polskie centrum bizarro

„Ojciec klozetowych jaszczurów” by Norbert Góra

In Opowiadania on Czerwiec 11, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNie od dziś wiadomo, że bizarro kolaboruje, bądź romansuje (jak kto woli) z innymi gatunkami... Z heroic fantasy, westernem, porno czy – jak w niniejszym przypadku – ze space operą. No, może niekoniecznie ze space i niekoniecznie z operą, ale z science-fiction na pewno. Zresztą, co tu dużo gadać… Łatki są dobre na portkach, w miejscu ich przetarcia/rozdarcia/zabrudzenia. W literaturze, sztuce i naukach pokrewnych niezbyt się sprawdzają.

Okej, skoro mamy już za sobą ten nieco mętny wstęp, zapraszamy do lektury nowego opowiadania znanego już z naszych (i nie tylko) łamów Norberta Góry. Bon appetit!

h

Ojciec klozetowych jaszczurów

h

W sedesie coś bełkocze – powiedział niepewnie.

– No jasne – mruknął Zygzak. – Gówna wystawiają operę.

                                      Maja Lidia Kossakowska

                                              Żarna niebios

h

Do tej pory, gdy wspominam tamten dzień, przez umysł przetacza mi się taran najróżniejszych, często absurdalnych myśli. Jak to wszystko mogło się wydarzyć? Czy byłem aż tak nienormalny? Przecież, do ciężkiego grzyba, nie czytałem powieści science-fiction, nie parałem się jakąś magią, odżywiałem zdrowo, nie kontaktowałem się z podziemiem, diabeł nie pisał do mnie listów. Jakim cudem zagościł w moim życiu tak niewyobrażalny absurd? Klątwa pechowego dnia? To chyba najlogiczniejsze wytłumaczenie.

W rzeczy samej, był piątek trzynastego marca, gdy przekroczyłem próg swojego domu, zalany w trupa. Nie pytajcie mnie, co za człowiek zaczyna weekend w czwartek, a kończy w niedzielę. Taki jestem… to znaczy byłem, do momentu, kiedy pióro dziwactwa napisało na moim prywatnym manuskrypcie zwanym życiem kilka chorych wersów.

Księżyc oddalał się za horyzont, zmęczony całonocnym czuwaniem, oświetlaniem dziurawych dróg, bezkresnych zielonych pól i ciemnych, szeleszczących na wietrze lasów. Słońce zaczynało swoją zmianę, dłuższą niż niejeden człowiek miał w fabryce. Z trudem ściągnąwszy w przedpokoju białe adidasy, poczułem, że jest mi niedobrze. Przeholowałem, nie ma co ukrywać. Czknąłem i chyba właśnie zrozumiałem, że zaraz do gardła napłynie mi gorzkawa kaskada, o której nie chciałem myśleć. Rzuciłem się do toalety, otworzyłem klapę i oddałem do ścieków to, co było mi już zbędne. Kaszlnąłem, przepłukałem usta i dotaskałem się na kanapę w salonie, a potem zwaliłem się na nią z hukiem. Przez moment kołysałem się jak krzywa wieża w Pizie. Nadszedł błogi spokój i czas na regenerujący sen.

h

***

h

Po czterech godzinach obudził mnie nieokreślony bulgot dobiegający z łazienki. Z bolącą głową przeciągałem wzrokiem od ściany do ściany. Chlupot wody nie ustawał.

Co jest? – pomyślałem zaniepokojony i z całych sił dźwignąłem się z kanapy. Szybkim krokiem udałem się do łazienki i otworzyłem białe, drewniane drzwi. U samego progu zamarłem. Chciałem wrzasnąć, ale bałem się, że znowu zanieczyszczę to pomieszczenie.

Z sedesu wychodziły na zewnątrz pomarańczowo-zielone, miniaturowe jaszczury, z fikuśnie zakrzywionymi posrebrzanymi ogonami. Czy ja to naprawdę widziałem, czy śniłem, a nadmiar alkoholu wywołał niespodziewane halucynacje? Cholera, jointa nie wziąłem nawet do ust! Na zachlapanych wodą kafelkach swobodnie poruszały się trzy jaszczury. Skrzeczały, spoglądając na mnie dumnymi, lśniącymi i czarnymi jak krucze skrzydła oczami. Czy one… w, mordę! … zrodziły się z moich resztek pokarmowych? To musiał być cholerny sen, chory koszmar! Przełknąłem ślinę i podbiegłem do jednego z tych dziwadeł. Chwyciwszy je, przyjrzałem mu się uważniej. Jaszczur wystawił w moim kierunku tęczowy jęzor. Makabra… absolutna makabra.

Całe szczęście, że miałem nieduże okienko w toalecie. Otworzyłem je z hukiem i zacząłem po kolei wyrzucać na zewnątrz nieproszonych, jaskrawych gości. Kiedy wyleciał przez okno ostatni z trzech jaszczurów, które wydostały się z klozetu, zamknąłem okienko i wypuściłem powietrze z ust. W moim sercu zagościła nieopisana radość, ale nie na długo. Po chwili znowu usłyszałem ten sam delikatny chlupot. Z wnętrza sedesu wydostawał się nieporadnie następny jaszczur, ciekawy świata.

– Nie wierzę – wymamrotałem pod nosem i złapałem gada za łuskowate, nieduże ciało. Jego też miałem zamiar wyrzucić, ale plany pokrzyżowało mi pukanie do drzwi. Ktoś stał na klatce schodowej i dobijał się do mieszkania. Wpadłem w panikę.

Jeśli ktokolwiek to zauważy, stwierdzą, że jestem jakimś świrem i zamkną mnie w wariatkowie! – pomyślałem i spojrzałem jaszczurowi prosto w twarz. Tak jakby uśmiechnął się, prezentując ostre, małe i – o, dziwy tego świata! – zielonkawe ząbki. Przebiegłem przez przedpokój i stanąłem przy drzwiach, wlepiając spojrzenie w wizjer. To był mój sąsiad.

Wścibski, czesany w ząbek, emerytowany dziennikarz. No to było po kompocie.

– Już, już, chwileczkę – wyjąkałem z trudem, potrząsając kolorowym jaszczurem. Niewiele myśląc, cisnąłem go w głąb drugiego pokoju, prosto na łóżko. Gad wygiął się i wylądował na miękkim posłaniu, z cichym stuknięciem. Ja podbiegłem do pokoju, zamykając za sobą drzwi na klucz, po czym wróciłem do głównego wejścia.

– Co pana do mnie sprowadza, sąsiedzie? – zapytałem tego cholernego gada… tfu, sąsiada, otworzywszy drzwi. Jego twarz zwiastowała oburzenie pomieszane z bliżej nieokreślonym uczuciem, niczym pies wiedzący, że w środku mieszkania jest jakaś wartościowa rzecz.

– Nie zgrywaj pan głupka! – odparł. – Wszystko widziałem! Coś pan wywalił przez okno?

Jego pytanie rozłożyło mnie na łopatki. Wstrętna łajza. Czasami żałowałem, że nie przefasonowałem jego pomarszczonej buźki przed laty, ale nie należałem do osób stosujących przemoc wobec sąsiadów.

– Ja? Przez okno? – udawałem zdziwienie, żeby zmylić czujność emerytowanego dziennikarza. – Nic takiego, musiało się coś panu pomylić, łaskawy sąsiedzie.

– Nie łżyj pan! – warknął. – Doskonale wiem, że robisz pan coś nielegalnego. Co, marihuanę hodujemy? Bimber potajemnie pędzimy?

Wpatrywałem się w tą owalną twarz o dokładnie zarysowanych szczękach, z hitlerowskim, srebrnym jak księżyc w pełni wąsikiem. Zimne, niebieskie oczy ex-reportera promieniowały nienawiścią. Zafajdany pismak. Wyczuwał sensację na kilometr.

– Pan mnie obraża, sąsiedzie. Ja jestem prawym obywatelem i nie param się niczym, co łamie jakiekolwiek kodeksy – odparłem, naprawdę oburzony, ale wstrętna świnia nie dawała za wygraną.

– Ja to widziałem na własne oczy. Coś kolorowego, błyszczącego wypadło z pańskiego okna i ja, Stefan „Węszący Nos” Grudowicz, mam zamiar dowiedzieć się, co to było, albo nie jestem dziennikarzem.

Popatrzyłem na niego zdziwiony i parsknąłem śmiechem.

– No nie jest pan już dziennikarzem.

Zignorował moją uwagę, odepchnął mnie i wbiegł nieproszony do mieszkania. Od razu przyciągnęły go zamknięte na klucz drzwi do drugiego pokoju. Przekręcił tkwiący w ich zamku klucz, po czym jęknął ze strachu.

– Co to jest, na miłość boską?! – zapytał drżącym głosem.

– Dobre pytanie – odparłem obojętnie i wzruszyłem ramionami. – Nie wiem.

Stefan „Węszący Nos” Grudowicz przyglądał się jaskrawemu jaszczurowi, patrzącemu na niego zdziwionymi, lśniącymi oczyma.

– Skąd pan wziął to stworzenie?!

– Wyszło z toalety – stwierdziłem i dopiero po chwili zorientowałem się, jak głupio to brzmi. – Jak to, wyszło z toalety? Jakim cudem?

– Niech się pan sam przekona – odpowiedziałem i gestem zaprosiłem go do klozetu.

h

***

h

Tym razem po kafelkach chodziło już osiem jaszczurów. Skrzeczały, pochrapywały i łaziły od ściany do ściany. Sąsiad nie mógł się nadziwić.

– Jak one się tam znalazły? – zapytał, nie zwracając na mnie uwagi.

– No, ja… – zamilkłem i przełknąłem ślinę, a potem wycedziłem to prosto z mostu, zza zaciśniętych ust. – Zwymiotowałem.

Stefan „Węszący Nos” Grudowicz spojrzał w moim kierunku z odrazą. – To obleśne, ale… fascynujące!

Ta, rzeczywiście, pomyślałem i pokręciłem nieznacznie głową.

– Wie pan, co to znaczy? – wypalił znowu, a ja zamrugałem niespokojnie.

– Niby co?

– Zrobię z pana gwiazdę. Jest pan, cholera, statkiem-matką! – krzyknął, podskakując z radości.

Patrzyłem na niego jak na chorego psychicznie klauna w cyrku.

– Słucham? Statkiem-matką?

– No. Jak w powieściach fantastyki naukowej. Człowiek, który miał w środku obce formy życia. Już widzę ten tytuł – szeptał pod nosem, rozpościerając ramiona, tak jakby mierzył długość owego tytułu w gazecie. Przydałaby mu się linijka.

– Nie wyrażam zgody na żaden artykuł, jasne? – wypaliłem i dla podkreślenia swoich słów tupnąłem nogą, aż jaszczury zadrżały.

– Niech pan nie będzie dzieckiem, sąsiedzie. Mamy wolne media, a one muszą wiedzieć o wszystkim. Mam tytuł!

Zamrugałem jeszcze raz, nie mniej zdziwiony. No, strzelaj, geniuszu, pomyślałem.

– Ojciec klozetowych jaszczurów!

Ja chyba jednak śnię, próbowałem utwierdzać siebie w tym przekonaniu. Naprawdę, cholera, śnię. Szybko zorientowałem się, że to nie był sen, dokładnie zaś w momencie, kiedy jaszczur otworzył pysk i przemówił ludzkim, aksamitnym głosem.

– Przybyliśmy tu z innego wymiaru.

Stefan „Węszący Nos” Grudowicz zamrugał, kaszlnął i zemdlał. Runął bezwładnie prosto na kafelki, waląc w nie głową z impetem. Gdy zauważyłem strużkę krwi na podłodze, zrozumiałem, że piątek trzynastego nie mógł wyglądać gorzej niż ten, który właśnie przeżywałem.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: