polskie centrum bizarro

„Gile” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Lipiec 24, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiepokonana Zeter Zelke atakuje raz jeszcze. Krótko, bizarrycznie, skutecznie. Tym razem podwójne „Zet” firmuje tekst w pewnym sensie o zdrowiu. Lub jego braku. No, w każdym razie o gilach.

Nie, nie o ptakach.

O ptakach? Naprawdę ktoś z Was pomyślał o ptakach?

Zapraszamy do lektury!

h

Gile

 

To nie był zwykły katar. Nie łupało w głowie, nie drapało w gardle, kaszleć się nie chciało, nawet zatoki nie dokuczały. Ale nos… mało powiedzieć, że był zapchany – przelewało się w nim jak w publicznym klozecie. Na dodatek należał do hipochondryka. Olaf już teraz większość wolnego czasu spędzał przed lustrem, obserwując rosnący z dnia na dzień obrzęk narządu powonienia. Teraz zaczerwieniony, napuchnięty i wiecznie wilgotny, jak fabryka w trzecim świecie produkował smarki w hurtowych ilościach: szybko, tanio i efektywnie. Wylewałyby się leniwym, gęstym ciurkiem, gdyby Olaf nie uzbroił się w zapas chusteczek. Kupił je cztery dni temu, z trzech pudełek ostatnie było właśnie na wykończeniu. Pomyślał, że gdyby przyszło mu odsmarkiwać się w nagą dłoń, do tego czasu wysmarkałby w niej pokaźną dziurę.

Przegonił głupie myśli. Pomimo nadwrażliwości na objawy chorobowe, starał się ograniczać wizyty u lekarza. Doktor Szymczak był jednak bystrym kolesiem i w przeciągu zaledwie pół roku zidentyfikował hipochondryka. Karta normalnego pacjenta po sześciu miesiącach miała zaledwie dwa – trzy wpisy bądź wcale, Olafa zaś przypominała już kroniki miejskie, ale mniejsza z tym. Olaf dbał o siebie jak mało kto: mył zęby dwa razy dziennie, każdego wieczoru brał gorący prysznic, chodził na siłownię co trzeci dzień, odżywiał się zdrowo i miał pozytywne nastawienie do życia. Lecz jakże tu zachować uśmiech na twarzy, skoro zwykły nieżyt nosa trzymał już bez mała tydzień i nic nie wskazywało na to, by miał ustąpić.

„To musi być coś poważniejszego” – pomyślał, patrząc załzawionymi oczyma na swoje odbicie w lustrze. – „Może jakiś wirus szaleje po mieście”. Postanowił przełknąć dumę i zapisać się na wizytę u Szymczaka. Kichawa pełna smarków była namacalnym dowodem na to, że coś się działo. Nawet nadwrażliwiec miał prawo zachorować raz na jakiś czas.

Przed wyjściem wraził sobie rozpylacz kropli nosowych w obie dziurki i wdusił przycisk. Śluzu było tak dużo, że nawet nie poczuł spodziewanego ukłucia z tyłu oczu. Skrzywił się, gdy gile popłynęły niczym lawina błotna, pochylił się nad umywalką i pozwolił im wyciekać, szukając prawą ręką po omacku rolki papieru toaletowego. Dwa zielone szlaki zbrukały nieskazitelną biel porcelany, lecz Olaf był zbyt ucieszony perspektywą udrożnionego nosa. Spodziewał się, że ulga nie potrwa długo, zerwał garść srajtaśmy, wziął wdech i wysmarkał pozostałości. Nawet wtedy było tego sporo. Gdy zerknął na to, co wyleciało, zrobiło mu się niedobrze. Pospieszenie spłukał gile z umywalki i zutylizował zużyty papier. Przyodziewając letnią bluzę zauważył, że z przyzwyczajenia oddychał przez lekko rozchylone usta. Przestraszył się nie na żarty, zamknął usta i wziął głęboki wdech – nosem. Udało się, ale gdzieś tam z tyłu już bulgotała świeża dostawa. Poklepał się po kieszeniach, wymacał chusteczki i rozpylacz, po czym ruszył do prywatnej przychodni kilka przecznic dalej.

Doktor Zygmunt Szymczak, całkiem przystojny, szpakowaty jegomość, przywitał go lekkim uśmiechem i skinieniem dłoni zaprosił na taboret po drugiej stronie biurka. Szare oczy doktora od razu padły na zaczerwieniony nos, lecz ku rozczarowaniu Olafa nie było w nich śladu zaniepokojenia.

– Katarek? – zapytał Szymczak protekcjonalnie i pstryknął długopisem.

– Chyba coś więcej, doktorze – wygęgał pacjent. Nos znowu się zapychał.

Olaf szczegółowo opisał przebieg choroby, wydobył dotychczasowe utensylia, które stosował do walki z tąż (chusteczki i rozpylacz) i zaznaczył, że właściwie niepodobne toto do kataru.

– Nie kaszlę, gardło mnie nie boli. Nawet nie jest zaczerwienione. Same gile, całe litry. Nie mogę nadążyć z wysmarkaniem. Co wysmarkam, zaraz zastępują kolejne! Zaraz skórę na nosie sobie zedrę od dmuchania w te chusty. Proszę zobaczyć, jaki nabrzmiały! Produkuje smarki jak najęty. Proszę mi zaświecić w gardziel, zobaczy pan jak zwisają z drugiej strony!

Lekarz skrzywił się na tę myśl. Niemniej jednak wstał, wyłuskał z kieszeni fartucha latareczkę, kazał Olafowi rozdziawił usta i powiedzieć „Aaa!”, co tamten uczynił bardziej niż skwapliwie. Coś musiało przykuć uwagę doktora, bo zerkał w gardziel dłużej niż zwykle, a w pewnym momencie nawet się zawahał. Zgasił światełko, westchnął i wrócił do biurka.

– To wszystko? – zapytał. – Sam nieżyt nosa? A zatoki? Zwiększona temperatura?

Olaf potrząsnął głową.

– No dobrze. Na chwilę obecną zapiszę panu lepsze krople do nosa i coś ziołowego na rozgrzanie. Katar powinien ustąpić w przeciągu tygodnia. Jakby coś się działo, proszę zawiadomić.

Wypisał receptę na dwa produkty i wręczył pacjentowi. Olaf przyjął papierek, pożegnał Szymczaka i udał się do apteki. Nowe krople zdawały się pomagać, a w zestawieniu z rozgrzewającą herbatką ziołową wręcz zanosiło się na cud ozdrowienia.

Mało rzec, że Olaf szedł spać z radością w sercu i w miarę udrożnionym nosem. Miał też sen, co wprawdzie nie należał do najsympatyczniejszych, lecz było to usprawiedliwione ostatnimi przygodami. W ciemnej, wilgotnej uliczce natknął się na żebraka. Śmierdzący staruch czegoś od niego chciał, jak to zwykle oni; Olaf był o tym przekonany, chociaż nie mógł zrozumieć sensu jego słów. Ani zobaczyć jego twarzy. Coś go podkusiło, by spróbować zajrzeć biedakowi pod kaptur. W rzeczywistym świecie nie dotknąłby biedy na nogach choćby kijem, ale sny rządziły się swoimi zasadami. Jednocześnie z tyłu drzemiącego umysłu doznawał wrażenia deja vu. Już gdzieś, kiedyś, być może i w realnym świecie, przydarzyło mu się coś podobnego. Zadrżał. Wspomnienie przyszło nieproszone.

Chociaż wybitny hipochondryk miał pozytywne nastawienie do życia, ograniczało się ono tylko do jego życia. W stosunku do osób, które uważał za bród tej ziemi, potrafił być dość zimnym skurczybykiem. Ubodzy i bezdomni wzbudzali w nim wstręt, bowiem prezentowali sobą wszystko to, czego szczerze nienawidził: syf, smród, wylęgarnie chorób, grzybów i innego paskudztwa. Raz pewien z premedytacją poskąpił paru groszy i nie zawiadomił pogotowia, widząc jak jakiś bezdomny dławi się pod śmietnikiem (Pewnie własnymi rzygowinami, brrr!). Świadek zamierzał pospiesznie się oddalić, ale coś mściwego, zapewne poczucie wyższości hipochondryka, kazało mu stanąć i patrzeć jak biedak kona. Olaf nie czuł wyrzutów sumienia, raczej coś w rodzaju: „Dobrze ci tak, bydlaku. O jedną kanalię mniej!”.

Kiedy chciał umknąć z miejsca zdarzenia (wszak zaniechanie wezwania pomocy bliźniemu w potrzebie, wciąż było karalne, nawet jeśli umierał bród tej ziemi!), poczuł za plecami mur. I jakiż był to mur! To był ludzki, obmierzły mur, składający się ze zgrai kilkunastu, o ile nie kilkudziesięciu żebraków.

Olafowi aż łzy stanęły w oczach od skumulowanego smrodu bijącego od tego niemytego od jeden Bóg wiedział ilu miesięcy tłumu. Zgraja rozstąpiła się, by przepuścić starego jegomościa, zapewne króla ich wszystkich, jeśli sądzić po odorze. Bezdomny miał twarz zupełnie skrytą w cieniu głębokiego kaptura. Wyciągnął pokrytą liszajami rękę, wskazał Olafa kościstym palcem o żółtych, połamanych paznokciach, pod którymi czernił się bród, i rzekł tylko jedno słowo:

– Gile!

Następnie żebracy rozstąpili się w milczeniu, część z nich podniosła martwego towarzysza i zniknęła z ciałem gdzieś między śmietnikami. I tyle. Olaf uciekł stamtąd jakby goniło go sto diabłów, a po miesiącu – jak tylko upewnił się w przychodni, że nie podłapał od biedoty wszy ani żadnego liszaja – zapomniał o całym wydarzeniu. Zapomniał, aż do tej nocy.

We śnie jakaś siła skłoniła go do zerwania żebrakowi kaptura z głowy. Moment po tym bezdomny sflaczał, a raczej rozchlapał się. Brudne łachy opadły luźno na chodnik, a spod nich wypłynął gęsty, zielony glut. Olaf wdepnął w toto, a gdy noga mu się pośliznęła, poleciał twarzą prosto w smarki. Jednocześnie coś mu się przewróciło w żołądku i wyrwało z objęć koszmaru. Tylko po to, aby oddać rzeczywistości, jaka okazała się jeszcze gorsza. Onegdaj biała, pachnąca kwiatowym płynem do płukania poduszka, była cała zasmarkana i zmieniła kolor na szaro-zielony. Gile były wszędzie! Na domiar złego przemieszane z czymś czerwono-różowym.

„Krwawię z nosa!” – pomyślał, podskakując na łóżku jak ryba wyrzucona z wody. Wygrzebał się spod pościeli, dotarł do toalety, po drodze przewracając stolik z żonkilem i potykając się o sześciopak najzdrowszej wody mineralizowanej z najsłynniejszego uzdrowiska. Gdy spojrzał w lustro, struchlał. Z nosa zwisały mu dwa monstrualne gluty, ale nie to było najgorsze. Gluty miały blado-czerwony odcień, a właściwie jasno-różowy. Olaf złapał papier toaletowy, zamknął oczy i dmuchnął. W tym momencie poczuł jak coś mu się przesuwa w głowie. Pod zaciśniętymi powiekami zobaczył starego żebraka, a w uszach usłyszał jego suchotniczy śmiech.

Olaf spojrzał na wydmuchaną zawartość i nogi się pod nim ugięły. Różowe, galaretowate fragmenty tu i ówdzie były ponaznaczane granatowymi, jeszcze pulsującymi żyłkami. Hipochondryk usiłował powstrzymać mózg przed wyciekaniem, jak ranni ludzie na filmach akcji usiłowali powstrzymać flaki przed wypadnięciem, lecz z nosa ciekło i ciekło, bez względu na to, ile wikliny by sobie w niego nie wraził. W głowie było coraz lżej. Przed oczami coraz ciemniej. Tylko w uszach słyszał ulatujące echo suchotniczego rechotu. Olaf nie był zachwycony. Nigdy by nie uwierzył, gdyby ktoś mu powiedział, że jego ostatnie chwile na tym łez padole zostaną skażone myślą o podłym i przeklętym brudzie tej ziemi.

h

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: