się. Przechylam głowę. Strużka leci. Po kolanie. Na łydkę. Po kostkę. Na płytkę. Zimny kafelek.
To krew? Z serca?
Serca…?

Słyszę jakieś kroki. Ktoś się zbliża. Zerkam na drzwi. Widzę je dobrze. Świetlista aureola framugi. Powinnam się bać. Ale nie umiem. Powoli rozluźniam uścisk. Puszczam kolana wolno. Nie chcą uciec. A ja tak. Próbuję szybko wstać. Ktoś się zbliża. Jest za drzwiami. Nadstawiam ostatnie ucho. Ktoś się zbliża. Dźwięk wsuwanego klucza. Zamek musztrowo odpowiada. Ktoś się zbliża. Światło napada mnie. Wzywam swoje kolana. Moich niezawodnych sojuszników. Ktoś się zbliża. Przytulam je mocno. Ktoś się zbliża. Racjonalizuje swoje położenie. Może nie zauważył?

Zauważył.

Wystrzeliwuję siebie. Biegnę świetliście. W ciemność. W nieznane. W korytarze. W labirynty. Daleko tam. Nieco niezdarnie. No trudno. Zaplatam się. Mocno pochylona. Mocno skołowana. Mocno nieprzytomna. Obijam się. Wychudzona bańka. Kościsty łuk. Ciekawskie żebra. Mysia skórka.
Zwalniam stopniowo. Ze zmęczenia. Z beznadziei. Zgubiłam się. Chociaż nie. Nie zgubiłam. Nieznane miejsce. Po prostu.
Czarne ręce. Czuję je. Palący dotyk. Półoddech dłoni. Przechylam się. Na prawo. To drugie. Mrużę oczy. Chcę zobaczyć. Obojętnie co. To trudne. Czarno-czarna rzeczywistość. Tylko dłonie. Złowieszczo czernieją. Chcę przyspieszyć. Tylko chcę. Nieprzytomnie idę. Pocieram policzek. Zostaje ślad. Krwawe mazie. Opieram się. To nic. Znowu idę. I zwalniam. Kolejny raz. Konsekwentnie przegrywam. Nie umiem. Nie biegnę. Brak sił. Mam dość. Ale muszę. Nie umiem. Nie mogę. Nie potrafię. Nie chcę. Ale powinnam. Tak wypada. Jestem zmęczona. Jestem martwa. Chyba tak.
Opieram się. Twarda ściana. Rdzawy smak. Znam go. Zaciągam się. To krew. Chyba moja. Szukam rany. Pieszczę skalp. Robale szwów. Wulkaniczne strupy. Żółtawe pomazie. Słodkawy odór. Nieprzyzwoicie uspokajający. Tu odpocznę. Nie znajdzie. Okłamuję siebie. Gęsia skórka. Lękam się? Ale czemu? Nie wiem. Łapię oddech. Ten pierwszy. Przytulam kolana. Chcę zapłakać. Nie umiem. Poczekam tutaj. Po prostu.
Ciemność nadchodzi. On też. Kroczy dostojnie. Czuję go. Jego oddech. Powłóczyste kroki. Ciężkość bytu. Prostackie uniesienia. Rozwartą klatkę. Brak żebra. Mojej matki. Eros Tanatosa. Jestem gotowa. Na powrót. Zamykam oczy. Wyszukuję kolan. Ściskam je. Nie ucieknę. Niby gdzie? Niby jak? Przytulam je. Ostatni raz. Nie chcę. Nie umiem. Nie potrafię. Jestem bezsilna. I gotowa. Chodź tu. Zakończ to.
Przychodzi fala. Rozbija się. Odzierając mnie. Ze wszystkiego. Żegnam się. Śpij, serce.
Serce…?

Męski głos. Chyba tak. Całkiem ciepły. Dziwny oprawca. Łagodny labrador. Czuję dotyk. Mocny uścisk. Unoszę się. Bicie serca. Chyba jego. Tuli mnie. I niesie. Delikatnie kołysze. Czuły głos. Rozchylam wargi. Ciągle milcząc. Śmieje się. Ale cichutko. Ledwo słyszę. Ale czuję. Drży leciutko. Śmiejąc się. Ufam mu. Przynajmniej teraz. Nie uciekam. Niby jak? Wiotkie mięśnie. Wygasłe oczy. Brak woli. Przygłupi uśmieszek. Bez nadziei. Kolana zniknęły. Włóczą się. Gdzieś tam. W ciemności. Tej zagrażającej.
Udaję śmierć. Z przerażenia. Nie oddycham. Może odejdzie? Zostawi mnie? Złudna nadzieja. Zbyt krótko. Łapię powietrze. Rdzeniowy przymus. On wie. Wyczuwa kłamstwo. Nie puścił. Właśnie dlatego. Niesie dalej. Korytarze błyskają. Wszechobecne kafelki. Równie zimne. To światło. Nieprzyjemnie intensywne. Prześwietlające półtrupa.
Mnie.

Budzę się. Znowu sama. Znowu one. Ta prycz. Te pasy. Te sznury. Te kajdany. Niebezpieczna przystań. Przymusowy przystanek. Przewlekle przykry. Zgrzytające rdzewiuchy. Uciekająca farba. Spękana rzeczywistość. Szpitalne światło. Przeraźliwa biel. Trujące mleko. Przetarte kolana. Zdarte płótno. Nieśmiałe połacie. Zhańbiona biel. Zaraźliwa dratwa. Skórzana tapicerka. Wytarta nieznacznie. Mój sukces. Skruszona gąbka. Otwarte bebechy.
I on.
Klnę cichutko. Chcę płakać. Bardzo chcę. Ciągle nic. Suche oczy. Mimo wszystko. Na zawsze. Odwracam wzrok. Na próżno. Usłyszę coś. Odwrócę się. Pożałuję tego. Kolejny raz. Zaciskam powieki. Przygryzam wargę. Sprawdzam pasy. Nieustępliwe żmije. Krzyczę próżnią. Wygięte ciało. Przeciążone ścięgna. Pękające żyły. Purpurowe kwiaty. Ciemniejące tęskliwie. Wyłączone pozażylnie. Chciałabym…

Jestem zrozpaczona. Jestem potępiona. Jestem odrzucona. Jestem naga. Jestem załamana. Jestem złamana. Jestem otwarta.
Serce…?

Nadchodzi obojętność. Gumowe rękawiczki. Robocze buciory. Przyciasny kitel. Nie biały. Już nie. Wina muffinek. Rytmiczne szuranie. I nucenie. Kołysanka śmierci.
Leciutki strumyczek. Złowieszcza fontanna. Oleista maź. Niebieskie węże. One uciekają. Znajduje jednego. Jego uśmiech. Stanowczy ruch. Reakcja bólowa. Niemożliwa ucieczka. Zaciśnięte pięść. Szkarłatny protest. Stanowczy tłok. Obsesyjny napór. Musztrowe zęby. Odliczają kolejno. Umierający kaleka. Niebieski posłaniec. Nieustępliwa dłoń. Wygięty kręgosłup. Do bólu. Rozwarte powieki. Marmurowe usta. Milczące nerwy.

Horyzont powoli odpływa w nieznane.
Odpływam horyzontalnie. Uciekam niechętnie. Tylko chwilowo. Nieuchronnie odwracalnie. Zaplątana życiem. I wracam. Od razu. Zmuszona bestialsko. By uciec. By wrócić. Chyba…
Nie wiem.
Ociężałe serce.
Serce…?

Kontempluję światło. Uśmiecham się. Samotne dziąsła. Bąbelkowy ślinotok. Mimowolnie eksploduję. Śmieję się. Po prostu. Bez języka. Bez zębów. Bez powiek. Tak śmiesznie. Jak manekin. W secondhandzie. Zniszczona czasem. Czasem zniszczona. Bez ręki. Albo z. Byleby wisiały. Na mnie. Na ciele. Szklane oczy. Otulone powiekami. Niedbale obecne. Jedwabne rzęsy. Przesuszone usta. Dratwa blizn. Kruchutkie uszka.

Jest tutaj. Słyszę krzątaninę. Głęboki oddech. Nie pomaga. Nie uspokaja. Nie zmienia. Już niczego. Jego planów. Jego stanowczości. Jego miłości. Jego obsesji. Jego zasadyzmu. Mojej miłości. By poddać. By dać.
Biegnę spętana. Korytarze wyobraźni. Obłudne wizje. Niemożliwe rozwiązania. To gra. Sumy zerowej. Ciągle zdenerwowana. Nie panuję. Nad nimi. Żyją oddzielnie. Moje nerwy. Moje mięśnie. Moje ścięgna. Pragną ucieczki. A ja? Ja chcę. Ja pragnę. Domagam się. Tylko miłość.

Spróbuję ponownie.
Znowu boleść. Znowu ucieczka. Znowu złapana? O nie. Nie chcę. 144 blizny. Białe węże. Tną bezlitośnie. Nakrapiany pergamin. Przydługie paznokcie. Niewycięte skórki. Mało mi? Chyba tak. Chciałabym zniknąć. Albo umrzeć. To synonim. Chyba jedyny. Jedyny dopuszczalny. Ten świat… Złamane serce.
Serce…?

Przymrużyłabym oczy. Wykrzywiłabym usta. Zmotylkowała żołądek. Uspokoiła puls. Zrobiłabym coś. Ale jak?

Na stole. To ona. Moja nadzieja. Moje marzenie. Moja ucieczka. Całkowicie jedyna. Nieodwracalnie piękna. Kusząca odpoczynkiem. Nęcąca nierutynowością. Pociągająco jednorazowa. Plastikowa biel. Mogę zniknąć. Już teraz. Zakończyć to. Wieczne ucieczki. Te pościgi. Kolejne sznury. Mocniejsze pasy. Silniejsze psychotropy. Słabszy kontakt. Nikła kontrola. Przekleństwo pamięci. Znienawidzona niepamięć. Powinnam uciekać? Pewnie tak. Chociaż… Behawiorystyczne wycofanie. To ból. On odrzuca. Warunkowanie instrumentalne. Zmusza mnie. Do ucieczki. Roznieca pragnienia. Dzikie fantazje. Nieprzyzwoite wizje. Niedwuznaczne obrazy. Ostateczna ucieczka. Ściskam coś. Dosyć mocno. Wbijam paznokcie. Jeszcze mocniej. I mocniej. Coś pęka. Ciepła maź. Niezbyt lepka. Niezbyt jednolita. Wyczuwam grudki. Źródło ciepła. Pojedyncze pęcherzyki. Odlegle zimne. Wszystko razem. Zmieszane niestarannie. Spływa ociężale. Buntuje się. Zły Newton. Słodkawy zapach. Jakby lilie. I piżmo. Skapują powoli. Przywitajcie się. To kafelki. Zimne kafelki. To lilie. I piżmo. Cześć, kafelki. Cześć lilie.
Bezustny uśmiech. Szczerzę zęby. Dokładnie wszystkie. Całkiem mimowolnie.
Coś zniszczyłam. Nie chciałam. Wybacz proszę. Mówię chyba. Próbuję przepraszać. Kolejny raz.
Cyrkuliczny czas. Zatracam siebie. Oddaję siebie. Codziennie coś. Po kawałeczku. Po troszku. Po psychotropach.
Powinnam wytrzymać. Być posłuszna. Być wierna. Być uczciwa. Być otwarta. O ironio. Nie chce. Nie chcę. Moje ciało. Moja dusza.
Dusza…?

Pusta strzykawka. Zwiastun samobójstwa. Pustawe marzenie. Cukrowa Pianka. Inhibicja życia.

Wyciągam dłoń. Akt nadziei. I desperacji.

Strażacki toporek bezgłośnie przeszywa matowe powietrze szpitalnej sali.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: