polskie centrum bizarro

„Grzyb atomowy. Borowik” by Maciej Teleśnicki

In Opowiadania on Sierpień 21, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPora roku sprzyja szwendaniu się po lasach i zbieraniu różnych grzybów, tudzież igliwia wbijającego się w zadek, czy też mrówek baraszkujących w Telimenie. Aktywny wypoczynek na łonie natury może się co prawda skończyć różnie – smakowite jagódki mogą okazać się wilcze, wilki mogą okazać się głodne, a leśniczy zboczeńcem – ale ponoć nie ma róży bez kolców.

Na atrakcjach bieżącego sezonu zna się doskonale nasz nowy autor – Maciej Teleśnicki, który skutecznie zaatakował niedobroliterkową redakcję niedługim, acz treściwym tekściorem. Zachęcamy zatem mocno do podjęcia wysiłku oczno-intelektualnego i przyswojenia sobie poniższego wywaru, dla kurażu doprawionego świetnymi jak zwykle grafami Tomka Woźniaka.

Voila!

h

Grzyb atomowy. Borowik   

h

Była sobie wioska Dyśmosylo. Mieszkała w niej dziewczynka o imieniu Kunegunda. Codziennie o czwartej nad ranem czasu lokalnego wstawała, by wyprowadzić gąski na spacer. Codziennie, czy to piątek, wtorek, a nawet środa, dziewczynka wstawała i wyprowadzała gąski. Czy padał deszcz, czy sypał śnieg, gąski dreptały za Kunegundą. Latem drogę wskazywał świt, zimą zaś opary znajdującej się niedaleko fabryki daktyli.

Woźniak002

Kunegunda mieszkała w swoim domku ze swoją rodziną. W skład tej rodziny z wyjątkiem gąsek wchodziły: mama, tata, baba, Świętożyźń oraz wujek Mściwuj. Mściwuj nie był spokrewniony z naszą bohaterką. Nie był bratem mamy ani taty. Raz pewnej listopadowej nocy, gdy każdy wolał siedzieć w domu, nagle usłyszano pukanie do drzwi. Okazało się, że to wuj Kunegundy.

Po oprowadzeniu gąsek po okolicy, dziewczynka wracała do domu. Zajmowała się różnymi pracami. Musiała sprzątać laboratorium na strychu, ściągać filmy z internetu, jeść masło orzechowe z majonezem z jaj strusich, a Świętożyźń nic. Głupia małpa nic nie robiła, tylko siedziała na strychu grając w Super Sonic’a na Comodore 69. Oby jej się taśma skręciła. Baba jak zwykle opierała żarówki z włókien, tata oglądał występy hard punkowych DJ’ów na wózkach widłowych, a mama liczyła na cud.

Pewnego wieczoru wszystko się zmieniło. Kunegunda brała właśnie prysznic. Myła swoje piękne, grzeszne do granic Meksyku ciało. Miętoliła swoją pierś i zabawiała się guziczkiem. Polewała wodą pod ciśnieniem wrażliwe miejsca, żeby się jeszcze bardziej podniecić. Nie mogła za bardzo hałasować, bo inni mieszkańcy również by się podniecili. Kiedy już miała wspiąć się na wyżyny sztuki czesalniczej, przestała lecieć ciepła woda. Tego było za dużo. Wybiegła rozwścieczona z łazienki, urywając się tylko ręcznikiem i zbiegła do kotłowni. Jak się okazało mama i Mściwuj coś robili i przypadkowo zakręcili ciepłą wodę. Bohaterka nie wytrzymała i pobiegła do swojego pokoju.

Czwarta rano. Gąski się niepokoją. Ich przewodniczka życiowa nie nadchodzi. Wtem po pięciu minutach przychodzi Świętożyźń. Otwiera pokój ptaków i je wypuszcza. Te wychodzą zdziwione i patrzą na nową osobę. Nagle zaczynają biec w stronę ulicy. Rozkładają skrzydła i lecą. Dwie poleciały przed siebie daleko, pięć nad fabrykę żyletek, i tyle je widziano. Siedem wylądowało nad rzeczką, żeby łowić kalmary, jedenaście wleciało prosto w trąbę powietrzną nad sąsiednim województwem, a o trzynastu ostatnich nikt już nigdy nie usłyszał. Ostała się tylko jedna i zero gąski. Patrzyły na dom. Zapukały ładnie do drzwi. Otworzył im tata. Weszły i podreptały do salonu, gdzie stała baba i słuchała radia. Gąska widziała wiele w swoim życiu, ale na ten widok aż się zesrała.

Woźniak001

Na polanie niedaleko autostrady B15 i osiedla orkiestry stała Kunegunda. Trzymała w ręku guziczek. Podbiegła do niej mama krzycząc. Nie chciałaby, żeby córka popełniła błąd. Ale nasza bohaterka wiedziała, że robi dobrze. Sobie. Mama ze łzami w oczach zapytała:

– Czemu?

Naga kobieta z rozwianymi długimi blond włosami spojrzała na odrętwiałą staruszkę w sile wieku. Jej długa błękitno zielona suknia powiewała na wietrze. Uśmiechnęła się i rzekła:

– Bo nie ma dżemu.

– Jakiego dżemu, kurwa?!

– Zupa była za słona.

– Sama gotowałaś!

– Ale chciałam krem – i to mówiąc wcisnęła guziczek.

Po dwudziestu latach od implozji makaronu w okolicach dawnego miasteczka Dyśmosylo ciągle rosną borowiki.

Mściwuj został wujkiem w innej rodzinie. Tam na szczęście nie mieli instalacji gazowej.

Świętożyźń została międzynarodowym mistrzem grania w pchełki.

Mama, tata i baba otwarli dyskont. W ofercie mają pseudoefedrynę i bańki mydlane.

Co z naszą drobną Kunegundą?

Znalazła szczęście.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: