polskie centrum bizarro

„Czy wiesz jak jest w piekle?” by Wit Kaleta

In Opowiadania on Maj 18, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtOd czasu do czasu na niedobrych literkach pojawiają się nowi, w każdym razie dla nas, autorzy. Wit Kaleta jest jednym z nich… I od razu, od strzała, zaskarbił sobie nasze względy. Przy czym określenie „od strzała” bynajmniej nie jest tu przypadkowe ani tym bardziej chybione.

Ale może nie uprzedzajmy faktów. Wszystko wyjdzie w praniu (albo maglowaniu – jak kto woli). Dziś gorąco (a jakże!) zapraszamy was do lektury wielce zajmującej (i mega pouczającej) opowieści o podróży do piekielnych czeluści. Warto dodać, co pewnie udało Wam się zauważyć, że Wit debiutuje u nas nie tylko literacko, ale i plastycznie, gdyż ilustrująca tekst grafika także została stworzona przez niego.

Ratuj się, kto żyw! Szatan i jego poplecznicy nadciągaaaają!!!

h

 Czy wiesz jak jest w piekle?

h

luc1

h

Późne, letnie popołudnie. Salka parafialna wypełnia się słuchaczami – rozglądają się. Niektórzy uczęszczali tu na lekcje religii, pobierali nauki przedślubne, brali udział w zajęciach chóru, w spotkaniach oazy lub scholi. W pewnym momencie odbywały się tu również spotkania drużyny harcerskiej, której proboszcz udostępnił to miejsce na czas remontu harcówki. Miłe wspomnienia, chociaż dzisiaj wcale nie musi być miło. Słuchacze siadają na ustawionych w szkolnym porządku krzesłach, a na środek sali powoli wchodzi proboszcz, siwy jak gołąb i pomarszczony jak suszona śliwka. Proboszcz chrząka i oznajmia:

– Szczęść Boże. Drodzy państwo, bardzo dziękuję za zainteresowanie i przybycie. Temat naszego dzisiejszego spotkania może nie być zbyt przyjemny, ale uważam że jest potrzebny. Aby jednak zacząć optymistycznym akcentem, chciałbym przywitać, po dłuższej nieobecności, naszego organistę, pana Miłosza. Myśleliśmy, że pan zaginął i niemal straciliśmy nadzieję w bezskutecznych poszukiwaniach, ale dzięki Bogu już się pan odnalazł i chętnie wysłuchamy pańskiej relacji… Zapraszam na środek, panie Miłoszu, pana Romka zaś bardzo proszę o zgaszenie świateł i uruchomienie przeźroczy.

Gdy lampy gasną i na ścianie pojawia się jasny, świetlny prostokąt wyemitowany przez rzutnik, z krzesła w kącie sali wstaje pan Miłosz. To niski, pulchny mężczyzna po pięćdziesiątce. Ma cienkie, wypłowiałe włosy średniej długości, które przerzedzają się w stronę szczytu czaszki, kończąc się wątłą pożyczką na lekko spoconej łysinie. Twarz ma pulchną, o łagodnych rysach. Jego lekko wyłupiaste,  jasne oczy patrzą nieruchomo zza grubych szkieł okularów z jasnobrązowymi oprawkami, usta ma mięsiste i lekko uchylone w wyrazie bezmyślnego zawieszenia. Pan Miłosz ubrany jest w jasną, brązową marynarkę, pożółkłą koszulę, ozdobioną ciemnobrązowym krawatem i wyszarzałe jeansy, na które wylewa się opięty koszulą brzuch. Jego krótkie ręce, zwieńczone małymi pulchnymi palcami, nadają jego sylwetce lekko pingwini kształt. W niezgrabnych dłoniach, zupełnie nie pasujących do jego profesji, trzyma starą aktówkę pokrytą materiałem skóropodobnym. Pan Miłosz kołysze się idąc w stronę biurka ustawionego frontem do słuchaczy. Gdy wchodzi w smugę światła projektora, błyszczą kropelki potu na jego twarzy, a szkła okularów na chwilę przemieniają się w jasne, jarzące się białym światłem ekrany. Pan Miłosz zasiada przy biurku, otwiera aktówkę przy akompaniamencie szelestu znajdujących się w niej notatek i powolnym, monotonnym głosem bez wyrazu rozpoczyna swoje wystąpienie.

– Dzień dobry państwu. Na początku chciałbym przeprosić za zamieszanie i obawy, które wywołało moje zniknięcie. Nie chciałem, by ktokolwiek się o mnie martwił, jednak cel mojej podróży wydawał mi się na tyle kontrowersyjny, że wolałem rozwiać wszystkie wątpliwości po moim powrocie. Chciałbym również przeprosić księdza proboszcza, że opuściłem swoje obowiązki na dwa tygodnie bez uprzedzenia, ale obawiałem się, że będzie mnie ksiądz odwodził od mojej decyzji. Jak państwo się domyślają z tytułu ogłoszenia o dzisiejszym spotkaniu, przez cały ten czas byłem w piekle. Jedyne znane mi wejście do piekła znajduje się w krzakach za kioskiem Ruchu koło starej stacji kolejowej. Część z państwa wie, że każdy, kto zechce sfotografować kiosk i okalającą go zieleń napotyka na niewytłumaczalne problemy, niezależnie od sprzętu, jakim by się posłużył. Proszę o pierwszy slajd…

Na ścianie projektor wyświetla zdjęcie nieczynnej stacji kolejowej. Tory są zarośnięte wysoką trawą i chwastami, obok pustego i popękanego peronu stoi niewielki budynek z czerwonej cegły, którego bryła wskazuje na to, że był zbudowany na początku XX wieku. Tablica z nazwą miejscowości na budynku przerdzewiała tak bardzo, że nie sposób odczytać napisu. Prawa krawędź obrazu jest rozmazana, kolory szarzeją, a kształty zlewają się w szaro bury galimatias. Przy pewnym wysiłku można jednak dostrzec jeszcze jeden kwadratowy, niski budynek, stojący trochę w głębi za nasypem kolejowym. Pan Mariusz nabiera tchu i swoim głosem pozbawionym jakiejkolwiek intonacji kontynuuje opowieść.

– Wejście do piekła oznaczone jest czarną reklamówką w drobne złote romby, zawieszoną na jednej z gałęzi krzaka. Co ciekawe, niezależnie od warunków pogodowych, reklamówka cały czas pozostaje na swoim miejscu i delikatnie się kołysze. Reklamówka lewym dolnym rogiem wskazuje ukrytą pod liśćmi i gałęziami studzienkę kanalizacyjną, której pokrywa, mimo że żelazna, gruba i przyrdzewiała do krawędzi, jest zaskakująco łatwa do uniesienia. O wejściu tym dowiedziałem się jakieś dwadzieścia lat temu, gdy stacja była jeszcze czynna, zaś mój kuzyn, Radosław, wynajmował kiosk… Może niektórzy z państwa kojarzą Radosława, chudy, wysoki, potem się rozwiódł i wyprowadził na północ. Odwiedzałem kuzyna często tuż przed porą zamknięcia kiosku i potem chwilę zostawaliśmy, aby porozmawiać. Wstyd się przyznać, ale w jeden z takich wieczorów, a wiało wtedy całkiem mocno, odczułem potrzebę tak nagłą, że nie mogłem sobie pozwolić na szukanie toalety. Poszedłem więc w krzaki, gdzie zaciekawiło mnie dziwnie powolne, na takim wietrze, kołysanie reklamówki, postanowiłem więc ją zbadać zaraz po załatwieniu mojej potrzeby. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy w żaden sposób nie mogłem zmienić jej ruchu, ani zdjąć reklamówki z gałęzi. Wyślizgiwała się wciąż z rąk, omijała mój chwyt, mimo że zdawało się, że kołysze się w jednym tempie. Wreszcie romby w jej lewym dolnym rogu, o którym już mówiłem, zabłysły złotym światłem, które padło na miejsce ukrycia studzienki. Zacząłem więc odgarniać liście i gałęzie, aż końcem palców zahaczyłem o pokrywę, która momentalnie odskoczyła z głośnym brzękiem, jakby mimo wszystko była naprawdę ciężka. W otworze kanalizacyjnym zobaczyłem zakurzone betonowe schody. Zawołałem Radosława, aby pokazać mu znalezisko i nabrałem ochoty, by zejść w dół. Nigdy nie byłem szczupły, myślałem więc, że będę się musiał przeciskać przez za ciasny dla mnie otwór i nawet przez chwilę żałowałem ubrania, jednak okazało się że zmieściłem się bez żadnego problemu. Klatka schodowa sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie miała się skończyć. Zakręcała pod ostrymi kątami, zwijała się spiralnie, czasem miałem też wrażenie, że wchodzę zamiast schodzić. Radosław na początku był nieufny, lecz w końcu też wszedł do studzienki i zaczął schodzić za mną. Schodziliśmy tak już prawie godzinę, gdy po ostrym zakręcie, schody się skończyły i weszliśmy do korytarza. Korytarz miał podłogę wyłożoną lastryko, na ścianach starą zieloną lamperię, oświetlać go powinno sześć świetlówek, jednak działa tylko jedna. O ile nie da się określić długości klatki schodowej, to sam korytarz, w tamtym momencie, był długi na piętnaście metrów, szeroki na cztery, wysoki zaś na dwa i pół metra. Na końcu korytarza znajdowały się wąskie drzwi, obok których było okno prowadzące do pomieszczenia, które najbardziej skojarzyło mi się z portiernią. Niestety, jak się okazało, nie tylko kiosk i samo wejście do piekła, lecz również klatka schodowa i korytarz wywołują w jakimkolwiek sprzęcie fotograficznym bądź filmowym usterkę, uniemożliwiającą uwiecznienie ich obrazu na taśmie bądź nośnikach cyfrowych. Pozostaje więc państwu tylko wyobraźnia, przynajmniej do czasu, gdy państwo sami tam nie trafią. Wracając do opowieści – wraz z Radosławem chcieliśmy podejść do „portierni”, ponieważ widzieliśmy tam zapalone światło i słyszeliśmy dobiegające stamtąd dźwięki transmisji meczu piłkarskiego. Dziwne było to, że nie potrafiliśmy rozpoznać żadnego nazwiska, które wykrzykiwał spiker. Gdy jednak zbliżaliśmy się do okna, usłyszeliśmy dźwięk telefonu. Ktoś szybko go odebrał i powiedział: „piekło, słucham”. Zatrzymaliśmy się przerażeni, nie wiedząc co robić, a po kilku sekundach dostrzegliśmy poruszający się w oknie portierni kształt, który zupełnie nie przypominał człowieka. Radosław nie wytrzymał i zaczął uciekać na schody, pobiegłem więc za nim. Odwracając się w stronę schodów, kątem oka zauważyłem wysuwającą się z okna nieludzką kończynę, która celowała w nas czymś, co z daleka przypominało słuchawkę telefoniczną. Nasze kroki i ciężki oddech odbijały się donośnie o ściany tego niezwykłego podziemia i, jak się później okazało, dźwięk ten wrył się w moją pamięć na zawsze. O dziwo, podczas drogi czuliśmy się tak, jakbyśmy schodzili, mimo że schody prowadziły ewidentnie pod górę. Na powierzchni niezwłocznie znaleźliśmy pokrywę włazu. Tym razem była bardzo ciężka lecz udało nam się zasłonić studzienkę i zasypać ją liśćmi, gałęziami i dodatkowo śmieciami, które znaleźliśmy wokół krzaków. Radosław szybko pozbył się kiosku. Za bardzo obawiał się takiego sąsiedztwa. Ci z państwa, którzy go znali, wiedzą, że nie podjął już tu więcej żadnej pracy. Zaczął również odczuwać silną potrzebę tarasowania studzienki coraz cięższymi przedmiotami. Jego żona nie wytrzymała, gdy położył na pokrywie ich własną pralkę, do której nasypał jeszcze kamieni i żwiru, niszcząc przy tym bęben. Niedługo po rozwodzie Radosław wyjechał, a ja zostałem sam ze świadomością, że miejsce to jest tak blisko. Nie wiem co obecnie dzieje się z moim kuzynem, ale po części rozumiem jego decyzję o przerwaniu kontaktu, skoro wspomnienia naszej przypadkowej eskapady wzbudzają w nim tak złe uczucia i lęk. Od tamtych wydarzeń upłynęło, jak wspomniałem, dwadzieścia lat. Nie wiem, czy państwo miewają podobnie z niezwykłymi doświadczeniami, lecz w moim przypadku upływ czasu, praca w kościele i szara codzienność, sprawiły że wspomnienia z pierwszej wizyty w przedsionku piekła zaczęły się rozmywać. Na początku oczywiście za żadne skarby nie chciałem tam wracać. Strach, mimo że nie aż tak potężny jak u Radosława, skutecznie zniechęcał mnie do zapuszczania się w okolice dworca i kiosku. Zresztą tamten rejon, jak wszyscy wiemy, zupełnie opustoszał przez lata, więc może piekielna obecność odstraszała nie tylko mnie. Lata płynęły, ja zaś przestałem myśleć o tym, czemu nie zaglądam już w tamte rejony, tym bardziej, że nie miałem już tam kogo odwiedzać. W każdym razie coraz częściej o tym wszystkim zapominałem. Później zacząłem nawet kwestionować prawdziwość tego wydarzenia, jeśli już zdarzały mi się przebłyski pamięci. Teraz bardzo proszę o drugi slajd.

Monotonny ton organisty zdążył wywołać już znużenie i otępienie w słuchaczach, jednak drugi slajd podnosi poziom stresu we wszystkich uczestnikach spotkania. Zdjęcie przedstawia mały pokój pomalowany żółtą, łuszczącą się farbą i oświetlony słabym światłem brudnej żarówki zwisającej na kablu z sufitu. Pokój ma jedno okno, przez które widać chaos szaro burych kształtów i linii, w których ułożeniu można się dopatrzyć lekkiej sugestii korytarza. Dostrzegalne na zdjęciu umeblowanie pomieszczenia składa się z nadgniłego drewnianego stołu pod oknem i pionowego rzędu równie zniszczonych półek, na których w nieładzie leżą bezkształtne strzępy mięsa, splątane kable, zmięte gazety i druty. Na stole stoi stary telewizor typu Neptun 150 C, wyprodukowany przez firmę Unimor. Niegdyś biała, obecnie pożółkła i zbrązowiała plastikowa obudowa nosi ślady zgaszonych niedopałków papierosów. Telewizor działa, lecz obraz jest całkiem zaśnieżony, chociaż, przy wytężonym skupieniu, można dostrzec postać w piłkarskim uniformie. Na pierwszym planie stoi wysokie stworzenie, budową ciała zbliżone do ślimaka pomrowa, z tą jednak różnicą, że utrzymuje pionową pozycję, a głową niemalże sięga sufitu. Stwór zasłania również większą część stołu i okna. Istota ma pomarszczoną, ciemnobrązową i pokrytą śluzem skórę, nakrapianą gdzieniegdzie grafitowymi plamami. Z obu stron jej ciała wystają pulchne, śliskie odnóża, w których trzyma notatnik i papierosa. Po obu stronach części brzusznej stworzenia jeżą się rzędy stosunkowo krótkich, ostro zakończonych narośli. Stwór ma narzuconą na gołe ciało niebieską kurtkę mundurową, z dystynkcjami trudnymi do odczytania przez brudne, tłuste plamy i po części wyschnięte skupiska śluzu. Głowa istoty pokryta jest dużą ilością cienkich wypustek skórnych, które mogłyby imitować wąsy i rzadką brodę. W centrum połaci tego niezwykłego „zarostu” znajduje się otwór gębowy obudowany wąskimi, pomarszczonymi wargami. Spod górnej wargi stworzenia wystaje jeden, obejmujący całą szerokość „ust” szarobrunatny ząb. Z obu stron głowy natomiast wypływają czułki zakończone mętnymi oczami bez źrenic i tęczówek. Całość wieńczy pomięta i poszarpana czapka, która w centralnej części ma tabliczkę z bardzo wyblakłym napisem „PORTIER”. Pan Miłosz czeka chwilę, aż jego publiczność przyzwyczai się do widoku i flegmatycznie wraca do opowieści.

– Jak mogą się państwo przekonać, po pokonaniu korytarza i drzwi wewnętrznych, da się robić całkiem wyraźne zdjęcia. Po dwudziestu latach okazało się, że moje skojarzenie z portiernią było całkiem trafne, ale wszystko po kolei. Dlaczego po tak długim czasie spokojnego życia i pracy w Domu Bożym, wtedy gdy już niemalże zapomniałem o tym wszystkim, trafiłem znów do… piekła? Myślę że tak jak wszyscy – w konsekwencji swojej nieuwagi i bezmyślności. Myślę, że moim błędem nie było zejście w podziemia, lecz właśnie zapomnienie ich z biegiem lat. Mogłem podjąć jakieś środki prewencyjne, mogłem się choćby wyprowadzić, mogłem być wreszcie lepszym człowiekiem niż byłem i w związku z tym mogłem nie być zmuszony do kolejnej wyprawy w głąb studzienki. Ja jednak poszedłem na łatwiznę, popadając w gnuśność, małostkowość, zatwardziałość i brak miłosierdzia dla bliźnich. Wdawałem się w rozwlekłe konflikty o podstawach bez znaczenia, nie potrafiłem wybaczyć błahych występków, ignorowałem wreszcie cudzą krzywdę i robiłem to wszystko tylko dlatego, że tak było mi łatwiej. Możliwe, że gdybym nie zapomniał i nie ulegał najprostszym impulsom, miałbym większe pole do negocjacji i sprzeciwu. Jednak zapomniałem o tym wszystkim, a oni nie zapomnieli o mnie i gdy się po mnie zgłosili, nawet trochę tam pasowałem. Mój powrót do piekła zaczął się bardzo trywialnie. Od rozmowy telefonicznej. Pół roku temu chciałem zarezerwować termin u mechanika i pomyliłem numery. Nie pamiętam, jaki to był numer i którą cyfrę zmieniłem, ale okazało się wkrótce, że wykręcana przeze mnie sekwencja przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie wiem dlaczego akurat stało się to wszystko po takim czasie, może właśnie potrzebowali jakiegoś okresu, abym się zdegenerował, faktem jest jednak, że w tamtym momencie, po kilku długich sygnałach wolnej linii, usłyszałem trzask podnoszonej słuchawki i dawno zapomniany głos: „piekło, słucham”. Zaniemówiłem i znieruchomiałem, nie mogąc się rozłączyć słyszałem charczący głos sportowego komentatora, krzyczącego te same nieznane nazwiska, co lata temu. Wciąż nie mogąc się poruszyć, usłyszałem ruch po drugiej stronie linii, potem odległe echo przerażonego biegu, może nawet z lekką sugestią ciężkiego oddechu. Momentalnie przypomniałem sobie ten dźwięk i rytm i miałem wszystkie podstawy, by obawiać się że to był nasz ciężki oddech sprzed dwudziestu lat. Nie wiem czy mój kuzyn Radosław również wykonał taki przypadkowy telefon, lecz z całego serca mu tego nie życzę. Wręcz życzę mu, by nie było go stać na aparat telefoniczny, jeśli to by go uchroniło przed takim doświadczeniem. Nie wiem też, czy ma to znaczenie, że on również był słyszalny podczas tego połączenia. W każdym razie, trwałem przy telefonie, nie mogąc zakończyć połączenia, a na wykrztuszenie jakichkolwiek słów nie miałem żadnych szans. Gdy echo naszych kroków umilkło w słuchawce, mój nieludzki rozmówca powiedział: „Panie Miłoszu, poznaję pana, czekamy”. Od tamtej pory wszystkie wspomnienia wróciły tak wyraźnie, jakby to wszystko działo się przed chwilą. Oczywiście z początku ani mi się śniło podporządkować się piekielnej prośbie mojego rozmówcy, lecz po pewnym czasie, niezależnie od wybranego numeru, jedynym miejscem, do jakiego mogłem się dodzwonić, była ta przeklęta portiernia. Gdy w desperacji wyrzuciłem swój telefon, dokładnie każdy przedmiot przyłożony do ucha, niezależnie od tego, czy był poduszką, na której kładłem głowę, czy nawet moją własną dłonią, momentalnie łączył się do piekła, gdzie – za każdym razem coraz uprzejmiej – byłem nakłaniany do odwiedzin. Chciałbym w tym miejscu jeszcze raz bardzo serdecznie podziękować księdzu proboszczowi za wszelkie udzielone mi wsparcie modlitewne, za wyjazdy do odległych egzorcystów i wreszcie za próbę przekonania się na własne oczy o istnieniu piekielnej bramy. Być może na szczęście, mimo że powtarzaliśmy wyprawę kilka razy, za kioskiem nie zastaliśmy ani reklamówki ani studzienki. Za to, gdy łudząc się w uldze, że może już nie mam tam jak wrócić, wybierałem się tam sam, z daleka dostrzegałem zarys wiszącej reklamówki, która jak zwykle kołysała się w powolnym, niezależnym od pogody rytmie. W końcu, gdy żadne zabiegi egzorcystów i psychiatrów i żadne msze w mojej intencji nie przyniosły zamierzonego skutku, gdyż ja wciąż kilka razy dziennie rozmawiałem z nieludzkim, choć pod koniec już wręcz serdecznym portierem, zdecydowałem, że sprawdzę, czego piekło może ode mnie chcieć. Nie słyszałem nigdy aby ktoś, kto trafił tam za życia, miałby pozostać tam na zawsze. Z drugiej strony, kto miałby taką historię opowiedzieć? Niemniej jednak jakaś szansa była. Pomyślałem więc, że jeśli już się tam wybieram, to może zrobię dobry uczynek dla ludzkości i przynajmniej udokumentuję to, co tam zobaczę. Wyposażyłem się więc w normalną lustrzankę cyfrową z kilkoma obiektywami, a ponadto zabezpieczyłem się, kupując również znacznie mniejszy, ale bardziej wytrzymały wodoodporny aparat z opcją kamery, dodatkowym kinetycznym akumulatorem, wzmacnianą obudową i specjalną uprzężą do przypinania na czoło, aby mieć wolne ręce. Po dokładnej i długiej, choć wynikającej chyba bardziej ze strachu niż z pragnienia poprawy spowiedzi, ruszyłem w stronę tego przeklętego kiosku, wciąż dokumentując praktycznie każdy mój krok. Nie wiem, skąd się biorą te usterki w przejściowym etapie pomiędzy studzienką a portiernią, być może to zetknięcie dwóch światów generuje jakąś zakłócającą zapis obrazów energię. Myślę, że powinienem również zabrać wtedy jakieś przyrządy pomiaru promieniowania o różnych pasmach, czy może nawet tradycyjne wahadełko. Szansa jednak przepadła, bo tym razem już naprawdę nigdy tam nie wrócę. Poza samymi aparatami nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zabrać. Nie wiedziałem, ile potrwa moja wizyta i jakie są tam warunki. Zapakowałem więc pełen plecak ubrań na ciepłą i zimną aurę, duży zapas konserw turystycznych, wodę źródlaną w gumowych bukłakach z rurką dla kolarzy, wodę święconą w takich samych pojemnikach, lecz w innym kolorze, butlę z zapasem tlenu na dwie godziny wraz z ustnikiem, całotwarzową maskę strażacką, kask i elementy ochronne stroju dla ekstremalnych rowerzystów górskich. Do tego karimatę, śpiwór, trzy latarki o różnej mocy, akumulatorki, a nawet czekan alpinistyczny i długi, wojskowy bagnet, wyszabrowany podczas szkolenia wojskowego między semestrami konserwatorium. Ponadto obwiesiłem się wszystkimi możliwymi dewocjonaliami, jakie zdołałem zdobyć, bądź zakupić. Nie przydało mi się nic. Moja druga podróż do piekła przebiegła nadspodziewanie szybko. Klatka schodowa w studzience miała tylko dwa zakręty, zaś korytarz, z jakichś powodów, skrócił się do sześciu metrów długości. Po kilku minutach stałem przed wewnętrznymi drzwiami. Nie widząc dzwonka zapukałem. Portierowi odryglowanie wszystkich zamków zajęło dłuższą chwilę i gdy wreszcie otworzył, byłem znacznie bardziej przerażony niż państwo, oglądając przeźrocze. Mimo demonicznej natury i powiązanego z nią czystego zła, które reprezentował, portier zdawał się przyjaźnie nastawiony, lub takie właśnie dostał wytyczne zachowania od swoich przełożonych. Pozwolił sobie zrobić zdjęcie i zapewnił, że spokojnie mogę wejść z aparatem i że teraz już wszystko będzie działać. Wyraził wątpliwość wobec sensu dźwigania mojego bagażu i zaoferował, że może mi go u siebie przechować na czas mojego pobytu. Nie uspokoiło mnie to, bo przecież mój pobyt mógł trwać wieczność i jemu to właściwie bez różnicy. Szybko zauważyłem również, że moje dewocjonalia nie robią na nim żadnego wrażenia, a na moją dyskretną próbę spryskania go święconą wodą zareagował czymś w rodzaju uśmiechu, o ile dobrze zinterpretowałem jego grymas. Mimo grzecznych sugestii, zdecydowałem się zachować swój bagaż przy sobie i po wpisaniu w odpowiednie rubryki notesu dokładnego czasu mojego przybycia i złożeniu podpisu, który chciałem sfałszować, lecz portier znów tylko się uśmiechnął, zostałem wpuszczony do wewnętrznych kręgów piekła. Co ciekawe i niewytłumaczalnie przerażające zarazem, ewidencja mojego pobytu zanotowana została w niezwykłych jednostkach, których zapisu i wydźwięku nie jestem w stanie odtworzyć i nawet nie chciałbym się nauczyć, bo gdy tylko spojrzałem na nieznane mi symbole to odczułem tak wielkie obrzydzenie i smutek, że oczy zaczęły mi łzawić i dostałem nudności. W tym miejscu możemy spokojnie przyspieszyć wymianę slajdów, panie Romku, bardzo proszę o ustawienie czasu ekspozycji każdego zdjęcia na minutę i trzydzieści sekund… O ile portiernia, no i znane mi pomieszczenia, które można zakwalifikować jako piekielny przedsionek, utrzymane są w stylu rozpadających się zabudowań PGR z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, z obszaru Polski wschodniej, to wewnętrzne kręgi są już znacznie bardziej surrealistyczne, jeśli można tak powiedzieć. Tu widzą państwo płynne przejście z wnętrza udekorowanego lamperią w półzamkniętą przestrzeń, której ściany zbudowane są chyba z żywej tkanki, przypominającej bordowe plastry miodu. Proszę mi wierzyć, każda z tych komórek pulsuje w rzeczywistości, a jeśli widzą państwo te opalizujące wiązki, to w naturze, jeśli można tak powiedzieć, wyglądają one jak przekaźniki informacji bądź energii elektrycznej. Te błyski rozchodzą się równomiernie po wszystkich ścianach, skupiają się, tu widzą państwo, gdzieś, powyżej tej żółtej chmury co zasłania państwu widok. Czy jest tam sufit, czy raczej mózg? Wszystko jest możliwe w takim miejscu. Można też zwrócić tu uwagę na panoramę piekła, która rozciąga się prawie w całej swojej przykrej okazałości. Wejście przez portiernię jest tu jednym z najwyższych punktów. Ten smutny świat ma formę lejka i w późniejszym etapie mojej wędrówki okaże się to sprawą kluczową. Ciekawostka – za pierwszych dni panowania Szatana, piekło było płaskim dyskiem, jednakże z czasem władca osiadł i swoją anielską mocą zbudował się na nowo, stając się legendarnym źródłem całego zła. Następnie wprawił swój świat w ruch wirowy i przeformował tak, by jego środek był wklęsły. Od tamtej pory piekło jest najgroźniejszą twierdzą przeciw wrogom i wieczystą pułapką dla poddanych. Fotografia tego nie oddaje, ale proszę mi wierzyć, piekło jest naprawdę okropne i nie potrafię wyobrazić sobie bardziej nieprzyjemnego miejsca. Temperatura jest dosyć wysoka, choć akceptowalna, za to smród, jaki panuje tu wszędzie, poza portiernią, jest tak obrzydliwy, że nawet moja maska strażacka zdała się na nic. To jak, za przeproszeniem, zgniłe mięso zmieszane z psimi odchodami i zepsutą rybą. Na tym slajdzie widzicie państwo piekielnych mieszkańców. Na pierwszy rzut oka widać, że są oni tak różnorodni, że ciężko by ich było zaklasyfikować w jakieś gatunki. Ja nie zauważyłem żadnego demona, choćby podobnego do swojego pobratymca. Czy ich formy zależą od ich upodobań estetycznych, czy identyfikacji z przymiotami reprezentowanymi przez ich elementy składowe? Sami państwo widzą, że jest tu mnóstwo hybryd – tu na przykład wieloryb na pajęczych nogach z lwią głową i skrzydłami flaminga. Czego jest to symbol, jeśli w ogóle jest? Nie mam najmniejszej ochoty wiedzieć. Nie wiem również jak bardzo te potwory przywiązane są do swojej fizycznej formy. Z pewnością nie widziałem, aby któryś się przeobrażał. W czasie mojej udręki przed pobytem w piekle, gdy powoli zaczynałem się godzić z myślą, że tam trafię, często zastanawiałem się, czy jego mieszkańcy mają cokolwiek, co zespaja ich w społeczeństwo? Choćby jakikolwiek ekwiwalent kultury? Fakt, że używają języka i elementów architektonicznych, nie musi koniecznie o tym świadczyć. Być może jest to swoisty, jak to mówią, interface użytkownika, wykorzystywany tylko do kontaktów ze śmiertelnikami. Jedynym przejawem powtarzalnych zachowań, nieco bardziej abstrakcyjnych i zarazem socjotwórczych, jaki tu zauważyłem, jest właśnie to ohydne pismo, którego nie sfotografowałem, gdyż, mimo tych strasznych obrazów, na jakie już i tak państwa narażam, uważam że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien oglądać tych liter, jeśli chciałby zdrowe zmysły zachować. Zanim poznałem prawdę, myślałem jeszcze, że sposoby kaźni grzeszników mogłyby być przejawem wstrętnej kultury piekielnych obywateli, ale to znów równie dobrze mógł być przekaz skierowany w stronę ludzkości, nie musiałby koniecznie wynikać z demonicznych tradycji czy pojęcia estetyki. Zresztą faktycznie. Męki, jakie spotykają tu grzeszników nic z kulturą wspólnego nie mają, nawet taką diabelską… Przepraszam panie Romku, bardzo proszę pominąć ten slajd. Nie mam i nie chcę mieć najmniejszego pojęcia o tym, co się na nim dzieje, a fakt że widziałem tą scenę w ruchu tylko sprawia, że wiem co mówię. O, ten już jest minimalnie lepszy. To, co państwo teraz widzą, jest przynajmniej w miarę logiczne, na swój diabelski sposób. Ta wielka rybia głowa, która kończy się nagim kręgosłupem i wygląda jakby gniła, wcale nie jest martwa. Ten potwór spoglądał trzeźwo swoimi pozornie martwymi oczami, poruszał wąsami i nawet tą resztką skrzeli, które tam widać z boku, przede wszystkim zaś wypluwał ze swojej paszczy coś podobnego do gigantycznej ikry, z tą jednak różnicą, że z jajeczek nie wykluwają się młode rybie głowy. Jajeczka te służą do produkcji smrodu. Tylko i wyłącznie. Nie wiem, czy państwo zdają sobie sprawę z rozmiarów tego rybiego potwora, gdyż oskórowana wiewiórka po prawej stronie, dla odmiany chyba element architektoniczny, może zaburzać skalę. Obiekty na tej fotografii znacznie przewyższają wysokością pałac kultury i wciąż zaznaczam, że jeden z nich zatrudniony jest wyłącznie do generowania brzydkiego zapachu. Mieszkańcy piekła z jakichś powodów byli wobec mnie bardzo obojętni, nie byli mi w stanie wytłumaczyć celu mojej wizyty, wzruszali ramionami lub szorstko dawali do zrozumienia, że nie są zainteresowani pomocą. Sądziłem, że może dlatego, że ten rejon nie był rejonem tortur. Z jednej strony dawało mi to nadzieję na jakąkolwiek przyszłość, która nie będzie wiecznością w męczarniach, a z drugiej wzbudzało obawę, że może ja miałbym się również stać demonem i dlatego mnie tu zaproszono. Mimo tego, co tam zdążyłem zobaczyć, nie wyobraziłbym sobie prawdy ani o moim przeznaczeniu ani o tym miejscu. Nie wspominałem jeszcze państwu, że diabły, które widzą państwo na przeźroczach w dużych ilościach i kształtach, zupełnie ze sobą nie rozmawiają. Przynajmniej nie werbalnie, bo zostaje jeszcze kwestia pisma. O ile, jak wspominałem, ze mną nawiązywały jakąkolwiek, chociaż szorstką interakcje, siebie zauważały tylko o tyle, by siebie nie potrącać zbyt mocno. Chciałbym jeszcze na chwilę skupić się na kwestii bagażu i mojego teoretycznego zapotrzebowania na posiłki. Otóż, w piekle każdy otrzymuje zupełną wytrzymałość na wszystko, w końcu może tu przetrwać wieczność. Mój wielki plecak nie ciążył mi więc, ale też żadnego elementu jego zawartości nie zużywałem. Mimo to zacząłem trochę żałować, że nie oddałem go do przechowania na portierni i nawet, trochę poirytowany, myślałem, czy by go tu nie zostawić, wciąż jednak miałem nadzieję, że wrócę i trochę żal mi było wydanych środków na skompletowanie ekwipunku, którego nigdy bym nie użył. Moja wędrówka po piekle trwała dwa tygodnie i pod koniec pierwszego zacząłem dostrzegać pewne rzeczy, które wzbudziły moją podejrzliwość. Otóż do tej pory napotkałem jedynie diabły i to im głębiej w piekło, tym bardziej osowiałe. Tu proszę zobaczyć, zresztą na tym slajdzie jak smutno siedzą, bez ruchu. Gdy szedłem niechcący dwa dni później przez to samo miejsce, siedziały dokładnie tak samo, żaden nie zmienił pozycji ani na centymetr, uprzedzając potencjalne pytanie, sprawdzałem czy są żywe i były, bo mnie jeden przegonił. Ogrom prawdziwego nieszczęścia piekła zobaczyłem jednak dopiero w drugim tygodniu wyprawy, gdy nareszcie natrafiłem na miejsce, w którym przebywali ludzcy grzesznicy. Na tym slajdzie, proszę zwrócić uwagę, na zboczach, nazwijmy to – z braku czasu na wymyślanie lepszej nazwy – nadmiernie owłosionej, chociaż obdartej ze skóry, gigantycznej syrenki, mogą państwo dojrzeć takie jaskinie otoczone jakby wieńcami z kukurydzy, groszku i przeciętych na pół psich głów – właśnie tam mieli coś, o czym myślałem, że jest ich więzieniem, lecz tak naprawdę było ich kwaterą. Wszedłem oczywiście do środka jednej z tych jaskiń, kolejny slajd właśnie to pokazuje, dokładnie ten. Spodziewałem się bliźnich wijących się w męczarniach, bądź chociaż w niewoli, ale proszę tylko spojrzeć…

Widzowie wpatrują się w puste spojrzenia i bezmyślne miny grzeszników, układających się bezwładnie na każdej dogodnej powierzchni. Coś w braku mimiki twarzy i choćby minimalnej intonacji w głosie pana organisty, narzuca nieprzyjemne skojarzenia właśnie z osobami na zdjęciu.

– Proszę państwa, ci biedacy cierpią z własnej nieprzymuszonej woli, wybierając wciąż łatwiejsze rozwiązania i pogłębiając swoją degenerację. Zło jest tylko i aż brakiem dobra, wystarczy więc się poddać, zaprzestać twórczości i poszukiwania czegokolwiek dobrego i trwać tak wystarczająco długo, choćby w ignorancji, agresji czy kłamstwie, które przecież są drogami banalnie prostymi, by samemu zsunąć się w piekło, nawet za życia i nie zauważyć różnicy po śmierci. Oni będą tam siedzieć po wieczność, bo do głowy im nie przyjdzie, by się zmienić. Przyzwyczaili się. Byłem tam dwa tygodnie, drodzy państwo, no i nie widziałem żadnej tortury, żadnej agresji. Myślimy, że piekło jest fabryką nieszczęścia, celową machiną do zadawania wiecznej udręki, podczas gdy jest ono po prostu skupiskiem przegranych, którzy nie mają się gdzie podziać i degenerują się w nieskończoność, choćby w skutek prostackiego lenistwa. Tak, wszyscy powinniśmy się bać, że pójdziemy do piekła. Nie ma nic gorszego, gwarantuję. Ale nikt nas tam nie wyśle, ani raczej, pomijając wyjątki, nie zaciągnie, sami to zrobimy, gdy zaniedbamy nasze dobre uczynki, które, jak wszyscy wiemy nie są wcale takie łatwe w wykonaniu. Gdy pojąłem, co się tam dzieje, zupełnie wszystko przestało być dla mnie logiczne. Sądziłem, że może będę zmuszony stoczyć walkę o swoją duszę z wrogiem, który przynajmniej nie będzie mnie ignorował, a wszystko wskazywało na to, że jestem tu zupełnie bez sensu i nie wiadomo czy nawet za karę. Poza tym nie mogę odkupić swojej duszy, bo nikt mi jej nie zabrał. Nie rozumiałem, dlaczego portier do mnie wydzwaniał, skąd brał się ten przymus mojego powtórnego przyjścia w to nieszczęsne miejsce i coraz bardziej rozpaczliwie szukałem kogoś, kto pokaże mi cel tego absurdu. Panie Romku, bardzo proszę przewinąć te slajdy, nie, to nie są akurat demony, obawiam się że raczej rzeźba terenu. Tak, wyglądają jak nagie kobiety, ale połączone miednicami i proszę spojrzeć na ich żółwie głowy, niektóre nawet potrójne. Nic przyjemnego. Zresztą to tylko rzeźba terenu, nawet jeśli trochę zgrabniejsza od całej reszty piekielnych pejzaży. Jeszcze jeden, jeśli można i powinno być to, o czym chciałbym opowiedzieć, o właśnie, krwawy basen z martwymi płodami. Tak, proszę państwa, to bardzo stacjonarny demon i zresztą, jedna z niewielu postaci w tym świecie, z którą istniał jakiś nikły sens rozmawiać. Jeśli spotkałbym go chociaż tydzień wcześniej, to przysięgam, że prawie bym się uśmiechnął. Pod koniec drugiego tygodnia jakoś tak stałem się mniej ekspresyjny. W każdym razie osoba, tak, ten basen, którą widzą państwo na zdjęciu, ma na imię Szatan. Szatan, proszę państwa, założył to miejsce i on jest nieudolnym twórcą większości tych pokracznych i niesmacznych rzeczy, które państwu pokazałem. Mimo swojej przerośniętej dumy i jeszcze większych ambicji, jest ograniczony, głupi, niestaranny i niekonsekwentny, co widzieliśmy praktycznie na każdym slajdzie. Jak go rozpoznałem? Sam mnie zaczepił, bo akurat przechodziłem obok, a jemu się jeszcze chce nawiązywać jakiekolwiek interakcje. Trudniej było z odnalezieniem go. Jak pamiętamy nikt nie potrafił, bądź nie chciał pokazać mi drogi do kogoś kompetentnego, więc trochę się pogubiłem, zanim wybrałem ostatni kierunek, w którym jeszcze nie szedłem, czyli do samego centrum piekielnego lejka. Nie było sensu na razie wspinać się na obrzeże piekła, aby wrócić na portiernię, bo nie przypuszczałem, by w ogóle mi otwarto od środka bez przepustki. Po wielu nieudanych próbach znalezienia kogoś, z kim mógłbym porozmawiać na temat mojego położenia, stwierdziłem że obiorę kierunek na samo dno. Powinienem tak zrobić od razu, obyłoby się bez tylu przykrych doświadczeń i rozczarowań. Państwo mogą nie wiedzieć, ale piekło jest Szatanocentryczne. Też się tego na początku nie spodziewałem, ale teraz nie miałbym żadnych wątpliwości. Szatan był z początku oburzony, że mnie tu spotkał, dąsał się że obrażam jego majestat, gdyż, jako bezwartościowy śmiertelnik, a do tego jeszcze żywy, nie mogę przebywać w tak bezpośredniej bliskości władcy mroku. Był tak przekonujący, że z nabytą tu rezygnacją, przez chwilę pomyślałem, aby biernie poczekać na jego wyrok. Okazało się jednak, że mam jedną przewagę nad panem ciemności. Jako człowiek, żywy i obdarzony wolną wolą, nie bardzo mogę zostać przez niego po prostu zabity, może mnie kusić, manipulować, opętać lub perswadować. Dopóki jednak nie wyzionę ducha wskutek dzieła kosmicznego przypadku, który zdejmie odpowiedzialność za moją śmierć ze wszystkich zainteresowanych dotrzymaniem obietnicy o mojej wolnej woli i niezależności, Szatan nie może uczynić mi fizycznej krzywdy. Zresztą, nawet jeśli by to zrobił, i tak byłem już w piekle, więc by się mnie nie pozbył, no i wreszcie w tej piekielnej rzeczywistości to w ogóle ciężko jest kogoś zabić. Gdy już doszliśmy do tych wniosków, musiałem wytłumaczyć swoją obecność w tym pozbawionym nadziei kraterze. Wtedy dowiedziałem się rzeczy zaskakującej na temat portiera – on wcale nie był taki przyjacielski. Gdy trafiłem do wewnętrznych kręgów piekła, zastanawiałem się, dlaczego normalne diabły, na pierwszy rzut oka ważniejsze niż portier, zbudowane były znacznie bardziej niedbale, co więcej portier wydawał się mieć znacznie więcej chęci do życia i siły charakteru, niż one wszystkie naraz. Portier, nie był, być może, piękny, jednakże cała jego forma jest skończona, proporcjonalna i konsekwentna, więc na tle obywateli wewnętrznych kręgów, portier jest wręcz elegancki. Szatan, dowiedziawszy się o powodzie mojej obecności w piekle, wyjaśnił że wraz z kuzynem wpadliśmy w pułapkę Lucyfera, gdyż tak właśnie portier naprawdę ma na imię. Lucyfer, jak się okazało, czasami buduje przejścia do naszej rzeczywistości i stara się nawiązywać z nami fizyczne kontakty, nie od dziś zresztą. Za to przecież został wygnany z Boskiej armii, chociaż w tamtych czasach uganiał się raczej za spódniczkami, a nie szukał nowych lokatorów. Oczywiście nasze problemy są dla niego źródłem radości, lecz ma jeszcze jeden, znacznie głębszy cel. Jeśli by zaludnił jakimiś żywymi ludźmi przynajmniej część tego najsmutniejszego leja we wszechświecie, może wnieślibyśmy weń trochę inicjatywy, możliwe że nawet stworzylibyśmy jakieś kolektywy. W piekle mamy niemalże gwarancje nieśmiertelności, przecież, każdy kto tu wejdzie, musi trwać w nieskończoność, aż po utratę wszelkiej nadziei. Właśnie ta beznadzieja i postępująca wraz z nią entropia najbardziej właśnie Lucyfera gryzą. Niczym bohater pozytywistyczny, nie ustaje w trudach, by jego demony nie popadały w skrajny letarg. On też opracował i wprowadza to piekielne pismo, które miesza zmysły. Sęk w tym, że realizacja planu Lucyfera byłaby zaprzeczeniem koncepcji świata, w którym jedynie Szatan i paru jego współpracowników, w tym również skromny pan portier incognito, sprawowaliby absolutną władzę nad kreacją. Dlatego przecież, jeszcze jako anielscy generałowie, wzniecili pierwszą rebelię, być może jest to również jeden z powodów istnienia piekła. Koncepcja jest oczywiście dramatycznie błędna, proszę spojrzeć na prezentację fotograficzną. Mam tu udokumentowane wszystkie, za przeproszeniem, buble. Niemniej jednak, jeśli Szatan nie trwałby przy tym pomyśle, prawdopodobnie przestałby być Szatanem. Dowiadywałem się coraz więcej i coraz więcej zauważałem na temat tego chorego świata, lecz żadna obserwacja, jak dotąd nie była na tyle przydatna, by pomóc mi w ucieczce. Wiedziałem, że Szatan nie pomoże mi zupełnie w niczym, bo jaki miałby niby mieć w tym interes? Rozmawiał ze mną i możliwe, że odkrył parę arystokratycznych sekretów, lecz robił to wiedząc, że jestem bezsilny, a on miał do kogo pobulgotać swoją krwawą sadzawką. Mogłem się próbować dostać na kraniec piekielnego leja, lecz po pierwsze, to droga niemalże nie do przejścia. Piekło to pułapka i tak jest skonstruowane, aby się w nim gubić. Jedyna pewna droga, to droga do środka, na sam dół. Poza tym, nawet jeśli bym się wydostał na krawędź, Lucyfer by mi nie otworzył, z tego samego powodu, dla którego Szatan by mi nie pomógł – nie miał w tym interesu. Wręcz wolałby pewnie, abym został, w końcu byłem jego eksperymentem, przymusowym kolonistą wewnętrznego kręgu piekła. Łudziłem się trochę, że może moja obecność wznieciłaby jakiś konflikt, ale właściwie nic nie zmieniłem. Lucyfer, który dotarł do krawędzi, starał się aktywizować swoich poddanych, Szatan zaś w centrum swojego świata leżał w stagnacji i popadał w coraz głębszą dekadencję. Coraz bardziej kusiła mnie najbardziej desperacka Ewentualność. Nikt jeszcze nie sprawdził, jak głęboki i czy może ma jakieś międzywymiarowe odpływy, krwawy akwen zwany Szatanem. Szatan bulgotał i bulgotał i miałem wrażenie, że szybko mu się nie skończą zasługi i mroczne tajemnice, którymi mógł się przede mną chełpić. Musiałem brać pod uwagę również zagrożenie, które czeka na mnie już na Ziemi – jeśli rozgniewałbym księcia ciemności, on skupiłby na mnie wszystkie swoje talenta, którymi kusił od początku ludzkości owieczki na manowce. Trafiłbym do domu i za chwilę popełniłbym samobójstwo, trzeci raz trafiłbym do piekła, tym razem na zawsze. Z drugiej strony lepiej mieć w nim otwartego wroga, niż czekać aż zażyczy sobie spłaty za potencjalną przysługę, tym bardziej, proszę państwa, że Szatan raczej nie uznaje innej waluty niż gwarancja stałego zameldowania, w miejscu, w którym i tak już tkwiłem. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej odkrywałem, że nie opuszczę piekła w żaden konwencjonalny sposób i że albo tu zostanę, powolutku nieruchomiejąc przez wieczność, albo zrobię jedyną rzecz, której jeszcze chyba nikt nie próbował. Zrozumiałem, że będę musiał popływać w Szatanie i modlić się gorliwie, by w ogóle było gdzie i którędy wypłynąć. Panie Romku, proszę przygotować ostatni plik, tak, mam jeden plik filmowy i to właśnie o niego chodzi. Proszę państwa, oto film z wnętrza anielskiego zbiornika o imieniu Szatan. Zdziwią się państwo, ale jego odpływ kończy się w zbiorniku na deszczówkę w naszej remizie.

h
Reklamy
  1. Dobre piekło nie jest złe ;P

  2. […] w temacie estetyki i wrażeń wspomaga nas Wit Kaleta. Co prawda już go trochę znacie, od literackiej i od graficznej strony… Ale nadszedł czas, by przedstawił się oficjalnie, z dużą ilością […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: