polskie centrum bizarro

„Opowieść poświąteczna” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Styczeń 8, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŚwięta za pasem, czy – jak kto woli – w pasie, więc z czystym sumieniem możemy zaprezentować Szanownej Publiczności nowe opowiadanie Patryka Bogusza. Ku przestrodze niegrzecznym małolatom, choć zapewne i rodzice znajdą w tym tekście coś dla siebie… Byle nie instruktaż! Na szczęście (?) żyjemy w świecie, w którym bezstresowe wychowanie ma się dobrze, a Śnięty Miko przynosi zawsze prezenty, nigdy zaś rózgi, zatem dzisiejszy tekst można między bajki włożyć. Bizarryczne bajki, rzecz jasna.

Niniejszym zapraszamy Was do lektury Opowieści poświątecznej.

Opowieść poświąteczna

24 grudzień 2015 roku, gdzieś w Warszawie

Sebastian wciągnął świąteczną kreskę. Dobry towar. Miło spłynął. Zapalił mocarza. Innych nie palił. Włączył okap w kuchni. Rodzice byli wrażliwi na dym. Co zrobić. Pieprzone dinozaury. Byli po czterdziestce. Nie długo zdechną i przestaną mu wiecznie rozkazywać. Zaraz po sylwestrze skończy piętnaście lat. To chyba wystarczająco, żeby zacząć odcinać pępowinę. A oni nic tylko zakazy. Niczego nie są w stanie zrozumieć. Nawet na spokojnie zapalić nie może. Bez nerwa. To całe ukrywanie i otoczka tajemnicy sprawiają, że w końcu rozchoruje się, jakby złapał ze trzy raki, a nie jednego. Paranoję mają.
Z tym paleniem to im odjebało od śmierci dziadka Helmuta. To dopiero był świr! Palił i pił do końca swych dni. Zmarł mając siedemdziesiąt lat. Zmarł gwałtownie. Przyczyną był nowotwór gardła, ale nie on go zabił. Nie bezpośrednio. Dziadkowi wstawili jakąś rurkę w gardło po usunięciu guza i mówił jak robot. Tak zabawnie. Zabronili pić i palić. Rodzice wynajęli ukraińską opiekunkę, z dobrymi cycami. Dziadek próbował ją pomiętosić, ale mu nie dała i jeszcze naskarżyła. Wtedy matka pojechała się opiekować ojcem, żeby nie rozrabiał i słuchał przepisu na długie życie.
Długie nie było. Wieczorem wziął taboret i się powiesił. Zafajdał całe spodnie. Do bordowego pulowerka (jego ulubiony) przyczepił krótki liścik: Zabiliście mnie, skurwysyny!
Dziadek Helmut to był gość. Ostatni z jajami w tej rodzinie. Ostatni poza nim oczywiście. Jego ojciec kiedyś też był dobry, ale matka go wykastrowała. W przenośni oczywiście, albo i dosłownie. Z nią nigdy nic nie wiadomo. Kilka dni temu zabrała mu całą sztukę mefedronu. Na cholerę jej, przecież i tak go nie wywącha.
– To będzie dowód. Mam dowód, żeby cię zabrali! – krzyczała. Obłęd jakiś normalnie. Chwili spokoju w tym domu nie ma.
Otworzył piwo. Żywiec. Nie lubił go, ale lepsze takie niż żadne. Stary ciągle to pił. On sam preferował Tyskie, ale rodzice jak na złość nigdy tyskacza nie biorą. Prosił tyle razy jak jadą do marketu, żeby kupili zgrzewkę i nic. Doprosić się nie można. Po Żywcu ma straszne gazy.
Wódę w barku zamknęli. Zabrali kluczyk. Cwaniaki. Próbowali go zmusić do odwiedzin ciotki Zośki i wujka Mariana. Chyba z chuja spadli. Nie zniósłby widoku ich czerwonych swetrów w renifery. Do tego jego kuzynka z downem. To znaczy takim nie stwierdzonym. Niby z nią wszystko gra, ale on wie, że coś tam się dzieje. Pieprzona dziewica. Najbardziej dobijały go rozmowy w gronie rodzinnym.
– Powiedz cioci, a byłeś Sebastianku grzeczny w tym roku?
– A niech mi ciocia powie: czy danie w łeb staruszce i zajumanie torebki jest złe? Na pierwszy rzut oka, pewnie tak, ale jeśli syn prosi rodziców o pieniądze na nowe spodnie od dwóch tygodni i co spotyka? Odmowę, choć pieniądze mają, to czy fakt, że zaczyna radzić sobie sam nie staje się już dobrym? – Właśnie tak by jej powiedział. Te miny byłyby bezcenne. W sumie mógł jechać. Wyszedłby na dwór, ale go zamknęli. Świry. Pewnie można to gdzieś zgłosić. Odebraliby im prawa. Gorzej jak dostałby rodzinę zastępczą. To potrafią być wariaci. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi.
Rozsiadł się w salonie. Włączył plazmę. Leciał Kevin. Jak co święta. Żałosny blondynek. Film to film. Miał w podstawówce takie cipy. Biedni byli. Kolejna kreska. Następne piwo. Sięgnął po telefon. Też złom. Wstyd z tym chodzić. Dwuletni. Będzie musiał coś ukraść lepszego. Matka powiedziała, że nie da na komórkę. Chytra dziwka. Na kosmetyki i kochanka wydaje bez ograniczenia. Gdyby jego stary miał jaja, mógłby ją szantażować faktem, że wie o romansie, ale tak to nie ma sensu. Matka i tak przegada ojca. On by się nie dał tak traktować. Gdyby dowiedział się, że jego Anka daje innemu dupy, spuściłby jej wpierdol. Jemu też. Nieważne czy wiedział, że jest zajęta. To nie ma znaczenia. Umoczył kija, to poczuje jego but na zębach.
Wybrał z książki: Anka.
Sygnał. Granie na czekanie i Whitney Houston z „I will always love you”. Co za kwas!
– No, cześć.
– Siemka, skarbie, co tam porabiasz?
– A idę zaraz z rodzicami na wigilię. A ty?
– A ja myślę o tobie.
– Nie kłamiesz?
Wziął łyk piwa. – Ja ci nigdy nie kłamie.
– To miło z twojej strony. Dzwoniła do mnie Judyta kilka minut temu.
– Taa i co chciała?
– Płakała.
– Czemu?
– Nie uwierzysz, nie wiem czy sama w to wierzę. Podobno jej ojciec uderzył ją.
– Jak to uderzył?
– No, określiła to klapsem w tyłek, ale nie takim jak ty mi dajesz, tylko takim za karę…
– Co, kurwa? To niemożliwe, takie rzeczy się działy jak nas na świecie nie było.
– Też jej tak powiedziałam, ale ona się upiera, że tak zrobił. Myślała, żeby wezwać policję.
– Też historia, ja bym policji nie wzywał. Gdyby mnie kiedykolwiek któreś ze starych choć spróbowało uderzyć, to przysięgam, że wziąłbym nóż i uciął im pierdolone łapy!
– Ale ona jest dziewczyną.
– To fakt. I co – wezwała psy?
– Nie wiem, nie była zdecydowana, a najlepsze jest to, że jej matka przy tym była i ponoć stwierdziła, że bardzo jej tak dobrze.
– Podła suka.
– Nom, a taką jej koleżankę zgrywała.
– A mówiłem, że starociom nie można ufać, oni zawsze tylko coś kombinują.
– Miałeś rację… Rodzice mnie wołają, muszę iść.
– Każ im spadać.
– Nie, bo znów mi kieszonkowe zmniejszą i się zaczną testy na narkotyki.
– Dobry towar mam.
– Domyślam się. Nie rób mi smaka. Lecę.
– No cześć.
– Paa. – Rozłączyła się. Odłożył telefon. Lipa, że nie może tych drzwi otworzyć. Zaprosiłby chłopaków, zamiast tak siedzieć jak troll jakiś. Spojrzał na kominek i wiszące nad nim skarpety. Ca za beznadziejny zwyczaj. Prezenty w skarpetkach. Dobrze, że nie w gaciach.
Zerknął na zegarek. Dopiero osiemnasta. Przed nim tyle godzin. Zabraknie piwa i towaru. Pieprzyć ich. Nie będzie siedział o suchym pysku, a te pierożki z kapustą niech sobie w dupę wsadzą!
Pobiegł do pokoju. Spod łóżka wyciągnął łapkę. Była dobra na piwnice, to i na barek będzie git. Wrócił do salonu. Umiejscowił w szparze narzędzie i wyważył drzwiczki barku.
Nalał sobie sporego drinka. Jack Daniels. Dwie kostki lodu z zamrażalnika. Takie święta to rozumiem. Uśmiechnął się. Już nawet zniewieściały blondynek mu nie przeszkadzał.
Zanim zasnął, opróżnił całą butelkę. Towar puścił nie wiadomo kiedy. Obudził go hałas. Dziwny dźwięk, jakby ktoś spadał i solidnie wylądował. Zerwał się z fotela. Jakiś tłusty facio siedział na fotelu naprzeciw niego. Przebrany za świętego Mikołaja, tyle że bez brody. Pieprzony pederasta. Sebastian zamknął i otworzył oczy. Facio nie zniknął. Podskoczył z fotela. On, a nie facio.
– Coś ty, kurwa, za jeden?! – krzyknął.
– A nie widzisz? W końcu mamy wigilię.
– Nie jesteś Mikołajem!
– Ta, a niby czemu nie?
– Bo nie masz brody.
– Nie, śmierdzielu, bo Mikołaj nie istnieje.
– To kolejny powód. Co robisz w moim domu? Jak się tu dostałeś?
Facio popijał z gwinta. Chyba żubrówkę.
– To nie twój dom, tylko twoich rodziców. Ty tu przebywasz dzięki ich uprzejmości, tylko tyle.
– Jak tu wlazłeś?
– Przez komin.
– Masz minutę, żeby opuścić ten dom!
Facet wstał. Zrzucił z siebie frak. Pod spodem miał biały podkoszulek. Potężne ręce były pokryte niezliczoną ilością tatuaży.
– A jak nie? Jaki masz plan?
– Wykopię cię stąd!
– Nie próbuj, niedorozwoju, bo złamię cię w pół. I siadaj na dupie, bo zaczynasz mnie wkurzać.
Ten facet nie żartował. Sebastian usiadł.
– Nazywam się Viktor, dla ciebie pan Viktor i jestem pomocnikiem świętego, wszystkich świętych. Najęła mnie twoja matka. Ewelina W. Zgadza się?
– Tak.
– Więc zapłaciła mi, żebym cię wyprostował.
– Moja matka jest w to zamieszana? Wiedziałem, że to bladź! Własna matka na mnie zbira nasyła!
– Nie zbira, tylko wykwalifikowaną pomoc domową. Zapłaciła solidnie, a ja solidnie wypełniam swoje obowiązki, chcę żebyś wiedział to już teraz. Jeśli będziesz współpracował, szybko skończymy. Czy zrozumiałeś?
– Tak.
– Tak, proszę pana. Jestem od ciebie starszy. Trochę szacunku, mały zjebie!
Sebastian miał do czynienia ze świrem. To było pewne. Matka nasłała na niego psychopatę. Musi przetrwać tę noc. Unieszkodliwić wielkoluda i uciec. Potem zajmie się zgredami.
– Tak, proszę pana.
– Od razu lepiej. Podaj mi worek rozmaitości. Stoi pod kominkiem.
Dopiero w tym momencie Sebastian zauważył ogromny czerwony wór. Był wypełniony, więc wyglądało na to, że psychol raczej nie chciał go do niego spakować i wsadzić do jakiejś beczki. Wstał i z wysiłkiem przeciągnął worek bliżej przebierańca. Dosyć ciężki.
– Firma, którą reprezentuję, ma trzy rodzaje ofert. Pierwsza do dziecka sprawiającego delikatne problemy wychowawcze. Druga do dziecka sprawiającego duże problemy wychowawcze. I w końcu trzecia do wrednych padalców. Zgadnij, do której grupy zostałeś zakwalifikowany?
– Do drugiej?
– Chciałbyś. Każdy rodzic wypełnia mały test, który pomaga nam w dobraniu odpowiedniej oferty. Jesteś zjebem. Teraz zdejmij koszulkę.
Sebastian spojrzał na swój czarny t-shirt z logo Insane Clown Posses.
– Chyba żartujesz?
– Pamiętasz, co ci mówiłem na początku? Współpracuj, będzie mniej bolało.
– Nie dam ci się zerżnąć!
– Nie schlebiaj sobie. Zdejmuj koszulkę! – Rzucił w chłopca butelką. Walnęła go w klatkę piersiową. Ból. Chwilowy brak oddechu. Natychmiast wykonał polecenie.
– A teraz z łaski swojej zejdź z fotela i odwróć się plecami do mnie.
Viktor zapalił Camela. Innych nie palił. Chłopak wykonał polecenie. Drgały mu nogi. Jak nic rzuci się na niego, przygniecie cielskiem i wydyma.
Facio sięgnął do worka i wyciągnął zwinięty bat. Rozwinął go. Gruby z ciężką rączką. Idealny do tej roboty.
– To jest, chłopcze, twoja rózga pod choinkę!.
Pierwsze smagnięcie po plecach powaliło Sebastiana na kolana. Czuł, że skóra mu pękła. Zawył jak dziewica dopadnięta przez stado Arabów. Drugie uderzenie. Utrata kontroli nad pęcherzem. Trzecie, chwilowa utrata głosu. Łzy. Nie liczył kolejnych razów. W końcu odpłynął. Utrata przytomności była wybawieniem.
Mężczyzna schował bat do worka. Wyciągnął flaszkę płynu do odkażania ran. Okręcił zębami nakrętkę i polał nim plecy chłopca. Krew spływała na podłogę. Chłopak powoli wracał do świata żywych, choć wcale nie chciał. Viktor sięgnął po komórkę i zrobił zdjęcie swojej ofiary. Podrapał się po worku. Praca wykonana. Późna godzina, a przed nim jeszcze tyle dzieciaków do odwiedzenia.
Sebastian obudził się w łóżku. Leżał na brzuchu. Pewnie na plecach nie dałby rady. Z pokoju na dole dochodziły dźwięki sprzeczki. Rodzice wrócili. Był wściekły. Był gotów ich zabić. Oblać benzyną i podpalić w ich małżeńskim łożu. Wprowadziłby do ich sypialni znów trochę ognia. Choć pożar będzie do dupy. Sfajczyłby chałupę. Poczeka aż zasną, zakradnie się do nich jak pieprzony ninja i poderżnie im gardła. To najlepszy pomysł. Nie daruje im tego!
Usłyszał kroki po schodach. Szpilki stukające o marmur. W drzwiach pokoju stanęła Ewelina W. Rudowłosa kobieta w średnim wieku. Spojrzała na swojego aniołka.
– Czego chcesz? – spytał.
– Jak się czujesz?
– Gówno cię to obchodzi! – powiedział, powstrzymując łzy.
– Nie mów tak, to dla twojego dobra. Próbowaliśmy z ojcem wszystkiego…
– To trzeba było na mnie nasłać jakiegoś pieprzonego zboczeńca?!
– Dotykał cię? Tego nie było w umowie.
– Nie kurwa, spuścił mi wpierdol jak sama dobrze zauważyłaś…
– Całe szczęście, że cię nie dotykał.
– To ma być zabawne? Że własna matka nasłała na mnie psychopatę w czerwonym trykocie?
– Nie psychopatę, tylko człowieka, który rozumie problem, z którym borykamy się od lat. Nie chcemy z ojcem, żebyś wylądował w więzieniu i został czyjąś dziewczyną.
– Nie byłbym cwelem w puszce, trochę wiary w syna.
– O czym my rozmawiamy? To nie ma sensu.
– Nie ma.
– Chcę ci tylko powiedzieć, że jeśli nie zmienisz swojego postępowania, pan Viktor będzie cię odwiedzał regularnie.
– Chyba kpisz… – Zacisnął palce na prześcieradle.
– Nie widzimy z ojcem innego wyjścia. Już ci mówiłam. Czy złoży nam jeszcze wizytę zależy tylko od ciebie.
– Zaskarżę was, podam do sądu za znęcanie! Pójdziecie, kurwa, siedzieć!
– Niestety, synu nic nie wskórasz w sądzie. Nie jesteś na bieżąco z sytuacją w kraju. Pan Viktor działa całkowicie legalnie. Rząd miał dosyć utrzymywania w zakładach poprawczych, a potem w więzieniach dzieci takich jak ty. Przeforsowali ustawę: „Nie dla bezstresowego wychowania”.
Tym razem Sebastian nie powstrzymał łez.
– Czyli ten psychol może mnie okładać bezkarnie?! To niemożliwe…
– Zawsze ci mówiłam, synu: dostajemy od życia to, na co pracujemy. Śpij dobrze. Wypocznij. Jutro jedziemy na obiad do wujka i cioci. Dobranoc.
Zamknęła za sobą drzwi. Chłopak długo nie mógł zasnąć. W końcu się udało. Wiedział, że nadchodzący poranek będzie inny niż wszystkie. Czeka go prawdziwy koszmar wymuszonego posłuszeństwa. Czuł się jak pies z tego eksperymentu, o którym mówili w szkole. Co za chory klimat!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: