polskie centrum bizarro

„Uwolnienie” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on Wrzesień 18, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtMetakoza, khe, khe, tym razem dla odmiany nie będzie nic o kozie, tylko o metamorfozie. Przemianie inaczej. Innego w jeszcze inniejsze. Czy jakoś niepodobniejsze… Najnowszy tekst Karola Zdechlika, o poetyckim tytule Uwolnienie, stanowi świetny dowód na to, że czasami można (a nawet trzeba) uwolnić wyobraźnię. Choćby dla higieny umysłowej.

Zapraszamy!

Uwolnienie

 

Nie była to jej pierwsza bezsenna noc w ciągu ostatniego tygodnia.
Siedziała po turecku na łóżku dosuniętym do parapetu, liczyła gwiazdy na ciemnym niebie.
Po północy chmury zasnuły je, więc liczyła płatki śniegu opadające powoli na ziemię. Rozmyślała o tym, czy płatki śniegu zdają sobie sprawę ze swojej perfekcyjnej budowy i napawają się własnym majestatem. Czy może specjalnie opadają wolno, jakby z rozmysłem, tańcząc na zamierającym wietrze?
Czasem myliła śnieg z gwiazdami a gwiazdy z plamami na szybie. Marszczyła wtedy czoło i zaczynała liczyć od nowa.
Szeroko otwartymi oczami patrzyła na skąpany w białym puchu świat. Każda chwila była dla niej inna od poprzedniej, z każdym spojrzeniem na niezmieniający się krajobraz za oknem odkrywała go na nowo, dostrzegała coraz to kolejne szczegóły złożonych relacji manifestujących się sił tkwiących pod powierzchnią obserwowanych obrazów.
Czekała na coś. Nawet jeśli sama przed sobą nie przyznała się do tego.
Bo bała się do tego przyznać.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Odwróciła się w ich stronę gwałtownie.
– Proszę. – Z jej ust wykwitł obłok pary.
Drzwi uchyliły się nieśmiało, wpuszczając do pogrążonego w półmroku pomieszczenia odrobinę mdłego, bladego światła.
– Ewo?
Serce zabiło jej mocniej.
Do ciasnej kawalerki wszedł oczekiwany gość. Rozpoznała go tylko po charakterystycznym płaszczu. Świecące zza niego światło na klatce schodowej, chociaż ciemne i mdłe, oślepiło ją, a jego skryło między plamą światłości a mrokiem nocy.
Patrzył na nią. Nie widziała oczu, ale czuła jego świdrujące spojrzenie.
Siedząc na łóżku, podciągnęła kolana pod brodę.
Powoli ruszył w jej stronę, przystając po drodze, by ominąć leżące na podłodze ubrania i stosy śmieci, głównie opakowań po lekarstwach na receptę.
Usiadł obok niej. Pachniał jak nieodgadnione przestrzenie, pośród których wznosiła się w czasie snów na jawie, gdy jeszcze potrafiła śnić. Uwielbiała ten zapach, tak pachniały wspomnienia wyniesione spod przestworu obcego nieba.
– Czuję, jak coś we mnie umiera i rodzi się w każdej chwili – zaczęła sama z siebie. – Czuję, jak każdą część mojego ciała wypełnia ta istota, jak patrzy na świat moimi oczami, jak słyszy moimi uszami, jak dotyka mnie moimi dłońmi.
Przerwała na chwilę, by zebrać myśli. On siedział nieruchomo. Odwrócił głowę w jej stronę. Spojrzała w oczy nieznanego, ale oczekiwanego gościa i zobaczyła w nich obietnicę poznania tego, co rozciąga się poza widziany z okien horyzont, co sięga nie tylko w głąb niej samej, lecz też w bezkres poza znanymi jej miejscami i czasem.
Podjęła przerwaną opowieść.
– Wiele razy, gdy widzę się w lustrze, nie poznaję siebie, tylko rozpoznaję ją. Widzę, jak uśmiecha się do mnie, nienawistnym, obcym uśmiechem. Pragnę wtedy ją skrzywdzić. Chwytam dłońmi za moje gardło i próbuję je miażdżyc. Kaleczę się sztućcami, bo wiem, że ona też odczuwa przy tym ból. Słyszę jej krzyk rozpaczy, gdy przykładam nóż do nadgarstka. Gdy widelcem wiercę sobie dziurę w ramieniu, czuję jak wypływa jej krew. Zlizuję ją, jest słodka.
Przerwała opowieść, zamyśliła się. Obgryzła paznokieć palca wskazującego prawej dłoni, bladej i chudej.
– Ale czasem istota wydaje się mi bardzo bliska. Czasem rozmawiam z nią. Nie odpowiada, ale czuję jej odpowiedzi. Mamy te same tęsknoty, te same pragnienia. To nie jest jej wina, że rozwija się we mnie.
– Czego oczekujesz? – Miał głęboki, zmysłowy głos. Wzbudzający zaufanie.
– Chcę… – Wzięła głęboki wdech, zagryzła wargi. Powoli wypuściła powietrze, po czym dokończyła zdanie.
– Dobrze – odparł krótko. Uśmiechnął się kącikami ust. Patrzył śmiertelnie poważnie wprost w jej wystraszone, ciemne oczy.
Dostrzegła nieco więcej szczegółów sylwetki nieznajomego. Jego ubranie zdawało się wisieć w powietrzu, nie opinało ludzkiego ciała, bo nikt nie może być tak chudy i wąski, jakby nie istniał pod szczelnie zapiętym płaszczem i szyją owiniętą szalikiem. Głowa mężczyzny zdawała się wyrastać bezpośrednio z warstwy grubych, zimowych ubrań. Jego odzienie nie nosiło śladów śnieżycy szalejącej na zewnątrz.
Na ułamek sekundy zawahał się, jakby chciał przytulić ją lub chociaż pogłaskać po zmierzwionych, tłustych włosach. Zamiast tego podniósł się z łóżka przy akompaniamencie skrzypiących sprężyn. Bez słowa wyszedł z pomieszczenia. Delikatnie zamknął za sobą drzwi, nie chcąc zmącić nocnej ciszy.
Siedziała w bezruchu przez długi czas. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w jeden punkt na ścianie. Głośnym echem odbijały się odgłosy upadków kolejnych płatków śniegu, mozolnie wspinających się po szybie nieszczelnego okna. Ciężkie zasłony poruszały się w takt tych uderzeń, wzbijając w powietrze tumany kurzu, osiadającego po wewnętrznej stronie okna na podobieństwo śniegu, układającego się w spiralną strukturę po przeciwnej stronie szyby.
Jej oddech zwalniał coraz bardziej. Ostatnie chwile trwania odliczała w sekundach między drganiami zamkniętych już powiek. Osunęła się bezwładnie na stos puchowych poduszek. Powoli zapadła w nie, jak pogodzony z losem tonący opadający na dno w gasnącym blasku dnia i wśród oddalających się krzyków mew.
Na jej ustach wykwitł uśmiech.

Białe szyje wiły się jak macki, łabędzie głowy ocierały się o siebie, przygryzały i odskakiwały zaskoczone. Coraz to kolejne podnosiły się, czerń oczu kontrastowała z bielą piór nawet w półmroku zimowej szarzyzny godzin wczesnoporannych, wylewała się z przodu głów, jakby z przepastnych otchłani opalizujących ślepi, na intensywny, pomarańczowy kolor dziobów, zszarzały i przyblakły o tej godzinie między nocą a świtem. Plątanina skłębionych szyi, skąpana w świetle wychodzącego zza ciężkich chmur księżyca rzucała na ścianę niesamowite cienie.
Ciało dziewczyny poruszało się przez działanie ukrytych sił, gdy istota wydostawała się na zewnątrz. Spod szeroko rozwartych powiek Ewy pięły się pod sam sufit największe głowy na najdłuższych szyjach, wisiały majestatycznie nad kłębiącą się niestabilną formą istoty wyrastającej z zsiniałego ciała dziewczyny, płynnie przechodzącego w pokryty białym jak świeży śnieg pierzem wysyp macek ptasich szyi, spazmatycznie wijących się jak robactwo ucztujące na martwej połaci materii. Bez kropli krwi, bez ani jednej rany. Kształt jej ludzkiego ciała, leżącego bezwładnie na wznak wśród puchowych poduszek a oddanego we władanie istocie, wytrysnął we wszystkie kierunki monotonią powielonych kształtów łabędzich szyi i głów. Z ramion i rąk, z kciuka u lewej dłoni, z wyrzuconego daleko na brodę języka, z przypadkowych punktów na piersiach i brzuchu, z rozrzuconych zdrapanych kolan i posiniaczonych łydek, które już nigdy o nic się nie rozbiją, bo ich właścicielka nigdy nie straci nagle w nich czucia, z zaniedbanych stóp pięły się w górę poskręcane szyje zakończone ptasimi głowami. Forma istoty nie ustabilizowała się jeszcze, zbyt nagle i gwałtownie otrzymała szansę zamanifestowania się, tu i ówdzie zdarzały się pomniejsze deformacje jak brak dolnej połowy dziobu lub głowa wyrastająca z szyi odwrotnie, do góry nogami.
Największa deformacja wysuwała się spazmatycznie z największej tajemnicy jej ciała, teraz bezwstydnie ukazanej nieistniejącym obserwatorom w pełnej krasie. Spomiędzy rozwartego sromu wyrastała plątanina niezliczonych łabędzich szyi podobna pniom młodych drzew zbyt blisko siebie rosnących, wzajemnie wokół siebie poskręcanych i powrastanych, prawdziwy chaos żywej materii, zbrylona, zakończona dziesiątkami rozwartych dziobów, zamykających się i otwierających wciąż i wciąż, biologiczna konstrukcja patrząca w pustkę dziesiątkami jednolicie czarnych ptasich ślepiów. Poszczególne jej części składowe próbowały się rozplątać, rozdzielić od siebie swoją opierzoną na biało tkankę. Bezskutecznie. Nierozerwalnie skołtunione szyje uwaliły się na łóżko, drgając we wszystkich kierunkach jednocześnie, pod bacznym spojrzeniem wolnych szyi, gnących się pod bacznym spojrzeniem nieruchomych oczu największych głów, sztywno sterczących z głębi oczodołów kobiety, tak nieproporcjonalnie wielkich, osadzonych na tak chudych patykach szyi. Głów niewzruszonych, zdradzających triumfującą inteligencję.

Świt zastał istotę zderzoną z nie dającą się rozwikłać tajemnicą własnego zaistnienia.
Gdyby łabędzie głowy nie były nieme, zamierający zimowy wiatr zabrałby w świat zaciekłe klekotanie pradawnych, nieludzkich zaklęć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: