polskie centrum bizarro

„Moralitet” by Karolina Front

In Opowiadania on Październik 9, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtJesienne klimaty nie sprzyjają wędrówkom, tudzież innym formom aktywności fizykoterapeutycznej, tak więc z tym większym przekonaniem zapraszamy Was dziś do lektury najnowszego opowiadania Karoliny Front. Tym razem będzie przenikliwie i przewrotnie.

Jeśli więc nie chcecie się przewrócić, proponujemy raczyć się lekturą na szezlongu, kanapie czy bujanym fotelu, najlepiej ze szklanką czegoś dobrego (oczywiście tylko na wzmocnienie!) pod ręką.

h

Moralitet 

h

Jak co rano Piotr obudził się w swoim łóżku. Nie było w tym nic zaskakującego. Może i niczego mu nie brakowało, miał ten błysk w oku, który tak bardzo kręcił kobiety, ale nawał pracy, który sam sobie stwarzał, ograniczał jego życie towarzyskie do minimum. Chciał pieniędzy, dumy i satysfakcji, więc musiał się postarać.
Dwudziestolatek zasłonił przedramieniem oczy i westchnął głośno. Jego dłoń na oślep macała pościel dookoła w poszukiwaniu telefonu. Odruch. Słońce dalej dawało się we znaki i prowizoryczny parawan był niczym w porównaniu z natrętnym słońcem. Uchylone okno, lekki bałagan i wiosna dobrze komponowały się ze sobą. Za oknem kwiecień, a przynajmniej jego cicha zapowiedź, bo kto przejmowałby się datami? Odgłosy porannego rumoru i coraz mocniejsze światło powoli wyrywało Piotra z sennych objęć. Leżąca na ziemi kołdra, zimna poduszka i ubrania na krześle podkreślały beznadziejność tej nocy. Nawet uporczywe przeczesywanie włosów i rozmasowywanie opuchniętych powiek niewiele dało. Ani sen nie chciał odejść, ani tym bardziej porządek w pokoju nie chciał intronizować się sam. Poranek owszem. A wraz z nim powrócił przymus pójścia do pracy. Ale która jest godzina? Piotr nie wiedział. Telefon dalej nie dawał bytności twardością obudowy pod desperacko rozpalczonymi dłońmi na materacu. Ciche przekleństwo i ponowne bezowocne próby odnalezienia zguby na terenie łóżka zmusiły Piotra do rzeczy niemalże niemożliwej w poniedziałkowy poranek podniesienia się z łóżka. Oczywiście tylko w celu poszukiwania wspomnianej wcześniej zguby! Stopy na zimnych panelach w kolorze orzecha. Poranne drapanie w wiadomych miejscach i udana próba podniesienia się. Sukces!
I głośny stuk.
Piotr w pierwszym momencie pomyślał, że to pewnie zgubiony telefon właśnie upadł na podłogę. Przeklął więc ponownie, by podkreślić tym samym wartość na pewno pękniętego teraz ekranu jego najnowszego Ajfona.
Panie, Panowie i Reszto! Kolejny sukces tego dnia! Piotr otworzył oczy! Spodziewał się zobaczyć kilka tysięcy złotych leżące w kawałkach na podłodze. Najdroższe puzzle, na jakie można sobie pozwolić przy takiej ilości etatów. Zamiast tego, tuż obok jego nóg, leżał aniołek, rozmasowujący stłuczony w czasie upadku zadek.
Maluch wyglądał całkiem normalnie, jak typowy anioł z obrazka rozdawanego po kolędzie. Taki typowy aniołek. No, zwykła zwyczajność. Biała, przydługa szata przepasana kremową szarfą, długie włosy, oczywiście w kolorze platynowego blondu, niebieskie oczy i kudłata, świetlista aureolka nad pochyloną głową. Anioł w końcu wstał i spojrzał z lekkim wyrzutem w stronę oprzytomniałego pod wpływem szoku Piotra. Młodzieniec stał teraz wgapiony w podłogę, drapiąc się po głowie, a później po fioletowych bokserkach, uparcie doszukując się sensu w tym, co widział. W końcu anioł rozprostował, co miał do rozprostowania, rozmasował stłuczenie i butnie tupnął nogą, przywołując tym samym uwagę młodzieńca, który ostatni już raz przetarł oczy. Bynajmniej nie po to, by pozbyć się z nich sennego piasku.
Piotruś! Witaj stary druhu! Dlaczego się do mnie nie odzywasz, co? Paciorek przestałeś mówić już w podstawówce. O „Aniele Boży…” to ja już w ogóle nie wspomnę!
Piotr nie wydawał się być ani odrobinę bliżej zrozumienia co się dzieje. Słuchał tylko w milczeniu reszty anielskiego wywodu, uśmiechając się nerwowo i przytakując od czasu do czasu. Modlił się w duchu, aby w tym co słyszy nie było pytania, na które musiałby odpowiedzieć.
Bo wiesz co? Jest pewna sprawa… Anioł całkowicie zmienił ton swojego głosu. Spoważniał nieco, podparł brodę ręką, zmarszczył czoło i sprawiał wrażenie, jakby od wpatrywania się w jego sandały zależała przyszłość Królestwa Niebieskiego. Trwał tak chwilę, wydeptując na podłodze ścieżkę ze świetlistego pyłu. Podniósł wzrok na okno, głównego sprawcę porannej pobudki. Wpatrywał się w niego z równym uporem co przedtem. Słońce zdążyło już się wznieść i teraz nadawało niebiańskiego image’u boskiemu posłannikowi. Ale on wciąż wyglądał na tyle tajemniczo, by zmusić Piotra do słuchania go.
Z każdym kolejnym słowem jego oczy otwierały się coraz szerzej. Niebywale dziwne było to objawienie.
A telefon oczywiście postanowił rozpłynąć się na dobre.

h

Krakowskie tramwaje to niebywale głośne smoki, które chyba w ten sposób oddają cześć swojemu siarkolubnemu pradziadowi. Głośny stukot i zgrzytanie niewiadomego pochodzenia, w połączeniu z brakiem klimatyzacji i wzbijającym się po nieboskłonie słońcem, nie dodawały jeździe patetyzmu. Piotr zapatrzył się w widoki za oknem, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Wiecznie przebudowywany Kraków wydłużał jego podróż. Jedyne, co mógł robić, to obserwować robotników za oknem tramwaju. Nie marnował jednak czasu i pod brązową czupryną starał się ogarnąć to, co stało się dziś rano. Poważnie zastanawiał się, na ile możliwe jest to, że odwiedził go ten cały anioł. Albo coś innego, co tylko podawało się za wysłannika bożego.
„Cholera! Ja przecież jestem ateistą! I nie powinienem wierzyć w coś takiego. Tym bardziej, że to mógł być zwykły żartowniś… Pewnie jestem już królem Jutjubów, a o tym nie wiem. Kumple pewnie mają mega polew ze mnie. Zresztą JA zbawicielem?! No, bez przesady! Przecież robię tyle fajnych rzeczy, że ktoś taki jak ja z pewnością nie może zbawiać świata. To fucha nie dla mnie. A co jakby mnie też ukrzyżowali? Mam alergię na śmierć! No i ja przecież nie mam żadnego dziecka! Skąd ja im bachora wytrzasnę? Za młody jestem na ojcostwo. No i zawsze z Julką się zabezpieczamy…”
Piotrek gniewnie spojrzał na swoje czoło, z którego cały czas zwisały dwie widoczne tylko dla niego nóżki. Dodatkowy powód wciąż narastającej frustracji. Jakby młyn w jego głowie oraz świadomość poniedziałku nie była wystarczającym, naturalnym demotywatorem każdego Krakusa! Nóżki kołysały się, zasłaniając teraz jeszcze więcej widoku i wyraźnie przeszkadzając mu w kontynuowaniu podjętego już w rozmyślaniach wątku. Zaklął cicho. I postanowił zemścić się na nachalnym przybyszu. Za pobudkę, za szok, za bałagan mentalny. I oczywiście za zagubiony telefon! Chłopak szybko uderzył się w czoło, jakby o czymś zapomniał. Głośne plasknięcie rozniosło się po zardzewiałym wnętrzu tramwaju, które radośnie zawtórowało wybojami na torowisku. Miał nadzieję, że trafi tym samym denerwujące go kończyny, a nikt ze współpasażerów nie zdziwi się jego zachowaniem: ot, poniedziałkowy nieogar. Fala piekącego bólu przecięła twarz Piotrka, na której szybko pojawił się paskudny, czerwony ślad. Nóżki najwidoczniej wiedziały, kiedy zniknąć. Po tramwaju przeszedł cichy pomruk. Otyłe kobiety popatrzyły na siebie spod narysowanych brwi, w znaczący sposób wskazując wielokrotnymi podbródkami chłopaka w szarej bluzie. Piotr wstał na chwilę, chcąc poprawić spodnie i otworzyć okienko, aby chociaż trochę złagodzić ból lekkim podmuchem. Przy okazji mógłby ukryć zażenowanie.
Wściekły mężczyzna założył kaptur na głowę i oparł ją o drgającą szybę, przygryzając sobie od czasu do czasu język z powodu zbyt mocnych wibracji. Nieco się już uspokoił, ale czoło i nos piekły nadal. Nasuwanie kaptura na głowę również niewiele dawało. Ludzie ciągle gapili się na niego. Pieczenie było przez to coraz intensywniejsze. Odnosił wrażenie, że każde kolejne spojrzenie, jakie mu wysyłali, było coraz bardziej natarczywe; każdy dźwięk był coraz bardziej drażniący, a promienie słońca nie ogrzewają, ale starają się za wszelką cenę usmażyć go dzidami fotonów.
Wszystko było gorsze niż zazwyczaj. Do czasu, jak się zatrzymało. Wszystko.
Wszechogarniająca biel spłynęła z bliżej nieokreślonego kierunku i pochłonęła Piotrka bez reszty. Była dziwnie chłodna, jakby kojąca, ale z drugiej strony niosła za sobą orzeźwienie i zapach świeżych konwalii. Nie uniósł się, nie rozmawiał z bogiem, nie słyszał głosów. Po prostu kontemplował to, co się działo, z wcześniej sobie znanym dystansem. Tak, jakby ta biel wcale nie dotyczyła jego.
A jednak dotyczyła. Firmowe trampki oderwały się od szarej podłogi tramwaju. Zupełnie nowa siła pociągnęła go do góry. Nie czuł w ogóle swojego ciężaru, nie czuł też tej siły, która wprawiała go w lewitację. Nie czuł prawie niczego, oprócz wytrzeszczonych w geście niedowierzania oczu, które wraz z kamerami smartfonów śledziły jego bierną wędrówkę w stronę otwierających się niebios. Przez dach obskurnego tramwaju, rzecz jasna.
Tam było zupełnie inaczej, niż u nas. Tutaj mamy wszystko, a tam nie ma zupełnie niczego. Niby spostrzeżenie błahe, ale jak logicznie może myśleć ktoś, kto przecież dopiero co został wzięty do Nieba?
O kurwa… Gdzie ja jestem? zapytał Piotr, wstając chwiejnie. Próbował strzepać pył i kurz ze swoich nowych spodni, ale nie były one ani odrobinę zabrudzone! Co więcej, to nie były jego spodnie!
Ej no! Gdzie moje spodnie, co? Kosztowały mnie prawie trzy stówy! Piotr wyrzucił z siebie żal w pustkę przed nim, jakby spodziewał się odpowiedzi. Nie był jednak do końca pewien, czy wołanie do pustki cokolwiek zmieni, więc szybko zaprzestał tego procederu i tylko zmarszczył czoło wyczekując wyjaśnień. W całym swoim gniewie Piotrek nie od razu zauważył, że oprócz spodni cała reszta jego garderoby została zmieniona, a nad głową radośnie unosiła się puchata aureolka.
Teraz odziany był w kremową togę. A przynajmniej tak zdecydował się nazwać strój, który obecnie nosił. Przypominał mu te śmieszne stroje Greków i Rzymian. Brakowało mu tylko takiego fikuśnego wianuszka na głowie.
Nie wiedząc, jak zachować się w tej sytuacji, Piotrek postanowił usiąść i najzwyczajniej w świecie poczekać na rozwój wypadków. No bo co niby miałby zrobić? Wyć, płakać, turlać się po ziemi, wywijając pięściami na oślep? Lepiej było przecież posiedzieć i popatrzeć na… No właśnie. Na co?
Rozważania świeżouświęconego przerwał anioł, który postanowił nadbiec truchtem wraz z kilkoma promieniami ostrego światła. Biegł w swoich sandałach niezbyt majestatycznie, komicznie wywijając rękami, które miały mu zastępować skrzydła grzecznie złożone tuż przy jego barkach.
Piotrze! Kopę lat, stary druhu! wysapał anioł, gdy tylko zbliżył się na tyle, że młody człowiek mógł rozpoznać obiekt leżący w jego dłoniach.
Czy to…? zaczął nieśmiało Piotrek, ale wycofał się, gdy tylko zawiniątko się poruszyło.
Tak, to jest dziecko. Ludzkie dziecko. No wiesz, człowiek. Tylko mały rzekł anioł, troskliwie odwijając kocyk, którym przykryte było dziecko.
Piotr podszedł z obawą. Jakoś nieszczególnie lubił dzieci. Tym bardziej te całkowicie małe, którymi trzeba było zajmować się cały czas. Wiedział, że nie umiałby sobie poradzić z takim zadaniem.
Anioł jednak wyczuł jego obawę i zaczął go uspokajać:
Nic się nie bój, nie będziesz się musiał dzieckiem zajmować. Masz je tylko znaleźć.
Niewiele to tłumaczyło skołowanemu całą sytuacją chłopakowi.
Bo widzisz… – ciągnął anioł – troszkę zawaliliśmy sprawę. W sensie nie ja, ale moi koledzy po fachu. Pamiętasz jak mówiłem ci o zbawieniu świata? No właśnie, takie właśnie będzie twoje zadanie. Musisz po prostu odnaleźć to dziecko. I tyle. Jest nam ono niezmiernie potrzebne do czegoś bardzo, bardzo ważnego.
Anioł ściszał głos z każdym wypowiadanym słowem, starając się nadać swoim słowom powagi, mimo to Piotr nadal zastanawiał się, czy całe to wniebowzięcie nie jest jedną wielką ściemą.
Dalej mi nie wierzysz, młody? Naprawdę ciągle masz wątpliwości? Do cholery! Rozmawiasz z aniołem! Byłem u ciebie w domu, później w tramwaju. Skąd zresztą cię tu ściągnęliśmy. Żałuj, że nie widziałeś min tych wszystkich moherowych babć, gdy rozpruliśmy dla Ciebie nieboskłon! Oj, żałuj! Anioł zaśmiał się jeszcze głośniej. Dziecko zawtórowało mu na swój sposób i kontynuowało sen w jego ramionach, kołysane troskliwie przez skrzydlatego opiekuna. Uwierz mi. Błagam, uwierz. Miej w sobie tyle wiary, ile dotąd miałeś niewiary! Wszystko jest jeszcze do nadrobienia, do uratowania. A Ty, właśnie Ty możesz zostać kolejnym zbawicielem! I to bez konieczności poświęcania życia. Bez krzyżowania! Dziś promocja!
Piotrowi w jakimś sensie ulżyło. Kropelki potu powstałe w wyniku niepokoju o własne życie zniknęły. Pojawiły się za to nowe. Czuł, że to nie jego życie ma być poświęcone, ale życie kogoś zupełnie innego…
Tak, dobrze się domyślasz! wrzasnął anioł. Nie ma nic za darmo. To dziecko chronione jest lepiej niż receptura Coli i panierki do KFC. Nie będzie Ci łatwo. Ale nie bój się. Wszystko, czego dokonasz po drodze, nie stanie się naprawdę. Cofnie się czas, wszystko poprawie, naprawi. Byleby dziecko było już u nas. Ze względu na to, że jest wyjątkowe, jego zmiana czasu nie będzie dotyczyć, a my będziemy mogli już spokojnie kontynuować nasze działania… Wchodzisz w to?
No, znaczy się… Chciałabym. Ale skąd mam pewność…
Zostałeś świętym! – przerwał mu gniewne anioł, budząc przy tym dziecko. Zaczęło cicho popłakiwać, ale kołysanie uspokoiło je zaskakująco szybko. Spójrz tylko na siebie!
Racja. Strój Piotrka z pewnością przypominał ten z ołtarzy różnych świętych, jakich widywał jeszcze w kościołach, gdy chodził tam z rodzicami. No i ta aureolka!
Więc… – wydukał. Udało mi się?! Odniosłem sukces? Już jestem znany i bogaty, tak?
Jedyne, co musisz, to znaleźć to dziecko. Spiesz się! Anioł zawirował, wyrzucając dziecko w przestrzeń nad sobą. Piotr złapał je zręcznie. Maluch nawet nie zareagował na chwilową utratę podparcia. Dalej słodko spał, a na jego twarzy malował się tylko leciutki uśmieszek, niczym z obrazu Leonarda da Vinci.
Nieco skołowany, ale dumny z siebie Piotrek uśmiechnął się do siebie i wlepił wzrok w miejsce, w którym zniknął anioł. Miał teraz zadanie do wykonania! I to nie byle jakie! Podrapał się po aureoli i zaczął snuć plany o tym, co zrobi, gdy już dostanie pieniądze, kobiety i sławę. No i świętość. Zatopiony w marzeniach, nawet nie zauważył, że znajduje się na pętli tramwajowej.
Poprawił bluzę i, podciągając spodnie, zaczął raz za razem wciskać czerwony przycisk w celu otwarcia drzwi. Przestępując nerwowo z nogi na nogę i szukając wzrokiem kogokolwiek, kto mógłby go wypuścić, zauważył coś niezwykłego. W szklanym, przybrudzonym skrzydle harmonijkowych drzwi zabłysła złota pętelka. Tuż nad jego głową.
A jednak to prawda…

h

h

Pierwsze dwa strzały nie były zbyt celne. Strażnik starał się jeszcze podnieść, coś powiedzieć. Może nawet błagać o litość? W oczach miał wymalowaną pustkę, która z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej matowa i odległa. Kolejne dwa strzały i młoda kobieta osunęła się gdzieś przy murze, zostawiając kołyszący się ciągle wózek. Na fioletowym żakiecie pojawiły się ciemnobrązowe plamy, a ona sama, wykrzywiając się w spazmie przejmującego bólu, poczęła rozdrapywać paznokciami przybladłą z utraty krwi twarz.
Piotrek podszedł do wózka, który pchała nieżyjąca już kobieta. Wyglądał na nowy i drogi. W środku znajdowało się zawiniątko opatulone masą białych kocyków i kołderek obszytych falbankami. Wziął dziecko do ręki, chowając pistolet do tylnej kieszeni swoich ulubionych jeansów, i przyglądał się malcowi bacznie. Szukał na nim jakiegoś znaku, znamienia, szramy. Czegokolwiek, co utwierdziłoby go w przekonaniu, że to właśnie to dziecko, po które go przysłali. Skrzywił się, gdy poczuł nieprzyjemny zapach i odłożył szybko dziecko na swoje miejsce z nadzieją, że ktoś je przewinie. Byleby nie on. Dalsze poszukiwania, usiane iście postapokaliptycznym klimatem gnijących jelit, napawały jego nozdrza nieznaną do tej pory słodyczą. I dziwnym drżeniem serca. Czy to właśnie anioł zwany pożądaniem? Uliczki z chwili na chwilę stawały się coraz ciemniejsze, na ubraniu pojawiały się nowe ślady krwi i innych płynów ustrojowych zmieszanych ze sobą tak dokładnie, że nawet najbardziej wprawiony w zawodzie patolog mógłby mieć problem z ich identyfikacją. Nerwowy, aczkolwiek miarowy odgłos butów pokonujących kolejne korytarze miejskiego labiryntu. I wtórujące mu pojedyncze wystrzały z niekończącego się magazynka. Zbyt szybko bijące serce, zbyt szybko uciekające okna martwych domów, zbyt szybko uciekające dusze z pokiereszowanych ciał. Piotr nie wiedział, kto strzela. Czuł tylko drżenie palca wskazującego zaciśniętego na gorącym spuście. I pojedyncze skurcze mięśni dłoni. Dziwnie skoordynowane z dźwiękami wystrzałów i mimowolnymi ruchami ręki w stronę przypadkowych przechodniów, już i tak wystarczająco przerażonych życiem.

h

Pocisk przeciął powietrze i trafił Piotrka w przedramię. Fontanna krwi i brak możliwości ruchu ręką przestraszyły go na tyle, że postanowił uciekać, nim nie znajdzie lepszego rozwiązania. Byle dalej od huku. Byle dalej od krwi. Jego własnej krwi. Nerwowe spazmy. To mózg domagał się odpowiedzi od neuronów półmartwej ręki. Pobiegł w stronę muru otaczającego kościół, z nadzieją, że właśnie tam znajdzie schronienie. Choćby na chwilę. Słyszał za sobą gwizd wystrzeliwanych magazynków oraz pomruk używanej raz za razem broni. Śliska przykościelna uliczka i wysłużona kostka brukowa odbijająca światło gazowych latarni miały zaraz stać się jego grobowcem. Trumną bez wieka.
Kto strzelał? Nie wiadomo. Pewnie jakiś demon, chcący przerwać akty zbawienia. Albo inny gość w pelerynie. Byleby tylko nosił majtki pod spodniami…
Piotr z paniką w oczach spojrzał na anioła unoszącego się zaledwie metr od niego. Wyczekująco zawiesił na nim spojrzenie, z trudem zmuszając się do zachowania przytomności. Niebiański towarzysz śmiał się i kręcił beczki, ósemki i kubańskie cygara, zdając się nie przejmować małym armagedonem dookoła. Ręce Piotra drżały, chociaż ciągle mocno ściskały broń celującą w zalane krwią ciało policjanta. Nie wiedział skąd on się tam wziął i kto wystrzelił w jego ciało tyle pocisków. Z pokiereszowanej czaszki powoli wypływała dziwna, cuchnąca substancja, stanowiąca kiedyś tkankę nerwową. Błagalny wzrok młodzieńca, pełen najdzikszego strachu, świdrował tor lotu anioła, który momentalnie zniknął. Nie zostało po nim nic oprócz głośnego śmiechu oraz zawieszonego pytania:
Lol, kto ci nagadał, że anioły są dobre, co?

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: