polskie centrum bizarro

„Niedobre Literki” by Michał Ksaldowicz

In Grafika, Opowiadania on Styczeń 15, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtHmm, ostatnimi czasy Paskud obrasta nie tylko sadłem, ale i zrozumiałą dumą. Otóż Niedobre Literki stały się… materią kulturotwórczą (dla niewtajemniczonych: materia kulturotwórcza to coś jak materia rakotwórcza, ino bardziej). Tak, proszę szanownego gremium czytelniczego – niejaki Michał Ksaldowicz popełnił właśnie wyjątkowo zacne (jakżeby inaczej!) opowiadanie pod tytułem Niedobre Literki… Przy czym myliłby się malkontent twierdzący, że tytuł ten jest ot tak, nadany sobie a Muzom. Przeczytajcie, przekonacie się, że jest wręcz na odwrót!

Miło nam także dodać, że dodatkową atrakcją dzisiejszej aktualizacji jest tradycyjnie nietradycyjna w formie grafika naszego stałego grafika Tomasza Woźniaka, co to ją znajdziecie pod tekstem.

Bon apetit!

Niedobre literki

Sara wybiegła z pokoju cała roztrzęsiona. Rozchełstany szlafrok spływał jej z ramion. Próbowała go przytrzymać. Biegła na oślep, oddychając spazmatycznie. Raz po raz patrzyła za siebie. Chociaż napastnik odciął elektryczność, miała nad nim przewagę. Ona znała układ pomieszczeń swojego dużego wiktoriańskiego domu. On nie. Taką przynajmniej miała nadzieję.
Wpadła za położony u szczytu schodów szezlong. Zaczęła nasłuchiwać. Po chwili zdała sobie sprawę, że oddycha zbyt głośno, by cokolwiek usłyszeć. Zamarła. Instynktownie przyłożyła obie dłonie do otwartych ust.
– Boże, niech mnie nie usłyszy. Niech mnie nie usłyszy! – myślała gorączkowo.
W domu było cicho jak makiem zasiał. To ten rodzaj ciszy, który wywołuje niepokój, jeśli jesteś nocą sam. Czujesz się obserwowany. Myślisz, że w mroku coś się czai. Na ogół jednak jest to niczym nieuzasadniony strach. Mija wraz z pstryknięciem włącznika światła. Tymczasem Sara miała znacznie większy problem.
Gonił ją psychopata. W jej własnym domu. Nie wiedziała, jak dostał się do środka. Czyżby zapomniała zamknąć drzwi od strony podwórka? Przy myślach galopujących w takim tempie prędko zrozumiała trzy rzeczy: doktor ze szpitala psychiatrycznego nie powiedział całej prawdy, wypadek samochodowy, w którym zginęła w zeszłym tygodniu Marta, nie mógł być przypadkiem oraz list, ten przeklęty list wysłany z Paryża był prawdopodobnie kluczem do wszystkiego. Tylko gdzie się podział?
Skrzypnięcie. Krew odpłynęła z twarzy Sary. Nie potrafiła teraz ocenić, skąd dobiegł dźwięk. Wychynęła minimalnie ponad oparcie szezlonga. Nie śmiała nawet zamrugać oczami. Sekundę później nad jej głową świsnął wielki porcelanowy wazon, by następnie rozbić się w drobny mak na ścianie. Sara rzuciła się w kierunku schodów. Napastnik przeskoczył barierkę, lądując bezpiecznie na kanapie poniżej. Błyskawicznie zawróciła. Nadepnęła na szlafrok, tracąc równowagę. Chwyciła poręcz i podciągnęła się. Oprawca zdążył w tym czasie wejść na schody. Skoczył, łapiąc kobietę za kostkę. Sara upadła. Zadziałała mechanicznie. Kopnęła na oślep, trafiając zbira w głowę. Uścisk się rozluźnił. Nie miała wyboru. Wbiegła po schodach, kurczowo trzymając się poręczy i ruszyła w kierunku sypialni. Wpadła do niej, trzaskając za sobą drzwiami.
– Okno! Szafa! – Te dwie myśli zaświtały jej w głowie.
Jakiś bodziec podpowiedział, że lepiej ratować się ucieczką, niż podejmować próbę blokowania drzwi. Ta chwila wahania kosztowała ją jednak wszystko. Drzwi otwarły się
z hukiem, przewracając Sarę. W asyście coraz bardziej rozdzierających krzyków kobiety, napastnik doskoczył do niej i złapał za włosy. Szamotanina na nic się nie zdała. Męska, brutalna ręka rzuciła ją na łóżko. Ofiara po raz pierwszy przytomnie spojrzała na mordercę. Nie dowiedziała się jednak, kim był. W półmroku oczy wyglądały jak dwie zionące czernią dziury. Były okolone misternie zdobioną maską kota, która mimowolnie kojarzyła się z karnawałem
w Wenecji. W przypływie adrenaliny Sara biła na oślep rękami, wydając coraz słabsze odgłosy ze zmęczonego gardła. Oprawca szybko przejął kontrolę, odpierając wszystkie ciosy. Kobieta poddała się. Opadła na łóżko, jej pierś poruszała się gwałtownie. W słabym świetle wpadającym z ulicy błysnął nóż. Gładkie ostrze kontrastowało z usadzonymi po przeciwnej stronie metalu ząbkami. Czarna rękawiczka oplotła pewnie rękojeść. Mężczyzna wziął zamach…

Na dźwięk wibry telefonu komórkowego Stefan podskoczył w fotelu i odjechał kawałek od biurka.
– Kurwa! – wrzasnął.
Zerknął na wyświetlacz. Zmarszczył brwi.
– Chwila! – powiedział gniewnie.
Telefon przyjął tę informację ze spokojem. Dalej miarowo podskakiwał na biurku.
Stefan podbiegł do adaptera, zrzucił igłę z płyty. Złapał papierosa, niedbale go odpalił, zaciągnął się łapczywie i już o wiele spokojniej wypuścił powietrze zmieszane ze smużką dymu.
– Cześć, Marek. – Zarzucił nogi na biurko, usiadłszy w fotelu.
– Jak idzie mojemu najzdolniejszemu pisarzowi? – odezwał się rozentuzjazmowany głos po drugiej stronie.
– Nie pytaj – odparł grobowym tonem, masując kciukiem brew.
– Chyba nie może być tak źle…?
– Nie? – Zacmokał Stefan. – Niech no ci powiem, ile napisałem przez całą noc.
Zdjął nogi z biurka, by pochylić się nad laptopem. Palce zatańczyły na klawiaturze.
– Czterysta osiemdziesiąt jeden słów. Czterysta osiemdziesiąt jeden jebanych słów, rozumiesz?! Siedziałem nad tym całą noc i jedyne, co… Która godzina? – Spojrzał na stary stojący zegar z ciemnego drewna. – Czternasta! Kurwa, czternasta! A ja napisałem jedną stronę. Jedną, rozumiesz?!
Zerwał się z fotela. Podbiegł do okna. Podciągnął żaluzje. Ostre słońce wpadło do pokoju, podświetlając kłęby dymu w pomieszczeniu. Mężczyzna skrzywił się. Zaczął odsłaniać pozostałe okiennice.
– Im dłużej siedzę, tym mniej się to trzyma kupy.
Rzucił ostre spojrzenie na ekran laptopa. W słuchawce trwało cierpliwe wyczekiwanie.
– Słuchaj: do domu w nocy włamuje się morderca. Jest tam tylko kobieta. Nie ma światła. Dochodzi do starcia. Ona mu się wymyka i chowa za szezlongiem przy schodach.
– Za czym?
– No, taki rodzaj kanapy, nieważne – Stefan nie krył zniecierpliwienia. Chodził po pokoju, gestykulował. Dym z papierosa kreślił w powietrzu różne kształty. – Powiedz mi, po co pizda się chowa za szezlongiem zamiast lecieć do wyjścia?
Po drugiej stronie zaświszczało, jakby ktoś spuścił powietrze z opony.
– Czy ja wiem… – zaczął powoli. – Hm, nie uważam tego za nielogiczne. Kobieta blokuje dostępu do siebie od kilku stron. Koleś ma mniejsze pole do popisu. Poza tym – dodał pewniej – ona jest w domu, na swoim terytorium. Czuje się tam bezpiecznie i nie chce go opuszczać.
– Według mnie ostatnie, co można o niej powiedzieć, to że czuje się bezpiecznie. Ech… Źle rozplanowałem układ tego domu.
– To go zmień.
– Nie mogę! – niemal zawył Stefan. – Opisałem go dokładnie kilka rozdziałów temu, kiedy bohaterowie zjechali się na odczytanie testamentu. Odbyło się tam parę kluczowych rozmów. Zmieniając układ domu, musiałbym napisać cały tamten fragment od nowa. A nie chcę, bo nie dość, że i on szedł jak krew z nosa, to w przeciwieństwie do wielu rzeczy, które ostatnio napisałem, wypadł całkiem nieźle.
– Uspokój się i oddychaj.
Stefan opadł ciężko na kanapę. Znał Marka. Wiedział, że za chwilę nastąpi pokrzepiająca i absolutnie niczego niezmieniająca przemowa.
– Termin jest dopiero pod koniec roku. Masz mnóstwo czasu, żeby napisać dobrą powieść, która przyniesie ci pieniądze i kolejnych fanów. Wszystko jest w twojej głowie. Dasz radę.
– To nie…
– Wiem, że twoje ostatnie dwie książki sprzedały się trochę gorzej – przerwał Marek – ale dasz. Sobie. Radę. Wierzę w ciebie.
Stefan mruknął bez przekonania.
– Jesteś moim wydawcą. Płacą ci, żebyś mi wciskał ten kit – wymamrotał.
Niedopałek powędrował do popielniczki, w której nie było już wiele miejsca. Resztki popiołu umorusały biurko. Stefan bezwiednie sięgnął po kolejnego papierosa, obrócił w ręce,
a następnie wsadził za ucho.
– Morderca też mnie wkurwia. Źle go nakreśliłem. – Mężczyzna rozsiadł się, przeczesując dłonią włosy. – Wyobraź sobie: zabił już trzy osoby, a ja ciągle nie opracowałem zadowalającego motywu i nie wiem, dokąd to zmierza.
– To żaden problem! Wymyślisz go później, może nawet pod koniec. Pisarze ciągle tak robią. Większość tworzy miesiącami bzdury i dopiero przed zakończeniem zastanawiają się, jak połączyć elementy układanki.
– No tak, tak. – Zirytowany Stefan dotknął językiem ustnika wyciągniętego zza ucha papierosa. – Ale zabójca nie ma w sobie tego czegoś, wiesz? Biega w masce karnawałowej
i z nożem taktycznym. Rozumiesz? – Odpalił papierosa i krótko się zaciągnął. – Wycyzelowana maska kota i nóż wojskowy! Do dupy to niepodobne! Nic nie mówi o samym mordercy. On nie jest straszny! Jest groteskowy!
– Nóż taktyczny? – roześmiał się Marek. – Czyżby zabójcą był kapitan?
Chwilę ciszy wypełnionej jedynie tykaniem wielkiego zegara przerwał wybuch Stefana.
– Kurwa! – Skoczył na równe nogi i zaczął krążyć po pokoju jak rozjuszony lew. – Nie dość, że nie mam motywu, morderca zabija bez sensu, wygląda jak pojeb, to właśnie odgadłeś jego tożsamość! Ja pierdolę!
– Hej, hej! Spokojnie, tak tylko powiedziałem! To nie znaczy, że kapitan jest oczywistym wyborem.
– Jak widać jest – wycedził pretensjonalnie.
Zapadła cisza, dość niezręczna, mącona jedynie tykaniem zegara i świergotem ptaków. Stefan podszedł do laptopa. Po paru kliknięciach drukarka zaczęła się krztusić, by po groźnym warknięciu wyrzucić z siebie kartkę zapisaną tym, co pisarz stworzył przez noc.
– Słuchaj… przeczytam to i skoczę do miasta coś zjeść. Już nie pamiętam, czym jest jedzenie.
Złapał brzeg kartki tak niefortunnie, że ostry papier przeciął mu skórę. Syknął i puścił ją, by obejrzeć skaleczenie. Kropelka krwi spadła na tekst.
– Co się stało?
– Szlag! Skaleczyłem się. – Wsadził kciuk do ust.
– Stefan, mam pomysł – W głosie Marka zadźwięczał ponownie pogodny ton. – Wsiadam w samochód i jadę do ciebie. Wyciągnę cię na piwo wieczorem. Potrzebny ci relaks.
– Daj spokój. Mieszkam na zadupiu – odpowiedział bezbarwnie, oglądając palec.
– Bez gadania. Mam wolny wieczór. Do zobaczenia!
Nie czekając na kolejny sprzeciw, Marek rozłączył się.
Stefan rzucił niedopałek w kierunku popielniczki. Nie trafił. Pet potoczył się po biurku, znacząc go popiołem. Po chwili ostrożnie podniósł kartkę i zabrał się za czytanie, chodząc po pokoju. Skupienie niebawem ustąpiło pomrukom, te wypowiadanym pod nosem uwagom. Minutę później Stefan na przemian to śmiał się histerycznie, to złorzeczył. Kiedy skończył, był w takim stanie, że spoglądał na znaczoną krwią kartkę z obłędem w oczach. Na czole i szyi pulsowały żyły.
– Kurwa, dno! Ja pierdolę! Nienawidzę tego! – zdzierał sobie gardło.
Podszedł do starego fotela i posłał mu kopniaka. Bezbronny mebel potoczył się po podłodze.
– Kuuuurrrwaaaa! – wykrzykiwał do kartki. – Nienawidzę was! Nienawidzę każdego słowa w tym jebanym gniocie!
Zmiąwszy kartkę, rzucił ją na biurko. Zatrzasnął pokrywę laptopa i wypadł z pokoju.

***

Kilka godzin później ciszę pustego domu przerwał dźwięk klucza przekręcanego
w zamku.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Że to ma sens – odezwał się głos z drugiej strony słuchawki. – Panika i brak zdolności logicznego myślenia. Potrzeba zebrania myśli, wzięcia się w garść.
Obładowany siatkami Stefan, z przyciśniętym do ramienia telefonem, zamknął drzwi nogą. Przeszedł do kuchni i postawił zakupy na wyspie.
– Ciebie to przekonuje? – indagował, marszcząc brwi w skupieniu.
– Tak. Nie wiem oczywiście, jak sama bym zareagowała, gdyby po domu gonił mnie psychopata, ale ludzie mogą zachowywać się przeróżnie w takich sytuacjach. Ze wskoczeniem za szezlong i naiwną próbą przeczekania koszmaru włącznie.
Stefan wydał z siebie coś na kształt pomruku aprobaty. Bezwiednie zaczął wyjmować zakupy z torby i pakować je do lodówki.
– Przemyślałabym też postać zabójcy. Ta maska kota i nóż wojskowy jakoś się nie kleją. Nie wspominając o tym, że nóż naturalnie kojarzy się z postacią kapitana.
– Taaak – Stefan roześmiał się smutno. – To byłoby zbyt oczywiste, prawda?
Kontynuował rozpakowywanie z mniejszą werwą.
– Och, tylko ty mnie rozumiesz… – westchnął ciężko.
Jeśli oczekiwał odpowiedzi, to na próżno.
– Kochasz mnie jeszcze? – spytał prosząco, siląc się na wesoły ton.
– Wiesz, że tak – padła poważna odpowiedź po dość długiej ciszy.
– Jeszcze dwa, góra trzy tygodnie i zrobię przerwę. Wrócę do domu, obiecuję.
– Wiem – rzekł ciepło głos, by zaraz dodać: – Ale pamiętaj o występie Amelki.
– Pamiętam, jest w sobotę po południu. Przyjadę.
– O osiemnastej. A teraz idź pracować. Ten wielki dom, w którym mieszkasz, sam się nie spłaci – zachichotała kobieta.
– Dobrze. Lecę uskrzydlony dzięki mojej muzie. – Zaśmiał się.
Ledwie zdążył się rozłączyć i westchnąć, rozległo się pukanie, a zaraz potem, nie czekając na zaproszenie, do środka wpadł Marek.
– Halo? – krzyknął.
– Tutaj!
Ubrany w sportową marynarkę, koszulę i dżinsowe spodnie, mężczyzna wpadł do kuchni, machając wypchaną reklamówką. Stefan spojrzał na niego sceptycznie.
– Naprawdę nie miałeś nic lepszego do roboty, tylko jechać tu ponad dwie godziny?
Marek zignorował pytanie.
– Zaraz to docenisz.
Wyrzucił zawartość torby na blat. Dumnie zaprezentował w dłoniach dwie puszki piwa, po czym otworzył lodówkę i wrzucił je niedbale do środka.
– Zabieram cię do pubu – oświadczył.
– Dopiero wróciłem…
– Zabieram cię do pubu – powtórzył dobitniej Marek. – Szkoda, że w tej dziurze jest tylko jeden, ale tego właśnie potrzebujesz! Dzisiaj ta pisanina będzie twoim najmniejszym zmartwieniem. Pójdziemy wypić kilka głębszych, wrócimy, poprawimy piwkiem na dobry sen
i po sprawie. Rano będziesz jak nowy.
– Po wódce i piwie? – Stefan uniósł brwi.
– Wiesz, co mam na myśli. Nie wydziwiaj. – Obrzucił wzrokiem zakupy. – Ogarnij kuchnię i idziemy. A, jeszcze jedno. Chciałbym przeczytać to, co napisałeś ostatniej nocy.
Zanim Stefan zaczął protestować, Marek podniósł ręce w pokojowym geście.
– Jestem twoim wydawcą. Przeczytam, spojrzę na to fachowym okiem i jako fan twojej twórczości. Razem znajdziemy rozwiązanie. Znam się na tym. – Błysnął śnieżnobiałymi zębami.
– Ale pieprzysz – prychnął Stefan, nie umiejąc powstrzymać śmiechu. – Tylko uprzedzam, że kartka jest pomięta i zakrwawiona.
– Talent wymaga poświęceń.
– Wiesz, gdzie jest pracownia.
– Wiem. – Marek ukłonił się lekko i już go nie było w kuchni. – W najdalszym, najciemniejszym zakątku tego domu – krzyczał ze schodów. – Że też taki moloch można kupić, wydając tylko dwa bestsellery!
Gdybyś wiedział, ile wynosi hipoteka, zmieniłbyś śpiewkę – pomyślał Stefan.
Układanie zakupów na półkach, szafkach i blacie szło dość sprawnie, dopóki z głębi domu nie usłyszał:
– Stefan? Pozwól na chwilę.
Mężczyzna wszedł na drugie piętro. Skierował się do pracowni, która znajdowała się na końcu długiego korytarza. Popchnął drzwi. Zastał Marka pochylonego nad efektem trudów minionej nocy.
– Czy twoja drukarka ostatnio nawala? – Zamachał do niego kartką.
– Nic mi o tym nie wiadomo.
– Z tekstem jest coś nie w porządku.
Stefan podszedł. To, co zobaczył, wydało mu się osobliwe. Treść była wybrakowana, jakby losowo powypadały z niej litery. Tekst był wypełniony dziurami. Przywodził na myśl szczerbatego starca.
– Nie rozumiem – mruknął Stefan.
Podszedł do laptopa i podniósł pokrywę. Komputer posłusznie wyświetlił dokument.
– Wszystko na swoim miejscu – stwierdził.
Marek spojrzał mu przez ramię. Po cichu odetchnął z ulgą. Odzyskał typowy dla siebie zapał:
– Chrzanić to. W komputerze wszystko w porządku. – Wysunął mu kartkę z dłoni, położył na biurku, a następnie zdecydowanym ruchem pociągnął za ramię. – Chodź, strzelimy po kielonku.
Nie czekając na reakcję, popchnął go w kierunku drzwi.
– Idź. Ja otworzę okno. Powinieneś rzucić palenie. Tutaj nie ma czym oddychać.

***

Tym razem ciszę w pustym domu przerwało tupanie na ganku oraz chichoty. Klucz błądził w zamku znacznie dłużej niż poprzednio, a kiedy szczęknął, drzwi wpadły szybko do środka z Markiem uwieszonym na klamce. Zanosił się śmiechem. Za nim powolnym krokiem wszedł Stefan.
– I wtedy rozpaliła w kominku – kwiczał radośnie Marek, ocierając łzy. – Nie wiedziała, że jej mąż ukrył tam przed dziećmi jedyną kopię rękopisu! – Śmiał się tak intensywnie, że ledwo oddychał.
Stefan odwiesił kurtkę, chichocząc.
– Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy w dwudziestym pierwszym wieku wolą używać maszyny do pisania.
Marek nagle przestał się śmiać. Podniósł palec wskazujący. Stefana zawsze rozczulał ten widok. Wiedział, że zaraz usłyszy jakiś banał wygłoszony na filozoficzną nutę.
– Maszyny do pisania to klasa sama w sobie. Pomyśl tylko: Hebros…
– Hebrosy są dla stenotypistek…
– Remington… – Marek zamknął oczy w rozmarzeniu – tak cudownie dźwięczy, kiedy klawisze uderzają o papier. A Underwood… Och, Underwood, model piąty… to dla pisarza jak… jak być z najładniejszą dziewczyną w szkole.
Stefan wybuchnął gromkim śmiechem, co sprowadziło wydawcę na ziemię. Machnął niedbale ręką, zdejmując marynarkę.
– Weź piwo, a ja idę na górę po papierosy – zakomenderował na schodach.
Z dołu dobiegły go pomruki przyjaciela idącego w stronę kuchni.
Stefan wspiął się na drugie piętro. Co kilka metrów rozświetlał ciemności, pstrykając kolejne włączniki światła. Dotarł do końca długiego korytarza, gdzie od pewnego czasu nie znosił przebywać – do swojej pracowni. Pchnął drzwi. Szybko zlokalizował otwartą paczkę
z kilkoma pozostałymi papierosami. Bezwiednie obmacał kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki, podczas gdy z dołu zaczęły dobiegać dziwne dźwięki. Przypomniał sobie – zapalniczka została
w kurtce. Ruszył do wyjścia, kiedy coś na podłodze przykuło jego uwagę. Znalezisko było na tyle niepokojące, że zignorował coraz głośniejsze dudnienie na schodach. Na środku pokoju leżała rozprostowana kartka, która nosiła wyraźne ślady pogniecenia. Zdobiła ją mała ciemnoczerwona plama. Nic więcej. Arkusz był pusty. Żadnego tekstu. Stefan patrzył jak zahipnotyzowany. Nie zastanawiał się nawet, jak to możliwe. Nie próbował zrozumieć. Obserwował odkrycie, jakby spostrzegł niedźwiedzia polarnego wędrującego przez pustynię. Bezmyślnie czekał na impuls, który powiedziałby mu, czy to sen, czy jawa.
Impuls pojawił się już po sekundzie, kiedy dudnienie przybrało kształt tupotu pędzącego lotem błyskawicy przez korytarz.
– Stefaaaaaan! – Drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wpadł blady jak ściana Marek. – Są wszędzie! Kurwa, są wszędzie!
Odwrócił się z paniką w oczach i trzasnął drzwiami.
– Co… – zaczął wyrywany z transu. – Co jest wszędzie?
– Litery! – wydyszał Marek. – Po całym domu biegają litery! Musimy… – urwał.
Złapał go za przegub, ciągnąc w kierunku schodów. Stefan zachowywał się jak szmaciana lalka. Nie protestował. Biegł za przyjacielem.
– Łączą się… Stary, one się łączą! – zipiał, biegnąc przez korytarz.
– Jak… co… po co?
– Nie wiem i nie obchodzi mnie to! – odparł Marek, zeskakując po schodach. – Ale nie mają dobrych zamiarów.
Na piętrze, tuż przy barierce stanowiącej część balkonu z widokiem na salon, Stefan wyrwał dłoń z uścisku. W pełni odzyskał świadomość.
– Marek, kurwa, co się dzieje?
Wydawca stanął plecami do poręczy. Wrzasnął, kładąc nacisk na każde słowo osobno:
– Po twoim domu biegają litery i chyba chcą nas za…
Ostatnie słowo zostało brutalnie przerwane przez mlask. Stefan spojrzał w dół. Z brzucha Marka wystawał kawał zakrwawionego metalu, w którym rozpoznał jeden z ostro zakończonych karniszy zamontowanych w salonie. Koszula szybko zaczęła zmieniać kolor. Z ust Marka buchnęła czerwona posoka. Oczy wywróciły się do tyłu i mężczyzna padł na podłogę.
Stefan zamarł. Spojrzał przez poręcz, nie mogąc uwierzyć w to, co widział. Po salonie niczym w wielkim mrowisku w każdą stronę poruszały się… litery. Czarne, trójwymiarowe majuskuły. Całkiem niemałych rozmiarów S zwisało z karnisza, raz po raz próbując go zerwać. Pod oknem najwyraźniej czekało na to wielkie B. Stefan z przerażeniem obserwował paradę liter najróżniejszych rozmiarów, które bezładnie maszerowały, każda w sobie tylko znanym kierunku. I wtedy dostrzegł, że kierunek jest przypadkowy tylko z pozoru. Znaki ciągnęły do siebie. Na własne oczy widział, jak dwie litery A scaliły się i powiększyły. Po chwili doskoczyła do nich jeszcze jedna, a główne A urosło o parę cali. To samo działo się z innymi przedstawicielami alfabetu. F było już prawie tak wysokie jak kanapa. K stawiało kroki jak dziesięciolatek. Część liter powoli, lecz wytrwale wspinała się na piętro.
Nagle do salonu wturlało się O, rozmiarami dorównujące dorodnemu arbuzowi. Odskoczyło żwawo od podłogi i zawisło na dolnym grzbiecie S. Po chwili zaczęło wirować na jego końcu, by w odpowiednim momencie wystrzelić, celując w szyję Stefana. Ten uchylił się
w ostatnim momencie. Odzyskał równowagę. Błyskawicznie pognał na górę, przeskakując po dwa stopnie.
Gdy wpadł na korytarz, ledwo mieszcząc się w zakręcie, ruszył w kierunku pracowni.
Z mijanych pomieszczeń dobiegało chrobotanie, skrobanie, piski. Wpadł do pokoju, w którym spędzał najwięcej czasu. Drzwi zatrzasnęły się z łoskotem. Stefan ponownie spojrzał na pustą kartkę. Otworzył szufladę biurka. Złapał ułożone w stos rozdziały, pisane w mękach przez ostatnie tygodnie. Przekartkował je.
– To niemożliwe…
Wszystkie arkusze świeciły pustkami, jakby dopiero miały zostać wzięte do druku. Stefan rzucił je niedbale i podbiegł do biblioteczki. Na wyróżnionej półce stały jego dotychczasowe książki, zadbane, ładnie wydane, czasem po kilka kopii. Otworzył pierwszą lepszą. Zagryzł wargi.
– Kurwa…
Z każdej strony zionęła pustka. Stefan obrócił ją do góry nogami, potrząsając, jakby chciał wyrzucić coś, co w niej utknęło. Po chwili wybrał inną, autorstwa kolegi ze studiów. Otworzył na losowej stronie. Tekst był nienaruszony. Ładna czcionka zachęcała do zapoznania się z treścią. Nie miał szansy sprawdzić innych tomów. Niczym cegła z góry zleciało mu na głowę opasłe tomiszcze. Stefan zaklął, zataczając się na środek pokoju. Spojrzał na wysoką półkę. Stały tam W i N wielkości pięści. Nagle z wielu regałów zaczęło dobiegać drapanie. Po chwili spadały, a wręcz wystrzeliwały z nich książki. Podobnie zatrajkotało w szufladach, za kanapą, biurkiem. Pisarz rozejrzał się. Jego wzrok spoczął na otwartym oknie.
– Są wszędzie… – powtórzył bezgłośnie słowa wydawcy.
Przez chwilę rozważał skok, ale upadek z tej wysokości nie zwiastował niczego dobrego. Nagle ze wszystkich stron w jego kierunku wypełzły litery, zamieniając podłogę w czarny potok. Stefan odskoczył, przewracając fotel. Kilka znaków pod nim zniknęło. Złapał za leżące na stole płyty winylowe. Rzucił nimi na oślep niczym frisbiee. Ku jego zdziwieniu winyle przecięły
w locie kilka znaków.
– Więc to tak… – Ciarki przeszły mu po plecach.
Odzyskał równowagę. Złapał stary gramofon, z którego wnętrza wyglądały T oraz L. Cisnął nim o podłogę, miażdżąc kilka znaków. Doskoczył do prawie pustej biblioteczki. Zaparł się, a po chwili regał upadł z trzaskiem, niszcząc kolejnych napastników. Dwa E skoczyły, scaliły w powietrzu i przyczepiły do spodni Stefana. Ten ustąpił pod przewagą liczebną wroga, opędzając się od agresorów jak od chmary komarów. Przywarł do ściany obok pięknego stojącego zegara. Wytężył mięśnie, aż ścięgna wyszły mu na szyi. Mebel roztrzaskał się, wysyłając następne litery do diabła.
Stefan wiedział, że jest bez szans. Wypadł na korytarz. Chciał uciec z domu, ale dotarłszy do rozwidlenia zobaczył, że od strony schodów i bocznych pokojów wybiegają znaki. Niewiele myśląc, dał susa do sypialni. Pomieszczenie urządzone ze smakiem na nowoczesną modłę wyglądało bezpiecznie. Mężczyzna nie zwlekał jednak ani chwili. Sypialnia była połączona przechodnią garderobą z łazienką. Z tej natomiast dało się dotrzeć do schodów korytarzem od drugiej strony. Wiedziony instynktem przetrwania pomknął w kierunku garderoby, ignorując chrobotanie. Niesłusznie, gdyż spomiędzy koszul, spodni, marynarek oraz kilku sukienek jego żony, która rzadko bywała w tym domu, wyleciały na niego wieszaki i pasy w asyście butów. Uderzony jednym w czoło, Stefan odbił się od szafy, potknął, a następnie siłą rozpędu przejechał po wypolerowanej posadzce łazienki, wpadając z łoskotem na wannę.
– Niech was szlag! – wycedził przez zęby.
Poruszył członkami, żeby się upewnić, że ma w nich czucie. Po chwili wybiegł na korytarz, dopadając schodów. Zbiegł ostrożnie do połowy. Na piętrze, w kałuży krwi, leżało ciało wydawcy. Stefan przyłożył dłoń do ust. Przestał oddychać. Zszedł, przylegając do poręczy. Zanim zdołał ominąć Marka, zza ściany wyskoczyło wysokie na co najmniej trzy stopy M. Odepchnęło go z dużą siłą w głąb korytarza. Pisarz w mig pozbierał się z podłogi. M owinęło jedną nogę wokół karnisza wystającego z pleców wydawcy. Wyciągnęło go z nieprzyjemnym dźwiękiem, od którego Stefana zemdliło. Litera wsadziła zakrwawioną broń między górne kreski i przypuściła szarżę na mężczyznę. Ten wyrwał przed siebie. Pomyślał o jedynym pomieszczeniu, które dawało jakąkolwiek nadzieję.
Wpadł do zatęchłej graciarni służącej za siłownię. Ominął zalegające pudła. Złapał jeden z cięższych talerzy. Był pewny, że M siedziało mu na karku, więc wziął zamach, obracając się,
i posłał ciężar w kierunku drzwi. M tam nie było, ale przyrząd zgniótł wielkie jak fotel G, które wychynęło zza drzwi. Z pudeł wyskoczyło kilka innych znaków. Stefan nie zamierzał tanio sprzedać skóry. Ciskał talerzami, próbując dobrać ich ciężar do rozmiaru przeciwników. Miał wysoką skuteczność, co dodało mu sił. Ciężary jednak szybko się skończyły. Pisarz złapał więc pokaźną sztangę. Zważył ją w dłoniach, poprawił uchwyt. Gdy odwracał się do drzwi, stało
w nich uzbrojone w karnisz M.
– No chodź tu, ty dupku! – zachęcił złowieszczo.
Litera wtargnęła do pokoju. Stefan odbił sztangą pierwszy cios. Wyprowadził kontrę.
M uchyliło się, by zadać cięcie z boku. Pisarz zrobił zwód i ponownie zaatakował. Uderzenia metalu o metal zapowiadały z początku wyrównaną walkę. Co jakiś czas oberwało pudło, kiedy indziej w drzazgi szło stare krzesło bądź cios przyjmowała szafka. Adrenalina w żyłach pozwoliła jednak Stefanowi przejąć kontrolę nad starciem. W odpowiednim momencie upadł, a następnie podciął laski litery. Karnisz poturlał się po podłodze. Mężczyzna złapał go w okamgnieniu
i przebił wciąż leżącego przeciwnika. Ten natychmiast znieruchomiał. Stefan obrzucił
M tryumfalnym spojrzeniem.
Wyszedł na korytarz. Na jego końcu, przy poręczy, stało parę znaków wielkości dorodnych bernardynów. Stefan skierował ku nim ostre zakończenie karnisza. Wzmocnił chwyt
i ruszył z okrzykiem na ustach. Znaki nie miały żadnych szans. Pisarz nadział je wszystkie jak na ruszt, wypychając przez barierkę. Metal zabrzęczał w zderzeniu z podłogą.
Nie czekając na rozwój wypadków, skakał przez schody. Kątem oka dostrzegł, jak litery spełzają z żyrandola. Było ich znacznie mniej niż wcześniej.
– Au!
W głowie zaszumiało. Kiedy odzyskał rezon, zobaczył Y, które strzelało do niego znakami przestankowymi z pomocą I.
Chroniąc głowę, dotarł na dół. W holu stanął przed ogromnym X przyklejonym do framugi drzwi wejściowych. O przejściu nie było mowy. Pozostało wyjście od strony podwórka.
– Niech to szlag!
Nie miał już broni, ale w głowie zaświtał pewien pomysł. Zerwał kurtkę z wieszaka i, macając jej kieszenie, skoczył do kuchni. Słyszał litery depczące mu po piętach. Wyczuł pod palcami zapalniczkę. Rzucił kubrak za siebie. Kiedy przekroczył próg pomieszczenia, z firanki skoczyło na niego tęgawe E. Stefan zadziałał instynktownie. Otworzył drzwi lodówki, na której rozbiła się litera. Wewnątrz, pomiędzy piwami a serem, gotowały się do ataku liczne mniejsze znaki. Mężczyzna wydał okrzyk obrzydzenia, zatrzaskując lodówkę. Przewrócił stojak na noże. Złapał dwa największe. Obiegł wyspę. W samą porę, bo do kuchni wpadły trzy litery, każda wielkości pralki automatycznej. Wskoczyły na blat, ustawiając się kolejno: H, U, J.
– Już ja was nauczę ortografii, skurwysyny!
Ruszył do ataku. Powietrze wypełniły dźwięki ciachnięć i świstów. Po chwili wszystkie majuskuły były w kawałkach. Czasu na radość zabrakło. Z pojemnika na mąkę wyskoczyło
C, ciskając Stefanowi proszkiem w oczy. Mężczyzna zatoczył się. Litera dała susa w kierunku jego twarzy. Uchylił się i wbił w nią nóż, przytwierdzając do blatu.
Zakaszlał, pozbywając się resztki mąki z gardła. W chwili ciszy, która wydawała się niezwykle długa, nabrał pewności, co do szans powodzenia swojego planu.
– No dalej! Która jeszcze? Macie dość?! – wrzasnął wyzywająco.
W odpowiedzi w pomieszczeniu zaczął narastać hałas dochodzący z szafek, metaliczne odgłosy z szuflad, stukanie z lodówki. Do kuchni weszło X w towarzystwie kilku mniejszych liter. Pisarzowi dokładnie o to chodziło. Skoczył przez wyspę. Zwinnym ruchem przeciął przewód doprowadzający gaz do pieca. Smród natychmiast wypełnił kuchnię. Stefan odwrócił się, wpadając prosto na sierpowego, wyprowadzonego przez X. Oparł się o blat, ale nie stracił równowagi. Sypnął przyprawami w miejsce złączenia lasek. Nie przyniosło to żadnego efektu. Gdy litera wzięła zamach drugim ramieniem, zrobił unik i przybił nożem laskę do blatu. Od razu puścił się biegiem w kierunku jadalni. Widział, jak z otwartych szafek wyskakiwały litery. Wpadł do pomieszczenia, jednocześnie odpalając zapalniczkę i rzucając ją za siebie.
Domem wstrząsnął głuchy huk. Przez kuchnię przetoczyła się fala ognia.
Stefan otworzył oczy. Wełna grubego dywanu w jadalni przyjemnie gładziła mu plecy. Wzrok szybko odzyskał ostrość. Mężczyzna podniósł się z jękiem do pozycji siedzącej. Bolały go wszystkie kości. W głowie dudniło. Ale miał satysfakcję. Plan się powiódł. Posłał te przeklęte litery do wszystkich diabłów.
Wstał z trudem, powoli. Nie chciał pokaleczyć się o szkło, które eksplozja wybiła
z kredensów. Był brudny, ukurzony. Nie miał siły się otrzepać. Nie obchodziło go to. Chciał już tylko przejść przez drzwi z tylnej strony domu. Podniósł wzrok. Cały zesztywniał. Naprzeciwko niego, blokując wyjście, stało Z wielkości napakowanego sterydami zapaśnika. Można było odnieść wrażenie, że przez chwilę oceniali swoje siły. Zaraz potem majuskuła owinęła górną laskę wokół zdobionego krzesła i rzuciła nim przez pokój. Stefan odskoczył. W ruch poszła porcelana lub jej pozostałości. Z przyjęło kilka pocisków, a następnie skoczyło. Mężczyzna zaatakował zawartością szuflady ze sztućcami. Na przeciwniku nie zrobiło to większego wrażenia, więc obiegł stół. Litera podrzuciła blat, chcąc go przygnieść. Pisarz zareagował instynktownie: odbił mebel kopnięciem. Ruszył do ofensywy. Pociągnął za dywan. Litera zachwiała się. Stefan nie tracił czasu: połamał krzesło na środkowej lasce. W przypływie furii uwalił się na literze, oplótł ją i miał nadzieję, że skutecznie dusi. Z wierzgało laskami, przypuszczając atak z każdej strony. Oboje tarzali się po dywanie, a Stefan syczał, ilekroć ostre kawałki szkła lub porcelany raniły mu ciało. Złapał jeden z nich i dźgnął na oślep. Znak po chwili stracił werwę. Pisarz wepchnął odłamek głęboko w złączenie lasek. Pociągnął jedną z nich, krzycząc ze wszystkich sił. Kreska odeszła od całości, a Stefan miał wrażenie, jakby złamał grubą łodygę. Z znieruchomiało.
Oddychając ciężko, poczuł wszystkie piekące rany na plecach i nogach. Wiedział, że
w niektórych tkwią ostre drobinki. Wstał z wysiłkiem, po czym powłócząc nogami ruszył do wyjścia.
Przeszedł korytarzem, jedną ręką obejmując żołądek, drugą ściskając udo. Zobaczył drzwi od strony podwórka. Przystanął. Nasłuchiwał. W domu było cicho. Bez chrobotania, szurania czy innych niepokojących odgłosów. Wszedł do ostatniego pomieszczenia oddzielającego go od wolności, podobnego do salonu z drugiej strony domu. Stefan miał kiedyś nadzieję przeprowadzić się tu na stałe, urządzać przyjęcia dla przyjaciół, spotkania biznesowe. Pokój był przestronny, na wypadek gdyby komuś zachciało się przenieść imprezę pod dach. Były tu też schody i półpiętro prowadzące w głąb domu. Mężczyzna przeszedł pod balkonem, wpatrzony w drzwi.
Nagle poczuł na ramionach ciężar. Ostatkiem sił zachował równowagę. Z półpiętra spadło na niego A na tyle duże, że głowa zmieściła się w świetle litery. Stefan próbował walczyć, ale samogłoska ściągnęła kąt, oplatając mu szyję. Oko zamknęło się jak imadło, odcinając dopływ tlenu. Pisarz złapał obie laski, starając się je odgiąć. Z impetem wpadał na meble, walił w ścianę. Później upadł. Tarzał się. Na próżno. W szamotaninie jego żyły napięły się do granic, twarz posiniała.
W tych ostatnich chwilach Stefan mimowolnie pomyślał, jakie to zabawne: jego żona często powtarzała, że pisanie kiedyś go wykończy.

***

W poniedziałkowych gazetach pojawiły się artykuły na temat tajemniczej śmierci znanego pisarza oraz jego wydawcy. Policję zawiadomiła żona, która nie mogła skontaktować się z mężem od sobotniego wieczora. W wyniku dochodzenia początkowo zakładano, że pisarz zabił wydawcę karniszem w szale wywołanym niemocą twórczą, potwierdzoną w oświadczeniu przez żonę. Szybko jednak wykluczono tę możliwość. Wzięto pod uwagę udział osób trzecich, jednak bez przedłożenia wystarczających dowodów na poparcie tej hipotezy. Nie ustalono, kto odpowiadał za ogólny nieporządek, z jakiego powodu kuchnia została wysadzona w powietrze ani dlaczego w wielu miejscach odnaleziono ślady tonera, wliczając w to meble, sufit, a przede wszystkim ubranie pisarza. Sprawę wkrótce umorzono.

Grafa Tomka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: