polskie centrum bizarro

„P.M.S. Ziemia!” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Wrzesień 25, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtArrrrr! Szkwał, galeon, kilwater, szanty, ster i butelka rumu! Takim oto żeglarskim powitaniem witamy was, nasi mili, bo dziś morskie klimaty przenikają niedobre jak zimno sztormowego wiatru przenika przez nawet najcieplejsze kurtelaśki. Jak to my, załoga pod banderą Paskuda wpłynie dziś na nieznane wody, z ogromną pomocą niezwykle utalentowanego w zakresie oceanicznych historii niesamowitych Kornela Mikołajczyka.

Aczkolwiek nie dajcie się zmylić. Klimaty niby morskie, ale w sumie będzie to, jak wszystko w historii ludzkości, o sprawach damsko-męskich. I jednej takiej w sumie naturalnej, chociaż trzeba przyznać, że mimo swej naturalności bolesnej, w dodatku wpływającej na komunikację między płciami dosyć negatywnie sprawie. Ahoooj!

h

P.M.S. Ziemia!

h

1

h

Jednomasztowiec „Peckator” obrał właśnie kurs na macierzysty port, kiedy jak co miesiąc rozpoczął się czerwony przypływ.
Nasza dzielna załoga nie była gotowa na jego przyjście. Nie odczytała na czas znaków na niebie i ziemi. W jednej chwili rozpruwaliśmy swym dziobem przestwór Atlantyku, dzielnie wbijaliśmy nabrzmiały bukszpryt prosto w horyzont, a w następnej znaleźliśmy się pośrodku czerwonego morza, mimo że prawdziwe Morze Czerwone leżało wiele, wiele mil morskich stąd, w innej części globu. Ale w tych „szczególnych dniach” zawsze miało się wrażenie, iż Ziemia staje się jednością, tak że nieważnym było, gdzie co leży, leżało czy leżeć powinno. Cała planeta przekształcała się w wielkie, bezkresne Morze Czerwone, wstrząsane spazmami menstruacyjnego bólu, zjednoczona w cierpieniu, jednogłośna.
I tak bardzo, bardzo przerażająca…
– Ahoj, Okres! – zawołał marynarz siedzący w bocianim gnieździe, bijąc na alarm jakby zobaczył Czarnobrodego. – Okres, Okres, Okres!
Dyn-dyn-dyn-dyn-dyn-dyn-dyn-dyn!
Na pokładzie statku w jednej chwili zaroiło się od członków załogi. Trójka majtków wyskoczyła ze schowków wielkości szuflad, ładowniczy z ładowni, poławiacze pereł z kajut, kuk z kuchni, kwatermistrz z kwater; bosman zaś wystawił swą brodatą gębę z beczki na śledzie, w której zwykł przesiadywać. Jako ostatni przybiegli kapitan z depczącym mu po piętach chłopcem kajutowym oraz świeżo zamustrowany nawigator.
Wszyscy jak jeden mąż przechylili się przez burty.

Gdy w błękit mórz wedrze się znów
Bałwanów krwawych rząd
To Gaja drży od ciemnej krwi
Więc prędko wiosłuj stąd

– No to jesteśmy urufieni, panowie! – stwierdził jednooki kwatermistrz, przekrzykując szantę. – Urufieni na cacy!
Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Comiesięczny cykl Gai znów zatoczył koło (jak to natura miała w zwyczaju) i wszechocean zabarwił się pigmentem krwi, z kojącego błękitu w ostrą czerwień, od bieguna po biegun. Niczym skończone szczury lądowe władowaliśmy się w sam środek ogólnoplanetarnej menstruacji. Najgorszy czas, żeby wejść do portu i wrócić na macierzy łono, do czekających matek, córek, sióstr, żon i kochanek. Najgorszy czas dla każdej istoty, która posiada chromosom Y.

Hej, wiosłuj stąd
Hej, wiosłuj stąd
Hej, prędko wiosłuj stąd!

Kapitan obrócił się gniewnie w stronę nawigatora. Młokos miał zaczątki pierwszego wąsa nad wargą, w ramionach zaś trzymał stos pozwijanych map, z którymi rzadko kiedy się rozstawał. Nazywał się Iszmael, ale o tym na statku nie wiedział prawie nikt. Wszyscy bez wyjątku wołaliśmy go Cyrkluj.
– Do stu tysięcy beczek jeżowców w occie! – rozdarł się kapitan, obryzgując go śliną. – Cyrkluj! W jaki sposób nie przewidziałeś tego cholerstwa?! Myślałem, że wyprawę mamy zaplanowaną w najmniejszych, psia jego, szczegółach!
Zrugany załogant zaczął przecierać okulary tak energicznie, że mało nie przewalił się przez burtę.
– A-a-al-ale… ale o co ch-chodzi, kapitanie? Sir? Coś zrobiłem nie tak? Zero sztormów, zero piratów, pełna ładownia pereł… Będziemy w porcie na czas, nawet z dwudniowym zapasem!
– Tak, ale w trakcie Okresu… – wykrztusił któryś z poławiaczy. W jego głosie znać było prawdziwy strach. Głęboki, ściskający za gardziel Strach przez duże, wypisane drżącą dłonią S.
Cyrkluj zmarszczył brwi.
– Okres Gai przychodzi co miesiąc, takie są prawa natury. I co z związku z tym?
– Co w związku?! – rozdarł się kapitan z niedowierzaniem. – CO W ZWIĄZKU?! Jezu, gdzieś ty się wychowywał, chłopcze, w rufie Davy’ego Jonesa? Czyś ty nigdy nie widział, co to cholerstwo robi z… – urwał, po czym rozejrzał się nerwowo, jakby ze wszystkich stron spodziewał się abordażu. – Z kobitami? – dokończył znaczącym szeptem. – Rany, co tam się musi dziać w porcie…
– W burdelu nieczynne – rzucił ktoś spod masztu ponurym głosem.
– Żona jadem pluje. – Zadrżał poławiacz.
– Kochankę główka boli. – Westchnął kuk.
– Teściowa, menda, gryzie! – krzyknął spod pokładu blindziarz.
– Córka krzyczy, że mnie nienawidzi i płacze w poduszkę – mruknął podstarzały majtek.
– Mamusia się zezłości i nie ulepi pierożków! – pisnął ośmioletni pomocnik kuka.
– Krótko mówiąc, Armagedon, chłopcze – podsumował kwatermistrz, kładąc starą, spracowaną dłoń na ramieniu nawigatora. – Koniec świata. Ha, i nie myśl sobie, że cokolwiek tu pomogą piękne perły! – Rząd głów poruszył się w górę i w dół, przyznając mu rację. – Kiedyś, dawno temu, złapał nas sztorm i musieliśmy zawinąć do portu, kiedy wciąż szalał Okres. Ja jeszcze wtedy sam perły łowiłem i znalazłem taką iście niemożliwą, z deformacją, jedyną w swoim rodzaju, wartą pewnie spory szmal! Więc daję mojej babie, coby ją udobruchać, i mówię tak: „Patrz, pampuszku, ta perła jest wyjątkowa, niekształtna. Gdy tylko ją zobaczyłem, pomyślałem o tobie”. Ha! Tak się wjebałem, uwierzyłbyś? – Nawigator w odpowiedzi pokręcił głową. – Rzecz prosta ugryzłem się zaraz w ozór, ale chuja tam, było już za późno. Nawet nie zauważyłem, jak mój pampuszek wetknął mi tę perłę prosto w oko. – Wskazał na swój wybrakowany oczodół: zaropiałe, ziejące dziursko, w którym faktycznie coś połyskiwało niby macica perłowa. – Niech mnie kule biją, co tam się wtedy działo… Dziesięć w skali Beauforta to nic, chłopcze. Nic, powiadam! Nic w porównaniu z babą w trakcie Okresu.

Gdy w suchy port, przyjazny fiord
Się wedrze Krwawy Pływ
To Gai czas, więc fok na maszt
I prędko ruszaj w dryf

Cyrkluj skulił się w sobie. Kwatermistrz zawsze opowiadał niestworzone historie (o czym wiedzieli wszyscy, którzy mieli nieprzyjemność dzielić z nim kajutę); historie o polowaniach na żmije-żarłacze i niedźwiedziorybomałpy, walkach na śmierć i życie z siłami natury. Ale tym razem jego opowieść przeraziła nawigatora nie na żarty. Ta dotyczyła w końcu prawdziwej, nie zaś legendarnej bestyjki. Bardziej tajemniczej i nieznanej od zakonspirowanej syreny.
Kobiety.

Hej, ruszaj w dryf
Hej, ruszaj w dryf
Hej, prędko ruszaj w dryf!

Wyraźnie zrobiło mu się wstyd, że nie wziął poprawki na Okres. Spuścił głowę, po czym wymamrotał pod nosem przeprosiny.
– Cococo? Co takiego? – Kapitan uniósł swój trójgraniasty kapelusz, obnażając ucho. – Głośniej, człowieku, to jest łajba, tu się krzyczy! Co masz na swoje usprawiedliwienie, no?
– Miesz… mieszkałem w internacie przy Akademii Nawigacji, sir. – Pokraśniał na te słowa jeszcze silniej, niż morze wokół statku. – Sami chłopcy. N-nie za wiele wiem o-o… tych sprawach, bo cały czas się wkręcaliśmy, że to się robi tak albo siak, że niby najpierw trzeba się natrzeć pietruszką w pachwinach, wie pan, takie tam żarty gówniarzy, no iii… i sam już nie wiem, co z tego było na serio, a co nie, także tego… eee… pietruszka i wiecie…
Cyrkluj motał się w słowach przez krótką, krępującą chwilę, aż w końcu całkiem umilkł. Na pokładzie zapadła niezręczna cisza. Słychać było tylko procesy szarych komórek, jak zgrzyt kabestanu w dziesiątkach czaszek załogantów.
– Czy on ma na myśli to, co ja myślę, że ma na myśli? – zapytał w końcu kuk, drapiąc się chochlą po zawszonej głowie.
– Że nie wie, jak to się robi?
– No.
– Chyba tak, panowie. – Kapitan wzruszył ramionami. – I dlatego nie ma pojęcia o Okresie. No? To miałeś na myśli, Cyrkluj?
– Tajest, sir – wymamrotał nawigator, wbijając wzrok w pokład.
Reszta załogi była w szoku.
– Ale jak to tak… nigdy?! Ani razu?!
– A dziwki portowe u nas takie ładne… – Ktoś westchnął, kręcąc głową. – Powaga. W innych portach wszystkie albo szczerbate, albo kulawe.
– A Bezzębna Jenny to co? Też krzywo chodzi.
– Ale tylko po tym, jak ja u niej byłem! – zarechotał bosman z beczki na śledzie, pokazując wymownie (z wizualną pomocą zgiętego przedramienia) co miał na myśli. Parę osób ryknęło śmiechem. – Musowo trza ją przedstawić chłopakowi. Godzinka szachu-machu i będzie do odratowania.
– Raczej minutka, w jego przypadku…
– No i co z tego, że nie wie, jak to jest z kobitą?! Wielkie halo! – przerwał dyskusję kapitan, dziwnie rozdrażniony. Wszyscy wiedzieliśmy, że od dziewczyn wolał on młodych, jurnych chłopców kajutowych. Czasem też dobierał się do majtków majtków. Tfu, znaczy do majtek… – Nie będziemy mu przecież gadać o pszczółkach i kwiatkach. To nie zajęcia wyrównawcze, tylko pieprzona łajba! Zobaczyć mi w tej chwili, czy da się zakotwiczyć! I zwinąć wszystkie żagle! Nie ma co ładować się do portu, jakoś to przeczekamy.
Załoga rozbiegła się do swoich zajęć i wkrótce „Peckator” stanął na szelfie. Wzdłuż horyzontu zamajaczyła smukła linia brzegowa.
Gdzieś tam był dom. Gdzieś tam były nasze kobiety. Rozstrojone, rozdrażnione, rozsierdzone…
Krótko mówiąc – Okres jak co miesiąc.
Zebraliśmy się na pokładzie, odkorkowaliśmy rum i przysiedliśmy na skrzyniach i beczkach, z nogami opartymi o reling. Cóż więcej mogliśmy zrobić, jak tylko czekać, aż minie najgorsze? Cóż zrobiłby ktokolwiek w naszej sytuacji? Nikt z nas nie chciał wracać z dalekich mórz błękitnych na własne, prywatne morza czerwone.

Gdy moczyć chcesz, a wszędzie krew
I czerwień aż po pirs
To Gaja klnie, więc chcesz czy nie
Turbiny puszczaj w wir

– Moja tam już pewnie pymsuje – przerwał żałobną ciszę kuk. – Na całego, jak ją znam.
– Co robi? – zdziwił się Cyrkluj. – Psuje?
– Pymsuje, młody, pymsuje. Ona tak na to mówi: pyms. Nie nauczyła się, franca, czytać akronimów po literce, więc ona tak wszystko zaiwania. PMS: pyms. SOS: sos. CBŚ: cybyś. I tak dalej, do usrania. Jedno tylko UFO jej dobrze wychodzi.
Stary kwatermistrz ze znawstwem pokręcił głową.
– Jakie tam pymsuje, panie kuk. PMS to jest przed tym: jak Gaja ciska sztormami, huraganem i trzęsieniami ziemi. Jak się focha na ludzkość, o. Teraz to już nie jest masa podkrytyczna, teraz to jest ten, no…
– Wyciek reaktora? – podrzucił ze śmiechem brodaty ładowniczy.
– No, no. Wyciek reaktora jak chuj.

Hej, puszczaj w wir
Hej, puszczaj w wir
Hej, prędko puszczaj w wir!

– Zamkniecie się wreszcie?! – warknął kapitan w kierunku Ochotniczego Chóru Szantowego. – I tak nikt nie lubi tego kawałka!
Byliśmy dopiero na trzeciej zwrotce, ale posłusznie umilkliśmy, coby móc się napić.
Tyle z umilania innym czasu, psia mać…

h

*

h

Kongestia przeciągnęła się aż do wieczora. Jakieś pięć godzin i dwie skrzynki rumu później ujrzeliśmy zbliżający się statek, wychodzący z docelowego portu „Peckatora”. Stanowczo za duży jak na pilota portowego, trójmasztowy i świeżo nasmołowany, uciekał w czerwone morze jakby goniło go stado wpienionych krakenów-mutantów.
Kiedy przepływał obok nas burta w burtę, zaczęło się tradycyjne międzystatkowe krzyczando:
– AHOJ!!! – wrzasnął kapitan trójmasztowca, dziwny facet z protezą nogi.
– AHOJ!!! – odkrzyknął nasz kapitan; też dziwny, choć nogi miał w komplecie.
– SKĄD PŁYNIECIE?!!!
– Z POŁOWU PEREŁ!!!
– NIE WIDZIELIŚCIE CZASEM BIAŁEGO WIELORYBA?!!!
– CZEGO?!!!
– WIELKIEGO!!! BIAŁEGO!!! WIELORYBA!!!
– NIE!!! ALE MOŻE JAK GAJA ZOBACZY COŚ WIELKIEGO I BIAŁEGO, TO W KOŃCU UŻYJE TAMPONU!!!
– HA, HA, HA!!!
– A JAK SYTUACJA W PORTACH?!!!
– MAM TRZY PARY W ZAPASIE!!! POWINNO WYSTARCZYĆ!!!
– NIE W PORTKACH!!! W PORTACH!!!
– SZALEJĄ JAK CHOLERA!!! ZDEMOLOWAŁY APTEKĘ!!! FACET NIE MIAŁ ZIÓŁEK NA SKURCZE!!! MASAKRA!!!
– AHA!!! DZIĘKI!!! CZYSTYCH WÓD!!!
– NAZWAJEM!!! MIŁEGO CZEKANIA!!!
Załoga umilkła ponuro, na wszelki wypadek ofiarowując minutę ciszy na cześć dzielnego aptekarza. I tylko jeden Cyrkluj, nawigator-dziewica, poderwał się nagle na nogi i zaczął krążyć wokół jedynego masztu, dręczony jakąś nieznośną myślą.
– Chwileczkę, panowie – rzucił po chwili z większą niż zwykle pewnością. Cofnął się, być może, do lat spędzonych w Akademii Nawigacji i wyobrażał sobie, że rozwiązuje przy tablicy złożony problem azymutu magnetycznego. – Gaja przechodzi przez PMS i Okres, ponieważ jest kobietą, prawda?
– No raczej. – Zmęczony poławiacz pereł przewrócił oczami.
– I kobiety, solidaryzując się z nią niejako, sprzęgają biologiczne cykle z Gają i również dostają Okresu, tak?
– Sprzęgają aż aptekarzy leją. Patrzcie, taki hormon, nie? Niby niewidoczny, a jednak jebnąć potrafi.
– O coś ci biega, Cyrkluj? – wtrącił niecierpliwie bosman.
Nawigator z uśmiechem poprawił okulary.
– A co gdyby tak, na jakiś czas… och, powiedzmy na dziewięć miesięcy – powiedział z naciskiem – Gaja przestała miesiączkować, hm? Co wtedy z kobietami? Czy ich cykle nie zostaną automatycznie wstrzymane?
Zdawało się, że umilkło nawet samo morze, rozpłaszczając fale we flautę. Pomysł młodzieńca torował sobie drogę w umysłach załogantów jak lodołamacz, powoli i sukcesywnie, oporna kra za oporną krą. Tym, którzy zrozumieli, oczy natychmiast zalśniły blaskiem nadziei. Dziewięć miesięcy spokoju to w końcu nie byle co.
– Istnieje pewna… legenda – zaczął ostrożnie kwatermistrz – ale nie chciałbym nikogo zanudzać, więc…
– Co to za legenda? – zapytał pryszczaty majtek.
Jednooki starzec pociągnął solidny łyk rumu, po czym otarł sine wargi, nie dając po sobie poznać, że zainteresowanie załogi mile go połechtało.
– Mówi się, że jest takie miejsce, z którego wychodzi czerwony przypływ. Wystający nad wody skalisty ostrów, na którym nigdy nie przysiada żaden morski ptak, ani mewa, ani rybitwa. Miejsce, w którym zawracają ławice ryb, o którym śpiewają trwożnie wieloryby. Wysepka ta ma ukrytą zatoczkę, w zatoczce zaś kryje się ciemna jaskinia. W jaskini tej znajduje się największy, najcenniejszy skarb Gai, którego żaden człowiek nie odważył się jeszcze zdobyć…
– Gdzie… gdzie leży ta wyspa, sir?
Kwatermistrz wzruszył ramionami.
– Mówi się, że gdzieś w okolicy Wysp Dziewiczych. Nie tak daleko od nas, w zasadzie. Podobnież sprawny kartograf może określić jej położenie po tym, jak rozkładają się prądy morskie i grzbiety oceaniczne. Ale nie znajdziesz jej na żadnej mapie, o nie. Ta wyspa nie ma nazwy.
Kolektywna uwaga załogi przeniosła się na nawigatora. Cyrkluj natychmiast rzucił się do map, rozprasował je na deskach pokładu i przycisnął zagięte rogi opróżnionymi butelkami. Potem, mamrocząc do siebie „prądy morskie, prądy morskie”, zaczął kreślić coś przy pomocy ołówka i wyliczać kąty, spacerując cyrklem między wyspami archipelagu. Przypatrywaliśmy się temu z mieszaniną konfuzji i fascynacji, jak kępy ukwiału pierwszy raz zabrane na wędrówkę przez raka pustelnika.
– Tu! – wykrzyknął w końcu, podniecony, wskazując palcem na papier. – Wi-widzicie? W tym rejonie powinna znajdować się wyraźna przeszkoda, rozdzielająca ciepły prąd biegnący do Golfsztromu. Ale na mapie jest tylko morze!
– To musi być tam! – zakrzyknął kapitan, zrywając się na nogi. – Jak szybko możemy tam być?
– Pięć dni przy korzystnym wietrze, sir – ocenił Cyrkluj. – Góra tydzień. Wody powinny być spokojniejsze, gdy skończy się Okres.
– Ba! Jeśli nam się uda, Okres skończy się na całe dziewięć miesięcy!
Po pokładzie poniosło się gromkie „Hip, hip, hurra!”, całkiem jak wtedy, gdy ulicznice w trynidadzkim porcie ogłosiły wielką wyprzedaż towaru. Rozwinęliśmy żagle, zrobiliśmy zwrot przez kotwicę i wypłynęliśmy na szerokie wody oceanu.
Cyrkluj stanął za kołem sterowym, pilnując kursu, kapitan zaś tuż za nim, dla odmiany uśmiechnięty, po raz pierwszy od wielu tygodni zadowolony z młodego nawigatora.
– Eee… panie kapitanie, sir – zapytał rzeczowo jeden z ładowniczych, gdy stabilny wiatr popchnął łajbę w kierunku Wysp Dziewiczych – a który z nas tak w zasadzie… eee, no wie pan… zejdzie tam do Gai i ją w tę jaskinię… eee, tego? Zrobimy jakieś losowanie? W kości zagramy?
Kapitan zamyślił się na moment.
Oczywistym kandydatem wydawał się nasz bosman: umięśniony, brodaty, znany w setkach portów awanturnik-jebaka. Bosman był tak niemożliwie męski, że wszystkie tatuaże-serduszka, jakie sobie wydziarał, zmieniały mu się automatycznie w gołe baby. Gdy nurkował po perły, małżowaginy same otwierały się przed jego palcami, odsłaniając miękkie różowe wdzięki. Gdy wyłuskiwał perły spomiędzy ich warg, wzdychały w baśniowej feerii bąbelków. Kiedyś uległa mu nawet syrena, Bóg jeden wie w jaki sposób. Dlatego zresztą większość podróży bosman spędzał w beczce na śledzie. Mówił, że rybi zapach nieodmiennie przypominał mu o dawnej kochance.
Mieliśmy o nim ułożoną szantę – jeszcze nieskończoną, ledwie dwadzieścia trzy zwrotki – ale w ciszy, jaka zapadła, uznaliśmy, że warto zaśpiewać chociaż wstępny refren, gwoli przedłożenia jego kandydatury:

Z armaty strzelał w portach stu
Syreny brał na spławik
A gdy galoty spuszczał w dół
To wężem morskim wabił
Hej, wężem morskim wabił!

– Panowie, panowie, spokojnie – odezwał się kapitan, gdy reszta załogi ochoczo podchwyciła pieśń. – Dobrze wiecie, że wybór może być tylko jeden.
Cyrkluj pokiwał gorliwie głową, spoglądając ku bosmanowi.
– Jako że zarówno pomysł, jak i wykonanie należał w całości do naszego drogiego nawigatora, to jemu przypadnie zaszczyt uwolnienia nas od Okresu. Jak myślicie, co? Należy mu się, psia mać, coś od życia, czy nie?!
Tak jest! Wrzaskom, oklaskom i wiwatom nie było końca. Wszyscy jednogłośnie uznaliśmy, że nadszedł czas, aby młody Cyrkluj – niech morze ma go w swojej opiece – dowiedział się, co to znaczy być z kobietą. Wzniesiono toasty, wypito jego zdrowie. Posypały się pierwsze konkretne rady pod adresem przyszłej „schadzki” młodzieńca.
I tylko sam nawigator zbladł nagle jak żagiel w pacyficznym słońcu.

h

2

h

Kiedy Gaja była jeszcze młodziutka, jedynym, co pozwalało jej zapomnieć o samotności, były dinozaury.
Prehistoryczne gady były jej pierwszą poważną zabawką; miała ich tysiące w każdym swoim zakątku, każdego koloru, każdego rodzaju. Ale dinozaury, pomimo swej ogromnej różnorodności, były też przeraźliwie nudne. Biegały w kółko za własnymi ogonami i zjadały się nawzajem, nie oferując żadnej stymulacji dla dorastającej dziewczynki-planety. Gaja próbowała malować im narośle na różowo albo ustawiać je w równych rządkach, względem gatunku, ale zawsze rozłaziły się na boki i brudziły świeży lakier kredowym błockiem. Nie słuchały się jej tak, jak należy.
Dlatego gdy pewnego dnia zachorowała, tak jak choruje każde dziecko – różyczka, odra, świnka, nieważne – pozbyła się ich co do jednego. Tłumaczyła sobie później, że osiadły na nich zarazki, a do zarazków lepiej się nie przytulać, bo są „fe!”. Lecz w głębi siebie znała prawdę. Dinozaury poszły na śmietnik, bo nie potrafiły odegnać jej samotności.

h

*

h

Później sprawiła sobie lalki: zabawki znacznie bardziej zajmujące i odpowiednie dla młodej planety płci żeńskiej. Jej pierwsza para nazywała się Adam i Ewa. Były jej Kenem i Barbie. Spędzała nad nimi całe tygodnie. Czesała je, karmiła, przebierała w nowe ciuszki, wyprowadzała na długie, kontynentalne spacery. Zbudowała im przytulny domek i wyobrażała sobie, że i ona jest częścią tego domowego ogniska. Adam, Ewa i Gaja. Trójka przyjaciół, na zawsze razem.
Lecz wkrótce obok domku Adama i Ewy pojawił się drugi domek; potem trzeci, piąty i dziesiąty, aż w końcu Gaja miała więcej domków, niż mogła zliczyć. Lalki mnożyły się bez końca i zbierały w liczne grupy. Same, bez jej pomocy, malowały się w barwne kolory, przebierały, ustawiały rzędami, a potem kruszyły te rzędy, psując się wzajemnie, nim mogła się z nimi zapoznać, pobawić. Nieważne jak mocno próbowała przyciągnąć je do siebie – nowe pola uprawne, pastwiska dla kóz, drzewa figowe i daktylowce – one wciąż rzucały się na siebie z mieczami i paliły jej piękne domki.
Uznała, że może zmiana środowiska zrobi im dobrze i wzięła je ze sobą do kąpieli. Ale nie licząc jednej arki, niemal wszystkie zginęły w falach, którymi się zasnuła.
Gaja nauczyła się wtedy, że o zabawki trzeba dbać. Ale zrozumiała również, że nadchodzi taki moment w życiu planety, kiedy trzeba odłożyć lalki na półkę i pozwolić im żyć własnym życiem. Kiedy trzeba pogodzić się z tym, że jest się skazanym na gwiezdną pustkę samotności…

h

*

h

Aż w końcu nadszedł dzień, kiedy Gaja całkiem wyrosła z dziecinnych marzeń. Zaokrągliła się tu i tam, poszerzając równik, spłaszczyła się na biegunach; wypiętrzyły jej się góry i grzbiety oceaniczne. A także – jakżeby inaczej – dostała miesiączki. Jak każda dziewczynka, która staje się kobietą.
I wtedy – nagle, w jednej chwili – zdarzyło się coś absolutnie niesamowitego.
Poczuła je wszystkie, bez wyjątku, jednoczące się z nią w bólu pierwszego krwawienia. Młode dzierlatki i dojrzałe kobiety, nieśmiałe dziewice i stateczne matrony, wieśniaczki i królowe… Były tu. Tuż obok niej. W samym sercu jej ognistego wnętrza. W intymności, jaka istnieć może jedynie pomiędzy kobietami. Cierpiały i broczyły krwią, współdzieląc z nią skurcze i rozdrażnienie, przekazując jej część swojej niedoli i biorąc na siebie część tej, która wstrząsała nią samą. I tak miało być każdego miesiąca, już zawsze, na zawsze, aż po wieczność.
Gaja nareszcie nie była sama.

h

*

h

Jednak ostatnimi czasy dziwna, irracjonalna pustka znów zaczęła narastać we wnętrzu planety. Pod skalnym płaszczem rozbudziły się w niej pragnienia, których nie potrafiła nazwać. Starała się o nich nie myśleć, ignorować je, ale wibracje za każdym razem powracały coraz silniejsze, coraz bardziej natarczywe.
Wiedziała, że jest tylko jeden sposób, aby pozbyć się tych pragnień.
Zaspokoić je.

h

3

h

Gdy widzieliśmy Cyrkluj po raz ostatni tego pamiętnego dnia, młody nawigator, wiosłując nieporadnie, manewrował szalupą w kierunku ciemnej jaskini pod wysepką Gai – wystającą z morza, gęsto żyłkowaną skałą porośniętą na szczycie niewielkim laskiem w kształcie trójkąta. Spieniona otchłań groty wessała chłopaka i straciliśmy go z oczu.
Resztę znamy już tylko z opowieści…

h

*

h

Ciemność zamknęła się nad nim jak paszcza lewiatana.
Iszmael zadrżał strachliwie, przyciskając do piersi skrócone wiosło. Nasmołowany kawałek drewna wydał mu się nagle strasznie kruchy i nieadekwatny w obliczu obezwładniającej czerni – pozbawiony mocy, bezużyteczny. Delikatny nurt pchał jego łódeczkę naprzód, w głąb jaskini, jednostajnym tempem. A przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż nie miał żadnego punktu odniesienia. Gdzieś wokół siebie czuł tylko ściany – wilgotne, pulsujące zagadkowym ciepłem, ruchliwe, jak gdyby znalazł się w środku ogromnego przełyku, pędząc ku bezdni żołądka.
Tyle że to nie był przełyk. Nie układ pokarmowy, a zupełnie inny rodzaj… układu. Taki, o którym wciąż, pomimo rad załogi, wiedział przerażająco niewiele.
Czy Gaja czuła jego obecność? Czy była w stanie zespolić się zmysłami z osobnikiem przeciwnej płci? Nie miał na to odpowiedzi. Naokoło była tylko wilgoć i strach. Przyszło mu do głowy, że Gaja, wielka kobieta-planeta, może go uznać za pasożyta, za wesz wkręcającą się w jej intymne zakątki, za coś paskudnego. I co wtedy? Czy zmiażdży go między dwiema płytami tektonicznymi? Zmyje antybakteryjną pianą? Czy ona w ogóle życzyła sobie, żeby ot tak, bezpardonowo wkraczał do jej najbardziej prywatnych rejonów? Kim on był, żeby odważyć się na coś takiego? Tylko biednym, niedoświadczonym nawigatorem w okularach. Nikim więcej.
Nikim.
Delikatna bryza owionęła jego twarz, a wraz z nią nadeszło światło. Rozbłysło przed nim łagodną, zielononiebieską łuną, rozkładając się koncentrycznie na pokrytych śluzem ścianach tunelu, dając mu pewne pojęcie co do prędkości, z jaką się poruszał. Szalupa wyraźnie przyspieszała, opadając pod kątem w kierunku gardzieli kolejnej groty. Nie było już odwrotu. Iszmael chwycił się burt i zacisnął zęby, gotowy na wszystko.
PLUSK!!! Zarył dziobem w taflę wody; zachłysnął się wodą. Spłynęła w dół jego gardła – lekko rybia, lekko miodowa, lekko kwiatowa – dostała się do nozdrzy, trysnęła na twarz. Krztusząc się i prychając, zdołał przywrócić szalupę do względnej równowagi, wciąż na wpół oślepiony, niepewny, gdzie wylądował.
Otarł twarz rękawem i rozejrzał się. Dryfował teraz po swego rodzaju sekretnym jeziorku, kompletnie odciętym od świata, nie licząc pojedynczego tunelu, którym tu właśnie spłynął. Dziwna iluminacja, którą dostrzegł wcześniej, pochodziła od organizmów, które oblepiały ściany jaskini. Iszmael nie potrafił się zdecydować, czy to fauna, czy flora, gdyż nie miał zielonego pojęcia, czym mogły być: mchem, porostem, gąbką, wodorostem; jakąś inną, nieznaną formą życia złożoną z wszystkich czterech, której próżno szukać w encyklopediach? Nieważne. Dość, że pulsowały błękitno-seledynową bioluminescencją i pełzły po skałach na podobieństwo pnących roślin, rozchodząc się na coraz drobniejsze niby-nóżki czy niby-łodyżki, wkręcone w każdy załom i pęknięcie. I wszystkie, bez wątpienia, wyrastały/rozchodziły się z tego samego miejsca – z niewielkiej wnęki w kształcie półotwartej muszli małży, położonej na wprost od tunelu.
– Sam środek świata – mruknął do siebie z przestrachem.
(Choć możliwe, że użył wtedy innych słów. Cyrkluj nie pamiętał wszystkich szczegółów co do joty. Zwłaszcza przy drugiej butelce rumu.)
To było miejsce, do którego miał dotrzeć. To było miejsce, w którym miał zrobić… hm, zrobić swoje, tak w zasadzie. Stać się mężczyzną i ocalić współmężczyzn od koszmaru Okresu. Przynajmniej na parę miesięcy.
Przypomniał sobie, że w dłoni nadal ściska wiosło. Podpłynął ostrożnie do emanującej światłością wnęki, mało nie wpadając na skalną półkę ukrytą w półcieniu. Wdrapał się na niewielki występ i, powstrzymując drżenie kolan, stanął przed sercem Gai.
Niewielkie wypustki roślino-zwierzęcia zareagowały na jego obecność, zafalowały, wyciągnęły się ku niemu jak główki kwiatów do słońca. Iszmael delikatnie przesunął po nich palcami. W jednej chwili poczuł całą mechatość mchu, porowatość porostu, gąbczastość gąbki i wodnistość wodorostu, jakie składały się na niesamowitą, organiczną teksturę stworzenia.
Ziemia pod nim zadrżała lekko. Z wnęki dobył się cichutki, cichuteńki jęk i Iszmael zrozumiał, że ta istota to Gaja.
Pospiesznie cofnął dłoń.
– P-przepraszam! – wykrzyknął, mało nie krztusząc się po raz kolejny. – N-nie… nie wiedziałem, że to… Nie chciałem być taki bezpośredni, przepraszam!
Gaja zamruczała przeciągle, wyciągając z siebie niską, wielorybią nutę, tak bardzo odmienną od wcześniejszego pisku zaskoczonej myszy.
Iszmael odniósł wrażenie, że planeta zakomunikowała:
„Nic się nie stało, nie gniewam się”.
Dziwne uczucie – pomyślał. Wiedzieć, co mówi planeta.
– M-mam n-nadzieję, że-że… że będziemy mogli zacząć od nowa – powiedział, po czym zaśmiał się nerwowo i przygładził dłonią wilgotne włosy. – Jestem Iszmael. Miło mi.
Z zarośniętego otworu w skale dobiegł go odległy szum drzew.
„Cześć, Iszmaelu. Jestem Gaja”.
– Ty-tak. Wiem. He, he. – Kolejny nerwowy śmiech. – Wszyscy cię znają, jak mniemam.
„Czego szukasz w moim sanktuarium, Iszmaelu?” Miauknięcie kota: zdumione, pytające, lekko znudzone.
– Sanktuarium, co? N-nie wiedziałem, że tak to się nazywa. Sanktuarium – powtórzył, oblizując nerwowo wargi. – Dobra nazwa. Tak. Więc… tentego, jak to szło? Często… często tu przychodzisz, maleńka?
Miauczenie zmieniło się w warkot tygrysów i lwów.
„SŁUCHAM?!”
Iszmael podskoczył. Bosman nauczył go tego zwrotu jakiś czas temu, ale teraz, gdy nawigator wypowiedział te słowa, poczuł się strasznie głupio. I nie tylko dlatego, że tak naprawdę znajdował się w Gai, w jej wnętrzu, a ona nigdzie nie przychodziła, ani bynajmniej nie była wcale maleńka. Była największą rzeczą na całym cholernym świecie! Nie, wróć. Ona była całym cholernym światem!
To właśnie mógł jej powiedzieć. „Jesteś całym moim światem”. To było prostsze, mądrzejsze i, przede wszystkim, prawdziwe. A nie te dyrdymały dla dziwek portowych.
Dlaczego, dlaczego to zawsze się działo, gdy próbował rozmawiać z kobietami?!
– Ech, zapomnij – mruknął i opadł ciężko na twardą skałę. – Władowałem się w tę sytuację sam, a teraz nie mogę nawet z niej wybrnąć, wiesz? Po prostu: nie potrafię. Nie potrafię rozmawiać z kobietami. Nawet z taką kobietą, jak ty, której twarzy nie muszę oglądać, gdy czerwienieje rozgniewana. Nie potrafię i tyle.
W dźwiękach Gai pojawiła się nagle łagodna nuta. Przypominała Iszmaelowi o umajonych łąkach, o bzyczeniu owadów i o szumie strumyka. Skrajna idylla.
„Hej, nie szło ci wcale tak źle. Przepraszam, że się uniosłam, po prostu… ja też nigdy tego nie robiłam i…”
– Nie, nie, nie, to przeze mnie. Mój problem polega na tym, że za bardzo się mądrzę. Jako jedyny na łajbie mam wyższe wykształcenie i jak już wpadnę na pomysł, to w kontraście do pomysłów innych wypadam na geniusza. I przez to bez przerwy pakuję się w kłopoty!
(Co, pozwolę sobie wtrącić, nie jest wcale prawdą. Dwóch z naszych ładowniczych ma dyplomy prestiżowej Akademii Filozofii, co w praktyce oznacza, iż mogą roztrząsać w pracy ważkie kwestie bytu bądź niebytu skrzyń, pak i beczek w ontologicznym pojmowaniu struktur rzeczywistości. Nasz kuk zaś doktoryzuje się ze współczesnej poezji i od czasu do czasu potrafi rzucić fraszką na temat przesolonego gulaszu czy haiku pod adresem zupy żółwiowej. Dziś mało kto pracuje w zawodzie, Cyrkluj, i nie ma co się czepiać. Chcesz się czepić, czep się Gai! Zrozumiano? No. To wracamy do historii.)
„Ależ nie musisz oceniać się tak surowo”. Głos Gai przeszedł w ptasi trel. „Znam cię, Iszmaelu. Znam wszystkich ludzi na mojej powierzchni. Wiem, że zawsze dajesz z siebie wszystko i starasz się nikogo nie zawieść. Jesteś dobrym człowiekiem. I z całą pewnością nie jesteś nikim.”
Iszmael otarł łzę z oka i pokiwał do siebie głową. A potem nagle dotarły do niego słowa Gai i zerwał się na równe nogi.
– Zaraz, czy ty powiedziałaś, że nigdy przedtem tego nie robiłaś?! I że mnie znasz?! Czyli ty wiedziałaś… wiedziałaś, że załoga wyśle mnie do ciebie, gdy znajdziemy twoje sanktuarium? Czekałaś tu na mnie przez cały ten czas?
Organizm przed nim zapulsował nieco żywiej; poczerwieniał.
„Nie, nie, to znaczy…” Skrzeczała jak nowo narodzony ssak, zakłopotana. „Nie musiałam czekać tu, Iszmaelu. Ja jestem wszędzie, przecież wiesz. Ale z pewnością czekałam na tę chwilę. Widzisz, życie planety jest strasznie samotne. Można hodować na swojej powierzchni miliony gatunków, istnień złączonych w jedną cudowną sieć zależności, a i tak, gdy przychodzi co do czego, nie ma ani jednej istoty, która mi za to podziękuje. Poświęci mi chwilkę swojego czasu. Porozmawia. Zainteresuje się, co u mnie. Dlatego… dlatego cieszę się, że tu jesteś. I że to właśnie ty zostałeś wybrany. Gdyby to był ten wasz bosman, sprawy wyglądałyby pewnie… nieco inaczej.”
– Rozumiem. – Spuścił smutno głowę. – Pewnie już dawno byłabyś uwiedziona.
„Uwiedziona? Nie, skądże znowu! Ja też, tak jak ty, wiem czasem za dużo i przez to mam problemy. Gdyby to był wasz bosman, nie mogłabym chyba powstrzymać śmiechu. Wiesz jak on ma na imię?”
– Eee… Bosman?
„Nie. Eustachy. Ma na imię Eustachy! Naprawdę!”
Zaśmiali się jednocześnie: on normalnie, niemalże z ulgą, Gaja na podobieństwo skrzeczących mew, szczekających radośnie psów i podekscytowanych fok. Pełną fauną zadowolenia.
Atmosfera rozluźniła się w jednej chwili.
(Tak naprawdę to bosman nazywał się całkiem inaczej, ale gdy za młodu uczył się w szkółce przyklasztornej, jedna zakonnica zmieniła mu imię w papierach na Eustachy, gdy zauważyła, że dziewczyny z parafii – i parę starszych pań przy okazji – spoglądają na niego z grzechem w oczach. Plan był taki, żeby wszystkie kobiety w mieście wyśmiewały się z niego i wytykały go palcami, ale w praktyce zadziałało to nieco inaczej: chichotały nerwowo w jego obecności i pokazywały go sobie na ulicy. Nie robiło im specjalnej różnicy, jak się nazywał. Ważne, że już w wieku trzynastu lat „Eustachy” miał mięśnie jak postronki, męski zarost i pachniał dzikim zwierzęciem. Także uważaj, z kogo się chichrasz, bo tak w dziób zarobisz, że i tobie zmieni się imię. Z „Cyrkluj z Akademii” na „Zlizuj z Podłogi”.)
Rozmawiali ze sobą jeszcze przez długi czas. Iszmael opowiedział Gai o czasie spędzonym w internacie Akademii, o kawale, jaki zrobili na drugim roku profesorowi od astronawigacji, o życiu na pokładzie statku. Gaja odwdzięczyła się historią o stegozaurze, który niefortunnie przybił się kolcami do drzewa oraz bliską relacją z podróży Noego po jej własnych oceanach. Uparcie twierdziła też, że biblijny mąż wcale nie ocalił wszystkich zwierząt od śmierci w falach. Co najwyżej jedną piątą. I wciąż nie potrafiła przeboleć faktu, że ten stary pijak zapomniał o czymś, co nazywała „dokalferami”.
Rozmawiali tak i rozmawiali jeszcze przez długie, długie godziny. I nawet nie zauważyli, kiedy znaleźli się w swoich objęciach.
Dość, że w pewnym momencie Iszmael – pełen hormonów i uczuć – padł twarzą w miękkie, łaskoczące zwierzo-rośliny i poczuł, że zmienia się pod nim całe Newtonowskie ciążenie – że przyciska teraz do względnego centrum masy te najbardziej intymne wypustki Gai, drżące pod nim jak na wietrze, podekscytowane. Przylgnął do nich całym ciałem. Ubrania zleciały z niego niemal magicznie, zgubił je gdzieś w plątaninie kończyn i macek, zapomniał.
Była już tylko ona, jego słodka planeta, jego ogromna błękitna kochanka – i przeciągłe wycie wilczycy w jego uszach, zgrzyt ścierających się ze sobą żółwich skorup, bzyczenie pszczół zapylających kwiaty, plusk łososi zdążających na tarło, kumkanie nawołujących się żab, tokowanie głuszców w głuszy…
(I tutaj Cyrkluj urwał swą opowieść, bo usnął nam, bidula, na stole, pod który wcześniej raczył zwymiotować. Ale resztę dopowiedzcie sobie sami. Ja w każdym razie muszę iść wyprać buty. Taka jest, psia mać, cena tworzenia sztuki.)

h

4

h

Trzy miesiące później mieliśmy już ułożoną szantę o naszym dzielnym nawigatorze, pod roboczym tytułem „Cyrkluj Gaję, gdy ci staje”. Brakowało nam jedynie zakończenia, kody; jakiejś zgrabnej klamry, która spięłaby całą tę osobliwą historię, zwieńczyła niejako kolejne muzyczne dzieło Ochotniczego Chóru Szantowego.
Klamra zamknęła się niespodziewanie pewnego wieczoru w barze. I przy okazji zamknęła nam wszystkim gęby na amen.
Siedzieliśmy niemal całą załogą w lokalnej mordowni, „Pod Długą Lufą”, przemieniając złoto z połowu pereł w złoto innego rodzaju: płynne, spienione i mocno zaprawione ziołami. Wieczór zapowiadał się absolutnie wspaniale. Ledwie pół godziny przed naszym przybyciem potężny wykidajło wyrzucił jakieś gostka z baru i przypadkiem nie trafił w drzwi, więc przyjemna bryza wionęła znad morza przez dziurę w kształcie człowieka, chłodząc nasze ciała i kubki. Mieliśmy karty, mieliśmy kości, zawody w rzucaniu nożem o rzut noża stąd, nie wspominając już o tym, że wszystkie nasze stare megiery, zołzy i piekielnice – zwane potocznie żonami i kochankami – od blisko stu dni nie przejawiały żadnych oznak Okresu. Ba, nawet jak teściowa wpadała z wizytą, to dało się z nią porozmawiać jak z człowiekiem! Cokolwiek tak w zasadzie zrobił Cyrkluj – w jakikolwiek sposób zapłodnił Gaję w czasie przemilczanej części opowieści – zadziałało to jak dobrze nasmarowany kabestan. Przynajmniej przez najbliższe pół roku byliśmy wolni.
Dlatego gdy po północy do baru wparował blady, zdyszany kapitan, byliśmy równie zalani, co dziurawa ładownia, w samym środku słodkiego świętowania. Przywitaliśmy dowódcę gromkim bełkotem, posadziliśmy go przy stole i bez pytania wsadziliśmy mu w dłoń kubek najlepszego grogu, jaki oferowała „Długa Lufa” – nie aż tak złego, zważywszy, że do garnków wpadały czasem szczury. A potem wróciliśmy do swoich zajęć z jeszcze większym zapałem.
Musiały minąć ze trzy partie „dupy biskupa”, nim ktoś zorientował się, że kapitan nie tknął grogu. Przy stoliku zapadła grobowa cisza. W naszych kręgach niewypicie grogu to gorszy omen nawet od czarnego znamienia. Bo co może być ważniejszego od łyku zimnej słodyczy? Co może aż tak sponiewierać człowieka, że zapomni przytknąć kubka do ust?
– Eee… kapitanie? – Kuk położył dłoń na jego ramieniu i potrząsnął nim lekko. – Sir? Wszystko w porządku?
– Żona – wydusił kapitan przez suche, stanowczo niedostatecznie naoliwione gardło.
– Co z pana żoną? Uciekła na Madagaskar?
– Zniknęła?
– Obiadu nie zrobiła?
– Umarła? – zapytał z nadzieją chłopiec kajutowy.
Kapitan pokręcił głową. Jego bladość i małomówność zaczynały nas przerażać. Wyglądał jak widmo topielca, którego pochłonęły fale przed wielu, wielu laty.
– Żona… w ciąży – wykrztusił z siebie w końcu. – W ciąży. Żona.
Przez krótką chwilę nikt nie mówił nic. A potem…
– Ho, ho, ho, gratulacje! A to ci niespodzianka!
– Oby był chłopak! Oby zdrowy!
– Hip, hip, hurra!!!
– Barman! Rumu! Dużo! Nie, nie, nie, więcej! Więcej, mówię! Dawajżeż tę beczkę, niemoto, pan kapitan nam tu ojcem został!
Dowódca statku uniósł drżącą dłoń, przerywając nasze wrzaski, wiwaty i przepychanki. Kilka osób zamarło z tyłkami w powietrzu, w pół drogi do toastu.
– Panowie, wy nic nie rozumiecie. – Kapitan odzyskał głos. Pociągnął niewielki łyk grogu, otarł usta wierzchem dłoni i mówił dalej: – Ona jest… w ciąży, ale sęk w tym, że ja i ona… ja z nią już dawno nie tego… Od paru lat. Co najmniej!
To stwierdzenie wbiło nas wszystkich w krzesła.
– Aha.
– O cholera.
– Barman! Jednak zostaw tę beczkę w spokoju…
– Rozumiemy, kapitanie, rozumiemy. – Bosman zagasił cygaro wprost na stole. – Załatwimy wszystko po cichu. Może pan na nas liczyć. To któremu sąsiadowi trzeba mordę przefasonować?
– Przymknij się z łaski swojej, Eustachy! Żadnemu! Dajcie człowiekowi skończyć! – Kapitan trzasnął kubkiem o blat, poirytowany. – Zaraz jak mi powiedziała, to wiedziałem, że to na bank nie moje, więc ruszyłem do sąsiada. Chciałem podziękować, że ją w ogóle ruszył czy coś, sam nie wiem, bo ja to bym nawet z kijem nie podchodził. Dogadać się chciałem, czy dziecko wychowa albo coś. Więc pukam do jego drzwi i otwiera mi żona…
– Pana żona już tam była?! – wrzasnął zaskoczony ładowniczy. – A to suka!
– Nie, idioto, żona sąsiada mi otwiera! No to mówię jej, że z mężem chciałem się rozmówić, ale tak patrzę, przyglądam się, a jej brzuszek też jakiś taki wydatniejszy i trzyma się za niego, jakby się bała, że jej odpadnie. Więc mówię, że moja żona w ciąży, a ona w pisk, że och, jak to cudownie, bo ona akurat też się dowiedziała, że będzie mamą.
– O cholera. Co ten sąsiad, królikiem był w poprzednim wcieleniu?
– A może pan koło bosmana mieszka, he, he…
– Durnie patentowane, słuchajcie! – Kapitan zerwał się na nogi. Teraz patrzyli już na niego wszyscy w barze. – Ja poszedłem do innych sąsiadów. Pół ulicy przeszedłem! Chodziłem, pukałem i pytałem. I one wszystkie są w ciąży, rozumiecie? Wszystkie! Od nastoletniej gówniary po stare teściowe, wszystkie jak jeden mąż… tfu, jak jedna żona! Otaczają nas zewsząd wielkie ciążowe brzuchy, rozumiecie teraz? Dzieci tego ciapy nawigatora. Nawaliliśmy koncertowo! On nie Gaję zwielorybił, bukszpryt mu w rzyć, tylko całą populację bab!
Do załogi coś chyba wreszcie dotarło. Oczy wszystkich rozszerzyły się i zapadły w sobie na podobieństwo maelstromów, chłodna bryza zbiesiła się we wrogi powiew zimna, a i w powietrzu – nagle, jak ciachnąć nożem – zrobiło się jakoś trzeźwiej, przewiewniej. Wszyscy myśleli o tym samym. O kobietach złączonych z Gają w cyklu menstruacyjnym, przeżywających z nią piekło Okresu. O tym, jak wysłali Cyrkluj do intymnego sanktuarium planety. O tym, że były to akurat dni płodne… płodne dla całej żeńskiej populacji. Od zachodu po wschód, od północy na południe. W Maroko i w Ustce, w Jokohamie i w Kapsztadzie. Wszędzie tam, gdzie po ciele Gai kroczyły jajeczkujące kobiety.
– Na włochate jaja Davy’ego Jonesa – sapnął jeden z poławiaczy, żółknąc na twarzy. – Moja… moja dzisiaj rano rzygała.
Kwatermistrz prychnął.
– I nie zdziwiło cię to, chłopcze?
– No, w sumie nie. Ja zawsze rano muszę sobie rzygnąć. Myślałem, że to normalne.
– Bezzębna Jenny też była dzisiaj jakaś nieswoja – wtrącił ponuro bosman. – Co chwilę złaziła ze mnie i biegła do łazienki. Myślałem, że makijaż poprawia albo coś w tym guście, ale musi być, że ją pęcherz cisnął.
– I żadna już dawno nie pymsowała – mruknął kuk.
Zapadła cisza. Gdzieś w oddali, w głębi miasta, usłyszeliśmy eksplozję, a po niej przeraźliwy, gniewny wrzask tysiąca gardeł. Mimo że brzmiało to jak początki Okresu, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mógł to być czerwony przypływ. O nie. To było coś znacznie, znacznie gorszego. Coś, na co z całą stanowczością nie byliśmy przygotowani.
To była huśtawka nastrojów. Przechylająca się w dół, w kierunku piekła.
Stary, jednooki kwatermistrz wychylił resztkę grogu, złożył drżące dłonie na stoliku, po czym wygłosił formułkę, która nigdy przedtem nie wydawała się nam prawdziwsza:
– Jesteśmy urufieni, panowie. Urufieni w chuj.
Ochotniczy Chór Szantowy zanucił ponuro kodę:

Uderz w bęben już, bo nadszedł mój czas

h

5

h

Dzień rozwiązania przypadł na dwudziestego pierwszego marca, przesilenie wiosenne, i przyniósł ze sobą słodki smak zwycięstwa. „Błogosławieństwo” Gai wreszcie miał dobiec końca. Miesiące zmiennych nastrojów, spełniania zachcianek, kojenia płaczów, wizyt u specjalistów, masaży relaksacyjnych, szkół rodzenia, parzenia ziółek i ogólnego dreptania jak wokół uzbrojonej miny odłamkowej odeszły w niepamięć. Teraz pozostała już tylko czysta formalność: poród. Oczywiście nie była to w żadnej mierze formalność dla naszych żon, córek, sióstr, matek, kochanek, znajomych czy nieznajomych – dla blisko dwóch miliardów zapłodnionych poprzez Gaję kobiet – ale my sami, męska rasa, czuliśmy się, jakbyśmy właśnie zakończyli długi, ciężki dzień łowienia pereł bez butli, z kamieniem u szyi i kieszeniami pełnymi zanęty na rekiny. I tej chwilowej ulgi, tej sekundy wytchnienia pomiędzy ostatnim oskarżycielskim okrzykiem żony a pierwszym płaczem noworodka – tego nie mógł odebrać nam nikt.

h

*

h

Oczywiście na początku myśleliśmy inaczej. Łaknęliśmy krwi i zemsty, chcieliśmy znaleźć winnego albo chociaż kozła ofiarnego, na którym można by się wyżyć. Jedyną osobą, jaka przychodziła nam do głowy był rzecz jasna nasz nie-tak-kochany nawigator Cyrkluj, ruszyliśmy więc całą załogą do jego mieszkanka w dokach.
Ale jego już tam nie było. Starowinka, u której wynajmował pokój – jakimś medycznym cudem również brzemienna – poinformowała nas sucho, że Cyrkluj spakował się i wyprowadził parę dni wcześniej. Że ruszył w kierunku przystani, pogwizdując wesoło. A potem staruszka, splunąwszy sztuczną szczęką jak kulą armatnią, przepędziła nas z mieszkania wymachując miotłą.
U kapitana portu dowiedzieliśmy się, że Cyrkluj wynajął starą, jednoosobową łajbę i wypłynął z zatoki gdzieś na południe. Dobrze wiedzieliśmy, co to oznacza. Nawigator nie miał zamiaru wrócić. Był teraz z Gają i tylko to się dla niego liczyło. Cóż, przynajmniej tyle dobrego wynikło z całej tej pogmatwanej sytuacji – Cyrkluj faktycznie dowiedział się, co to znaczy być z kobietą.
Chociaż, z drugiej strony… może nie tylko tyle.

h

*

h

Kiedy wcześniej, przez tych parę miesięcy, spoglądaliśmy na krągłe brzuchy naszych kobiet, nie było to aż takie oczywiste. Ale z chwilą, gdy wszystkie zaczęły rodzić, ponownie jednocząc się w tym najgorszym bólu z możliwych, zrozumieliśmy, jak daleko nam jeszcze do zrozumienia praw rządzących płcią przeciwną.
Gaja zrobiła nam bowiem psikusa. Dała prztyczka w nos. Ostrzegła, byśmy nigdy więcej nie próbowali mieszać się do naturalnych periodów natury – mimo że dzięki temu naszemu mieszaniu odnalazła miłość swojego życia. A jej psikus był o tyle prosty, co niemożliwy do przewidzenia.
Wszystkie kobiety urodziły planety. Maleńkie, błękitno-zielone światy z ledwie ukształtowanym terenem, zamieszkałe przez maciupkie pół-dzikie istoty: prawdziwe dzieci Cyrkluj, zrodzone na jego obraz i podobieństwo.
Taki był dar Gai. Aby każda kobieta znoszącą z nią comiesięczny horror Okresu mogła stać się matką nowego świata.
I w ten oto sposób zwykły cud narodzin stał się wielkim kosmicznym wydarzeniem. Odcięte od pępowin, planety-dziewczynki i planety-chłopcy uniosły się ze stołów operacyjnych, łóżek i podłóg, wyleciały przez okna, drzwi i lufciki, i jak asteroidy na wstecznym biegu pomknęły w przestrzeń kosmiczną, odnaleźć swoje własne słońca.
A my… my zostaliśmy tam, gdzie byliśmy. Tutaj. Na Gai. Z naszymi kobietami, na dobre czy na złe.
Czekając ze strachem na kolejną czerwień Okresu.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: