polskie centrum bizarro

„Ballada o Krakowie” by Karolina Front

In Opowiadania on Kwiecień 28, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtTytuły bywają mylące. Drogowskazy wiodą na manowce. Nawet zapytani o drogę nieznajomi potrafią wskazać nam niewłaściwy kierunek. Przypadkowo, z premedytacją, różnie to bywa. Życie od jednego aż do drugiego brzegu wypchane jest komediowymi, choć zazwyczaj nieśmiesznymi sytuacjami.

Ale my nie o tym… A o… czym? Hm, dziś prezentujemy szanownym niedobroliterkowym czytaczom nowe opowiadanie Karoliny Front. O czym traktuje? Przekonajcie się sami!

h

Ballada o Krakowie

h

Mój facet jest jakiś dziwny. Może niekoniecznie jakoś bardzo, ale jednak na tyle, by zwracać na siebie szczególną uwagę przechodniów przemierzających ulicę Szewską w godzinach porannych. Nieco problematyczne było dla mnie zdiagnozowanie przyczyn takiego zachowania innych przechodniów względem Michała. Jako psycholożka postanowiłam więc zbadać owe dosyć tajemnicze zjawisko i odkryć powód, dla którego każdy mężczyzna brał niebywale głęboki oddech za każdym razem, gdy tylko nas mijał.

Jest piękny, słoneczny poranek. Idealnie oświetlone i rozpłaszczone gumy do żucia schną na ulicy z porannej rosy. Ptaszki zamieszkujące Planty i okolice budek z obwarzankami namiętnie świergolą nie wiadomo o czym. Smog dziś jakby mniejszy, powietrze łatwiejsze do pogryzienia. To będzie dobry dzień. Tak mi się przynajmniej wydaje.

O! Michał!

Widzę go i uśmiecham się radośnie, podbiegając po krzywym bruku, na którym już niejedna z pań złamała obcas, obojczyk lub kręgosłup.

– Karolciu! – rzuca w moją stronę Michał, machając ręką tak mocno, że kapelusz, który zawsze dumnie zwieńcza jego nieokiełznaną czuprynę, przesuwa się niebezpiecznie w stronę czoła. Poprawia go jednak szybko i czeka na mnie wyraźnie rozpromieniony zaistniałą sytuacją. Z wieży Mariackiej słychać hejnał. Widocznie to już ósma. Przerwany dźwięk trąbki, tak bardzo charakterystyczny dla tego miasta, nie znudzi mi się chyba nigdy. Podbiegam do niego. Przytulam na powitanie. Zaciągam się jego zapachem. I odkrywam, że właściwie, to nie czuję niczego. Zwalam to jednak na jesienną aurę, która tak jak grzyby, rozsiewa też wirusy. Ocieram więc nosek usprawiedliwiająco i chwytam go za rękę, zmierzając w bliżej nieokreśloną stronę. Dziś nie idę na uczelnię. Zresztą, komu by się chciało, skoro można wdychać zapach październikowego słońca i mokrych, gołębich piór?

Trzymamy się za ręce. Chociaż sama nie wiem do końca, kiedy zaczęliśmy. Nie przeszkadza nam to jednak w codziennym, rutynowym, ale niebywale pięknym, jesiennym spacerze. U nas jesień trwa wiecznie, wiesz? Bo to nie tak, że ona odchodzi. Są po prostu jej różne fazy, które jednak cała reszta nieogarniętego świata postanowiła nazwać porami roku innymi niż jesień. Dziwni ludzie.

– To co tam właściwie u ciebie? – pytam, zaciekawiona patrząc w miejsca, gdzie powinna znajdować się jego twarz, ale promienie słońca odbierają mi ochotę na pozbawienie się wzroku. Słońce jest stanowczo zbyt ostre. Światło przechodzi dziś płynniej, a wszechobecne w powietrzu toksyczne zawiesiny niechętnie bawią się w pryzmaty. Może właśnie dlatego jest dziś mniej kolorowo, niż zazwyczaj?

Idziemy w promieniach słońca, obok dorożkarzy, babć od obwarzanków, grajków i breakdancerów. Silny, ciepły floriański wiatr niszczy mi fryzurę i nieubłagalnie targa płaszcz. Staram się ogarnąć włosy, ale jest to raczej bezcelowy wysiłek w obliczu kolejnych mas powietrza. Zamykam odruchowo oczy i stoję w miejscu. Krakowska Marilyn Monroe. A wiatr swoje.

– Mój płaszcz! – krzyczę, wyciągając rozpaczliwie rękę w stronę odlatującej w smog części garderoby.

Szybko jednak uświadamiam sobie, że nie to jest moim największym problemem. Kolejny podmuch zwala mnie z nóg. Upadam na kocie łby i targam grafitowe pończochy. Usilnie staram sie uspokoić kraciastą spódniczkę, która razem z wiatrem uknuła przeciwko mnie spisek i postanowiła pokazać całemu światu moje nowe beżowe figi z szarą koronką. Zasłaniam głowę dłońmi. To pies. Wielki, dziki i z pewnością wściekły. Kolejny mocniejszy podmuch. Jeszcze jeden cios. I jeszcze jeden. I jeszcze. Ugryzienie. Szarpnięcie. I krew. Krew? Nie mam siły się podnieść. Zostaję na ziemi. Czy to koniec?! Czy właśnie tutaj umrę? Czy właśnie tak? Sponiewierana mieszanką smogu i powietrza? Zniszczona wytworem własnego umysłu?

Łezka. Nawet ona zostaje zdmuchnięta z mojej twarzy. Chciałabym się za nią obejrzeć, złapać ją i przywrócić na swoją twarz. Pokazać jej, jak powinna płynąć. Wskazać jej, gdzie dokładnie powinna upaść. Ale nie mogę. Słyszę grzmot wiatru. Czuję, jak przeczesuje moje włosy raz za razem. Targa je. Targa mnie za nie. To boli. Zwierzę jest nieustępliwe i ciągnie mocno długie, czarne kosmyki. Zaczyna mnie drapać. Na początku lekko. Ale tylko na początku. Krzyczę przeraźliwie. Zwierz wyjmuje kły z mojego ciała. Kolejny wietrzny raz. Chyba mu posmakowałam, bo ponawia ugryzienie. Kolejny podmuch. I upadam na bok. Nie wiem co jest ze mną. Chyba coś potłukłam, chyba coś złamałam. Ale nie wiem. Przewracam się na brzuch, dłonie splatam na głowie. Nie dbam teraz o spódniczkę. Mam teraz o wiele ważniejsze zmartwienia niż to, czy widać mi majtki. Ogłuszona wiatrem tulę się mocniej do kamiennego podłoża. Zaciskam zęby i próbuję myśleć o czymś przyjemnym. O ciepłym słońcu, pachnącej lekko i niewinnie wiośnie, kolorowych kwiatach romantycznych spacerach po pustej plaży z Michałem…

Michał!

Zdaję sobie sprawę, że przecież go tu nie ma. Chciałabym krzyknąć raz jeszcze, ale gdy otworzę usta, wielkie wietrzne kleszcze wyrwą mi zęby. Jestem tego pewna!
Bestia znowu wgryza się we mnie. A ja unikam cierpienia odmawiając jego ekspresji. Czuję tylko pulsujące ramię i jego gorący oddech w okolicy ugryzienia. Zęby postanowiły rozgościć się w mojej łopatce, tuż przy kręgosłupie. Psisko ucichło. Zresztą, niewiele jestem w stanie usłyszeć, gdy wiatr oprócz życia odbiera mi też zmysły. Staram się nie oddychać zbyt głęboko, żeby kły bestii nie zagłębiły się bardziej. Miarowy oddech. Jesteśmy teraz złączonymi kochankami. Ja i wiatr. Idealnie zsynchronizowani. Czujnie czekamy na kolejny ruch drugiej strony. To taniec bez ruchu. Rozmowa bez słów. Cierpienie bez uzasadnienia.

Szarpnięcie.

Zaciśnięty pysk, nie poluzowując uścisku, przesuwa się wzdłuż kostnego robaka pod skórą. Ręka natrętnego kochanka. Wyginam się, zacieśniając pysk wilczura własnym, nienaturalnie wygiętym kręgosłupem. Ale nie z bólu. Coś każe mi się wygiąć. Coś każe mi tańczyć. Dance macabre. Zmuszona do ruszania się, jestem lalką poddaną jedynie woli życia. I upadkowi lewej części ciała. Nieuniknionemu i niekontrolowanemu. Przeraźliwie nieodwracalnemu. Od szyi aż po paznokcie u stóp. Nawet one próbują protestować. Ale zamiast po darwinowsku atakować, tylko łamią się bezcelowo. Wiatr ucicha w jednej chwili. Wszystko kończy się nawet jeszcze szybciej, niż się zaczęło. Zwierzę speszone tym, czego właśnie dokonało, postanawia się wycofać. Ucieka w stronę Wawelu, by tam zadręczać innych ciężkim, piżmowym zapachem mokrego futra.

Zajmuje mi chwilę uspokojenie serca oraz pozostałości ciała. Spłaszczony o kamienne bloczki policzek delikatnie krwawi. Nieudolnie próbuję zlizać karminową stróżkę, ale nieszczególnie mi to wychodzi. Czy da się złamać język? No, chyba tak.

Język to chyba najmniejszy problem. Wystający z ust, niczym u psa, zabrudzony krakowskim pyłem świetnie komponuje się z resztą ran na ciele. Połowa ciała dalej jest bezwładna. Serce spowalnia. Ciało się uspokaja. Chociaż jego część nie może być już bardziej spokojna…

– Co tu się właśnie do cholery stało?! – rzucam ostro i zdecydowanie w powietrze. Chociaż krzyk ten przypomina zapewne bardziej dialogi podmorskich stworzonek. Szukam winnego całego zamieszania, ale skąd mam wiedzieć… wiedzieć… cokolwiek, kurna?!

Ten ból. Był nie do opisania. Rozdzierający i przenikliwy, paraliżujący i co gorsze, utrudniający ekspresję mojego cierpienia. Kto wie, może ktoś przybyłby mi na ratunek? Ale jak tu krzyczeć ze złamanym językiem?!

Upuściłam na zimny kamień swoją głowę nabawiając się niechętnie kilku sińców. Mniejsze zło. Kolejne rdzawe kwiaty zakwitły na białawych krawędziach drogowych oprawców. Chciałam zapłakać, ale to bolałoby jeszcze bardziej… Wywalony z jamy ustnej jęzor zwisał coraz niżej. Półmartwy, śliski, rdzaworóżowy robak, pożywiwszy się krwią, postanowił spróbować czegoś bardziej mainstremowego i wypełznął z moich ust w stronę jakiejś snobistycznej restauracji. Pewnie dziś na obiad będą tam ozorki.

Starałam się uśmiechnąć. Starałam się. Ale po rozcięciu skóry w jeszcze kilku miejscach, odpuściłam całkowicie wszelkiego rodzaju próby ekspresji czegokolwiek.

Leżałam sobie tak sponiewierana z krwawiącymi śladami po kłach i pazurach bestii, które powoli przykrywał smog. Jedyną moją nadzieją była teraz ewolucja.

Smogu! Przybywaj!

Czy ja się modlę? Chyba tak. Ojej. To już musi być ze mną kiepsko, prawda? Prawda, prawda. Przytakuję sama sobie w głowie, cichutko i nieśmiało. Chociaż nie ukrywam, lubię mieć rację, to teraz jakoś cieszy mnie to o wiele mniej niż w przypadku kłótni z Michałem o nasze plany na wieczór czy kolor ścian w sypialni.

Michał.

Michał!!!

Michał…

I znowu krzyczę w myślach, zapominając że pozbawiona zdolności do artykulacji przy spadającym z nieba smogu i jego ograniczaniu wolności jestem tu całkowicie bezbronna. Moją jedyną nadzieją jest to, że przypadkowo przejedzie mnie któraś z dorożek zaprzężonych w mechaniczne konie i skróci moje cierpienie. A przynajmniej połowę cierpienia, jaka mi została.

Nadzieja matką głupich, powiadają. Niby tak, ale każda matka kocha swoje dzieci. Ja tam się jednak cieszę, że aborcja w tym kraju ciągle nie jest legalna…

Michała nie ma.

Przedarte pończoszki zaczęły dawać się we znaki dając falom zimnego powietrza lepszy dostęp do mojej bladej skóry. Płaszcz przecież też gdzieś zniknął. Przypomnienie sobie o tej stracie dodatkowo potęguje uczucie chłodu, które niewiadomo skąd zaatakowało mnie tak intensywnie. Chwilę temu było tutaj jeszcze tak przyjemnie… Teraz jestem na Krakowskiej Pustyni. Podobno kiedyś był tu rynek. Tylko dlatego stoją tu dorożki. Trudno pozbyć się tradycji, chociaż z Kościołem Mariackim i kilkoma litrami benzyny poszło im całkiem przyzwoicie. Została tylko wieża. Teraz to właściwie ciężko określić po co się tu chodzi. Podobno tak się kiedyś chodziło. Póki co mogę zapomnieć o chodzeniu gdziekolwiek. Połowa ciała dalej nie odpowiada. Śmierć też nie wydaje się być litościwa. Ta suka chyba teraz wpierdziela radioaktywne obwarzanki i zanosi się śmiechem maskowanym przez furkot skrzydeł gołębi kołujących nade mną.

Przypominają sępy z tych starych westernów po pojedynku najlepszych rewolwerowców w mieście. Z tym, że nie było żadnego pojedynku. A nawet jeśli, to moją jedyną bronią byłby połamany obcas.

O! Michał!

Podbiega do mnie wyraźnie zmartwiony. W jego oczach widać jakąś dzikość. A może strach? Nie jestem pewna. Zbliża się do mnie, mocno dociskając do głowy czarny kapelusz, który pewnie odleciałby w czasie jego biegu. Smog rozrzedza się ukazując jego sylwetkę z chwili na chwilę coraz wyraźniej. Jest na tyle blisko by zauważyć hektolitry krwi, w których po samo tyłozginające się kolanka, kąpią się teraz gołębie.

Klęka obok mnie. Patrzy się na mnie jak maturzysta na zadanie z matematyki na poziomie rozszerzonym. Niedowierzanie miesza się z paniką. Podnoszę się nieco, opierając ciężar ciała na łokciu wbitym w szparę pomiędzy kamieniami. Czarne włosy mokre od smogu i krwi, poszarpane ubranie, rozprute wzdłuż ciało, trzymające się zapewne tylko na resztkach skóry i nieznośnego cellulitu. Odpowiadam na jego przybycie lekkim uśmiechem połowy twarzy. To chyba było dla Michała stanowczo za dużo.

Zdezorientowany i przerażony nie dotyka mnie wcale. Chyba się brzydzi. I dobrze. Znaczy to, że poczucie piękna ciągle mamy jednak zbliżone.

W pewnym momencie podrywa się do biegu. Robi to gwałtownie, zdaje się, że bez powodu. Sama nie wiem, nie umiem zinterpretować tego zachowania. Bynajmniej, nie wyglądał na kogoś, kto biegnie po pomoc. Zapomina przytrzymać swój ukochany kapelusz, który ląduje na mojej martwej ręce.

Słyszę miarowe postukiwanie. Szum postukiwań.

Guziki. Wszędzie guziki. Metalowe, zielone, kwadratowe, w kształcie truskawek, duże, grzybki, koszulowe, drewniane, w paski, błyszczące, małe, owalne, brokatowe. Wszystkie one wysypują się z wiecznie rozczochranej czupryny Michała.

Marszczę czoło. Dziwię się trochę. Chociaż właściwie, to chyba już mnie dzisiaj nic nie zdziwi. Nie mam siły już nawet zamknąć oczu, ani zakryć przed nim chociaż skrawka pokaleczonego ciała.

Chwilka! Ten guzik… Znam go chyba. Pewnie! To guzik mojego płaszcza! Na pewno!

Cofam to, co powiedziałam do siebie w myślach przed chwilą. Wiecie, no to o dziwieniu się.

Przypatruję się Michałowi. Chociaż niezbyt ogarniam sytuację. Kurde, w tym stanie dziwię się, że w ogóle jestem przytomna!

Chłopak natomiast dziwi się jeszcze bardziej niż ja, a zwierzęcość w jego oczach zupełnie zmienia swój charakter. Z zatroskanego mężczyzny w jednym momencie staje się trusią. I ucieka. Nie wiem dokładnie gdzie.

Zmęczona składaniem ze sobą uzyskanych informacji w spójną całość, daję kolejnej fali krwi z mojego czoła zalepić sobie oczy brunatnym skrzepem. Nie wiem, czy je jeszcze kiedyś otworzę. Póki co poleżę sobie.

Tak właśnie mój facet stracił guziki.

A ja?

Chyba straciłam swoją drugą połówkę.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: