polskie centrum bizarro

„Sprężynokonie” by Karolina Front

In Opowiadania on Czerwiec 18, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtIstnieje pogląd, że literatura dzieli się na męską i kobiecą. Albo dobrą i złą. Albo prozę i poezję. Albo… podziałów można by znaleźć ze sto tysięcy, cóż z tego, skoro z tych teorii niewiele wynika. No, może poza łechtaniem ego wybitnych i wybitniejszych teoretyków słowa pisanego… Dziś na niedobrych literkach prezentujemy nowe opowiadanie Karoliny Front. Sami je oceńcie i wyciągnijcie wnioski. Jeśli i jakie chcecie.

PS. Jak donoszą różowiewióry Karolina wkrótce będzie obchodziła urodziny… a więc Paskud wraz z paskudną bandą dorzuca swe paskudne życzenia – setki równie zakręconych tekstów!

h

Sprężynokonie

h

– Bo widzisz, Adasiu – ciągnął Dziad – życie jest dokładnie takim, jakim się spodziewasz, że będzie. Adaś przytaknął cichym mruknięciem i otarł się o nogi Dziada, który wyraźnie zadowolony z jego postępku, pogładził go po ramionach.

Pogoda całkiem fajna. Może i bez rewelacji, bo jednak słoneczne światło w połączeniu z bajeczną kwiecistością łąki dawały raczej wrażenie kiczu, niż naturalnego piękna przyrody. Odległe jabłonie rodziły owoc za owocem, wyścielając przycienioną trawę pod swoimi konarami morzem czerwonych, pękatych jabłek. Miękka, dawno nieprzystrzygana trawa falowała beztrosko na wietrze, by skorzystać z każdego promyczka czerwcowego słońca. Kwiaty były nader idealne. Delikatne płatki wielkości talerzy górowały nad zieloną równiną i zalotnie dawały się łaskotać wiatrowi w pręciki. Nawet kruki były jakieś takie niezimowe i pochowały się gdzieś wysoko na niebie, nieosiągalne dla narażonych na spalenie nadmiarem światła oczu. Chmurki. Bo nie chmury. Radosne, puchate i białe, uśmiechały się z wysoka gnając na północ, żeby zobaczyć jak najwięcej tak wspaniałych miejsc jak właśnie to.

Niebieskawy ocean przecięła czerwona krata. To tylko dziad, który wyciągnął z piknikowego kosza ogromny koc. Adaś wzdrygnął się nieco, ale przecież był bezpieczny. Wszyscy byli. Kolorowa płachta spokojnym ruchem opadła na trawę, bez żadnej zmarszczki. Wszystko idealne.

Po co tu przyszli? Adam nie pamiętał tego jakoś szczególnie. Chyba bardziej chodziło o to, żeby nie siedzieć w miejscu. Wiecie, człowiek jest jak rower; jak się nie rozwija, nie jedzie, to się najzwyczajniej w świecie przewraca.

„Rower”. Hm… Ciekawe, co to takiego. Chyba właśnie stworzyłem coś całkowicie nowego… Nieważne.

Adaś ułożył się na świeżorozłożonym kocu, brudząc go zaschniętym błotem z niebieskawych traperów. Dziad nawet się tym nie przejął. Mrugnął znacząco. Znaczenie odpowiedziało i po chwili koc był czyściutki. Zajęty podziwianiem połaci kwiatów chłopak nawet tego nie zauważył. Z jednej strony wszystkie one wyglądały dokładnie tak samo, z drugiej jednak każdy kolejny widok na ich drodze zachwycał go coraz bardziej i bardziej. Coś było w tych widokach nieprzyzwoicie niespotykanego i niepowtarzalnego. Pomimo ciągle tych samych schematów przyrody, którą mijali i praw goszczących w kreowanej naturze, pewne jej elementy pozostawały zagadką.

Stąd ogrom zachwytu na twarzy Adasia, który z rozdziawionymi ustami wypełnionymi kanapką z serem i salami, kontemplował coś namiętnie.

Dziad wymyślił nowy kolor. Skąpał w nim kwiaty. A później wszystko inne. Nie spodobało mu się jednak to, co zrobił, więc szybko cofnął swoje słowa i świat wrócił do normalności. Oprócz kwiatów, które raz na zawsze przyjęły swój nowy kolor.

– Różowy – powiedział Adaś. I tak właśnie nazywa się ten kolor do dziś.

– Ale z ciebie pedał… No weź?! Jak to brzmi? Co to w ogóle za kolor?! – oburzył się w głośności serca Dziad.

– Pedał…? – Adaś zmarszczył brwi i spod rudej czupryny spojrzał na starca. – Co to znaczy? Co to jest „pedał”?

– Nic, nic… Zapomnij – zreflektował się Dziad, po czym obrócił się na pięcie i zamachnął się płaszczem. To taki jego sposób na obrażanie się: odwracanie się i zamiatanie przy tym samym połami swojego wielkiego, wełnianego, czarnego płaszcza. W powietrze wzbiły się tumany kurzu, które poniesione przez południowy wiatr odleciały w nieznane równie szybko jak zły humor Dziada. Sam Dziad wyglądał równie poważnie. No, prawie poważnie. Długa, drewniana laska dumnie dzierżona w jego dłoni, dodawała mu powagi i dostojeństwa, ale efekt psuł długi, spiczasty kapelusz na głowie, który najwidoczniej zawadził o coś kilka razy. Tak przynajmniej Adaś tłumaczył sobie całą serię wgnieceń i zagięć na szarawym filcu, z którego wykonano to osobliwe nakrycie głowy.

– Dziadzie, powiedziano mi… Właściwie, to po co tutaj przyszliśmy? – zapytał Adaś, ściągając z szyi czerwono-biały szalik.

– Musimy kilka rzeczy sobie wyjaśnić. No wiesz, mamy kilka spraw do załatwienia w tym rejonie. Trzeba je doprowadzić do końca i w miarę możliwości zrobić to na tyle szybko, żeby zdążyć przed ruchami tektonicznymi – odparł, omiatając wzrokiem zieloną i idylliczną równinę. Wyraźnie czegoś szukał, na coś czekał. Nie dawał jednak po sobie poznać, że całe to czekanie zaczyna go niecierpliwić. Przecież on nie powinien czekać.

– Oj no, ale mówisz tak zawsze. No, że jakieś załatwienia i coś i koniec końców, to ja już nie wiem. – Zasmucił się Adaś. Wydął dolną wargę, spuścił wzrok i udawał obrażonego co chwilę sprawdzając, czy Dziad przejął się tym choć trochę.

Nie przejął się. Chłopak wstał energicznie, kierowany złością i coraz mniejszym komfortem fizycznym, na który składała się stale rosnąca temperatura. Ciągle miał na sobie wiele elementów garderoby, które przydałoby się w końcu ściągnąć. Wkrótce na kocu obok wspomnianego wcześniej szalika znajdowała się też pomarańczowa koszulka, puchowa kurtka oraz para oliwkowych szortów i wiele innych rzeczy, których nie sposób teraz opisać. Wreszcie Adam zakończył rozbieranie się i stanął przed Dziadem zupełnie nagi. Nie robił sobie z tego zupełnie nic. Starał się nadążyć wzrokiem za tym, co obserwował jego towarzysz, ale nie dostrzegł niczego, co mogło wzbudzić tak wielkie zainteresowanie ze strony staruszka. Dlatego też postanowił towarzyszyć Dziadowi w milczeniu. Przynajmniej do czasu, kiedy okaże się, po co tak właściwie tutaj przyszli.

Nie musieli czekać długo. Na oblanym złocistym światłem horyzoncie pojawiły się brunatne obłoczki. Były jednak różne od tych, które goniły gdzieś nad ich głowami. Te zbliżały się z minuty na minutę i ukazywały swoją prawdziwą naturę. Z przybrudzonych tumanów kurzu powoli wyłaniały się jakieś stwory. Jeszcze bezimienne.

Dziad złapał się pod boki i z uniesionym czołem spoglądał na swoje dzieło. Czuł się niezwykle dumny i był pewien, że to właśnie spodoba się Adasiowi, który stojąc z rozdziawioną paszczą doszukiwał się sensu w zbliżającym się harmiderze. Nie przeszkadzała mu jego nagość. Przywykł do niej już przed wiekami i niewiele robił sobie z jego słabości cielesnych. Bardziej martwiły go te duchowe niedociągnięcia… Mimo to postanowił być silnym i dumnym stwórcą. Stwórcą napawającym się kolejną chwilą swojego tryumfu nad nicością ukazaną w robieniu czegoś. Co to jednak było? O tym zadecydować miał dopiero Adam.

Najodważniejsze sztuki wyłaniające się spośród tumanów kurzu dotarły już do piknikowego koca, aby się cicho przedstawić i ukazać całe swoje jestestwo. Pozostałe osobniki równie dzielnie parły z resztą stada, nieco wolniej, ale równie wytrwale zmierzały do nich. Czuło się napięcie w tym lekkim, czerwcowym powietrzu. Może i nie było widać tego, ale zaraz stać miało się coś bardzo ważnego…

– Wow! Ależ on jest cudowny! Zobacz na ten… no! O! I tu jaki ma ten! I tamten! No i weź… Obczaiłeś to to? No wiesz, to od tamtego? I ten wihajster? – Adam nie ukrywał podniecenia nowopoznanym obiektem. A obiekt nie ukrywał podniecenia obserwatorem. Byli dla siebie równie nowi i równie dzicy. Adamowi brakowało słów do tego, by wyrazić swoje wszystkie uczucia związane z nowym odkryciem, które dumnie sprężynowało przed nim. Zasmuciło go to nieco. Usiadł więc na trawie, którą uprzednio niezbyt starannie przeczesał gołym paluchem. Podparł brodę rękoma, zmarszczył czoło i myślał długo i intensywnie, wpatrując się w całości już przybyłą niebywale radosną gromadkę. Dziad przyglądał mu się bacznie przez cały czas. Nie dawał po sobie poznać, że jest zainteresowany tym, co dzieje się w umyśle Adama, jednak ledwo wstrzymywał się z gradem pytań, którym chciałby zasypać swojego towarzysza. Musiał jednak czekać, aż cały plan zostanie zwerbalizowany przez niego tak, jak kiedyś został już przez niego wymyślony. Wpatrywał się więc tępo w horyzont, podczas gdy jego uwaga faktycznie skupiona była o wiele bliżej, niż na niewyraźnej linii oddzielającej niebo od ziemi.

A stadko jak stało, tak stało. Niektóre osobniki zaczęły skubać trawę, inne wplątały się w trawę, jeszcze inne opiekowały się młodymi, które beztrosko skakały z kwiatka na kwiatek. Żaden osobnik się nie wyróżniał. Wszystkie były dokładnie takie same. I dobrze.

Stworzenie to miało głowę konia. Charakterystyczny, wydłużony pysk pokryty miękkim futrem w kolorze kasztana, do tego para spiczastych uszu i grzywa, zalotnie opadająca na bok. Mocno zarysowane, różowawe nozdrza poruszały się miarowo. Rozwarty pysk ukazywał niebywale długi język, który z braku miejsca w paszczy zwierzęcia, zwisał swobodnie. Zielone oczy pozbawione powiek w żadnym razie nie ukazywały inteligencji zwierzęcia. Były bardzo zwierzęce, nawet jak na zwierzę. Dramatyzmu dodawał też fakt, że właściwie to tutaj kończyły się wszelkiego rodzaju koniopodobne elementy tego zwierza. Poza omówioną już typowo końską głową, doszukać się można było tylko kościanego kręgosłupa, który zakrzywiony niczym ogon konika morskiego, stanowił główny środek lokomocji, dzięki jego sprężynującym ruchom. Całość zwierzęcia wyglądała nad wyraz dostojnie i dumnie, chociaż wywieszony jęzor w czasie galopu wplątywał się w ogon i tam już zostawał. I to właściwie na tyle. Zupełnie nic szczególnego.

– Już wiem! – krzyknął Adam. – Nazwę cię… SPRĘŻYNOKONIEM!!!

– Co kurde?! – Dziad spojrzał na niego z niedowierzaniem. Wzrok typowej sfochowanej Mariolki niezbyt pasował dostojnemu brodaczowi. – Sprężynoco…?! Czyś ty rozum do końca postradał?! Jak to brzmi? Co to w ogóle za nazwa jest?

– Ale mówiłeś, że wszystko, co wymyślę, jest dobre. – Próbował bronić się Adam, po raz pierwszy postawiony w tak niezręcznej sytuacji. Dotychczas jego pomysły bardzo podobały się Dziadowi.

– Nie! Nie! Nie! To wszystko nie tak! – Staruszek wpadł w furię. Zupełnie niezrozumiałą dla Adama. Ten brak humoru niewiele miał wspólnego z zamieceniem kurzu z koca.

Tym razem było to coś o wiele poważniejszego. Niebo pociemniało. Kruki niedwuznacznie kołowały nad ich głowami. Jabłka gniły pospiesznie na żółkniejącej w oczach trawie.

Zaskoczony Adam ciągle siedział na kocu, wpatrując się w stworzenie. Sprężynokoń podszedł do niego i polizał go po stopach, nawet nie pochylając do tego celu głowy.

– Właściwie, to to wszystko było głupie. Idź sobie już stąd – rzucił gniewnie w stronę Adama Dziad i zamachnął się laską w stronę stadka.

Zwierzęta potulnie zniknęły, nim Adam zdołał się im przyjrzeć się dokładniej, pogłaskać je, zaprzyjaźnić się. A wydawały mu się takimi miłymi istotami…

– Idź już stąd. No już! Wynoś się! Nie chcę cię znać. – Dziad rzucał zaklęciami na prawo i lewo. Gniewnie rozganiał wesołe chmurki. Ich radność była dla niego teraz bardzo bolesna.

Całość piękna posłusznie znikała, bezwzględnie poddając się laskowym rozkazom. Nic nie było w stanie zatrzymać teraz Jego gniewu.

Adam starał się przemówić Dziadowi do rozsądku: – Ale… Mamy jeszcze tylko siedem dni! Musimy przecież skończyć. Sam mówiłeś, że…

– Nie! Poradzę sobie sam, a teraz spadaj stąd! I zostaw wszystkie swoje rzeczy. Ale już! Wypad! Bo jak nie… – Starzec zamachnął się gniewnie w stronę Adasia, który nie zważając na swoją nagość pognał przed siebie.

Był zszokowany, przestraszony, zagubiony i samotny. Po raz pierwszy też zupełnie sam. Tak bardzo bolało go serce…

Właśnie z tego bólu narodziła się Ona.

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: