polskie centrum bizarro

„Wybudzenie” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on Październik 16, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNie wiemy czy lubicie być zaskakiwani. Prawdopodobnie odpowiedzielibyście, że zależy czym… Ale Paskud bynajmniej nie zamierza was pytać o tajemnice alkowy. To nie badanie ankietowe.

Zresztą, niedobroliterkowy herszt i tak ma więcej na głowie, niż mogłoby wam się wydawać (niekoniecznie włosów). Wracając do tematu: nowe opowiadanie Karola Zdechlika należy do gatunku tych właśnie zaskakujących. O czym możecie przekonać się tylko w jeden sposób…

h

Wybudzenie

h

Pośrodku pustej przestrzeni, płaskiego krajobrazu ciągnącego się od horyzontu po horyzont, klęczał mężczyzna. Śmiał się nerwowo. Im bardziej chciał nie trafić po raz kolejny w to miejsce, do tego nigdzie-bądź usytuowanego gdzieś w pół drogi donikąd, tym częściej trafiał tu przy każdej nadarzającej się okazji.
Ostatnio wystarczyło tylko, że kładąc się spać zamknął oczy na dłużej niż czas trwania mrugnięcia okiem. Jego ciało leżało gdzieś tam w niedostępnym świecie, rzucało się spocone w rozkopanej pościeli, nękane chorobami i zmęczone trudami codzienności, a on sam klęczał tutaj, skąpany w gęstej mgle.
Zaryzykował zaśnięcie. Nie miał wyjścia, był wykończony, gdyż nie spadł dwie doby z rzędu. Nie opłaciło się, ale doszedł do etapu, w którym strach przed nieznanym zastąpiła obojętność. Sądził, że dopóki będzie w stanie obudzić się o własnych siłach, wszystko będzie dobrze. Poza tym od zbyt wielkich ilości napojów energetycznych odezwały się najpierw pojedyncze ukłucia w jelitach, które szybko przeszły w stały, przeszywający ból, uczucie rozpychania w jamie brzusznej, jakby zagnieździła się tam obca istota.
Zawsze budził się po swojej wizycie tam, w tym dziwacznym miejscu, w którym zewsząd otaczała go przyprawiająca o klaustrofobię mgła. Z czasem zaczął przypuszczać, że miejsce to nie jest tylko jego senną fantazją, lecz istnieje naprawdę. W głębi ducha piętrzyły się wątpliwości, starał się jednak nie zastanawiać nad nazwami i kategoriami. Nie miały najmniejszego sensu w zetknięciu z całym skomplikowaniem rzeczywistości, lubiącej go zaskakiwać umieszczaniem w jego życiu zdecydowanie zbyt wielkiej ilości elementów nierzeczywistych.
Podniósł się z zimnej, mokrej ziemi, unosząc z niej kropelki wody. W niewidocznym świetle mieniły się perliście i opalizowały. Rozejrzał się wokół, ale nic nowego nie zauważył. Nigdy nie znalazł tu czegokolwiek, co mogłoby mu posłużyć za punkt orientacyjny.
Idąc przed siebie, rozmyślał. Nikt nie potrafił mu pomóc. Psycholog odesłał go do psychiatry, a psychiatra wypisał na wszelki wypadek skierowanie do neurologa, stwierdził jednak, że być może to tylko pochodna paraliżu sennego.
Ale to na pewno nie był paraliż senny.
Poza tym nie opowiedział psychiatrze wszystkiego. Dopiero uzyskał względną życiową stabilizację, wyleczył przykrą chorobę złapaną od biednej studentki, która chciała sobie dorobić, znalazł pracę z umową na etat, kupił okazyjnie mieszkanie – nie chciał tego wszystkiego zaprzepaścić, gdyby miał trafić na oddział zamknięty.
Nie wiedział, jak długo idzie znikąd donikąd przez pustkę o nieokreślonym statusie ontologicznym. Nie wiedział, która w rzeczywistości jest godzina. Zapragnął się obudzić.
Pragnienie nie zadziałało.
Zdenerwowało go to. Zapragnął jeszcze mocniej.
Nie obudził się.
Nie potrzeba było mu wiele do popadnięcia w panikę. Padł na kolana i zaczął uderzać głową o podłoże. Z każdym uderzeniem ciało bolało go coraz bardziej, bombardując jego ośrodek nerwowy impulsami bólu z każdej części ciała, ale się nie obudził.
Myśli pędziły mu przez obitą głowę z oszałamiającą prędkością. Nie wiedział skąd brały się pomysły na wydostanie się z tego miejsca, skąd miał na tyle wyobraźni, by w ogóle wpaść na coś takiego. Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, sprawdził skuteczność jednego z takich pomysłów. Nie miał niczego do stracenia, więc włożył sobie nadgarstek lewej ręki do ust i ugryzł z całej siły. Łzy stanęły mu w oczach.
Obudził go własny stłumiony wrzask bólu. W jednej chwili dotarł do niego absurd całej sytuacji – oto leży na swoim łóżku, z ręką w ustach. Otworzył szerzej usta i wyjął dłoń, której nie czuł. Mimo panującego w pokoju mroku wiedział, że wyrządził sobie krzywdę. W przeciwnym razie nie wypluwałby z ust mnóstwa krwi, która trafiła tam z ran, jakie sam sobie zadał.
Usiadł na łóżku. Wiedział, że w pokoju panuje przejmujące zimno, rozgorączkowany nie odczuwał go jednak. Natłok chaotycznych myśli natarł na niego z taką siłą, że po chwili przestał zwracać na nie uwagę i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w kurz zbierający się na nielicznych półkach w pomieszczeniu.
– Szukasz zejścia ze Spirali? – Wśród nocnej ciszy swobodnie wypowiedziane słowa zabrzmiały jak dźwięk wystrzałów armatnich.
Ogarnięty najbardziej pierwotnym przerażeniem, które w ułamku sekundy przyćmiło mu i tak osłabione zmysły, wrzasnął rozdzierająco. Wykonując naraz kilka niezbornych ruchów niczym poruszający odnóżami robak obrócony na grzbiet, spadł z łóżka, ściągając za sobą pościel.
Z panującego w pomieszczeniu mroku wyłonił się cień ciemniejszy niż ciemność, z grubsza człekokształtna plama zdająca się zasysać kontury zatopionego w nocy świata.
Bezsilnie patrzył jak ta niespodziewana manifestacja czegoś absolutnie obcego przybliża się do niego, jak pochyla się ku niemu. Bezwiednie oddał mocz. Jego świadomość skupiła się w jednym małym punkcie i schowała gdzieś głęboko.
Postać kucnęła nad leżącym.
– Ze Spirali nie da się zejść. Kierowałem się w górę, aż znalazłem się na samym dnie. Widziałem miliony snów, miliardy światów, przemierzyłem sny starsze niż ludzkość…
Sparaliżowany bezbrzeżnym strachem wpatrywał się w wyrwę w świecie, w dziurę w rzeczywistości mającą kształt niegdyś istniejącego ciała. Sama obecność tego czegoś otwierała przed nim pulę ewentualności straszniejszych niż ograniczenia materii z której okowów to coś się wyzwoliło. Widział przytłaczający swoim rozmachem nieludzki ogrom pustki właśnie wydobywający spod rzednących pasm czarnego dymu swoją dawną ludzką twarz, pokrytą niezliczonymi bliznami, krostami i płatami łuszczącej się skóry.
– Spójrz mi w oczy.
Leżący spojrzał i zaskowyczał nieludzko. Gdyby już nie leżał, upadłby zemdlony.
– Ja nadal widzę, widzę drogi, tysiące dróg – powiedziała postać o upiornej twarzy z powiekami zaszytymi złotą nicią.
Zdążył usłyszeć te słowa, po czym stracił przytomność.
– Ach – powiedziała postać pochylająca się nad nieprzytomnym mężczyzną – ty nie chcesz zejść ze Spirali, ty dopiero na nią wchodzisz. Witaj w prawdziwym świecie.

h

Piotr wrzeszczał. Padł na kolana, nie przestając krzyczeć aż do ochrypnięcia, zwinął się w pozycję embrionalną. Gdy pierwszy atak minął, obrócił się na plecy i roześmiał przez łzy.
Nie wiedział, ile czasu tak leżał. Miał wrażenie, że czasu tu nie ma. Całym sobą chłonął gęstą mgłę, czuł jak osiada na nim, jak muska go po odsłoniętych częściach ciała zimnymi pocałunkami, nieprzyjemnymi jak ukłucia owadów.
Starał się uporządkować wydarzenia tego wieczoru, zrozumieć z nich cokolwiek, ale umysł zasypywał go tylko hipotezami, z których każda kolejna była bardziej absurdalna niż poprzednia. Nie znalazł nawet jednej iskierki normalności, czegoś, czego mógł się uchwycić, co pozwoliłoby ma zrozumienie, co go spotkało. Ani jedna próba znalezienia rozwiązania nie zaowocowała poczuciem ulgi i przywróceniem pewności, że wszystko skończy się dobrze.
Jego ciało zareagowało zgodnie z przewidywaniami. Serce kuło go tak, że nie mógł nabrać głębszego oddechu. Nie miał arytmii, ale miał zdiagnozowaną nerwicę, która uderzyła zespołem objawów w chwili największego emocjonalnego rozchwiania. Mimo opadających nerwów jego przypadłość objawiła się znienacka, poza kontrolą świadomości, przeniknęła wszystkie odruchowe reakcje fizjologiczne, jak rak rozprzestrzeniła się po całym układzie nerwowym, zmuszając napięte ze zdenerwowania mięśnie do niekontrolowanych skurczów, zajadle szarpiąc powiekę lewego oka, wprowadzając w niezborne drgania ręce i nogi.
Leżał sparaliżowany narastającym bólem, wzbierającym w wielu punktach zapalnych naraz. Przestał myśleć, rozproszył wzrok. Skrajnie wyczerpany i zobojętniały na swój los zamknął oczy i zasnął. Ostatnią przytomną myślą było niejasne przeczucie, że gdzieś nad nim mgła zdaje się przybierać kształt wielkiej spirali.

h

Obudził się na podłodze, w plamie moczu i kału częściowo wsiąkniętych już w dywan, upstrzonej gdzieniegdzie krwawymi maźnięciami. Ledwo się podniósł, musiał przytrzymać się łóżka i niezgrabnie oprzeć na nim ciężar ciała, żeby nie upaść. Leżał w nienaturalnej pozycji, powyginany jak szmaciana lalka. Ponieważ miał na sobie samą piżamę, wyziębił się. Po chwili spędzonej na kontemplacji miękkości prześcieradła zmusił swoje ciało do wyprostowania się. Na drżących jak galareta nogach doszedł do łazienki. Było już widno, w ciszy poranka słyszał wyraźnie ptaki ćwierkające za oknem. Zajmował kawalerkę na piątym piętrze, na wysokości koron drzew. Instynkt samozachowawczy zwyciężył, nie dokuśtykał do najbliższego okna, by przez nie wyskoczyć, chociaż miał na to wielką ochotę.
Wstępnie się umył. Długo wpatrywał się w swoje odbicie w zaparowanym lustrze. Nabawił się strachu przed mgłą, nawet parę wodną skraplającą się na jego zmatowiałym odbiciu ścierał szaleńczo, gdy tylko zaczynała się zbierać. Po popiciu kranówką całej garści leków, wypełnił wannę ciepłą wodę i wszedł do niej. Gorąc wody oszołomił go i rozluźnił. Poczuł jak schodzi z niego napięcie.

h

Nawet nie zauważył momentu, w którym ponownie znalazł się we mgle. Westchnął ciężko. Dziwnie spokojny uczynił kilka kroków przed siebie. Następnie skręcił. I tak nie miał pojęcia, czy miało to jakikolwiek sens, więc równie dobrze mógł biegać po okręgu.
Szybko spostrzegł, że coś się jednak zmieniło.
Otoczenie nadal spowijała gęsta mgła, była jednak wyraźnie rzadsza niż ostatnim razem.
Wśród niej wyraźnie zaznaczały się masywne kształty, ciężkie, ciemne kontury olbrzymich, strzelistych konstrukcji wznoszących się dookoła.
– Już niedługo mgła się rozwieje, poznasz odpowiedzi na dręczące cię pytania.
Mężczyzna o zaszytych powiekach nie sprawiał już wrażenia demona z piekła rodem. Wyglądał raczej jak ktoś, kto przeżył zdecydowanie zbyt wiele.
– Rozminąłem się z kilkoma starymi znajomymi, którzy nie zapuszczali się tak daleko jak ja. Tylko od ciebie zależy, kim się staniesz.
Nic mu na to nie odpowiedział.

h

– Jesteś pewien, że musimy to zrobić?
Trzech mężczyzn stało przy wannie ze śpiącym w niej mężczyzną. Chrapał cicho, nie wybudziło go ich swobodne zachowanie.
– Wiem co o tym myślisz, mogę się z tobą zgodzić, że jest to czyn moralnie naganny, ba, odrażający. – Na te słowa trzeci z mężczyzn westchnął ciężko. – Ale nic nie możemy na to poradzić. Kiedyś nam za to podziękuje, tak jak ty podziękowałeś mi.
– Nie podziękowałem – zripostował pierwszy – nie dałeś mi wyboru. A ty czemu westchnąłeś? – zwrócił się do trzeciego.
Trzeci westchnął ponownie.
– Wszelki wybór jest ułudą – odparł drugi, uprzedzając odpowiedź trzeciego. Jego głos zdradzał całkowite przekonanie o słuszności i niepodważalności zaprezentowanego stanowiska.
– Amoralistą jestem od zawsze, jak i wy wszyscy. Byłem nim już żyjąc jeszcze w tym świecie… Poza tym, jakieś pomysły, czego nasz stary pozszywany znajomy mógł chcieć od niego?
– Chciał dobrze, i to jest jego problem – wtrącił się pierwszy.
Drugi żachnął się i obrócił do trzeciego.
– Już wtedy byłeś amoralistą? Trudno mi w to uwierzyć. Pamiętam, że raz nawet uratowałeś jakąś dziewczynę przed gwałtem, byłeś lokalnym bohaterem.
– Szedłem za nią, bo sam chciałem się zabawić – uśmiechnął się rozbrajająco. – A poza tym ty też taki byłeś, pamiętam jak pobiłeś dla zabawy bezdomnego żebraka w przejściu podziemnym pod dworcem.
– Skończcie pieprzyć, jeszcze nasz pochrapujący lekko przyjaciel wyczuje naszą obecność – pierwszy obruszył się. – Wszyscy tacy byliśmy od zawsze.
– Na obraz i podobieństwo – trzeci roześmiał się. – Poza tym, w sumie to też chcemy dobrze. Uwolnimy go od snu, w którym żył, by mógł wyśnić swoje własne nieskończoności.
Drugi zbliżył się do półleżącego w wodzie nagiego mężczyzny, który przez sen zaczął się niespokojnie wiercić. Na zgiętych w kolanach nogach wykwitła mu gęsia skórka.
– Witaj w prawdziwym świecie – drugi powiedział do niego z wyraźnym smutkiem. Odwrócił się do pierwszego. – Przedłużacz dosięgnie?
– Bez problemu. – Pierwszy podał mu podłączony do prądu toster. – Uważaj, nagrzewa się coraz bardziej.
– Aż się prosi o jakiś żart sytuacyjny, ale nie chce mi się myśleć – dodał trzeci z uśmiechem na twarzy.
Drugi nie trzymał długo urządzenia. Jeszcze zanim wpadło do wanny i zanurzyło się w wodzie między wystającymi z niej stopami śpiącego, trzech mężczyzn nigdy tam nie było.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: