polskie centrum bizarro

„Miasteczko” by Bartosz Orlewski

In Opowiadania on Kwiecień 20, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtGotowi na kolejną wyprawę na Weird West, niekoniecznie uwieńczoną radosnym kłusem w stronę zachodzącego słońca? No pewnie, że gotowi. Paskud przymierzał cały dzień czapsy, ale żadne mu nie pasowały, więc tak się wkurzył, że zjadł swojego Stetsona. Ale ufamy, że inni już sięgają po rewolwery i karmią wiernego konia energetyczną pasza, coby nadawał się do szybkiego napadu na bank.

I, jak wiadomo, jeśli kowboje i bandyci, to tylko Bartek Orlewski. Najnowsza magiczna wyprawa na pustkowia USA, które pod historycznymi faktami skrywają drugie, mroczne dno, na pewno was zauroczy. W końcu to specjalność autora, a im dalej w Zachód, tym ciekawsze dziwności odkrywa on dla nas.

h

Miasteczko

h

Chcesz wiedzieć kim jestem?

Proszę bardzo. Jestem mną.

Chcesz wiedzieć czym byłem?

Nie ma sprawy. Byłem piachem i pyłem.

Piachem i pyłem.

Co? Nie wierzysz mi? Jasne, że mi nie wierzysz. Przecież widzę, kręcisz z niedowierzaniem głową. Nie tego się spodziewałaś, prawda? Liczyłaś na banalną prawdę prześwitującą spod literackich i filmowych klisz. Oczekiwałaś, że moje wyznanie potwierdzi przeczuwaną przez ciebie destrukcję naszego związku, a zarazem sprawi, że mimo złości i łez nie zostaniemy pozbawieni szansy na to, aby zacząć od nowa. Nie, kochanie, nie zdradziłem cię. I nie jestem szalony. Chociaż przyznaję, przed chwilą padły z moich ust słowa wzięte z ostensywnej definicji szaleństwa.

Milczysz? Rozumiem. Znajdując się na twoim miejscu, zareagowałbym tak samo. Możemy pomilczeć razem. Nie chcesz? Zatem mam dla ciebie dobrą wiadomość. Definicje ostensywne nie działają.

Co? Nie denerwuj się, proszę. To tylko kiepski, wittgensteinowski żart. Przykro mi, że cię zawiodłem, ale powiedziałem prawdę. Byłem piachem i pyłem. Zresztą nie ja jeden. Moi przyjaciele z Miasteczka, John, Mandy, Carl i Abel, po tylu latach zredukowani w mojej pamięci do stereotypowych ról szeryfa, prostytutki, kowala i pastora, również byli piachem i pyłem.

Wiem, wiem. Trochę to popieprzone. Chciałaś jednak poznać moją przeszłość. Żeby mnie zrozumieć. “I móc mocniej pokochać albo wypatroszyć” – to twoje słowa, kochanie. Spełniam tylko twoją prośbę. Opowiadam o sobie. Najlepiej jak potrafię. Mam kontynuować?

Dobrze. Kluczem do tajemnicy mojej przeszłości jest mężczyzna o imieniu Caleb.

Och, wiem, jak to zabrzmiało, banalnie i dwuznacznie, ale nie – Caleb nie był moim kochankiem, nie pieprzyliśmy się, i nie o zdradę chodzi w mojej opowieści. Caleb był przestępcą, typowym dla tamtej epoki. Rozczarowanym swoim dotychczasowym życiem. Żądnym nowego, lepszego. I bardzo, ale to bardzo samotnym. Ten morderca i rabuś, poszukiwany w piętnastu stanach, uciekał przed szeryfami federalnymi, łowcami nagród i dawnymi wspólnikami. Wszyscy chcieli na nim zarobić. Dlatego nikomu nie ufał. Unikał głównych dróg i większych miast, wędrując przez pustkowia Arizony.

Kiedy trafił do nas, był bliski śmierci. Spadł z konia i, pozbawiony przytomności, zastygł w błocie. Leżał tam, krwawiąc z rany postrzałowej, obserwowany przez Johna, Mandy, Carla i pozostałych. Czułem, że moi przyjaciele oczekują, bym obwieścił im dobrą nowinę. Chcieli mieć czyste sumienia, więc ktoś musiał się poświęcić. John chrząknął i potrząsnął złotą sztabką, którą znalazł w jukach Caleba. Mandy przygryzła dolną wargę, rumiana na twarzy i podniecona bliskością bogactwa. Za dobrze ją znałem, żeby nie wiedzieć co jej chodzi po głowie. Carl, nasz kowal, wzbił wzrok w ziemię, wyraźnie zawstydzony tym, co miało się za chwilę wydarzyć. Pozostali mieszkańcy modlili się razem z pastorem Ablem, który nie trzeźwiał odkąd zmarła mu córka. Bóg milczał albo nie istniał. Tak czy inaczej, padło na mnie. Mogłem postąpić słusznie. Mogłem też zadbać o interes naszej małej i ubogiej społeczności.

Zgadnij, co zrobiłem.

Zostawiłem Caleba na ulicy. Wykrwawił się, zanim wypiliśmy drugą kolejkę. Stwierdziłem zgon, grabarz wykopał grób, pastor odprawił pogrzeb. Po zakończeniu ceremonii zebraliśmy się w salonie, żeby uzgodnić jak podzielimy się złotem. W końcu chętnych było ze dwudziestu, a sztabek tylko dziesięć. Po czwartej kolejce stwierdziliśmy, że możemy zaczekać z tym do jutra. Tamtej nocy whisky lała się strumieniami, a Mandy i jej dziewczyny pracowały za darmo. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży złota mogliśmy rozpocząć nowe życie w jakimś lepszym miejscu. Było co świętować.

Tak.

Zgadzam się.

Masz całkowitą rację. Postąpiliśmy głupio. Mandy zginęła jako pierwsza. Oberwała ze śrutówki w twarz. Z bliskiej odległości. Niemalże z przyłożenia. Dosłownie straciła głowę. Jack, nasz szeryf, zginął jako drugi. Mieliśmy pecha. Bandyci, którzy ścigali Caleba, przyjechali o świcie i od razu nabrali podejrzeń. Zaczęli węszyć. Liczyłem na to, że nam się upiecze, przecież to oni postrzelili Caleba – my jedynie skorzystaliśmy z okazji. Powinni okazać odrobinę zrozumienia, prawda? Nic z tego. Nie wiem, co przeważyło: specyficznie pojmowana solidarność, wzgląd na dawne czasy, zamiłowanie do przelewania krwi, może wszystko po trochu – w każdym razie postanowili pomścić swojego druha. Bang, bang, bang. Zginąłem jako czwarty. Zastrzelony ze śrutówki, tak jak Mandy.

Umarliśmy i nic się nie stało. Nie trafiliśmy do piekła ani do nieba. Nie zostaliśmy osądzeni. I nie spotkaliśmy nikogo, kto mógłby nas osądzić. Zareagowaliśmy różnie. Jednym ulżyło, innym wręcz przeciwnie – byli rozczarowani. Wróciliśmy do Miasteczka jako duchy i bez niczyjej pomocy, zdani wyłącznie na siebie, musieliśmy przywyknąć do nowego sposobu istnienia. Gdybyśmy widzieli “Uwierz w ducha”, byłoby nam łatwiej. No, ale z oczywistych powodów nie mogliśmy obejrzeć tego filmu. Dlatego sami, metodą prób i błędów, zbadaliśmy nasze nowe możliwości, by przekonać się, że pod względem posiadanych mocy bliżej nam do złośliwej istoty z “Poltergeista” niż do sympatycznego ducha granego przez Patricka Swayze. Oczywiście porównuję retrospektywnie. Obrazu Spielberga również nie oglądaliśmy.

Mówiąc szczerze, kiedy powiedziałem, że byliśmy piachem i pyłem, minąłem się z prawdą. Chciałem rozpocząć moją opowieść efektownie, z grubej rury, żeby przykuć twoją uwagę. I chyba mi się udało, prawda? Z piachu, którego nigdy nie brakowało w Miasteczku, mogliśmy tworzyć, i niekiedy tworzyliśmy, golemy. Fajne stworki. Z daleka, zwłaszcza ubrane, mogły uchodzić za ludzi. Były naszymi awatarami i sprawdzały się zarówno w zabawie, w roli odtrutki na nudę, jak i podczas brudnej roboty, gdy trzeba było złamać prawo.

Nie przesłyszałaś się, kochanie. Potrzebowaliśmy speca od nieczystego sumienia i rąk unurzanych we krwi, bowiem w nasze życie wkroczyli Aztecy. O azteckim pochodzeniu złota dowiedzieliśmy się od Caleba, który znalazł je w ruinach starego kościoła w Teksasie. Sztabki leżały w trumnie razem ze szczątkami jakiegoś konkwistadora. Pastor Abel, biegły w Piśmie Świętym i pulp fiction, nie miał wątpliwości, że padliśmy ofiarą indiańskiej klątwy. Stwierdził, że nie zdołamy jej zdjąć, dopóki nie odzyskamy sztabek. Powiedział to bez cienia uśmiechu, zachowując posępny wyraz twarzy. Wiedzieliśmy, że nie żartuje. Nasz pastor tęsknił za córką i gorąco wierzył, że spotka się z nią w lepszym świecie. Wiara w Boga nie wadziła mu w korzystaniu z usług prostytutek. Dlaczego więc miałaby przeszkadzać w pogoni za lekarstwem na klątwę z konkurencyjnej mitologii?

Caleb poparł pastora i oświadczył, iż zaniecha zemsty, a nawet zostanie naszym człowiekiem od brudnej roboty, jeśli przy okazji pomożemy mu w obrabowaniu kilku banków.

Zaskoczona?

Też byliśmy, gdy okazało się, że Caleb zmartwychwstał – jednak najdziwniejsze dopiero miało się wydarzyć. Nadszedł czas, żebym opowiedział ci o Jimie.

h

*

h

Kiedy Jim przyjechał do Miasteczka, Caleb siedział za barem w salonie, bawiąc się srebrną monetą. Przybysz uwiązał konia do słupa, pchnął wahadłowe drzwi i wszedł do środka. Caleb uniósł wzrok, schował do kieszeni monetę i sięgnął po dwie szklanki. Następnie nalał do nich whisky.

– Witam – powiedział.

Jim zdjął kapelusz, otrzepał go z piachu i rozejrzał się po sali.

– Na koszt lokalu? – zapytał.

– Tak.

Młodzieniec przechylił szklankę, zerknął na Caleba i, wzruszywszy ramionami, wziął głęboki łyk.

– Jim – powiedział po chwili. – Jim Powers.

Był blady i rudy. Twarz miał pociągłą, szczupłą, pozbawioną zarostu. Nosił buty z ostrogami, pocerowane w wielu miejscach ubranie oraz buscadero – skórzany pas z nisko zaczepionym olstrem, które odsłaniało cyngiel oraz kurek rewolweru i pozwalało na oddanie szybkiego strzału z biodra.

– Caleb – przedstawił się siwowłosy mężczyzna.

– Tylko Caleb? – zdziwił się chłopak.

– To za mało?

– Może być. Co to za miejsce?

– Miasteczko.

Rudzielec zmarszczył brwi.

– Wygląda na wymarłe.

– Zamieszkują je duchy – odparł Caleb.

– No i pan.

– Owszem, ale nie z wyboru.

– Widziałem listy gończe z pańskim wizerunkiem. Poszukiwany żywy lub martwy w piętnastu stanach.

– Do usług.

– Proszę mi wybaczyć, że zadam oczywiste pytanie, ale co pan zrobił ze złotem?

– Pewnie mi nie uwierzysz, jeśli powiem, że je utraciłem?

– Okradziono pana?

– Obawiam się, że tak.

– Cóż, trudno mi w to uwierzyć, panie Caleb. Tak jak w duchy.

– Możesz przekopać całą mieścinę, Jim, ale nie znajdziesz złota.

– Nie potrzebuję pańskiego złota. Wierzę w to, co widzę, a widzę człowieka, za którego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów.

– Masz łopatę albo szpadel?

– Po co?

– Do dekapitacji, Jim. Nie dam się wziąć żywcem, więc jeśli mnie zabijesz, będziesz musiał przedstawić jakiś dowód na to, że zginąłem z twojej ręki. Jestem pewny, że moja głowa nada się do tego celu idealnie.

– Chyba ma pan rację.

– Jasne, że mam. Łopatę znajdziesz na zapleczu.

– Dziękuję.

– Jeszcze mnie nie zabiłeś, więc nie dziękuj. Tak sobie myślę, że powinniśmy się napić. Wiesz, zanim zgęstnieje atmosfera i sięgniemy po rewolwery.

Caleb nalał whisky do szklanek.

– Wypijemy po jednym, a potem wyjdziemy na ulicę? – zapytał chłopak.

– Poczekamy, aż przestanie wiać. Nie przepadam za piaskiem w zębach.

Jim zakołysał się na piętach i zabębnił palcami prawej dłoni o olstro. Po namyśle usiadł na stołku, wyciągnął z kieszeni koszuli posrebrzaną papierośnicę i zaproponował Calebowi papierosa. Caleb podziękował, wybrał jednego, wsunął go do ust i przypalił zapałką. Potem podał ją Jimowi.

Palili w milczeniu, zerkając to na okno, to na siebie nawzajem. W końcu przestało wiać i zrobiło się tak cicho, że słychać było skwierczenie rozżarzonego tytoniu, brzęczenie much i popiskiwanie myszy.

– Jim Powers – powiedział Caleb. – Słyszałem o tobie to i owo. Niemalże zabiłeś Billy’ego the Kida.

Rudzielec wyszczerzył krzywe zęby.

– Ostatecznie Billy’ego zabił ten tchórzliwy sukinsyn, Garrett. Ja zabiłem Jima Millera i piętnastu innych, dzielnych mężczyzn.

Caleb pokiwał głową.

– Łżesz, Jim. Nie zabiłeś Millera. Facet żyje. Jest szeryfem w Pecos.

Jim zacisnął zęby. Splunął zbrązowiałą od tytoniu śliną i oparł dłoń na kolbie rewolweru.

– To nie kłamstwo, panie Caleb. Wybiegam jedynie w przyszłość.

– Musisz być pewny swoich umiejętności.

– Jestem, proszę pana. Wychodzimy?

– Razem, ramię w ramię i bez sztuczek.

– Oczywiście.

Zgasili niedopałki, dopili whisky i wyszli na ulicę. Razem, ramię w ramię i bez sztuczek.

Kiedy zajęli pozycje, Caleb sięgnął po rewolwer. Jim był jednak szybszy. Oddał celny strzał z biodra, zanim jego przeciwnik zdążył pociągnąć za spust.

Caleb przewrócił się na plecy i znieruchomiał, ze szklistym spojrzeniem utkwionym w ciemnej chmurze przetaczającej się nad Miasteczkiem.

– Boże, ale jestem w tym dobry – stwierdził z zadowoleniem Jim i zakręcił młynka rewolwerem.

h

*

h

Jim nie nocował w Miasteczku. Po przejechaniu piętnastu mil rozbił obóz nad brzegiem wyschniętego jeziora. Rozpalił ognisko i zaparzył w rondelku mocną kawę. Po długim namyśle postanowił, że o świcie wyruszy do Pecos, aby zabić swojego imiennika. Miller cieszył się reputacją ostentacyjnie pobożnego sztywniaka. Był jednak zabójcą do wynajęcia. Zimnokrwistym sukinsynem. I słynął z nadludzkiego refleksu. Idealny przeciwnik, pomyślał przed snem Jim.

W każdym razie mógł tak pomyśleć. Jak było naprawdę – nie wiem. Powiedzmy, że powyższe zmyśliłem dla zachowania płynności narracji. Ważne jest to, co wydarzyło się następnego dnia.

O świcie w obozowisku rozległo się głośne kliknięcie. Pierwsze, drugie, trzecie. Potem zapadła cisza. Kiedy Jim wyjrzał spod koca, zobaczył nad sobą ciemny otwór ogromnej lufy. Dopiero po kilku sekundach zwrócił uwagę na gigantyczną postać o pałąkowatych nogach, wyrastających z czegoś, co przypominało latającą wyspę z zarysem zabudowań. Stwór nachylił się nad Jimem, a wtedy rudzielec, mimo iż znajdował się na ziemi, ujrzał Miasteczko z lotu ptaka. Salon, ratusz, biuro szeryfa, kościół i inne budynki tworzyły zarys twarzy. W placu przed ratuszem otworzyły się oczy, a z ulicy na wysokości apteki wyłoniły się pogardliwie wygięte usta.

– Witaj, Jim – powiedział Caleb Town, potrząsając wymownie ogromnym rewolwerem. – Skorzystałeś z mojej rady i znalazłeś łopatę. Zatem wiesz, po co przyszedłem.

h

*

h

Tak, kochanie. Caleb zmartwychwstał jako nasze miasteczko, w dodatku samobieżne, i złożył nam interesującą propozycję. Obiecał, że wytropi dla nas swoich byłych wspólników, jeśli pomożemy mu w obrabowaniu kilku banków.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że odzyskanie azteckiego złota bez pomocy Caleba będzie bardzo trudne. Z drugiej strony nie mogliśmy mieć pewności, że kiedy zwrócimy złoto Aztekom, zostanie z nas zdjęta klątwa. Nie wiedzieliśmy nawet, czy znajdziemy jakichś Azteków. Pastor powiedział, że słyszał opowieści o prastarym kapłanie mieszkającym w pewnej wiosce na pograniczu Meksyku i Teksasu. Zasugerował, że właśnie tam powinniśmy zacząć poszukiwania, gdy już odzyskamy złoto. Szeryf Jack, Mandy i Carl, nasz kowal, stwierdzili, że to dobry pomysł. Ja poparłem ich stanowisko, mimo mojego sceptycyzmu wobec konceptu azteckiej klątwy. Pozostali mieszkańcy Miasteczka zaufali pastorowi, chociaż nie wszystkim śpieszyło się w zaświaty. Niektórzy chcieli rabować banki.

Wyruszyliśmy na wschód ku granicy z Nowym Meksykiem. Po dwóch dniach nieprzerwanego marszu przez wypalony słońcem krajobraz dotarliśmy do rzeki. Na drugim brzegu znajdowała się niewielka mieścina. Caleb przeprawił się przez rzekę, wyjął nie wiadomo skąd ogromny rewolwer, odbezpieczył go i wkroczył pomiędzy zabudowania, uważając, by nie zmiażdżyć stopą żadnego budynku. Kiedy tubycy wylegli tłumnie na ulice, oddał dwa strzały w powietrze, a potem spoglądał z góry na uciekających w popłochu ludzi. Niebawem miasteczko opustoszało. Wtedy do akcji wkroczyły nasze golemy. Zjechały po ramionach Caleba na ziemię i pobiegły do banku. Sforsowanie drzwi do skarbca zajęło im pięć minut. Wróciły, niosąc sejf. Caleb odczekał, aż wdrapią się na górę i zabezpieczą łup, następnie wyprostował się, schował nie wiadomo gdzie rewolwer i zawrócił w stronę rzeki.

Za pierwszym razem naszym łupem padło pięć tysięcy dolarów.

Za drugim – tylko pięćset.

Z początku nie napotykaliśmy oporu, gdyż mieszkańcy miasteczek byli zbyt przerażeni widokiem Caleba, żeby się zorganizować. Jednak z biegiem kolejnych tygodni wieści o gigancie rabującym banki obiegły południowe hrabstwa Arizony. Pojawiły się grupy pościgowe złożone ze stróżów prawa, łowców nagród i cywilów. Pojawili się dziennikarze zwabieni fantastycznymi relacjami naocznych świadków. A także kaznodzieje, wieszczący koniec świata. Pojawiły się kłopoty – zważywszy na wzrost Caleba należałoby rzec, że drobne. Nic, z czym nie poradziłaby sobie banda znudzonych poltergeistów. Próbowano nas spalić. Wysadzić w powietrze. Egzorcyzmować. Nawet aresztować. Bez powodzenia. Stróże prawa i łowcy nagród uciekali ile sił w nogach przed naszymi golemami i burzami piaskowymi, a przerażeni cywile, niekiedy przy jawnym sprzeciwie właścicieli banków, oddawali nam całą zawartość tłuściutkich sejfów.

Miasteczko rabujące inne miasteczka z pomocą szalonych duchów?

Nawet Aztecy by tego nie wymyślili.

Nasz skarbiec pęczniał. Pęczniała również duma starego rabusia.

Kiedy Caleb osiadał na ziemi, przybierał ludzką postać, wchodził do salonu, wyciągał nie wiadomo skąd butelkę whisky, napełniał dwie szklanki i pił sam ze sobą, czekając na podobnych do Jima śmiałków. Czasami grał z nami w karty. I zawsze wygrywał. W pokera, blackjacka, faraona – drań nie miał sobie równych. W rewolwerowych pojedynkach, pomimo wpadki z Jimem, również aspirował do wielkości. Zamierzał zostać największą gwiazdą w panteonie bohaterów Dzikiego Zachodu, a że konkurencja była silna – Wyatt Earp, John Wesley Hardin, Jessie James, Dallas Stoundenmire, Elfego Baca i wielu, wielu innych – musiał zrobić coś wyjątkowego i symbolicznego zarazem, o czym będzie głośno w całej Arizonie.

Dlatego postanowił, że okradniemy bank w Tombstone.

I zrobiliśmy to – okradliśmy ten cholerny bank.

Nagłówki gazet pękały w szwach od sensacyjnych doniesień, a z twarzy Caleba nie schodził uśmiech.

Do czasu.

h

*

h

Kiedy John przyjechał do Miasteczka, Caleb stawiał pasjansa. Przybysz uwiązał konia do słupa, pchnął wahadłowe drzwi i, stukając ostrogami, wszedł do salonu. Caleb uniósł wzrok, otaksował ponurym spojrzeniem elegancko ubranego mężczyznę, po czym zgarnął karty ze stołu i nalał whisky do dwóch pustych szklanek.

– Witam – powiedział.

– Na koszt lokalu? – zapytał niskim głosem John.

– Tak.

Mężczyzna wziął głęboki łyk – pierwszy, drugi, trzeci. Oblizał usta, zmrużył powieki. Przez dłuższą chwilę spoglądał przed siebie, marszcząc brwi i czoło, jakby jego uwagę przykuła jakaś rzecz, którą tylko on mógł zobaczyć i której musiał się koniecznie przyjrzeć. Wreszcie potrząsnął głową, popatrzył na dno szklanki i powiedział:

– John Peters Ringo.

W zakurzonej sali zapadła cisza – ciężka i lepka. Przepłoszyła muchy i myszy. Ostało się jedynie skrzypienie podłogowych desek. I brzęczenie ostróg.

– Caleb Town.

Ostrogi i deski również ucichły.

John Peters Ringo odstawił szklankę na kontuar i zsunął z dłoni czarne skórzane rękawiczki. Położył je obok szklanki, następnie rozpiął płaszcz i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, z której wyciągnął po chwili złotą papierośnicę.

– Widziałem listy gończe z pańskim wizerunkiem, panie Town. Jest pan sławnym człowiekiem.

– Pan również, panie Ringo.

– Dziękuję, przyjacielu. Zasłużyłem wszak na odrobinę sławy.

– Cóż, nie mnie to oceniać. Niemniej nie przypominam sobie, żebyśmy byli przyjaciółmi.

– Słuszna uwaga. Przejdę do meritum. Przyjechałem, żeby zaproponować panu przyjaźń.

– Naprawdę?

– Owszem. Jestem sławnym człowiekiem, ale jednocześnie bardzo samotnym, i dlatego szukam bratniej duszy. Źle znoszę samotność. Brak towarzystwa potęguje moją skłonność do melancholii i czarnowidztwa.

– Przykro mi to słyszeć.

– Pomyślałem, że możemy zostać przyjaciółmi. Sporo nas łączy. Życie na pograniczu prawa. Przemoc. Wyrzuty sumienia.

– Istotnie.

– Istnieje jednak pewien szkopuł.

– Mianowicie?

– Pieniądze zrabowane z banku w Tombstone. Zostanie pan moim przyjacielem pod warunkiem, że zwróci je pan prawowitym właścicielom.

Caleb zmarszczył siwe brwi i podrapał się po policzku, udając, że rozważa propozycję przybysza. Potem odparł grobowym głosem:

– Nie szukam przyjaciół, panie Ringo.

– Szkoda. – Mężczyzna wzruszył ramionami i postukał palcem w papierośnicę. – Zapali pan?

– Nie odmówię.

Wkrótce obaj rewolwerowcy wydmuchiwali dym. Napięcie opadło. Znowu dało się usłyszeć brzęczenie much i popiskiwanie myszy.

– Miałem kiedyś przyjaciela – powiedział John, siadając przy stoliku naprzeciwko Caleba. – Nazywał się Bill. Bill Brocius.

– Słyszałem o nim. Wzorowy chrześcijanin.

– To prawda. – John uśmiechnął się ze smutkiem. – Był draniem i bandytą. Był też moją bratnią duszą. Wąsatym remedium na melancholię.

– Winszuję.

– Zginął w 1882, niedaleko Iron Springs, zastrzelony przez Wyatta Earpa.

– Zemścił się pan?

– Wyatt i jego bracia uciekli niestety z Arizony.

– Mógł pan ich ścigać.

– Owszem, gdybym tylko… Powiedzmy, że nie czułem się najlepiej. Wyjechałem z Tombstone. Przez kilka dni obozowałem w Creek Valley, nieopodal góry Chiricahua. Musiałem przemyśleć pewne sprawy. Pewnego dnia do mojego obozu zawitał chłopak. Mógł mieć czternaście lat. Może trochę więcej. Nosił pocerowane ubranie, dziurawe buty oraz pas z coltami. Wyglądał komicznie. Powiedziałem, że możemy napić się kawy. Odparł, że chętnie, i wyjaśnił, iż jedzie do Nowego Meksyku. Zapytałem, czy ma tam rodzinę, po czym sięgnąłem po kubki. Sekundę później byłem martwy. Pocisk wszedł przez lewą skroń, rozorał mój mózg i wyszedł potylicą. Nawet nie poczułem bólu. Gówniarz uśmiechnął się triumfalnie, schował spluwę, wypił moją kawę, a potem dobrał się do moich sucharów, suszonej wołowiny i tabliczki czekolady, którą kupiłem przed wyjazdem z Tombstone.

– Zaradny chłopak. Przedstawił się?

– Powiedział, że nazywa się Powers. Jim Powers.

Caleb powstrzymał się od komentarza. Nalał resztkę whisky i, cisnąwszy butelką w ścianę, rzekł:

– Uważam, że powinniśmy się napić, a przy okazji przejść na ty.

– Ponieważ za chwilę zgęstnieje atmosfera i sięgniemy po rewolwery?

– Nie. – Starszy mężczyzna pokręcił głową. – Dlatego, że miło gawędzimy, a przecież powinniśmy gnić sześć stóp pod ziemią.

John obnażył zęby w szerokim uśmiechu.

– Mogę za to wypić, Calebie.

– Nasze zdrowie, John.

Wypili.

Zapalili.

Caleb strzepnął popiół do popielniczki i, patrząc na Johna przez zawiesinę dymu, powiedział:

– Zmartwychwstałeś jako obrońca Tombstone.

– Potrafię rozpoznać kpinę, Calebie. Cały nią promieniejesz. Jednak masz rację. Po śmierci nie trafiłem do nieba ani do piekła. Odkryłem za to Cmentarzysko. Bezkresna równina pod równie bezkresnym lustrem stała się moim nowym domem. Minęło sporo czasu, nim znalazłem odpowiednią maszynę. Jeszcze więcej, nim zrozumiałem, jak ją uruchomić. Po wielu nieudanych próbach powróciłem zza grobu jako nowa, lepsza wersja samego siebie. Postanowiłem, że zostanę samozwańczym obrońcą Tombstone, bohaterskim rewolwerowcem z zaświatów. I w ten sposób spłacę zło, jakie wyrządziłem za życia.

– Teraz rozumiem, dlaczego się zjawiłeś. Doceniam pomysł i odwagę, John. Ale nie oddam tych pieniędzy.

– Mogę zabrać cię ze sobą, na drugą stronę. Zobaczysz Cmentarzysko.

– Nie interesuje mnie to. Nic a nic. Chcę rabować banki.

– Na pewno?

– Tak.

– Oczywiście, że chcesz. Przecież to przez usterkę jednej z maszyn dogorywających na Cmentarzysku zmartwychwstałeś jako Miasteczko ze słabością do bankowych sejfów.

– Wszystko mi jedno, John. Jeśli jednak mówisz prawdę, to jestem dziełem wielce udanej usterki.

– Zatem wychodzimy?

– Razem, ramię w ramię i bez sztuczek.

– Oczywiście.

Zgasili niedopałki, dopili whisky i wyszli na ulicę. Razem, ramię w ramię i bez sztuczek.

Kiedy zajęli pozycje, John sięgnął po rewolwer. Caleb był jednak szybszy. Oddał celny strzał z biodra, zanim jego przeciwnik zdążył pociągnąć za spust.

John przewrócił się na plecy i znieruchomiał, ze szklistym spojrzeniem utkwionym w gwieździstym bezkresie. Nie jestem pewny, czy widział ciemnie niebo usiane gwiazdami. Możliwe, że ujrzał tajemnicze Cmentarzysko. W każdym razie uśmiechnął się, gdy Caleb wykopnął rewolwerem z jego dłoni.

Popatrzył na starego rewolwerowca, splunął krwią i powiedział:

– Przegrałeś.

Potem chwycił go za kostkę u nogi i obaj zniknęli.

Tak po prostu.

Wyłoniliśmy się z budynków.

W widmowych oczach moich przyjaciół tlił się strach.

– Co teraz? – zapytałem.

– Czekamy – powiedział pastor.

h

*

h

Tak więc czekaliśmy, kochanie.

Z biegiem dni Miasteczko popadało w ruinę. Drewniane budynki gniły, chyląc się ku ziemi. Dookoła nas wyrastało ghost town.

Pierwszy odszedł pastor. Kiedy zapytałem go o Azteków, posłał mi złowrogie spojrzenie i rzekł:

– Pieprzyć Azteków, doktorze!

Pastor odszedł z Mandy. Szeryf Jack z Carlem, naszym kowalem. Pastor i Mandy ruszyli do Kalifornii, Jack i Carl obrali kurs na Nowy Jork. Jack wspomniał, że ma tam rodzinę, która zasłużyła na to, żeby ją porządnie postraszyć. Zaś Carl stwierdził, że nigdy nie był na Wschodnim Wybrzeżu, więc chętnie dotrzyma Jackowi towarzystwa. Powiedział, że chce zobaczyć ocean.

Niebawem w Miasteczku zostałem tylko ja, no i ogromna sterta pieniędzy.

Nie wiedziałem, co z sobą począć – dokąd się udać, kogo straszyć i po co.

Chyba czekałem na jakiś znak. Pewnego dnia przybyła kawaleria i puściła ghost town z dymem.

Udałem się do Tombstone, próbowałem odnaleźć Johna Ringo, ale nic z tych poszukiwań nie wyszło – John przepadł z kretesem. W Tombstone spędziłem rok, głównie na straszeniu i zalewaniu w trupa opętanych przeze mnie kowbojów. Potem przeniosłem się na Alaskę, a reszta… To już historia.

Słucham?

Nie. To wszystko.

Okej. Rozumiem. Powinienem powiedzieć teraz coś ważnego na temat życia po śmierci, ewentualnie podzielić się z tobą celną uwagą o tajemniczym Cmentarzysku, na które trafiają popsute maszyny do generowania wielkich i małych narracji, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Jestem bardzo płytkim duchem, a na domiar złego nieuleczalnym dupkiem.

Naprawdę.

Profesora filozofii, w którym się zakochałaś, opętałem przed paroma miesiącami. Nie dlatego, że nagle zapałałem do ciebie gorącym uczuciem. Zrobiłem to z nudów, kochanie. Uczucie pojawiło się później.

Zadowolona?

Trochę to popieprzone. Wiem, wiem. Chciałaś jednak poznać moją przeszłość. Żeby mnie zrozumieć. “I móc mocniej pokochać albo wypatroszyć”.

Brzmi znajomo?

Spełniłem twoją prośbę. Opowiedziałem o sobie. Najlepiej jak potrafię.

Teraz możesz mnie wypatroszyć.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: