polskie centrum bizarro

„Śmieciolucja” by Bartłomiej Dzik

In Opowiadania on Sierpień 28, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtRóżne już były rewolucje, ale takiej, o której napisał Bartłomiej Dzik, jak żywo sobie nie przypominamy. Co prawda Paskud oniegdaj stoczył zwycięską (na szczęście!) batalię z kolonią pleśni wyrosłą mu pod łóżkiem na niedojedzonym kawałku pizzy, ale co innego jedna bitwa, a co innego regularna wojna.

Tak na marginesie, to chodzą plotki, że pleśń szykuje rewanż i planuje destrukcyjny desant na zawartość lodówki Paskudziastego.

O konsekwencjach nadmiernego produkowania śmieci możecie, a nawet powinniście, przeczytać poniżej. Wszak nigdy nie wiadomo kiedy i z kim (czym) przyjdzie wam walczyć!

h

Śmieciolucja

h

Profesor Janusz Grabski jak w każdy poniedziałek o 6.55 wyprowadził na spacer swojego teriera. Po drodze zabrał worki ze śmieciami do wyrzucenia: w osobnym odpady zmieszane, w osobnym tak zwane segregowane suche, w osobnym szkło – nie, nie, żadne tam flaszki po piwie czy winku – niestety, w weekend wpadła teściowa, więc tym razem tylko butelki po sokach i słoiki. Przy osiedlowym śmietniku stała pomarańczowa śmieciarka z włączonym silnikiem, której o tej porze zasadniczo powinno już nie być, no ale obsuwy w tym biznesie całkiem często się zdarzały. Śmietnik był otwarty, kontenery na kółkach wyprowadzone za zewnątrz, tym niemniej… coś tu ewidentnie nie grało.

Grabski, człek inteligentny i zajmujący się na co dzień filozofią polityki, potrzebował zaledwie minuty, aby wykoncypować, gdzie zastana rzeczywistość rozbiegła się z porządkiem rzeczy. Brakowało śmieciarzy.

Pierwsza hipoteza, że panowie w pomarańczowych wdziankach schlali się wczoraj – he, he, ta nutka zazdrości – i nie przyszli do pracy, miała jeden słaby punktu, właśnie ową obecność śmieciarki, która sama raczej nie przyjechała (jeszcze nie ten etap rozwoju cywilizacyjnego). Hipoteza alternatywna brzmiała, że panowie jednak przyjechali, otworzyli śmietnik, wyprowadzili kontenery, lecz nagle coś odwróciło ich uwagę i odciągnęło od miejsca pracy, na przykład naga dwudziestka uprawiająca jogging. Ta teoria miała już ręce i nogi (a nawet zgrabny tyłek), a zatem, rozwiązawszy intrygującą zagadkę, profesor mógł w spokoju ducha pozbyć się nieporęcznych worków ze śmieciami. Wrzucił pierwszy – łup!, drugi – szast!, trzeci – łup!

Łup!? Zaraz, zaraz – znów zadumał się Grabski – przecież powinien być „brzęk!” a nie „łup!”, kiedy spadające szkło tłucze się na dnie kontenera. Zaintrygowany mężczyzna, nie zważając na złowieszcze powarkiwania teriera, zajrzał ponad krawędzią do środka i zaraz tego pożałował. Śmieciarze leżeli bezwładnie w pozach wskazujących, że ktoś ich tam brutalnie powrzucał niczym – nomen omen – worki. Jeden miał poderżnięte czymś wieloostrzowym gardło; drugi posiniałą twarz ze skórkami banana wetkniętymi w nozdrza i pogniecioną plastikową butelką w ustach; głowę trzeciego szczelnie owinięto zielonymi reklamówkami, zawiązanymi na czubku w kokardkę. Jakby ten widok nie był wystarczająco żałosny, teraz jeszcze zostali obrzygani przez Grabskiego porannym śniadaniem w stylu angielskim, znaczy się dość obficie.

Rzeczywistość nie sprzyjała profesorowi w walce o utrzymanie przytomności, oto bowiem butelka w gębie zamordowanego śmieciarza poczęła się z trzaskiem rozprostowywać, by nagle – pyk! – wystrzelić w górę i przelecieć ponad głową Grabskiego. Zaraz za nią pofrunęły skórki od banana, niczym jakieś latające-turbo-stułbie. Wtedy to ujadanie terierka przeszło w żałośliwe skomlenie. Mężczyzna obrócił się, wsparł plecami o kontener i podtrzymał dłońmi opadającą żuchwę. Oto zza śmietnika wymaszerowywała armia, czy może raczej pospolite ruszenie szkła, plastiku, ogryzków, papierków i innego tałatajstwa. Gdzieś tam w oddali ktoś krzyknął. Zawyły syreny.

Tak właśnie zaczęło się powstanie śmieciowe, czyli śmieciolucja.

h

*

h

O ile wojsko czy różni survivalowcy byli w miarę dobrze przygotowani na klasyczną wojnę czy nawet epidemię zombiaków, o tyle zabrakło im pomysłu na przeciwnika z obierek i plastiku. Generalicja z początku wręcz zignorowała problem, bo przecież wróg, który jest śmieciem, to żaden wróg. Wiara, że z buntownikami poradzą sobie ci, którzy radzili sobie dotąd, czyli służby oczyszczania miasta, okazała się skrajnie naiwna – już 48 godzin od wybuchu rewolucji ze świeczką trzeba było szukać żywego śmieciarza. Najstraszliwszy los spotkał zaś pracowników spalarni, żywcem wrzuconych do pieców przez swoje niedoszłe ofiary.

Miasta i wioski sparaliżował chaos. Wspierane migracją pobratymców z wysypisk Śmieciowe Komanda rosły w siłę i coraz bezczelniej poczynały sobie na ulicach. W jednej dzielnicy panikę siał reklamówkowy golem-dusiciel, gdzie indziej gang zużytych tamponów odpowiadał za serię brutalnych gwałtów. Zamykanie się w domach nieco pomagało, należało jednak zachować środki ostrożności i nie generować odpadów, które w każdej chwili mogły podnieć plastikową łapę na gospodarza. A zatem: pić wodę prostu z kranu, warzywa i owoce zjadać w całości, smarkać w rękaw koszuli itede itepe.

Dawnymi czasy przeciwnika się po prostu rozpierdalało, nowoczesna doktryna wojenna przewiduje wszelako, że należy go najpierw zrozumieć. Weź tu jednak pertraktuj ze śmieciem! Superkomputery i wybitni lingwiści okazali się bezradni, lecz pomoc przyszła z całkiem nieoczekiwanej strony – okazało się bowiem, że niektórzy kloszardzi całkiem nieźle znają śmieciowy. Schwytany przez jednostkę specjalną karton po soku wyśpiewał wszystko bez tortur, ba, wręcz z przegniłą przyjemnością. Śmieci wszczęły rewolucję, bo chciały paru praw podstawowych. Dotąd znosiły wiele, nawet istnienie obozów zagłady zwanych spalarniami. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była z pozoru rzecz drugorzędna – ustawa śmieciowa, wprowadzająca powszechną segregację. Każdy ma granice wytrzymałości, granicę poniżenia, nawet skórka od banana czy puszka po piwie. Postulaty rewolucjonistów były tyleż radykalne, co proste. Po pierwsze, całkowita zmiana języka, z którego miały zniknąć słowa „śmieć” czy „odpad” na rzecz equtyla (od „równości” i „użyteczności”). Zakazany byłyby również metafory w stylu „umowy śmieciowe” czy „rating śmieciowy”. Po drugie, likwidacja wysypisk, spalarni i sortowni. Po trzecie, odpowiedni standard socjalny śmietników (sorry, znaczy się, equtyldomów) oraz swoboda poruszania się equtylów w przestrzeni publicznej i po gospodarstwach domowych.

Postulaty, oczywiście, uznano za absolutnie nie do przyjęcia. Rzeczony karton po soku przybito gwoźdźmi do bramy śmietnika, żywcem obdarto z kolejnych warstw tetra-paka i spalono palnikiem acetylenowym. Podobnych publicznych egzekucji przeprowadzono wiele, niekiedy nawet okrutniejszych, a do walki z powstańcami wysłano bezwzględne komanda uzbrojone między innymi w niszczarki, prasy hydrauliczne i miotacze ognia. Gdy już miano odtrąbić pierwsze sukcesy, cała operacja poczęła się sypać – ot, choćby opróżnione butle miotaczy ognia, odrzucone przez komandosów, natychmiast stawały po stronie rebelii i rzucały się, żeby zatłuc byłego właściciela. O zwykłej broni palnej wojsko mogło z dnia na dzień zapomnieć – rój drapieżnych łusek po pociskach potrafił w krótkiej chwili zmasakrować cały batalion. Rebelianci, z racji zazwyczaj niewielkich gabarytów i elastyczności, potrafili się świetnie ukrywać i przeprowadzać fikuśne akcje sabotażowe. Odpowiedzią na publiczne egzekucje były nie mniej wyrafinowane akty terroru, jak choćby wymordowanie całego żłobka przez wyrzucone śliniaczki.

Do walki z powstaniem światowe mocarstwa zaprzęgły najnowsze zdobycze techniki. W krótkim czasie olbrzymi postęp dokonał się w broni laserowej czy amunicji bezłuskowej, bardzo też przydawały się drony. Równocześnie toczyła się wojna psychologiczna, sztab speców od propagandy pracował nad zasianiem zamętu w śmieciowych szeregach. O ile wewnątrzgatunkowe poróżnienie powstańców raczej nie wchodziło w grę – wszak tak bardzo sprzeciwili się segregacji – pewne nadzieje związano z wywołaniem walki klas: że niby taka butelka po koniaku to trochę śmieciowy odpowiednik burżuazji, której nie powinno być po drodze z hipermarketowym plebsem. Inaczej niż na twardym froncie, tu wszystko okazało się fiaskiem – jeśli nawet istniały jakieś wewnątrzśmieciowe konflikty, były one nie do ogarnięcia dla ludzkich analityków.

Wojna weszła w fazę stagnacji, krwawej stagnacji – takiego człeczo-śmieciowego Verdun. Jajogłowi przewidywali, że determinacja rebeliantów to za mało wobec ludzkich zasobów i innowacyjności. Ten spadek czujności okazał się tragicznym błędem. Powstańcy zinfiltrowali zaniedbane podziemne kompleksy i wybudzili swoich najpotężniejszych współbraci – odpady radioaktywne. Na Zachodnim Wybrzeżu USA zrobiło się, dosłownie, baaardzo gorąco. Ludzkość nagle stanęła przed wyborem: albo w końcu zasiąść do negocjacji, albo rozpętać nuklearną hekatombę.

Negocjacje to zresztą eufemizm – Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło postulaty powstańców bezwyjątkowo i jednogłośnie. Deklarację Praw Człowieka i Obywatela przemianowano na Deklarację Prawa Ludzi i Equtylów, w przeciągu trzech miesięcy wszystkie cywilizowane kraje gruntownie przerobiły swoje konstytucje, aby inkorporowały nową rzeczywistość. Przekonstruowano budżety centralne – nie obyło się, oczywiście, bez podwyżki podatków – celem zapewnienia nowym członkom społeczność godnych warunków koegzystencji. Szybko okazało się, że dużo łatwiej zmienić prawo i infrastrukturę niż ludzkie serca – w tych wciąż zalegały pokłady pogardy, teraz jeszcze okraszonej powojennym resentymentem. Pomimo powszechnej edukacji w tym zakresie, wielu niepokornych wciąż ostentacyjnie mówiło o „śmieciach”. Niektórzy organizowali się w, co prawda dość żałosne, ruchy reakcjonistyczne. Jednak raz puszczonego w ruch koła postępu da się już zatrzymać…

h

*

h

– Kochanie, co tak śmier…, znaczy się, co tak pachnie w kuchni? – zapytał żonę Grabski. – Może jednak zanieść equtyle do equtyldomku?

– Już je pytałam – odpowiedziała połowica. – One chcą jeszcze trochę rozłożyć się u nas na kaloryferze.

– Skoro tak…

Smród… znaczy się, specyficzny zapach baraszkujących po mieszkaniu equtylów, był ciężki do zniesienia. Ale spacer nie rozwiąże sprawy, na dworze jest jeszcze gorzej. Do wszystkiego można się przyzwyczaić – pocieszył się w myślach profesor – czyż nasi przodkowie w miastach sprzed paru wieków nie żyli właśnie w czymś takim? Taaak, analogie historyczne bardzo tu pasowały. Wszystko się powtarza – myślał dalej – ot, miała być tolerancja, ale okazało się, że to za mało, że uciskane przez lata odpady potrzebują akcji afirmatywnych. Kolejna podwyżka podatków, kolejne przywileje, socjal dla każdej zasmarkanej chusteczki i flaszki, nowa porcja nowomowy, wysyp katedr equtil studies na wydziałach nauk społecznych. Trash studies, kurwa… – zaklął w myślach. Do tego z dnia na dzień robiło się coraz niebezpieczniej po zmroku, śmieciowe gangi poczynały sobie zuchwale, jakby brały odwet za lata dyskryminacji, a władze zamiatały morderstwa i gwałty pod dywan. Ktoś tam wznosił już pierwsze zamknięte osiedle oddzielone zasiekami od śmietników…

Grabski odstawił puszkę po piwie na stolik. Ta zaraz ożyła, obsikała mu nogawkę spodni resztą bursztynowej cieczy, poczęła złośliwie skakać po dywanie i bębnić o żeberka kaloryfera.

Zawsze może być gorzej – westchnął gorzko w cichości ducha – jak Trybunał Konstytucyjny przyzna im pełne prawo wyborcze, wówczas głos takiej puszki będzie się liczył tak samo jak mój. A ile w tym kraju jest jebanych puszek?! Partie reprezentujące ludzi nie załapią się nawet na pięcioprocentowy próg wyborczy.

Poza tym – naukowa przenikliwość nie poprawiała samopoczucia – kto da gwarancję, że na śmieciach się skończy? Czy one były jakąś unikalną formacją do ożywienia? Są inne produkty uboczne wytwarzane przez ludzi, nawet bardziej poniżane na przestrzeni dziejów…

No właśnie…

Zza drzwi kibla dobiegł złowieszczy bulgot.

h
Advertisements
  1. Czyżby otwarte zakończenie zwiastowało sequel?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: