polskie centrum bizarro

„Murderca” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Październik 23, 2015 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZeter Zelke jest lepsza od takiego na przykład Zorro przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze ma więcej „zetów” w nicku (co już na dobrą sprawę wystarcza) i jeszcze sprawniej fechtuje bizarrycznymi fabułami, dostarczając ich na łamy niedobrych literek nieprzyzwoicie miłe ilości.

Dzisiaj, w imieniu zagubionego w jesiennej pogodzie (chrrr…. chrrr… chrrr…) Paskuda, zapraszamy Was, drodzy niedobrzy, aczkolwiek czuwający czytelnicy, na lekturę najnowszego tekstopłodu Z-Z.

Murderca spodoba się zadeklarowanym mieszczuchom. A zapewne i kilku miastom…

Zapraszamy do lektury!

h

Murderca

 

 

h

Daniel różnił się od rówieśników. Zrozumiał to dość szybko, bo już w wieku siedmiu lat. Nie była to różnica widoczna gołym okiem i gdyby nie jego dyskrecja, rodzice już dawno oddaliby go pod opiekę psychiatry. Dlaczego? Dlatego, że każdego ranka, zanim jeszcze opuścił ciepłe łóżko, słyszał śmiech, dobywający się wprost ze ścian swojego pokoju. Czuł na sobie wzrok odrestaurowanych kamienic, gdy przechadzał się po centrum miasta. Podczas zabaw z równolatkami słyszał westchnienia murów, odgradzających osiedlowy parking. Gdy bawił się w chowanego, niejeden blok ochoczo otwierał w sobie nie istniejącą tam wcześniej wnękę, oferującą Danielowi kryjówkę, jakiej nikt nie mógł odnaleźć. Chłopiec w lot pojął, że były to raczej niecodzienne zjawiska, gotowe napytać mu biedy, gdyby spróbował skierować na nie uwagę dorosłych.

Wszystko zmieniło się w dniu, w którym został wreszcie znaleziony we wnętrzu betonowej ściany; grał wtedy w chowanego ze swoją sąsiadką, Emmą Daszyńską.

Emma, bezdzietna nauczycielka matematyki, była wieloletnią przyjaciółką rodziny Daniela. Choć sama ich nie miała, lubiła dzieci, toteż chętnie pomagała w opiece nad chłopcem, przy okazji ucząc go swojego przedmiotu. Daniel zaś traktował ją jak najlepszą przyjaciółkę, wesołą, serdeczną – taką, jakiej można było powierzyć największe sekrety w pewności, że nikomu ich nie zdradzi. Na swój sposób kochał Emmę, nawet jeśli była nieco tajemnicza. Czasami znikała na długie tygodnie, zamykała się w swoim mieszkaniu na kilka dni albo wyjeżdżała w siną dal bez żadnego uprzedzenia. Nie zdarzało się to często, ale jak już się zdarzyło, Daniel bardzo tęsknił. Jego rodzice – wdzięczni za każdą godzinę, którą poświęcała ich synowi – nie zamierzali wnikać w prywatne sprawy sąsiadki. Gdy Emma wracała, Daniel odżywał, zaś dzień, w którym odnalazła go wewnątrz ściany, okazał się bez mała najważniejszym w jego życiu. Tego dnia dowiedział się, że nie wszyscy postrzegali miasto tak jak on, nie wszyscy je słyszeli, bo też i nie przemawiało do wszystkich.

– Ono żyje – mówiła Emma. – Nie wiem, jak inne miasta. Byłam w wielu, ale nie słyszałam ich głosu. Niewykluczone, że gdzieś istnieją podobne, ale zgaduję, że nie są liczne albo słyszą je jedynie wybrani.

Daniel z zapartym tchem pochłaniał jej opowieści o piosenkach parkowych alejek, o kłótniach budek na straganie przy Targowej, o uciesznym szczebiotaniu butików przy centrum handlowym, o nieprzystojnych żartach stacji benzynowych oraz egocentrycznych przechwałkach sklepów ze specjalistycznym sprzętem. Emma pokazała mu części miasta, w których jeszcze nie był. Szpital Dobrego Zdrowia na Kamiennej niezmordowanie ostrzegał przed najrozmaitszymi choróbskami, wyliczał ich objawy i podawał sposoby leczenia. W lunaparku płytki chodnikowe pojękiwały komicznie za każdym razem, gdy Daniel na nie nastąpił, a diabelskie koło bez powodzenia usiłowało przekonać ich do przejażdżki. Lampki i kolorowe napisy na kasynach przy domu handlowym Gallerium doprowadzały do szaleństwa, obiecując wysokie wygrane w zakładach. Jeśli było to możliwe, chłopiec pokochał Emmę jeszcze bardziej – jedyną osobę, która słyszała to, co i on słyszał, widziała to, co i on dostrzegał. Była dowodem na to, że nie zwariował.

Emma mówiła mu o bezpiecznych częściach miasta, ale przestrzegała też przed tymi, których należało unikać. Dopiero, kiedy skończył szesnaście lat, zabrała go na Semborów – osiedle o wyjątkowo złej reputacji. Tutaj wszystko zdawało się groźne, nawet w najpiękniejszy z letnich dni. Zniszczone budynki piętrzyły się nad nimi, spoglądały z góry brudnymi szybami okien, oberwane gzymsy układały się w ponure uśmiechy. Latarnie zgrzytały nieprzyjemnie, szydząc z głuchych na ich sarkazm przechodniów. Kosze na śmieci obrażały smrodem domostwa, pod którymi przyszło im stać. Niekiedy jakaś rudera drżała, jakby zaraz miała się rozlecieć; po chwili otwierało się w niej przejście, z chałupy zaś dobiegał piskliwy, nie budzący za grosz zaufania głos, zachęcający aby przestąpić przez świeżo utworzony próg.

– Niech nigdy przez myśl ci to nie przejdzie – mówiła Emma. – Nie wiadomo, dokąd prowadzą tego rodzaju drzwi, a ci, co się odważyli, nigdy nie wrócili.

Wizytę skończyli pod wysokim murem z azbestowych płyt, doszczętnie pokrytym bardziej bądź mniej udanym graffiti. Pomiędzy bohomazami Daniel dostrzegł powtarzający się napis: „Murderca”. Wykonany jadowicie zielonym sprayem, przyciągał spojrzenie. Murderca – szeptały płyty, a ich głos, niby widmowe ręce, głaskał chłopca po twarzy. – Murderca, nadchodzi czas karmienia. Murderca. Murderca.

Słowa wydobyły z jego pamięci nieprzyjemne wspomnienia. Widywał już takie napisy wcześniej, gdy był o wiele młodszy i jeszcze nie potrafił uchwycić ich sensu. Zarówno wtedy, jak i teraz po skórze przechodziły mu ciarki. Za jaskrawozielonymi literami czaiła się bowiem jakaś groza, coś smutnego, poczucie odstręczającego brzemienia.

– O co im chodzi? – Daniel przylgnął do Emmy, chociaż miał już szesnaście lat i za nic w życiu nie przyznałby się kolegom do takiej słabości.

Emma przycisnęła go do siebie, spoglądając ponuro na płyty, a te, niczym nie zrażone, kontynuowały swoje: Murderca. Czas karmienia. Murderca. Czas karmienia.

Opuścili Semborów, ale ponura piosenka azbestowych płyt przywlekła się z niego za nimi. Zarówno zadbany park, gadatliwe centrum handlowe, dostojne serce miasta, poważne szkoły, wesoły lunapark, jak i jego rodzinne osiedle jednym głosem powtarzały upiorną mantrę. Daniel nie rozumiał, co się dzieje, miał wrażenie, że świat oszalał. On nie rozumiał, ale Emma zrobiła się milcząca, przybita jakąś wiedzą, którą prędzej czy później musiała się z nim podzielić. Dlaczego więc nie prędzej? Daniel naciskał tak długo, aż wreszcie Daszyńska dała za wygraną i opowiedziała mu historię. Historię o pakcie, zawartym bardzo dawno temu, o którym nie pamiętał już nikt, poza tymi, którzy słyszeli głos miasta.

Mieszkańcy miasta nie zawsze mieli łatwe życie. Wręcz przeciwnie, zdawało się, że prześladował ich jakiś nienaturalny pech. Katastrofy budowlane dzień dziennie kosztowały kogoś życie: a to zawaliła się stara chałupa, dach spadł na bywalców knajpy, odłupany fragment gzymsu zabił przechodnia, to znów latarnia przewróciła się na szopę, wzniecając ogień nie do opanowania. Ludzie przeklinali miasto tak długo i tak szczerze, aż ono przemówiło wreszcie do kilkunastu z nich:

Tak jak wy potrzebujecie jeść, tak i ja potrzebuję. Ofiarujcie mi człowieka, gdy poproszę, a ja przestanę was zabijać, otoczę opieką, jakiej inne miasta nie mogą zaoferować. Człowiek ma być mi oddany w specjalnym miejscu, w specjalny sposób, tylko przez słyszących mój zew.

Najczęściej domagało się karmienia raz w roku, niekiedy częściej. Trudno było przewidzieć, kiedy zażąda ofiary. Gdy jednak zbliżał się ten moment, wszystkie ulice, alejki, parki i budynki wzywały chóralnie słyszących do uczynienia obiecanej posługi. Wrzeszczały tak długo i tak donośnie, aż w końcu ktoś złożył ofiarę. Jeśli nie w obawie, że miasto znowu weźmie los mieszkańców w swoje ręce, to w obawie o utratę zdrowych zmysłów.

Daniel zaczął sobie przypominać opowieści o tutejszych seryjnych mordercach, którym „głosy” nakazały zabijać oraz o ich ofiarach, których ciał nigdy nie odnaleziono. Gdy spojrzał Emmie w oczy, zrozumiał dlaczego czasami znikała na tak długo, dlaczego ukrywała się przed światem… A może to miasto ją przed nim ukrywało?

– Gdy ono sobie tego zażyczy, ktoś musi umrzeć. – Oczy Daszyńskiej były spokojne, dobre, współczujące. Daniel nie wiedział, czy współczuła słyszącym, czy ich ofiarom. – Ktoś zginie po to, aby reszta była bezpieczna. My jesteśmy jedynie narzędziem. Dbamy o przestrzeganie warunków umowy. Tej nocy ja je wypełnię. Następnym razem będziesz to ty. Nie bój się. Nie pójdziesz sam.

Daniel milcząco kiwnął głową i oboje wrócili do swych rozwrzeszczanych mieszkań w blokowisku. Gdy kładł się spać, myślał o Emmie i nieszczęśniku, który miał tej nocy nasycić głód ulic i kamienic, sklepów oraz straganów, latarń, chodników, gmachów, kiosków, parków oraz ogrodów, jakie znał i kochał od dziecka. O nieszczęśniku, którego ofiara sprawi, że reszta mieszczan będzie mogła żyć bez obaw… przynajmniej do kolejnego czasu karmienia.

Następnego ranka obudził się rześki, w dobrym nastroju. Ściany jego pokoju przywitały go radosnym piskiem – uśmiechnął się do nich. Wyjrzał przez okno na osiedle, nadstawił uszu – miasto mamrotało, szeptało, wypoczęte i zadowolone. Daniel ubrał się, zjadł śniadanie, pożegnał się z rodzicami, po czym wyszedł do szkoły. Po drodze pomachał Emmie, która stała w oknie. Sąsiadka energicznie odmachała, choć na jej twarzy odbijała się cieniami nieprzespana noc.

Mijając pogwizdujący, ceglany mur, przelotnie na niego zerknął. Cały pokryty był esami-floresami, lecz ku uldze Daniela, żaden napis nie układał się w jasnozielone, złowieszcze: „Murderca”.

– Jeszcze nie – zaświergotał osadzony na jarzębinie, okupowany przez wróble karmnik dla ptaków. – Lecz i ty się doczekasz. Prędzej czy później. Każdy Murderca ma swój czas.

Reklamy
  1. Ooo, cóż za miły wstępniak! Note to self: zamiast jakiejś epickiej ścieżki dźwiękowej z Zorro, włączyła mi się melodyjka z „Underdog”.

    Sprawdziłam: https://www.youtube.com/watch?v=qHej4ZqZDwo – nope! Żadnych referencji do Zorro. Czyżby moja podświadomość próbowała coś mi powiedzieć? 😉

  2. A propo słonia – bardzo fajne opowiadanie! Poproszę więcej 🙂

  3. Woli Paskuda stanie się zadość. Trza mi tylko jedną rzecz skończyć i przemówić dwóm innym, aby grzecznie poczekały w kącie na swoją kolej. Ale stanie się! 😉

  4. Właśnie o takie niedobre literki Paskud walczył!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: