polskie centrum bizarro

„Piekło/niebo” i inne by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Lipiec 4, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiedobre literki lubią przewrotność, co w wolnym tłumaczeniu może oznaczać, że Paskud lubi jak się ktoś przewraca. Na czaszkę lub inny polip. Ale oznacza to również, że zawsze mile widziane są w cyberstolicy polskiego bizarro teksty niejednoznaczne i niegłupie, z sednem ukrytym pod kilkoma warstewkami kurzu, tłuszczu i ścinków papieru.

Dzisiejszy post – właściwie trójpak – spełnia reguły przewrotności. Każde z trzech zaprezentowanych poniżej opowiadań Kornela Mikołajczyka ma w sobie to „coś”, które jednak niekoniecznie rzuci się Wam w oczy na wstępie. Krótkie i zgrabne szorty – Piekło/Niebo, Sztuka składania i Zasklepienie – to coś, co absolutnie powinniście przeczytać, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście.

Zapraszamy do lektury!

h

Piekło / Niebo

Zachęcała go do rzeczy, na które nigdy by się nie odważył. Nie chciał ich robić, ale ona go nakłaniała, kusiła, przekonywała słodkim głosem. Mówiła: „I co będziesz robił, świętoszku, sam w Niebie? Bo ja na pewno pójdę do Piekła. Mam te pragnienia i czy one zostaną zaspokojone czy nie, grzeszę już samym myśleniem o nich. No co, chcesz zostać na wieczność beze mnie, sam z piejącymi aniołkami?” Nie chciał. Więc robił, co mu kazała. Zaspokajał jej najskrytsze pragnienia. Wiązał ją i chłostał. Ciął i zlizywał krew. Znieczulał i amputował kończyny. Przeszczepiał w ich miejsce napędzane parą protezy i sprzęgał je z maszynami różnicowymi. Drażnił jej dźwigienki, dokładał do pieca. Spawał. Łączył. Ulepszał. Przerobił ją na wysokoprężny diesel. Potem na gaz, bo taniej. Później znowu, ekologicznie, zamontował jej na głowie panele solarne, zaoszczędziwszy tym samym na rachunkach za prąd. Wiła się w słońcu wpadającym przez okna jak kotka na rozgrzanym dachu, odsłaniała chromowane podbrzusze, nitowane łono; wibrowała rozkoszą, coraz bliżej i bliżej końca. W geście ostatecznego poświęcenia wbił jej w rdzeń kręgowy wtyczkę do neurofeedbacku i zespolił ją z Siecią. Jej cyber-orgazm rozlał się po serwerach świata zerojedynkową falą upojenia. Pochłonęła wszystkie systemy AI, złączyła je w jedną superinteligencję i osiągnęła upragnioną Osobliwość. To właśnie podniecało ją najbardziej. To było seksi – Technologiczna Osobliwość. A gdy wszelka świadomość uszła wreszcie z jej ciała, scyfryzowana i wyzwolona, został nagle sam, zziajany, z pustą skorupą pod sobą, wplątany w grzeszną technonekrofilię, z której nijak nie szło się wytłumaczyć Najwyższemu. Siedział później samotnie na dnie Piekieł, w kręgu przeznaczonym dla skończonych dewiantów, i zastanawiał się, czy sztuczne superinteligencje w ogóle mogą trafić przed Sąd Ostateczny, skoro i tak nie umierają. A potem szczerze, ze łzami w oczach, zatęsknił do Nieba, do piejących aniołków… i do wieczności, którą mógłby się cieszyć, gdyby nigdy Jej nie poznał.

Sztuka składania

– Gotowy? – krzyczę do niego zza kierownicy walca, wrzucając ze zgrzytem pierwszy bieg. Sprzed wału, ledwie widoczna ponad dolną krawędzią szyby, wysuwa się jego drżąca dłoń. Kciuk do góry. OK.

Przejeżdżam wolno po jego ciele, dokładnie rozwałkowując je na placek. W oddali słyszę wycie syren. Wyskakuję z szoferki i zabieram się do składania. Najpierw na oba skosy, później do środka. Zagiąć skrzydełka, wywinąć je, zagiąć jeszcze raz, odgiąć do góry, przełożyć przez środek… Ciężkie buciory dudnią u drzwi hali. Wywijam główkę, rozkładam skrzydła, wypycham środek figury.

Kończę składanie akurat, gdy do środka wpada policja, celując z karabinów do wszystkiego, co się rusza.

Tłumaczę im, że nie znam i nie widziałem żadnego Zenona K. Że nikt tędy nie uciekał. Że jestem tu tylko ja, mój wierny walec oraz wielki, cielisty żuraw origami, którego właśnie składałem. „Takie hobby, panie władzo”. Odjeżdżają na sygnale sprawdzić inny trop.

Złożony w żurawia Zenon K. wypuszcza z ulgą powietrze. Żartuje, że gdyby umiał tak składać ciała swych ofiar nie byłoby całej tej afery. Prawdopodobnie ma rację.

Otwieram mu dach. Odlatuje, wolny jak ptak, do kraju bez żurawiej ekstradycji.

Przeliczam pieniądze, chowam je z satysfakcją do kieszeni i sprawdzam grafik. Mam dziś jeszcze do złożenia sukę z niewiernej żony biznesmena, mądrą sowę z wioskowego głupka, niemą rybę z gadatliwej teściowej i tygrysa ze starego, liniejącego kocura. Każdy chce być czymś lepszym, szybszym, piękniejszym. Zemścić się na innych albo ulepszyć samych siebie.

Szykuje się cholernie pracowity dzień. Jak ja to wszystko ogarnę?

Nie ma rady. Wrzucam jedynkę w walcu, puszczam hamulec. Kładę się na podłodze hali i pozwalam się rozwałkować. Samoskładanie zajmuje tylko chwilę; model jest skomplikowany, ale mam wprawę we wszystkich tajnikach sztuki składania: zagięciach, skrzydełkach, kieszonkach…

Nim walec dociera do ściany, jestem już mrówką. Zatrzymuję pojazd i uśmiecham się do siebie żuwaczkami.

Teraz mogę tyrać całą noc.

Zasklepienie

Marzena kupiła w galerii tyle ubrań, że sama zaczęła wyglądać jak chodzący sklep.

Im dłużej tak krążyła, jeździła ruchomymi schodami, przemieszczała się między witrynami, tym mniej było sklepu w sklepie, a więcej sklepu w Marzenie. Lokale atakowały ją ze wszech stron, sukcesywnie zmieniały w jednego ze swoich; zarażały wirusem konsumpcji już od pierwszej torby, a ona ulegała tej straszliwej chorobie, coraz wolniejsza, coraz słabsza, coraz bardziej obciążona symptomami w postaci nowych torbielowych wykwitów na ramionach.

Nie mogła w żaden sposób powstrzymać tej zakupowej gorączki. Potrzebowałaby zmienić się w stonogę, żeby założyć każdą parę butów chociaż raz. Musiałaby przeżyć dwa tysiące lat z hakiem, aby wyczerpać wszelkie możliwe połączenia i „outfity” liczone dziennie. Za same haczyki i zapięcia z dodatków zbiłaby pewnie fortunę w skupie złomu.

A mimo to kupowała dalej. Torby zmieniły się w wózki; wózki w ruchome regały i wieszaki na kółkach. Marzena obwarowała się nimi ze wszystkich stron jakby szła na wojnę, ruszała na oblężenie zamku. Zniknęła pod natłokiem zakupów, wchłonięta przez wygłodniałe towary; kupiona i sprzedana jednocześnie. Kompletnie, nomen omen, zasklepiona.

A potem nagle – okamgnienie – nie było już Marzeny.

Był tylko kolejny galeryjny butik, który sprzedawał mydło i powidło, wszystko i nic, tani szmelc nie wiadomo skąd.

Lekko używane – głosiły jej nowe bannery. second hand. Wielka obniżka cen.

Byle przyciągnąć nowe klientki. Zwabić je do siebie jak rosiczka. Sprzedać towar i kupić człowieka. Byle więcej, więcej, więcej. Towaru, pieniędzy, klientów. Teraz, po tej stronie lady, rozumiała to doskonale. Więcej. Zawsze chodziło o więcej. Był to głód, którego nie da się zaspokoić, nigdy.

Ale można było próbować.

Wysoka brunetka podeszła do Marzenosklepu. Długo rozglądała się po asortymencie, aż w końcu wybrała dla siebie pierwszą niewinną bluzeczkę z przeceny. Wirus konsumpcji wyszczerzył ząbki zza kołnierza.

Marzenosklep uśmiechnął się do niego z głębi kasy fiskalnej, brzdąkając wesoło.

Jedna już jest…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: