polskie centrum bizarro

„Gabi, Kruk, Jerzy i ten od pacierzy” by Karolina Front

In Opowiadania on Lipiec 31, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLobotomia jest przereklamowana.

Tak. Tak przynajmniej zdaje się sugerować nam Karolina Front… No chyba, że sugeruje nam coś zgoła przeciwnego… No cóż, przyznajmy otwarcie – nawet w niedobroliterkowej redakcji zdania na ten temat są podzielone. Zresztą, przekonajcie się sami – i bynajmniej nie dotyczy to lobotomii, rzecz jasna, lecz poniższego tekstu. Lobotomię zostawcie sobie w rezerwie na czas najbliższych wyborów!

Paskud i spółka, no i rzecz jasna sama Karolina – tradycyjnie zapraszamy Was do lektury.

 

Gabi, Kruk, Jerzy i ten od pacierzy

 

Delikatna strużka krwi hańbi biel dywanika z polarnej lisicy, ekswłaścicielki futra. Na jej wypchanym łbie siedzi teraz Jerzy wpierniczając ciasteczka podarowane mu przez dziadka. Białe włosie powoli pokrywa się rdzawymi różami, które kwitną całymi pękami. To musi być jakieś święto, że tak licznie dzielą się swym pięknem. Ach, te róże! Jedynie one żyją naprawdę. Żyją i przeżywają. Raz za razem. Tylko po to, by gasnąć w lodowatych objęciach braku winy. Nikt nie zwraca na nie uwagi. To nie o nich będzie to opowiadanie. Chociaż powinno.

Pokoik sprawia wrażenie malutkiego. A wszystko przez meble, które staraninie poukładane wzdłuż niego tworzą dodatkowe podpory dla niezbyt solidnych, spękanych już ścian. Meblowa jenga z każdą chwilą wydaje się być coraz ciemniejsza; odważnie pnie się do góry i powoli pochłania wszystko na swojej drodze, niebezpiecznie zbliżając się do fotela w centrum pokoju. Promienie światła wpadające przez okopcone szyby nieskutecznie szturmują wnętrze; gubią się gdzieś po drodze pomiędzy pyłem, sadzą i drewnianymi kikutami. Te, które pamiętają o tym, żeby podążać przed siebie i być dobrymi strumieniami fotonów, dołączają się do szmaragdowego ognia z kominka, stojącego na samym środku pomieszczenia i umierają złączone w jedną siłę. Stary fotel, który pod solidną i wielce wiekową warstwą kurzu skrywa pasiaste, czerwono-zielone obicie, dumnie trzeszczy wspominając poprzednich właścicieli. Nieproszeni goście jego zabytkowej tapicerki unoszą się w powietrzu, gdy z niebywałą lekkością zasiada na nich codziennie o tej samej porze Kruk, by kontemplować cokolwiek. Obok wiekowego mebla leży kupka dodatkowych śmieci, niesprzyjających estetyce i tak niechlujnie już wyglądającego pomieszczenia. W tym Jerzy: chłopiec o pełnej twarzy, jasnych włosach i grzybkowej fryzurze, która sprawnie zakrywa miejsce, gdzie jeszcze niedawno osadzone były czarne oczy. Jego spasiony zadek wypełnia każdą możliwą szparę modrzewiowej podłogi, na którą wylewa się ciało z wspomnianego wcześniej białego futerka. Aż dziw bierze, że można kupić ubrania w takim rozmiarze. Widocznie w dziale „namioty” urządzono posezonową wyprzedaż. A Amerykanie, tacy jak nasz bohater, bardziej od kupowania lubią tylko wyprzedaże.

Jerzy i jego puste oczodoły wpatrywały się w ogień i szukając w nim pocieszenia z powodu kończącej się paczki przysmaków. Nic jednak nie zdawało się łagodzić bólu powstającego w sercu dziecka, które nerwowo zapychając buzię słodyczami uświadamia sobie, że każde, nawet największe opakowanie promocyjne ze Stonki ma swój koniec. Chłopiec nerwowo oblizywał zakrwawione wałeczki palców, pilnując się, aby nie odgryźć ich odruchowo. Trząsł się na samą myśl, że mógłby stracić coś, co było w stanie podnosić jedzenie i kierować je wprost do cherubinkowych usteczek. Ta wizja napełniała go niepokojem większym niż to, że za chwilkę skończą się ciacha. Z zamyślenia wyrwało go delikatne drapanie twardych dutek po ramieniu: – Kochaniutki! A może mała lobotomia? – rzekł kruk, wyprostowawszy swoje gadzie kończyny w stronę przyjemnego ciepła kominka. Ogień wesoło zbliżył się do nich i syknął dwuznacznie. Bliskie płaczu dziecko przestało na chwilę przemielać resztki krakersów w czekoladzie i popatrzyło z nieopisaną nadzieją i radością na swojego mentora. Kruk teatralnie wstał, otrzepał się z lepkiej warstewki kurzu i pochylił w stronę dziecka. Nieco przestraszony chłopiec zastygł w pełnym szacunku i napięcia bezruchu. Nie był do końca pewien, co się działo, ale dlaczego by nie zaufać obcemu, skoro ten wcale nie wyglądał na konserwatystę.

Rachu-ciachu i było po sprawie!

– Lobotomia dobra na wszystko! – rzekł i sięgnął szponiastą płetwą do wyrzuconego przez Jerzego złocistego opakowania w poszukiwaniu okruszków. Na próżno. Zwinny język grubaska był w stanie oczyścić pojedyncze atomy budujące opakowanie. Tylko od czasu do czasu zdarzało mu się niechcący rozszczepić jakieś jądro czy dwa. Zawiedziony i głodny kruk powrócił na swoje miejsce i wszczął tym samym kolejną wojnę pyłu z grawitacją. Nieco skołowany Jerzy próbował wstać i rozchodzić bolący mózg. Niewiele to jednak dawało. Wiadomo, nieużywane narządy Bóg zabiera z powrotem do siebie, do Nieba. Tak jak zabrał ludziom skrzela, ptaszkom płetwy… Niebywale praktyczny gość jak na kogoś, kto najpierw stworzył mężczyznę.

W powietrze znów wzniosła się salwa kurzu i zawtórowała głośnemu westchnięciu Kruka z powodu dobrze wypełnionego obowiązku. Pomimo, że ten drobny zabieg trwał tylko sekundkę, zdołał niebywale zmęczyć ptaka. Jego długie, czarne skrzydła pokryły się kropelkami potu, które absorbowały wszechobecny smród. Płetwy natomiast intuicyjnie wachlowały marchewkowy dziób, aby zwiększyć dopływ tlenu do skołatanego wysiłkiem i stresem ptasiego serca. Naciągnięty na czubek głowy kapelusz słomkowy nie pasował kompletnie do niczego. A już na pewno nie współgrał z grubym łańcuchem oplecionym na przydługiej jak na nie-łabędzia szyi. Mętlik w ich głowach i powietrzu dobrze zamaskował powoli uchylające się drzwi.

Do pokoju wbiegł anioł. Mruczał coś, wybałuszając przy tym oczy. Zdyszany i pozbawiony aureoli z pewnością nie miał daru przekonywania do czegokolwiek. Zrobił więc tylko kilka kółek wokół siedzącej przy kominku trójki i butnie pomachał widłami na pożegnanie, pozostawiając po sobie zapach siarki, rozpaczy, żalu, beznadziei i zbliżającej się sesji.

– A ten jak zawsze swoje.. – Jerzy nie wydawał się zadowolony z powodu niezapowiedzianej wizyty anioła, który przeszkodził mu wspominanie niedawno zjedzonych ciasteczek. Lobotomia robiła jednak swoje, gdyż zamiast zacząć napełniać swoje oczodoły siarkowymi łzami, po prostu spojrzał ze zrozumieniem w stronę zamkniętych drzwi wydymając utłuszczone usteczka w geście skupienia. Na kruku anielski występ nie zrobił wrażenia. Wyciągnął fajkę. Za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć, gdzie zapodział swój ulubiony tytoń. Zmarszczył więc dziób, omiótł wzrokiem ciemny pokoik i zatrzymał spojrzenie na Jerzym. Nic w zasięgu jego wzroku nie wyglądało na tytoń, więc desperat wyleciał przez rozpalony kominek, dając oglądnąć płomieniom swój błękitny zad. Jerzy odprowadził go wzrokiem i zaczął głaskać Gabrysię za oklapniętym, przegniłym uszkiem. Ta potulnie starała się mruknąć, ale ciężar na jej głowie nie pozwalał jej już nawet na oddychanie. Całe szczęście od dawna była martwa!

W pokoju został dywanik i Jerzy. Przytłaczająca samotność intelektualna oraz spasione cielsko dziecka były dla dywanika zbyt przytłaczające. Wiedział, że w końcu nie wytrzyma nacisku i najzwyczajniej w świecie pęknie. Po pyszczku lisicy popłynęła pojedyncza, rubinowa łezka, która zagubiła się gdzieś między fałdami i odleżynami. Nawet wyrażanie własnych emocji nie wchodziło w grę przy takim przeładowaniu…

Na krótką chwilę przy kominku stało się jeszcze ciemniej, niż normalnie. Amerykanin nie rozumiał co się dzieje. Cały świat stracił sens na czas, kiedy Kruka nie było w pobliżu. A co gorsza, nie było tam też żadnych łakoci, które byłyby w stanie chociaż troszkę ulżyć w cierpieniu. Oj, długo będzie się później musiał tulić i rozklejać w tokszołach…

Zrezygnowany chłopiec odsunął jeden z fałdów z głowy Gabrysi i wsunął palec pomiędzy pożółkłe, plastikowe zęby. Z wyrazem odrazy, fascynacji i przekonania słuszności własnego czynu, Jerzy oparł tłusty paluch na ostrawym kle i szybkim ruchem rozciął skórę. Ranka nie była ani duża, ani głęboka. Spełnia jednak swoje zadanie: ludzka kula przeturlikała się z rozkoszy na drugi bok. Astma wysiłkowa dała szybko o sobie znać i zmusiła chłopca do zaprzestania drastycznych, niekonsumpcyjnych ruchów. Postękiwał więc teraz cichutko w coraz bardziej pustym pokoju. Kurz już zapomniał o tym, że jeszcze przed momentem czyjeś pióra przeczesywały namiętnie jego zastępy stacjonujące na wiktoriańskiej tapicerce. Wszystko powoli wracało do normy. Oprócz Jerzego, który właśnie udowadniał sam sobie, że lobotomia to jednak nie wszystko.

Nagle, przez kominek wfrunął Kruk i uroczyście zaczął klnąć na cały świat. Pióra i łuski z ogona zawirowały lekko, po czy ptasior skierował się w stronę swojego fotela i opadł na niego z poczuciem beznadziei, mocząc końcówki piór w smole. Tylko to było w stanie teraz go uspokoić. Pojedyncze kropelki łoju z wyrostka kuprowego znaczyły jego drogę. Niezbyt długo, gdyż Jerzy wyczuł dodatkowe kalorie. Nic nie mogło się zmarnować!

Gdy podłoga znów lśniła nienaganną warstewką kurzu, chłopiec zwrócił uwagę na opiekuna.

– Już wróciłeś, wujku? – zapytał, przecierając ze zmęczenia oczodoły. Było już bardzo późno, a chłopiec nie spał od dawna. To była naprawdę duża paczka ciasteczek.

– Tak, tak, tak! – odparł nerwowo Kruk, wciąż rozglądając się po pokoju za swoim tytoniem. Coraz bardziej chciało mu się palić. A nie chciał znowu wysługiwać się Jerzym. Ten malec w końcu wcale na to nie zasługiwał.

– Wujku. Nie słyszę cię. Przecież wiesz, że nie mam oczu – powiedział nader spokojnie siedzący u jego stóp chłopiec. Lobotomia sprawiała, że dzieci były grzeczne.

– Spokojnie, kochanieńki. Jeszcze chwilka. Usłyszysz, obiecuję. Ale kto mi zajebał mój…? A! Tu jest! – wykrzyknął uradowany, wzbijając się w powietrze i łapiąc skarpetki wiszące nad głową Jerzego. Skarpetki okazały się być świeżowyrwanymi jelitami, które teraz cięte przez twardy dziób Kruka spadały cichutko obok grubaska. Chłopiec przez chwilę zastanawiał się, co może zrobić z takimi śmiesznymi rzeczami, które niespodziewanie weszły w jego orbitę. Ale postanowił zrobić to, co robi najlepiej każde amerykańskie dziecko – zjeść je. I to najlepiej, nim zrobi to ktoś inny. Łapczywie wtulił się w podłogę, penetrując językiem szczeliny między wysłużonymi deskami podłogi. Kończąc posiłek Jerzy majestatycznie, jak na kulkę tłuszczu o wymiarach małego walenia, podniósł się, przeciągnął, ziewnął, kichnął, smarknął, zakaszlał, pierdnął i przeczytał coś Prusa. Niestety, niechcący stanął na resztce czaszki Gabrieli, która nie wytrzymała nacisku i skruszyła się pod półtonowym dziesięciolatkiem. Kruk wyłapał dziobem kilka kawałeczków z pyłu, który jeszcze niedawno stanowił puszkę mózgową białego lisa. Teraz szybko upychał w swojej fajce to, co osadziło się na osmolonych piórach i miał nadzieję, że lisy smakują lepiej niż wyglądają. Jerzy wpatrywał się w wirujący pył, doszukując się w nim niebiańskich rozkoszy dla swojego podniebienia i równocześnie starając się dopuścić do głosu przerażenie. Nie szło mu to jednak zbyt dobrze. Kruk widział to spojrzenie i dobrze wiedział, że nie zachował się odpowiednio. Nie mógł odmówić dzieciakowi posiłku, ale na boga, jemu chciało się tak bardzo palić…!

– Zabiłeś ją! Zabiłeś!!! – wykrzyknął Jerzy do anioła, który nie wiadomo skąd znalazł się nagle na kominku. Twarz anioła zastygła w pustym grymasie upodobniając się do twarzy oskarżyciela.

– Ale.. ale… – jęczał boży wysłannik – ja tylko przyszedłem odprowadzić… Ja nie chciałem! Ja.. nie… Buuuu! Gabarysiu!!! Ja chciałem cię tam zaprowadzić. Ja przepraszam. Ja nie chciałem… Ja…

– Już spokojnie, Jurusiu. On zrobił to celowo. Wszyscy wiemy, że aniołom ufać nie wolno. Niby to to skrzydła ma, ale nie ma. No i ta aureola. Wygląda co najmniej podejrzanie! Wszyscy widzieli, co ten zakichany lewak zrobił. Nie przejmuj się, kochaniutki. A teraz podaj mi Gabrysię. Chyba mogę dać jej drugie życie – skwitował Kruk i wyciągnął kończynę w stronę trzymanej w żelaznym uścisku Jerzego resztki lisa.

– Drugie… drugie życie? – zapytał z szeroko otwartymi oczami anioł. – Przecież jedynie szef może… – No drugie. A właściwie, to nawet trzecie – odparł Kruk przecierając okulary, które zaparowały od gorącego morza łez wylanego przez anioła między fałdy tłuszczu Jerzego. Anioł był w zbyt dużym szoku, żeby dzwonić chociażby po pizzę czy egzorcystę. Postanowił więc uspokoić się i przyglądać temu, co miało się wydarzyć. Jerzy popatrzył złowieszczo na anioła, podając opiekunowi biały zwitek futra. Kruk zręcznie chwycił Gabrysię i ucałował ją w lodowaty, czarny, nosek. Zrobił to na tyle mocno, że powstała w nim dodatkowa, trzecia dziurka. Lisica-solniczka stała teraz przed nimi otworem, jej prochy zaś lądowały cichutko w fajce Kruka. A ten trzymając jej tylne łapki majestatycznie potrząsał sflaczałym futrem, z którego po raz kolejny uleciało życie. Ach, ta wieczna monotonia binarności życia… Dziób ptaka skierowany był w stronę nieba i dumnie podrygiwał z tępo zakończonymi kikutami łapek lisicy. Jerzy mógłby przysiąc, że usłyszał muzykę. Ciche, harmonijne dźwięki, wydobywające się z kominka. Czy może to był śpiew? Chłopiec nie chciał być jednak niegrzeczny i uznał, że to tylko omamy spowodowane nadmiarem emocji, niedoborem cukru, nowotworem, anoreksją i gwałtem oraz ciężką depresją. Lobotomia sprawiała, że było się akceptowalnym.

Z każdym ruchem osmolonych skrzydeł Gabrysia traciła swój kolor. Jej czerniejące futerko i cichy, niebywale jak na trupa żywy głosik oznajmiał wszystkim powodzenie całej akcji. Jerzy przyglądał się całemu zabiegowi ze zmarszczonym czołem. Dobrze wiedział, że to lekcja, której nie może przegapić. Kto wie, kiedy sam będzie musiał zrobić tak, jak uczył go wujek?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: