polskie centrum bizarro

„Tradycja” by Monika Kasprowiak

In Opowiadania on Luty 19, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Początek roku to czas niekoniecznie perfekcyjny pod kątem rozpamiętywania świąt Wszystkich Zmarłych / Halloween, ale czytelnicy łączący się pod paskudnym okiem Paskuda nie patrzą na ograniczenia kalendarza. A skoro niedobry wiatr przywiał właśnie dzisiaj opowieść listopadową, to niechaj właśnie dzisiaj w naszych sercach zagości listopad. I wspaniała polska tradycja. Wspaniała, tyle że w upadku.

Tak czy owak, w imieniu własnym, Dziadów i ojczyzny – tudzież Moniki Kasprowiak, Autorki Tradycji – zapraszamy Was do lektury!

h

Tradycja

h

Bartek miał wielką ochotę kopnąć wampira w dupę. Nie żeby akurat do tego gatunku odczuwał szczególną niechęć, nic z tych rzeczy. Po prostu szlag go trafił, gdy trzeci z kolei krwiopijca zażądał od niego cukierków.
– Wstydu nie masz – warknął.
– Cukierek, albo psikus – zaskamlał dzieciak, gdy już udało mu się wypluć plastykowe zęby.
Uśmiechał się szeroko, demonstrując szparę pomiędzy górnymi jedynkami. Podszyta jaskrawą podszewką peleryna wisiała na nim jak wystrzępiona ścierka. Bartek zacisnął zęby, i krzywiąc się z niesmakiem, wyminął malca.
Stracił ochotę na wieczorny spacer. No bo jak delektować się ponurą aurą jesieni, kiedy cały świat oszalał? Kiedy nie można normalnie przejść ulicą. Pójść do sklepu, na spacer, albo, po prostu, pozaglądać w ogródki, by pozdrowić krzątających się wokół domów sąsiadów. Powspominać, wymienić ze znajomymi banalnie frazesy o przemijaniu, powzdychać i w zadumie pokiwać głową nad marnością życia. No nie da się. Wszędzie bieganie, wrzaski i śmiechy. Gdzie w tym tradycyjna powaga? Gdzie smutek i przygnębiająca świadomość nieuchronności losu? Gdzie refleksja o życiu i śmierci? A czczenie pamięci Świętych? Jak w takich warunkach uczciwie przygotować się do modlitw za dusze zmarłych?
Z postanowieniem, że nie da się wciągnąć w tę szopkę, że kupi piwo i natychmiast wróci do domu, ruszył przed siebie. Wykorzystał sytuację, że przebierańcy dopadli starszą panią.
– Ale, o co chodzi? – Zdezorientowana kobieta wytrzeszczała oczy na nastolatkę w kapeluszu z sępem.
Przyspieszył kroku i niezauważony przemknął obok, gdy czarownica w falbankach, wymachując wierzbową miotłą, tłumaczyła seniorce nowe zwyczaje.
Obcy folklor przyjął się jak chwast i jak kąkol dusił rodzime tradycje. Jak amerykańska norka, wyżerająca pożywienie miejscowym gatunkom, dziwaczne zwyczaje wypierały i skazywały na zapomnienie piękne słowiańskie święta. Jak nowotwór, czaiły się w ukryciu, by nagle, bez ostrzeżenia, perfidnie zaatakować najczulszy punkt. Dzieci i młodzież. Ich naiwne i chłonne umysły.
Szerokim łukiem ominął grupę nastolatków, którzy zajęli miejsce przy skrzyżowaniu. Nawet nie byli przebrani. Na twarzach, długopisem narysowali sobie nierówne kreski. Za to każdy z nich ściskał w garści reklamówkę.
Bartosz westchnął. Obce wpływy, ci ideologiczni imigranci, rozpleniali się i rośli w siłę, skutecznie tłamsząc Polskość. Wszystkich Świętych nie było już takie, jak za czasów jego młodości. O nie. I nie ograniczyli się do niego. No bo z czym kojarzy się dziś piękna zimowa uroczystość? No z czym? Z Coca Colą. Z uśmiechniętym, plastykowym grubasem, wołającym zza włochatego dupska Rudolfa wesołe „ho, ho, ho”. A z Bogiem świeżo narodzonym się kojarzy? No nie, z Bogiem to ani trochę. Ale z Kevinem, który co roku zostaje sam w domu i z cholernymi lampkami owiniętymi wokół dachu, to już tak. A na pasterkę ktoś pójdzie? Nie, pewnie, że nie. Na pasterce nie woła się „ho, ho, ho”, więc na pasterkę, to nie. Ale do supermarketu, to już tak. Cholerne plastykowe przeszczepy!
Spojrzał z obrzydzeniem na małe kościotrupy i tandetne czarownice w krynolinowych kieckach. Znalazł się nawet zombie z idiotycznie uśmiechniętą, pomalowaną na zielono gębą. Bartek splunął z niesmakiem. Nie tak to powinno wyglądać. Zupełnie nie tak. Przodkowie się w grobach przewracają ze wstydu i ze sromoty. Tak właśnie, ze sromoty, że ich wnuki, prawnuki, krew z krwi i kość z kości, zapomniały o swoich korzeniach. Potomkowie powstańców przebierają się za straszydła i podrygują w osobliwym tańcu świętego Wita. Kolorowo, błyszcząco, wesoło, obrzydliwie. Zero powagi, słowiańskiej zadumy i polskiej zgryzoty.
Ze złością wbił ręce w kieszenie. Seriale amerykańskie, żarcie amerykańskie, muzyka i ciuchy też amerykańskie. Tylko produkowane w Chinach. A co z polskich rzeczy zostało? No co? Zadumał się nad tradycyjnymi pierogami z kapustą, bigosem i żeberkami. Otarł rękawem łzę z oka.
Wypełnił go żal, za tym, co odeszło i czego młodzi nie będą mieli okazji doświadczyć. Łagodniej popatrzył na przebierańców. Biedne, otumanione, nieświadome krzywdy, jaką im wyrządzono, pacholęta. Rozczulił się nad niedolą młodego pokolenia, które nie czuje już tęsknoty do stepów akermańskich, nie zna świerzopu, zaś fortepian Chopina ma za mebel w stylu retro. A czy poznają kiedyś smak grochu z kapustą? Nie, oczywiście, że nie. Grochu z kapustą w McDonaldzie nie podają, więc niby skąd? Ale kto wygrał w ostatniej edycji „Tańca z gwiazdami” i czy w ostatnim odcinku telenoweli, Magda powie wreszcie Zośce, że jest jej córką, to będą wiedzieć. To tak. Ale opisać róg Wojskiego, to już nie. Biedne dzieciątka.
– Cukierek, albo psikus – zawył paskudnie wymalowany potomek dzielnych husarzy, przebrany za diabli wiedzą co.
– Biedaku – wzruszył się Bartek – nawet nie wiesz, jak bardzo zostałeś zubożony.
Zdziwiony chłopiec wytrzeszczył oczyska. Wymalowane szminką kreski na policzkach podjechały w górę, gdy w uśmiechu wyszczerzył nierówne mleczaki. Potrząsnął workiem pełnym słodyczy.
– Mój tata jest w Ameryce i przysyła nam dużo pieniążków.
– Tak mi przykro. – Wzruszony pogłaskał pulchną twarzyczkę dziecka i wszedł do sklepu.
Studiował nalepki na szczelnie wypełniających lodówkę butelkach i z potępieniem kiwał głową. Tak niewiele rodzimych firm zostało na rynku. Wszystko wykupił obcy kapitał, a czego nie przejął, zniszczył. Półki uginały się pod ciężarem towaru, ale wiedział, że to same podróbki. Obce marki strojące się w słowiańskie nazwy, w polskie kolory, w nasze narodowe, kurwa, piórka. Ale on nie da się nabrać na polskie napisy, biało-czerwone etykietki i pyzate słowiańskie buziaczki uśmiechające się z nalepek. Nie z nim takie numery. Wybrał piwo i postawił na ladzie. Ekspedientka obdarowała go wystudiowanym uśmiechem. Fałszywym uśmiechem. Aż się wzdrygnął. Od tego się wszystko zaczęło. Bezmyślny, sztuczny, tępy optymizm na pokaz wyparł szczere rodzime grymasy smutku i gniewu przez wieki goszczące na polskich twarzach.
Zabrał butelki i wyszedł bez pożegnania. Na chodniku, syn emigranta, nie zdając sobie sprawy z tragizmu własnej sytuacji, czepiał się rękawów przechodniów. Bartek zadumał się nad perfidią Zachodu. Muszą jeszcze odbierać dzieciom ojców. Przecież wiadomo, że wychowywać się bez ojca normalnie nie sposób. Co taki maluch ma z dzieciństwa? No co? A co jego matka ma z męża? No nic nie ma. Nic. A oni bezwstydnie rozbijają szczęśliwe polskie rodziny. Ohyda.
Pozbawiony ojca maluch krzyknął z radości, gdy jeden z przechodniów obdarował go lizakiem wielkości łopaty. Mocował się z łakociem, usiłując wcisnąć go w torbę.
Bartosz skierował się do Parku. Tak niewiele trzeba, żeby wyhodować całe rzesze przestępców. Dokąd ten świat zmierza? No dokąd? Do moralnej degrengolady. Uczą młodych, jak żądać, domagać się, wymuszać. A pracować? Nie, pracować to nie uczą, ale jak grozić, to już tak. Bo to przecież takie modne, takie amerykańskie. Daj mi, bo jak nie, to będzie psikus. Teraz jest to psikus, ale co będzie za kilka lat? Nóż pod żebro, kopniak w krocze? I będzie jak w Ameryce. Właśnie, jak w Ameryce, nie jak w Polsce. Bo Polacy nigdy tak nie robili, nie rozpychali się łokciami, nie żądali, nie kradli. No, może trochę u Niemców, ale mieli powód. Odbierali zagrabione podczas okupacji dobra. I słusznie odbierali. I to rękoma Polaków dokonała się sprawiedliwość dziejowa. Ale teraz? Teraz Polacy będą kraść, mordować, gwałcić, wołać z grubasem i reniferami „ho, ho, ho” nad butelką coli i przebierać się za pokraki. Ale on, Bartek, takich rzeczy robił nie będzie. Będzie pamiętał, na przekór wszystkim. Nie będzie kupował walentynkowych serduszek. Nie będzie przebierał się za idiotę. Nie będzie krzyczał „ho, ho, ho”!
W mokrych deskach ławki odbijało się światło latarni. Naciągnął kurtkę na pośladki i przysiadł. Widział, jak dopadli przemykającą w cieniu żywopłotu kobietę. Myślała, że wykpi się garścią karmelków. Głupia jakaś. Nie, nie głupia, naiwna. Bo czyż Polka, prawnuczka powstańców, partyzantów i synów tej ziemi może być głupia? No skąd. Tylko naiwna i otępiała od syntetycznej papki, którą ją karmią w mediach. Współczucie Bartka przeskoczyło na ciężki los współczesnych kobiet. Nie, żeby mężczyźni mieli lżej. Co to, to nie, ale wiadomo, kobiety są delikatne. Łatwiej je omamić i ogłupić. Rozejrzał się w poszukiwaniu kubła na śmieci, by wyrzucić peta. Nie godzi się przecież zaśmiecać tej ziemi.
Pomiędzy gałązkami dojrzał coś błyszczącego. Zaciekawiony, rozchylił liście. Mały, blady kwiatuszek tkwił wątłą łodyżką w krzewince paprotki. Bartosz zdziwił się. Jakby na to nie patrzeć, był październik. Mityczny kwiat winien zakwitnąć w czerwcu. Widocznie, wszystko już się pokręciło, a święta, odchodząc w zapomnienie, gubią się i plączą. Ostrożnie zerwał roślinkę. Błyszczące płatki zadrżały poruszone jego oddechem. Wiedział, że taka okazja może się więcej nie trafić. Że los właśnie zesłał mu szansę, by wszystko naprawić. Odgonił myśl o samochodzie i wizję luksusowego domu z basenem.
– Chcę mieć tradycyjne święta – wyszeptał do kwiatka.
Płatki pomarszczyły się i straciły kolor, wyschły i rozsypały w pył. Bartek strzepnął z dłoni susz i podniesiony na duchu, wrócił do domu.

#

Wyrwany ze snu, pobiegł do przedpokoju, nie troszcząc się o kapcie. Dzwonek wył jak opętany. Jakiś idiota trzymał wciśnięty guzik i nic nie wskazywało na to, by zamierzał puścić. Dochodziła północ. Trochę za późno na przebierańców, ale kto ich tam wie? Pewnie popili sobie i żartów im się zachciało. Narzucił pasiasty szlafrok i klnąc pod nosem, otworzył drzwi.
– No nareszcie – Brodaty menel w pasiastej czapce wepchnął się do mieszkania i natychmiast poczłapał do kuchni.
– Ej! – zawołał Bartek, próbując zatrzymać przybłędę, ale w progu stało już dwóch następnych.
Weszli do mieszkania. Chudy, w damskim płaszczu, natychmiast ruszył za brodaczem. Trzeci zdjął czapkę, ukłonił się i dołączył do pozostałych.
– A gdzie poczęstunek? – dobiegł z kuchni chrapliwy głos.
– Właśnie – zżymał się drugi. – Nie przygotował się.
– Sami musimy się obsłużyć – rzekł trzeci, otwierając lodówkę.
– Ej! – wrzasnął Bartek, nagle przytomniejąc. – Gdzie z łapami. Wynocha mi stąd!
Zamierzył się mopem na brodacza. Staruch zdjął wełnianą czapę i podrapał się w skołtuniony łeb.
– Nie ma wódeczki – powiedział.
– Nie ma – odparł Bartek, nie przestając mierzyć kijem w natrętów.
– Jak to tak? A gość w dom, Bóg w dom?
– Właśnie – włączył się chudy – i czym chata bogata?
– Jaki gość? – Bartek był coraz bardziej skonsternowany. – Ja nikogo nie zapraszałem. Kim wy, do diabła, jesteście?
– Jak to, kim? – Brodacz dumnie wypiął pierś. – Jesteśmy dziady.
– Tradycyjne – dodał chudy. – Dziady z dziada, pradziada.
– Dziady przez duże „D”. Prawdziwe polskie – rzekł trzeci z ustami pełnymi kiełbasy.
W ciszy, która zapadła, słychać było tykanie zegara. Nawet muchy przestały brzęczeć, złożyły błyszczące skrzydełka i cichutko przysiadły na gościach.
– Dobra – powiedział Bartek, przełknąwszy rosnącą w gardle gulę. – A zatem świętujmy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: