polskie centrum bizarro

„Ofiarne Kozły” by Karolina Front

In Opowiadania on Wrzesień 4, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKoźle klimaty ostatnio stały się na niedobrych dość popularne (vide: niedawne zawieszone u nas opowiadanie Norberta Góry). Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy, trudno dociekać… Może to znak czasów, znak orła, a może zwykły zbieg okoliczności.

Dziś nieszanowny (acz w pewnych grupach trzymających łyżkę szanowany) Paskud zaprasza do czytnięcia nowego tekstu Karoliny Front, opatrzonego dość przewrotnym (nomen omen) tytułem…

Ofiarne Kozły

 

Kochające serce koziołka jest kochane. Dlatego właśnie Maciej entuzjastycznie przyjął zaproszenie na Koźle Party. I choć prawdą jest, że nie wiedział czego się spodziewać, postanowił ubrać się elegancko, kupić kwiaty dla gospodyni, dobre wino dla gospodarza i drobny upominek dla dzieci, jeśli takie w ogóle będą.

A wszystko to zaczęło się od pukania do drzwi.

Maciej był akurat w trakcie porannej toalety, gdy do jego drzwi zapukał staruszek z długą, białą bródką. Cylinder na głowie miał nieco przekrzywiony, aby dwa wyrostki z jego głowy mogły dumnie nosić na sobie pasma czerwonych korali. Garnitur wydawał się całkiem porządny, dobrze uszyty jak na kogoś, kto z niewiadomych przyczyn chodzi cały czas na czworaka. Butów chyba zapomniał z pośpiechu, bo kto normalny chodzi boso po wiosennym błotku? A może to te stopy i dwa zrogowaciałe pazury uciekające od siebie rozpaczliwie? Może to weteran jaki? Stąd byłyby też zdeformowane dłonie z dwoma tylko palcami, pomiędzy które wetknięta została beżowo-brązowa koperta z modnym, barokowym wykończeniem w kolorze złota.

Maciej otarł puchatym ręcznikiem ciągle wilgotne włosy. Przeczesał je ręką, z nadzieją, że po drugiej stronie drzwi stoi jakaś piękna zbłąkana owieczka, z którą mógłby spędzić upojny poranek. Zamiast tego tuż za progiem, na wysłużonej, gumowej wycieraczce stał wspomniany staruszek.

– Czy Paan Macieej? – zapytał staruszek przestępując nerwowo z nogi na nogę.

– Taaaak – przeciągle przyznał nieco zawiedziony widokiem Maciej.

– Mam przesyłkeeee dla Paana. Zaproszeenie – oznajmił staruszek, podnosząc się nieco, by łatwiej było mu wręczyć ozdobną kopertę.

Maciej odmruknął coś niezrozumiale, zamaszystym ruchem wziął zaproszenie i odwróciwszy się na pięcie zatrzasnął niegrzecznie drzwi. Dręczony wyrzutami sumienia rzucił jeszcze okiem przez szybkę i gotów był przysiąc, że elegancki garnitur jego niespodziewanego gościa pękł, a w miejscu szwu pojawiła się biała łatka. Albo kitka? A może to po prostu ogonek? Mężczyzna powrócił więc do kuchni. Mieszkał sam, ale i tak panował tam porządek. Tak się właśnie dzieje z mężczyznami po trzydziestce – zaczynają brać się za domowe obowiązki z nudów. I tylko dlatego udaje im się znaleźć jakąś kobietę. O ile w ogóle do tego dochodzi. Niestety, w okolicy domu Maćka nie było żadnych singielek. W ogóle nie widywał tutaj kobiet. Właściwie, to nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział człowieka. Nawet istota w lustrze wydawała mu się coraz mniej znana.

Maciej otworzył kopertę przyozdobioną złotymi ornamentami. Ze znudzeniem i zrezygnowaniem wyciągnął małą karteczkę, na której starannym pismem wykaligrafowano krótką wiadomość: Zaproszenie. Serdecznie zapraszam Pana Macieja na Koźle Party. Dziś, w godzinach popołudniowych.

Pozdrawiam, Gospodarz

Poza tymi kilkoma słowami nie było nic więcej, chociaż Maciej upewniał się o tym niejednokrotnie, oglądając zaproszenie z każdej strony. Ale skoro zapraszają, to nie wypada odmówić! Zebrał się więc w sobie, zaplótł na brodzie warkocz, przyodział wyjściowy garnitur i przeczesał włosy dłonią wilgotną od żelu. Później poszedł do ogrodu, by zerwać kilka żółtych tulipanów i wybrać z piwniczki pod tarasem najlepsze wino. W międzyczasie czekoladowe ciasteczka dla dzieciaków zdążyły się upiec i czekały teraz stygnąc na zapakowanie do ozdobnej w kolorze karminowym.

Maciej opuścił dom o piętnastej i szedł wąską ścieżyną białych kamyczków. Prowadziła go ona przez idylliczne łąki skąpane w wiosennym słońcu wprost z bezchmurnego nieba nad jego głową. I doszedł z rozkoszą. Biały domek z czarnym, ostrym dachem górował ponad horyzontem. Nie było ogrodzenia, ani garażu. Tylko klomby maków świetnie komponujące się z obiciem budynku.

Mężczyzna otrzepał kurz z garnituru, chociaż nie było go wcale i zapukał butnie. Na twarzy namalował jeden ze swoich wyjściowych uśmiechów i począł witać się z domownikami. Znanym już mu Gospodarzem, który okazał się dziadkiem stojącym jeszcze kilka godzin temu u progu jego drzwi, jego niezbyt atrakcyjną, brodatą żonę o poziomych źrenicach oraz dwójkę rozbrykanych dzieci. Bliźniaki. Oba miały złamane nóżki, mimo to uśmiechały się szeroko i nadstawiały do głaskania główki z parzystymi guzkami.

Usiedli w salonie stanowiącym główne pomieszczenie domku. Był niezwykle przytulny, chociaż wszystko zdawało się być o wiele niższe. Piękna, fioletowa kanapa z wyszukaną arabeską świetnie komponowała się z czekoladowymi zasłonami oraz abażurami lampami rozmieszczonymi w pięciu rogach pokoju. To przestronne pomieszczenie spowite było miękkim światłem i ciepłem domowego ogniska. Ogniska rozpalonego dokładnie na środku, tuż obok kanapy, na której rozsiadła się cała rodzina wraz z Maciejem.

Różowa podomka gospodyni wirowała radośnie w czasie podawania coraz to wymyślniejszych dań. Wszystkie smakowały wybornie, a gospodarz zabawiał gościa coraz to zabawniejszymi historiami o jego firmie i sukcesach sportowych bliźniaków. Gospodyni, gdy tylko pojawiała się w salonie, dogadywała mężowi i cmokała przydługim językiem kosmate brwi swoich dzieci. Bliźniaki grzecznie machały nóżkami zwieszonymi z brzegu kanapy czekając na znak, by móc pohasać na ogrodzie wraz z motylami.

„To tak wygląda miłość”- pomyślał Maciej.

Jego rozmyślania przerwał Gospodarz, nalewając do wąskiego kieliszka nieznanego mu jeszcze z wyglądu i zapachu trunku. Atmosfera była wspaniała! Maciej zatęsknił za spotkaniami towarzyskimi. Zapomniał już, jakie to cudowne uczucie spędzać czas z innymi i dobrze bawić się, nie przejmując się niczym.

Pod wieczór, gdy zrobiło się już ciemno, Maciej poczuł, że najwyższa pora wyjść, chociaż najchętniej zostałby jeszcze dłużej. Nawet na zawsze! Zaczął więc mocniej sypać komplementami i przepraszać, że się zasiedział, że tyle zjadł, że późna pora. Świeżoupieczeni przyjaciele żegnali się z beczeniem, ściskając się przy tym i obiecując rychłe ponowne spotkanie. Na tę chwilę czekał Gospodarz, który poprawiając cylinder zdecydował się opowiedzieć dowcip, który usłyszał dawno temu. Ośmielony promilami snuł opowieść o amerykańskim golfiście i blondynce, a sam podśmiechiwał się cichutko, co kilka słów nieumiejętnie zasłaniając dwoma zrogowaciałymi paznokciami usta.

Wszyscy w ramach komentarza wspaniałego dowcipu zanosili się gromkim śmiechem. I dokładnie wtedy Maciej pękł ze śmiechu, rozkoszy i nadmiaru przyjaźni.

– Nosz, kurwa, znowu! – zaklął Gospodarz. – I jak tu kozły mają się zasymilować z ludźmi?!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: