polskie centrum bizarro

„Krem, który działał” by Bartłomiej Dzik

In Opowiadania on Maj 6, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPodobno Paskud nie promuje równouprawnienia tematycznego. Czy może to mieć coś wspólnego z prawdą? Toż to niecne i całkowicie oczerniające oszczerstwo.

Na dowód: dzisiejsze opowiadanie. Bartłomiej Dzik wymyślił coś dla kobiet. Przynajmniej tytuł – Krem, który działał to coś jak obietnica nirwany i dowolnego z siedmiu nieb! A co do treści… ustalmy, że kobietom też się spodoba. Niektórym. Tym co bardziej zbizarrowanym. Sprawdźcie sami.

Zapraszamy do lektury!

h

Krem, który działał

h

Kobiety, zasadniczo, nie przejmują się pierwszą zmarszczką pod okiem. Podobnie, nie przejmują się pierwszą fałdą na brzuchu, pierwszym hektarem cellulitu, cyckami do kolan czy pierwszą kępą siwych włosów. Zmarszczki, nadwaga, siwizna – to nie są problemy same w sobie. Problemami się stają, gdy przyuważy je facet.

Powiększające lusterko w łazience nie umiało gadać jak to z bajki, inaczej już dawno powiedziałoby na odczepnego Joannie: tak, i owszem, jest zmarszczka niemimiczna pod okiem, ale i tak jesteś najpiękniejsza w świecie; spadaj już, babo! Joanna w końcu, po dziesięciu minutach stania z nosem w lustrze i płatkiem kosmetycznym w dłoni, pogodziła się z brutalną rzeczywistością. Zmarszczka istniała obiektywnie, a jeszcze miesiąc wcześniej jej tam nie było – albo raczej była na tyle mała, że niezauważalna nawet w powiększeniu. Ten tragiczny fakt należało opić filiżanką odchudzającej herbaty pu erh i zajeść pudełkiem lodów bakaliowych.

Ktoś nieznający życia mógłby rzec, że dociągnąć do trzydziestki i jeszcze kawałek dalej bez wyraźnych zmarszczek to świetny rezultat. No, tak było może w połowie dwudziestego stulecia, ale nie teraz, gdy standardy urody wyznaczane są przez mistrzów PhotoShopa a siedemnastoletnie okładkowe modelki to już właściwe senior league. Ten wyśrubowany do maksimum kult młodości i gładkości całkiem namieszał w głowach… nie, nie kobietom, bo one już wcześniej miały namieszane, ale jeszcze facetom, którzy poczęli wymagać, by ich żony i kochanki (zwłaszcza kochanki) się nigdy nie zestarzały. Dlatego to nie Joanna pierwsza przyuważyła zmarszczkę ale Sylwek swym fachowym okiem, gdy kochali się przy zapalonym świetle. Zrobił to oczywiście w sposób taktowny – „ooo, chyba zrobiła ci się zmarszczka pod okiem” gdy partnerka jęczała z rozkoszy, odchylając do tyłu głowę. Żadne tam „rany, uprawiam seks z jakąś Babą Jagą” czy coś równie dosadnego. Niemniej, kości zostały rzucone, czy raczej skóry pomarszczone – Sylwek zauważył defekt. A dalej to już równia pochyła.

Do tamtej chwili, Joanna z uzasadnioną wyższością patrzyła na koleżanki z pracy, pożenione z przypadkowymi kolegami ze studiów bądź z tatusiowymi starszymi panami. Sylwek to był partner do szpanowania w towarzystwie. Młodszy o pięć lat, całkiem przystojny i wysportowany (acz więcej czasu spędzał przed Playstation niż na siłowni). Młodszy o pięć lat a przy tym nieźle zarabiający grafik w prywatnym biznesie, żaden tam utrzymanek. Trochę niedojrzały emocjonalnie, ale w końcu młodszy o pięć lat (czyli, biorąc poprawkę na płeć, to jakby o piętnaście). Taki partner to skarb i powód do dumy, dopóki… się go trzyma przy sobie. Bo jak odejdzie do młodszej to – ojojoj, dopiero te żmije z roboty będę miały używanie!

Przez pierwsze dwa lata ich związku Sylwek w żaden sposób nie komentował różnicy wieku. Po incydencie ze zmarszczką, zaatakowany krzyżowym ogniem pytań nie wprost bąknął, i zabrzmiało to nawet szczerze, że lubi dojrzałe kobiety. To na miesiąc stępiło czujność Joanny, ale równia pochyła to równia pochyła. Na imprezie u znajomych, po paru drinkach Sylwek zaczął coś bełkotać a propos związku z Joanną, że owszem, lubi kobiety dojrzałe, byle nie przejrzałe… Należało się przestawić na tryb pomarańczowego alarmu. Kolejne dwa spokojne tygodnie, po czym zaczęły się coraz późniejsze powroty Sylwka z firmy, bo niby ważny projekt do dokończenia i takie tam pierdoły. Aż w końcu, przy segregowaniu jego koszul do prania, Joanna wyczuła zapach obcych perfum w okolicy kołnierzyka. Miała dobrego nosa, rozpoznała pewien zapach stale przeceniany w drogeriach – jakaś tania pozbawiona gustu gówniara ocierała się o jej faceta! Czerwony alarm!

Podeszła do sprawy racjonalnie. Przyciśnięty do muru partner albo wszystkiego się wyprze i nazwie Joannę paranoiczną kretynką, albo – w gorszym razie – wzruszy ramionami, spakuje walizki i wyprowadzi się od „kobiety przejrzałej”. Używając terminologii sportowej, trzeba było grać, jak przeciwnik pozwala – co w tym przypadku oznaczało próbę powrotu do idyllicznych czasów „sprzed zmarszczki”.

*

Joanna już od przedszkola wiedziała, że dobre geny to tylko połowa sukcesu. Albo tylko jedna czwarta. Druga połowa, albo nawet trzy czwarte, to nowoczesny przemysł kosmetyczny. Ani przez chwilę nie rozważała botoksu – to cholerstwo potrafiło różne figle z ryjem płatać, no i generalnie nadawało się jako ratunek dla starych bab by wyglądać trochę mniej staro, a przecież nie o to chodziło. Wszelkie pudry maskujące i podkłady również odpadały jako zawodne półśrodki. Pozostawały zatem kremy przeciwzmarszczkowe.

Wybór był przeogromny: ceramidy, kwasy hialuronowe, masło Shea, kawiory, drobinki złota albo jakiegoś błota, czy mikrokapłsuki inteligentniejsze od przeciętnego noblisty. Kremy tanie jak barszcz i droższe od platyny, wielkich koncernów i niszowych producentów, naturalne bądź ultra-hi-tech. Joanna wypróbowała je prawie wszystkie i powiedzmy sobie szczerze – dupa blada, czy raczej skóra pomarszczona.

Tymczasem źle się działo. Sylwek spędzał w pracy coraz więcej czasu, dostawał tajemnicze SMS-y o dziwnych porach i zaszywał się w kiblu, by je przeczytać. Kolejny raz jego koszula zapachniała perfumami tej ździry. Joanna walczyła jak lwica. Urządzała romantyczne kolacje z winem i świeczkami; studiowała podręcznik seksu tantrycznego, by zaskoczyć partnera w łóżku coraz to nowymi technikami; znalazła wreszcie krem, który zdawał się działać – jakieś cudo z koncentratem buraka pastewnego (najdroższy burak na świecie, bez dwóch zdań). Wszystko na nic, kochali się coraz rzadziej, co Sylwek tłumaczył przemęczeniem w pracy. Ale Joanna wiedziała lepiej – kiedykolwiek partner patrzył na jej twarz, miał słabo skrywany grymas fotografa dostrzegającego na zdjęciu aberrację chromatyczną. Joanna zaczęła myśleć o kochaniu się przy zgaszonym świetle, ale to byłoby przyznaniem się do porażki. To byłby krok w przepaść.

Krem z buraka jednak nie działał, rzekoma poprawa okazała się tylko chciejstwem. Z miną zbitej suki Joanna poczłapała do zaprzyjaźnionej drogerii, zapytać magistra, czy nie ma jakiś nowinek. Magister był gejem i nadawał się do swej pracy idealnie – bo niczym kobieta słuchał i potrafił cierpliwie doradzić, ale nie miał ani krztyny tej żmijowatej babskiej zawiści „i tak nic ci to nie pomoże, stara prukwo”. W drogerii przebywała tylko jedna, znana z widzenia klientką, która chowała jakiś drobiazg do torebki i obracała się ku wyjściu. Chociaż… nie – Joanna musiała się pomylić, to chyba nie była tamta babka, ale ktoś do niej bardzo podobny, może młodsza siostra? Magister tymczasem włożył do przegródki w kasie pliczek stuzłotowych banknotów i ciepło przywitał Joannę:

– Mam coś dla pani – oznajmił, szczerząc zęby w uśmiechu. – Absolutna nowość, prosto ze Stanów, aczkolwiek… – ściszył głos, przybierając konspiracyjny ton. – To jest taki towar trochę spod lady, paragonu na to nie wystawię. Prywatny import, można powiedzieć.

Joanna podejrzliwie pokręciła nosem:

– Ale czy to bezpieczne? Mam alergię na…

– Bezpieczne w stu procentach – wszedł jej w słowo. – Supernowoczesny krem odmładzający, który jeszcze nie wszedł do oficjalnej dystrybucji. Pani Ala – wskazał za kobiet, która opuściła drogerię. – Używa od dwóch tygodni i gołym okiem widać efekty!

A więc jednak! – zdumiała się w myślach Joanna – To ta sama baba, a wyglądała jakby… Wszelkie wątpliwości wyparowały niczym kropla wody w południe na Saharze.

Widząc antycypację na twarzy klientki, magister sięgnął pod ladę i wydobył drewniane pudełko z dużym czerwonym napisem „AREA 51” po środku wieczka i mniejszym na dole „ULTIMATE CORE SECRETS. CLEARANCE LEVEL 5 REQUIRED.” Joanna nigdy nie słyszała o takiej firmie i linii kosmetycznej, no ale w końcu tyle się co chwila pojawia nowinek. Sprzedawca uniósł wieczko. Wewnątrz skrzyneczki było paręnaście białych nieopisanych słoiczków, takich właśnie jak na ekskluzywny krem pod oczy.

– Używa się tego jak krem pod oczy – magister zaserwował oczywistość. – ale działa na całe ciało – no to już wcale nie było oczywiste. – W promocji tylko sześćset złotych – to z kolei może nie oczywiste, ale do przewidzenia.

Cóż to jest sześćset złotych za dobry krem!

– Eee, mogę zapłacić kartą? – spytała Joanna.

– Niestety, gotówka. Jak już mówiłem, drugi obieg spod lady.

Wyskoczyła do bankomatu i wróciła po pięciu minutach. W pamięci wciąż miała panią Alę, wyglądającą dziś niczym swoja młodsza siostra. Na ladzie wylądowało dwanaście banknotów i dwa słoiczki kremu zmieniły właściciela. A co!

– Będzie pani zadowolona – rzucił na pożegnanie magister.

*

Sylwek akurat wyjechał na cztery dni, do niedzieli włącznie, na jakieś wyjazd integracyjny, czy jak to się teraz fachowo mówiło, szkolenie teambuildingowe, a po ludzku – jak sam szczerze przyznał – popijawę. Joannie to nawet pasowało, mogła się trochę odstresować, bo bezskuteczne zabiegi o atencję partnera wykończyły ją psychicznie. Mogła też w spokoju wypróbować nowy krem i w spokoju zajeść słodyczami ewentualną porażkę.

Już trzeciego dnia zmarszczka pod okiem zniknęła. Joanna była ostrożna, zbyt wiele już razy balonik nadziei pękał z hukiem… Zawsze mogło być tak, że to nie zmarszczka zniknęła, ale pojawiły się problemy ze wzrokiem bądź się lusterko w łazience popsuło. Niemniej, lustra w przedpokoju i kibelku pokazywały to samo co łazienkowe, a dzień później Joanna bez problemu przeczytała drobny druk na umowie ubezpieczeniowej. No dobra, zniknięcie zmarszczki mogło być jeszcze efektem autohipnozy, trwałego zlasowania mózgu antyzmarszczkową obsesją, To mogło być…

– Świetnie wyglądasz, kochanie! – rzucił wracający Sylwek, wieszając kurtkę w przedpokoju.

Więc jednak! Ale… nie, przecież on nawet na mnie nie spojrzał – w głowie Joanny nadzieja walczyła o lepsze z podejrzliwością.

Sylwek też nieźle wyglądał, jak na lekko skacowanego faceta, tryskał humorem, sypał anegdotami o absurdach korporacyjnych szkoleń. Dla Joanny był miły jak za dawnych czasów, zero złośliwości. Czy równie czuły – no, już nie bardzo, co można było zrzucić na karb zmęczenia. Kobieta w skrytości ducha liczyła na gorącą noc, ale wieczorem ostatki energii uszły z partnera – Sylwek padł na łóżko i zasnął w skarpetkach.

W poniedziałek rano rozminęli się przy śniadaniu; oboje zaspali i nie mieli czasu zamienić słowa. Jednak rozsiadłszy się przy biurku w pracy, Joanna od razu poczuła, że coś się zmieniło. Koleżanki patrzyły na nią jakoś… o tak, znała dobrze to spojrzenie – jeden procent podziwu i dziewięćdziesiąt dziewięć procent zazdrości. A przecież nie miała na sobie kolii z brylantami czy choćby nowej kiecki z Deni Cler. To już był cholernie mocny dowód, że krem spod lady działał. Jeśli ten głupi Sylwek tego nie dostrzeże, to zamiast przed komputerem powinien pracować w ciemniej kopalni!

Sylwek dostrzegł i tej nocy kochali się po raz pierwszy od dwóch tygodni.

*

Czuła się świetnie. Oczywiście mógł to być efekt uboczny świadomości, że odzyskała kontrolę nad własnym życiem, ale też… może faktycznie cudowny krem, jak zapewniał magister, działał nie tylko na twarz ale i całe ciało. Tak czy siak, wpadła do drogerii kupić na zapas jeszcze trzy słoiczki. Nadwyrężyło to nieco środki na rachunku bieżącym, więc po powrocie do domu odpaliła komputer i weszła do serwisu transakcyjnego banku, przelać coś z konta oszczędnościowego:

BŁĘDNE DANE LOGOWANIA

Zdziwiła się, bo zawsze uważanie wpisywała wymagane przez bank hasło i dwie cyfry numeru PESEL. Spróbowała raz jeszcze, powoli, znaczek po znaczku:

BŁĘDNE DANE LOGOWANIA

Spokojnie – dała sobie chwilę oddechu. Trzecia nieudana próba zakończy się zablokowaniem dostępu online, więc już nie może się pomylić. Czyżby ktoś się jej włamał na konto i zmienił hasło? A może po prostu coś źle pamięta, może – zaśmiała się pod nosem – dopadła ją starcza skleroza, na którą żaden krem nie zaradzi. Na wszelki wypadek wyciągnęła dowód osobisty z torebki, by sprawdzić, czy na pewno dobrze pamięta te ostatnich pięć cyferek PESEL-u. I owszem, bingo! Cyferki były inne, niż jej się zdawało, że pamięta. Problem w tym, że wszystkich jedenaście…

To jakiś absurd! – jęknęła w myślach.

Ludziom mogą się pokiełbasić jakiś abstrakcyjne ciągi cyfr, tyle w końcu jest tego do zapamiętania: haseł, loginów, PIN-ów. Ale pierwsze sześć cyfr numeru PESEL to data urodzenia, a tę każdy zdrowy na umyśle człowiek pamięta. Tu nie zgadzało się nic, żadna mała pomyła w stylu 25 zamiast 26 kwietnia, nie pasował nawet rok! I nie, nikt nie podmienił Joannie dokumentu na jakiś innej osoby – poprawne były imię i nazwisko, miejsce urodzenia i imiona rodziców. Nie zgadzały się tylko PESEL i data urodzenia.

Oderwała na chwilę wzrok od dokumentu i przeniosła na monitor. Z głupią miną, jakby brała udział w jakimś eksperymencie szalonego naukowca, wpisała hasło i cyfry PESEL zgodne z tym, co miała na trzymanym w ręku kawałku plastiku. Przeszło.

Zrobiła przelew między kontami, wylogowała się i wyłączyła komputer. Przez moment siedziała na fotelu w stuporze, ściskając drżącymi dłońmi dowód osobisty niczym jakiś telegram o śmierci ulubionej ciotki. W odmienionym numerze PESEL dwie pierwsze cyfry to 86 a powinno być 82, potem 03 zamiast 04… zatem, tak jakby, odmłodniała o prawie cztery lata. Odmłodniała…

Już samo przypuszczenie, jakie ją naszło, było absurdalne. Niedoparte pragnienie pójścia do łazienki i przeprowadzenia pewnego eksperymentu było już mega-absurdalne. Ale zrobiła to. Poszła i wsmarowała sobie pod oczy krem pana magistra, po czym biegiem wróciła do pokoju, gdzie na stole leżał dowód osobisty. Cyferki numeru PESEL tańczyły teraz jak zielone znaczki w Matrixie, te na piątym i szóstym miejscu przeskakiwały co sekundę: 28, 29, 30, 31, 01, 02, 03…

Supernowoczesny krem pod oczy sprawiał, że Joanna młodniała w oczach.

*

Ktokolwiek czytał baśnie o dżinach w butli czy lampie Aladyna, ten wie, że z cudownymi wynalazkami wcale tak cudownie nie jest. Od tamtych czasów niby jakiś postęp nastąpił, ale wciąż nie wszystko działało perfekcyjnie. W przypadku amerykańskiego kremu spod lady problem nie polegał na tym, że odmładzane były jednocześnie ciało i metryka. Problemem był, fachowo rzecz ujmując, brak synchronizacji.

Joanna czuła się młodziej i wyglądała młodziej. Młodziej o rok, nie no, półtora roku. Może nawet ciut więcej, tu i ówdzie, w jędrności pośladków na ten przykład, maksymalnie dwa lata. Ale po ostatniej aplikacji kremu, metryka wskazywała ubytek nieco ponad czterech lat. Ta rozbieżność zaniepokoiła kobietę. Zaniepokoiła na tyle, że Joanna popędziła co sił w nogach do drogerii, wyjaśnić sprawę.

– Naprawdę, nie ma się czym przejmować – magister zbagatelizował problem. – Raczej nie zniknie pani z bazy PESEL, Amerykanie na pewno to jakoś przemyśleli.

– Raczej nie o to chodzi. To znaczy… nie tylko o to. Po prostu tak jakoś dziwnie się z tym czuję, bo…

Magister zrobił minę cierpliwego słuchacza zwierzeń.

– Bo niech pan spojrzy na to tak: miałam trzydzieści trzy lata i wyglądałam na trzydzieści trzy, teraz wyglądam co prawda na trzydzieści jeden, ale mam dwadzieścia dziewięć.

– No i…

– Więc tak sobie myślę, czy przypadkiem nie jest tak, że bezwzględnie odmłodniałam ale względnie się postarzałam.

Trzeba oddać magistrowi, że potrafił zachować kamienną twarz.

– Pani Joanno, to jest drogeria a nie dyskusyjny klub filozoficzny.

I jakby nie patrzeć, miał rację. Joanna nabyła zatem jeszcze jeden słoiczek mimo-wszystko-cudownego-kremu i wyszła z drogerii. Magister zaś głośno westchnął pod nosem:

– Baby to jednak są durne. Kupują krem odmładzający, który nie działa, i żadna nie przychodzi z mordą. Kupują krem odmładzający, który działa, i nagle wysyp pretensji…

*

Faktycznie, Amerykanie chyba pomyśleli o wszystkim. No, może nie o wszystkim, ale świat się nie zawalił. Zaktualizowany numer PESEL i data urodzenia pojawiały się we wszelkich możliwych papierach i bazach danych. Po każdej aplikacji kremu trzeba było chwilę odczekać, aż cyferki ustawią się w dowodzie i potem nie było już żadnych problemów w instytucjach realnych bądź wirtualnych. Joannę wręcz zaszokowało, z jaką łatwością wszyscy wokół łykali kolejne zmiany danych osobowych. Zaiste, prawdziwe było porzekadło, że kobiecie nie patrzy w metrykę. Na swoje własne potrzeby Joanna uznała prawdziwość jeszcze drugiego – że kobieta ma tyle lat, na ile wygląda, więc już całkiem przestała się przejmować postępującą rozbieżnością między wiekiem biologicznym a tym z dowodu osobistego.

Cudowny krem ma również inną wielką zaletę – brak efektu jojo. Gdy skończył się zapas kosmetyku a jednocześnie ciężka angina złożyła Joannę do łóżka, dopadły ją koszmary o tym, jak to nagle się zacznie się z dnia na dzień starzeć i w parę dni zmieni w siwą staruchę. Nic takiego jednak nie nastąpiło, co sobie człowiek lat ujął, to jego. Joanna zakończyła regularną aplikację kosmetyku gdy wiek podług PESEL-u spadł do dwudziestki, a wiek biologiczny na tak mniej-więcej dwadzieścia siedem lat.

Tak czy siak, gdy tylko się wykurowała, zrobiła duży zapas kremu na przyszłość i był to strzał w dziesiątkę, bo niedługo potem drogeria magistra zniknęła. Dokładnie tak – zniknęła. Z dnia na dzień zastąpił ją sklep monopolowy, którego właściciel, najwyraźniej jakiś ciężki świr, twierdził, że prowadzi interes w tym miejscu od paru lat. Joanna spotkała jeszcze przed drzwiami panią Alicję, która również była zdumiona wyparowaniem drogerii i gadała coś, że chwilę przed tym po osiedlu kręcili się dziwni faceci w czarnych garniturach.

*

Z Sylwkiem układało się świetnie. Teraz to on był zabiegającą stroną, hołubił partnerkę na każdym kroku, obsypywał drobiazgami, przynosił naręcza kwiatów i podawał śniadanie do łóżka. Kochali się dwa, czasem trzy razy na dzień. Oczywiście incydenty z koszulą pachnącą perfumami tamtej ździry już się nie powtórzyły. Sylwek wciąż co prawda dostawał jakieś tajemnicze SMSy, ale teraz je natychmiast kasował bez czytania.

Z koleżankami w pracy też układało się świetnie. Dopytywały się Joanny jakich cudownych środków używa, by tak wyglądać, a ona podsuwała im fałszywe tropy – kremy najdroższe i najmniej skuteczne zarazem, a potem komentowała z udawanym współczuciem „Nie podziałało? Cóż, widać twoja skóra nie jest kompatybilna ze szlachetną nano-truflą”.

Jedynym drobnym minusem całej sytuacji był spadek wynagrodzenia o parę procent. System księgowy przyciął jej dodatek za wysługę lat, najwyraźniej nie mogąc przetrawić faktu, że będąc dwudziestką ma przepracowane dziewięć – takie rzeczy tylko w Bangladeszu. Niewielka to jednak cena za drugą młodość.

Z Sylwkiem, jak już zostało wspomniane, układało się świetnie. Nawet zaczął coś przebąkiwać o ślubie…

*

Ślub w kościele, biały welon i takie tam – powiedzmy sobie szczerze, to marzenie nawet każdej niewojującej ateistki. Tylko te wszystkie związane z tym formalności… Ku lekkiemu zdumieniu Joanny okazało się, że księgi parafialne nie zostały zmienione i zawierały starą datę urodzenia; najwidoczniej Watykan miał jakiegoś wypasionego firewalla. Nic to jednak, bo gdzie amerykański uczony nie może, tam diabeł babę pośle – wystarczyło zdublować opłatę „co łaska” za ślub i zaraz wszystko się proboszczowi w papierach zgadzało.

Koleżanki z pracy dosłownie zzieleniały z zazdrości (po prawdzie, mogły też zielenieć od kolejnych kosmetycznych polecanek Joanny). Kiedy zaś z Sylwkiem w jego firmie zapraszali znajomych na ślub, koledzy partnera wodzili za Joanną maślanym wzrokiem i wzdychali coś o super-lasencji. Tylko jedna z koleżanek narzeczonego, cycata blond-cizia o bezrefleksyjnej gębie, ostentacyjnie wyszła z pokoju, zostawiając za sobą charakterystyczną woń pewnych przecenionych perfum…

Tydzień przed ślubem Joanna dostała emaila z dużym załącznikiem.

Email miał w treści tylko „wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia” i był podpisany „życzliwa”. Zawierał nagrany telefonem filmik z owego wyjazdu integracyjnego, na którym parę miesięcy wcześniej był Sylwek. Integracji, trzeba przyznać, tam nie zabrakło:

Obraz drżał mocno, widać nagrywający był już trochę wstawiony. W tle słychać było pijacki bełkot i brzęk szkła. Filmowani ludzie w większości leżeli zalani w trupa między wywróconymi krzesłami. Kamerka zatrzymała się przy jednym ze stołów. Jakiś widziany od tyłu facet ze spuszczonymi do kostek spodniami dymał na blacie cycatą blondynę.

– Tę swoją lafiryndę też zerżniesz na stole, gdy wrócisz do domu? – zapytała z nutką pretensji panienka.

– Daj spokój! Aśka to już dla mnie tylko eksponat muzealny, hehe… – odpowiedział zdyszany Sylwek. – Palcem jej nie tknę, by się całkiem nie rozleciała, buehehehehe…

*

Joanna nie była wściekła. Nie była wkurzona. Była mega-hiper-wkurwiona. Nie, nie miała pretensji do cycatej cizi – trudno mieć pretensję do bezmózgich panienek łapiących facetów na łatwą cipkę. Co innego ten wredny, obleśny, kretyński padalec Sylwek. On przegiął totalnie i zasłużył na karę. Dużo większą karę niż tylko zerwanie zaręczyn i wystawienie walizek za drzwi. Dużo, dużo, dużo większą!

Sylwek miał wolne w pracy i pojechał do teściów dopinać jakieś sprawy organizacyjne, więc miała całą dobę dla siebie. Otwierała słoiczek za słoiczkiem i dokładnie wsmarowywała krem. Co chwila spoglądała na dowód osobisty, gdzie cyferki zmieniały się jak szalone. W końcu nawet sam dowód począł zmieniać kolor i kształt…

– Wyglądasz po prostu bosko! – szczerze oświadczył narzeczony, gdy Joanna przywitała go w drzwiach. Zaciągnęła go od razu do łóżka, kochali się jak szaleni: klasyk, oral, anal, misjonarz, jeździec, pająk, a nawet helikopter. Po wszystkim Sylwek był tak wycieńczony, że nie miał siły wstać z łóżka. Wtedy Joanna podreptała do łazienki, wzięła po drodze telefon i wystukała 997.

*

Funkcjonariusze komendy powiatowej nie wierzyli własnym oczom i szczerze współczuli oskarżonemu, że tak spaprał sobie życie. Nawet prokurator współczuł, bo chyba każdy na miejscu Sylwka mógł się pomylić. Niemniej, fakty były jednoznacznie, a przy tak poważnym przestępstwie usprawiedliwienie „ale przecież wyglądała…” nie miało racji bytu.

Za obcowanie płciowe i inne czynności seksualne z osobą poniżej piętnastego roku życia oskarżonemu Sylwestrowi R. groziło dwanaście lat pozbawienia wolności.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: