polskie centrum bizarro

„Odrażająca i mrożąca krew w żyłach: Tajemnica Porwiska” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Marzec 25, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDwudziesty pierwszy wiek słynie z licznych kolaboracji międzygatunkowych… A to science fiction cmoka się z horrorem, kiedy indziej powieść historyczna romansuje z fantasy (czy na odwrót), albo western z konwencją noir… W bizarro fiction nie takie rzeczy już zachodziły. Z różnym zresztą skutkiem. Zwykle stosownie niedobrym, czyli właściwym.

Dziś mamy dla Was osadzony w swojskich realiach mix, którego części składowe warto samemu obczaić. Zapraszamy więc do czytania najnowszego opowiadania Zeter Zelke, komu zaś klawiatura niestraszna, komentowania. Odrażająca i mrożąca krew w żyłach: Tajemnica Porwiska to dzieło, które Was dosłownie porwie w wir opowieści. Warto – i to nie tylko z Wartą!

Miłego czytania!

Odrażająca i mrożąca krew w żyłach: Tajemnica Porwiska

Nadeszła połowa lipca, nadeszły trzy tygodnie wytęsknionego urlopu, a lato nie rozczarowywało. Gdy wczesnym rankiem wyjeżdżali z Łodzi, powietrze już zaczynało się nagrzewać; po godzinie nie było czym oddychać, po dwóch rozpętała się burza. Gdzieś na odcinku między Włocławkiem a Toruniem grzmoty ucichły, lecz deszcz rąbał w blachę, jakby go sam diabeł najął. Tomek zwolnił, chociaż nie jechał szybko, zaś autostrada świeciła pustkami. Zerkał czasem na przysłonięte ołowianymi chmurami niebo, jakby zaraz miało go czymś zaskoczyć. Tymczasem srebrny opel w dwójnasób oddawał okazywaną przez lata troskę i przebijał się przez zasłonę deszczu, przybliżając Alinę i Tomka Skrzypeckich do piaszczystych brzegów polskiego morza.
Tomasz wybijał na kierownicy rytm utworu jaki akurat leciał w radiu; Ala siedziała obok z mapą rozłożoną na kolanach. Myślami jednak była zupełnie gdzie indziej – zapewne w pobliżu wynajętego domku letniskowego w Rumi. Nagle huknęło, szarpnęło, samochód gwałtownie zjechał w prawo. Tomek manewrował kołem i hamulcem, próbując powstrzymać wóz przed przytuleniem barierek. Zatrzymał się na poboczu, złapał oddech, opanował nerwy, po czym wysiadł, wystawiając się na deszcz, któremu wystarczyło pięć sekund, by doszczętnie go przemoczyć. Coś przebiło tylne koło; cokolwiek to było, wypadło po drodze. Powoli godził się z koniecznością wymiany koła pod mokrym niebem, gdy usłyszał głos Aliny. Deszcz zagłuszał słowa, toteż podszedł do okna od strony pasażera, lecz nie musiał o nic pytać. Na poboczu autostrady stała tablica ze strzałką w prawo, oznajmiająca „Zjazd do Porwiska”. Co bądź ponure szczyty bloków wystawały zza koron drzew, potwierdzając bliskość osiedla.
Ala przez chwilę lustrowała mapę, marszcząc brwi. Wreszcie rozłożyła ręce i pokręciła bezradnie głową nad faktem, że nie naniesiono na nią miasta. Pogoda nie sprzyjała jednak grymaszeniu. Tam, gdzie było blokowisko, tam cywilizacja, jakaś stołówka, stacja benzynowa z zadaszonym sklepem – w dwóch słowach: suchy kąt. Toteż ruszyli do Porwiska, którego nie było na mapie. Nie było go na mapie, ponieważ nie było miastem. O tym jednak dowiedzieli się późno. Za późno.
Porwisk sprawiał niepokojące wrażenie, choć na dobrą sprawę nawet nie zaczęli go zwiedzać. Przypominał relikt z przeszłości, wrak po wojnie atomowej i jak na razie wszystko wskazywało na to, że był opuszczony. Zatrzymali opla na otwartym parkingu, skąd panoramę miasta zasłaniały drzewa oraz krzaki. Może to i lepiej. Papierki po produktach spożywczych, plastikowe butelki po napojach, puszki i inne śmieci piętrzyły się pod przepełnionymi koszami. Farba, jaka niegdyś wyznaczała pasy i miejsca parkingowe, pozostawiła po sobie wytarte wspomnienie. Latarnie straszyły, oblepione wyblakłymi kartkami, które kiedyś przekazywały jakieś informacje, dopóty ulewy nie zmyły słów, a wiatr nie poszarpał papieru. Swojego czasu okolicę upiększały trawniki, obecnie wypełnione ziemią oraz zwierzęcymi ekskrementami, rozmiękającymi na deszczu.
Pod zardzewiałym zadaszeniem z blachy falistej stał mercedes z podniesioną klapą. Pracował przy nim szeroki w barach rudzielec w rozchełstanej koszuli, mogącej być tylko elementem bardziej szykownej garderoby, jeśli wnosić po garniturowych spodniach. Wokół auta biegała około sześcioletnia dziewczynka, puszczając mydlane bańki. Właściciel samochodu, a zarazem ojciec dziewczynki, przedstawił się jako Aleksander. Stomatolog z wykształcenia i zawodu, właśnie jechał na nudny zjazd ortodontów w Sopocie. Zabrał ze sobą córkę, Maję, by miała szansę obejrzeć Trójmiasto. Przed zjazdem do Porwiska mercedes zaczął dymić spod maski, więc Olek opuścił autostradę (chociaż według GPSu zjechał donikąd), zaparkował pod daszkiem i wziął się za szukanie usterki. Żadnej nie znalazł.
Po krótkiej wymianie uprzejmości zaproponował parze pomoc przy wymianie koła. Cała operacja nie zajęła więcej niż kwadrans. W tym czasie deszcz przestał padać, a spod grubej warstwy chmur przebiło się słońce. Panowie wycierali usmarowane ręce w szmatki, zadowoleni z perspektywy powrotu na autostradę, gdy od strony A1, ostrożnie, jakby z wahaniem, dołączyła do nich na oko dwudziestopięcioletnia dziewczyna o rudych włosach. Prowadziła ze sobą pomarańczowy skuter. Przedstawiła się jako Natalia. Jechała do Gdańska w odwiedziny do babci, gdy przed zjazdem w prawo spostrzegła mężczyznę leżącego na poboczu. Staruszek miał rozbitą głowę, był cały we krwi, a na domiar złego ktoś mocno zniekształcił jego fizys. Mamrotał pod nosem ledwo zrozumiałe zdania, których sens wyłuskała po wielokrotnie powtórzonych słowach: „napad” oraz „zbóje”. Sięgnęła po komórkę, lecz telefon nie łapał sieci, a dziadek nie korzystał z dobrodziejstw XXI wieku. Nieopodal stała drewniana tabliczka informująca, że „Porwisk zaprasza!”. W prawym dolnym rogu widniał ręcznie namalowany klaun żonglujący kręglami. Natalia oddała staruszkowi plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, obiecując że spróbuje znaleźć pomoc w cyrku. Udała się na poszukiwania, ale nigdzie nie było żadnych wozów ani namiotów – jedynie beton i asfaltowa droga, a w odległej perspektywie mrowie wysokich bloków, tak ponurych jak cały dotychczasowy dzień.
W taki oto sposób zeszli się na parkingu: małżonkowie, ojciec z córką oraz rezolutna wnuczka. Wszyscy zaskoczeni różnymi sposobami, w jaki tu dotarli; wszyscy zgodni co do tego, że najchętniej wróciliby na autostradę. Miejsce było wstrętne ponad wszelkie pojęcie. Promienie słońca złapane w krople rosy nie czyniły go piękniejszym. Aleksander obiecał zatroszczyć się o obrabowanego staruszka i odwieźć go do najbliższego szpitala swoim autem. Tomek odniósł wrażenie, że zgodziłby się bezpłatnie wyleczyć zęby im wszystkim, aby tylko zaczęli zbierać manatki. Zawołał Maję, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, zaczął się rozglądać. Struchlał, gdy ujrzał ją daleko na drodze, biegnącą z wyciągniętymi rączkami za czerwonym balonem. Pojawienie się balonu było zagadkowe, ale bladło w obliczu faktu, że Maja biegła sobie beztrosko tam, dokąd nikt z dorosłych nie chciałby wejść zapewne nawet wtedy, gdyby im zapłacono. A potem zniknęła za drzewami. Ruszyli wszyscy razem, wołając ją po imieniu, jakby to zaklęcie wciąż miało siłę oddziaływania. W miejscu, w którym stracili dziewczynkę z oczu, droga gwałtownie skręcała w lewo, aby zniknąć za parawanem gęsto rosnącej zieleni. Za zielenią nie było nikogo – dziecko przepadło wśród krzyżujących się, dziurawych ulic, wysokich latarni, betonowych budynków, rzędów przyciśniętych do siebie, obłażących z tynku kamienic, skupisk szarych bloków i kilku czarnych wieżowców w centrum tego wszystkiego. Wieżowców, przywodzących na myśl gigantyczne, obsydianowe sople. Ani śladu małej, lecz przecież nie mogła być daleko.
Przy okazji wyszło na jaw, że Porwisk nie był wyludniony. Światła gasły i zapalały się w oknach kamienic, na szczytach wieżowców i w blokach. Nieopodal jakiś tubylec właśnie podchodził do przejścia dla pieszych. Sygnalizacja nie działała, lampa zamocowana nad drogą wisiała smętnie górą na dół. Mimo to pieszy zatrzymał się przed pasami. Miał na sobie długi, znoszony płaszcz z postawionym kołnierzem; ręce trzymał w kieszeniach. Kulił się w sobie, jakby wiatr wciąż wiał a deszcz wciąż lał. Podeszli do niego, zapytali czy nie widział zbłąkanej dziewczynki, lecz nie doczekali się odpowiedzi. Przechodzień tylko stał, kiwając się do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu – jak zabawka na sprężynce. Gdy wreszcie się odwrócił, gdy wreszcie na nich „spojrzał”, dotarło do nich w jak wielkie wpakowali się kłopoty.
Człowiek przypominał mumię: nie miał oczu, jego usta były zaszyte grubą nicią, zaś zniszczoną, obłażącą skórę pokrywały strupy. Taki stan powinien zdradzać alarmujący smród, niemniej wokół wychudzonej postaci unosił się korzenny, raczej przyjemny zapach. Lecz widok wprawił ich w osłupienie. Zbiorowy stupor przerwała Alina – krzyczała, wczepiając palce we włosy i zaczęła się wycofywać. Nikt nie zdążył jej zatrzymać, tym bardziej że Porwisk nagle ożył.
Natalia dostała kamieniem w głowę. Kilkanaście karłowatych, brudnych dzieciaków zamknęło im drogę powrotną. Ich wredne, pyzate twarzyczki były zdeformowane, skóra pokryta bąblami jak po chorobie popromiennej. Miotały pociskami, chichocząc i pokazując ich sobie palcami. Olek ruszył ku nim, zakasując rękawy, gdy te się rozpierzchły, czyniąc miejsce czemuś o wiele groźniejszemu. Zza jednego z budynków wyłonił się kolosalny, ponad dwumetrowy brzuchacz. Tłuszcz fałdami wylewał mu się spod brudnego podkoszulka. Ciągnął za sobą ogromne łańcuchy obwinięte drutem kolczastym, najeżone kolcami oraz gwoźdźmi. Wnet z domów, zza węgłów, z kamienic i ze sklepów, spod ławek – wprost zewsząd – zaczęli wychodzić mieszkańcy Porwiska: w całej swojej różnorakiej potworności.
Niechlujny grubas zakręcił łańcuchami nad głową, po czym rąbnął nimi o chodnik, wywołując małe trzęsienie ziemi. Tym samym zainicjował szaloną ucieczkę przygodnych turystów, która zawiodła ich w głąb Porwiska. Trzymali się razem jak długo mogli, niestety Alina odpadła już na starcie. Biegła, gdzie nogi poniosły, niepomna nawoływań Tomka, a ten nic nie mógł na to poradzić. Wraz z Natalią i Olkiem gnał dziurawymi ulicami na złamanie karku, notując kątem oka kolejne poczwary. Wszystkie, co do jednej, albo okaleczone, albo zniekształcone. Większość posuwała się wolno niby zombie i wyglądała na niezdolną do jakiejkolwiek agresji. Był jednak i ta druga część: chyża, zwinna i bóg jeden wiedział jak nastawiona do obcych.
Trochę oddechu złapali na placu zabaw pomiędzy blokami. Niebo zdążyło znów się zachmurzyć, wokół pociemniało. Była tutaj piaskownica, kilka zardzewiałych huśtawek i skrzypiąca karuzela – niegdyś kolorowa, teraz z wieloma brązowymi plamami w miejscach, z których odpadła farba. W licznych oknach paliły się światła, na ich tle zaś majaczyły czarne sylwetki. Stały nieruchomo, obserwując uciekinierów z wnętrz swoich mieszkań. Aleksander ze łzami w oczach usiłował przekonać siebie oraz pozostałych, że Maja gdzieś tam była, przestraszona i samotna, i że musi ją odnaleźć. Tomek nie wiedział, co myśleć o losie Aliny, ale bał się najgorszego.
Wtedy odemknęło się jedno z okien na parterze; wyjrzała przez nie stareńka, pokryta siecią zmarszczek głowa babuleńki.
– Uciekajcie stąd, głupcy! – zaskrzeczała. – Uciekajcie, póki możecie!
W kilku kolejnych oknach zabłysły światła. Na tle jednego z nich dostrzegli wolno kroczącą, czarną postać z zarysem siekiery spoczywającej na ramieniu.
– Nie ma ratunku! – darła się stara. Przez to samo okno wyjrzała druga głowa, dokładnie taka sama jak pierwsza, połączona z nią długą, rozwidlającą się szyją. Wrzasnęły unisono: – Wszyscy zginiecie! Zostaniecie tutaj na zawsze! Przygotujcie się na śmierć!
Cienie przesuwały się w oknach, uzbrojone w najróżniejsze bronie: od tasaków i siekier, poprzez pałki, na nożach i piłach elektrycznych skończywszy. We względnej ciszy słychać było otwieranie wielu drzwi i echa powolnych kroków, roznoszące się na klatkach schodowych.
Nagle coś zaszeleściło im nad głowami. Z nieba jak grom spadło jakieś stworzenie. Biło skrzydłami i wrzeszczało przeraźliwie, usiłując wydrapać im oczy. Odpędzali je, zasłaniając głowy rękoma, lecz atak ustał tak gwałtownie jak się zaczął. Latający stwór zostawił Tomasza z pełną garścią burych piór, Natalię z głębokimi ranami na piegowatej buzi. Olek miał mniej szczęścia: bestia poderwała go z ziemi i uniosła, szamoczącego się jak ryba, nie wiadomo dokąd.

***

Para ocalałych kluczyła uliczkami Porwiska do późnej nocy. Byli jak ścigane, zaszczute zwierzęta. Za wszelką cenę unikali spotkań z tubylcami, choćby nawet wydawali się bezbronni, choćby łkali i wołali pomocy. Nie przyglądali im się z ukrycia, nie szukali zaginionych towarzyszy, drżeli na każdy dźwięk oznajmiający bliskość mieszkańców. Z jakichś przyczyn część tej monstrualnej społeczności chciała ich pozabijać. Mogli zginąć zaatakowani z powietrza, z ziemi i zapewne spod niej. Jedyną szansą na ratunek było wydostanie się z miasta.
Chociaż wpadli w objęcia koszmaru, nie zamierzali tanio sprzedać skóry. Szczęście nawet im dopisywało, dopóki nie weszli w strefę śmietników. Gdzie nie spojrzeć stały duże, głębokie kontenery, będące pojemnikami na odpadki. Utylizowano w nich organiczną tkankę, której smród zbijał z nóg. Roje much unosiły się nad różowymi skrawkami mięsa i skóry, nad kośćmi wystającymi z organicznego miszmaszu. Pomiędzy tym wszystkim piętrzyły się kupki kompostu, fermentujące fragmenty owoców, głównie cytrusowych, oraz warzyw: ogórków i kapusty. Śmietniki stały po trzy, cztery na tyłach niskich budynków, w których mrugało światło, a jakaś maszyneria buczała i szumiała. Niskie budynki były połączone portalami z o wiele większą, szklaną konstrukcją o przyciemnionych szybach. Co działo się w środku, trudno było powiedzieć, ale budowla wyglądała jak abstrakcyjna, architektoniczna rzeźba w samym środku bylejakości Porwiska.
Tomek zatkał nos i podkradł się na palcach do okna jednego z mniejszych budynków. Zaraz tego pożałował. Po drugiej stronie wisiały tusze… ludzkie tusze. Ludzie różnej rasy i różnego wieku, podwieszeni nogami do góry – wszyscy martwi. Ich skóra była ponacinana w wielu miejscach, w rany coś powkładano. W drugim pomieszczeniu to samo, tam jednak ciała zostały rozpięte na krzyżach, a podłączone do nich, gumowe rurki pompowały w nie lub wypompowywały z nich żółtozieloną substancję. Dalej stały rzędami beczki, w których pływały ofiary tubylców – pofragmentowane, jeśli wnosić po licznych ramionach i nogach wystających nad powierzchnią wypełniającego beczki roztworu. Tomek nie miał wątpliwości, że jeżeli zabrakłoby im szczęścia, dołączyliby do tego niewesołego tłumu. A potem zobaczył dowód na słuszność swych obaw: świeże, blade, odsączone z krwi ciałko Mai, rozłożone smętnie na jednym z krzyży. Z jej sinych ust wystawała sałata, z licznych nacięć na skórze wyciekała oleista substancja, zaś z ran wyglądały plastry cytrusów.
Odwrócił się i zwymiotował. Gestem nakazał Natalii, aby nie podchodziła. Dziewczyna cofnęła się posłusznie, nadepnęła na coś terkoczącego, a po chwili już nie żyła. Nie wiadomo skąd, spadła na nią blisko dwumetrowa, jajowata konstrukcja z przejrzystego materiału, wypełniona galaretowatą, zielonkawą substancją. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, próbując zaczerpnąć tchu. Uderzyła dłońmi w ściany więzienia, lecz dziwny materiał nawet nie drgnął. Żelowa substancja natychmiast wyssała pozostałości tlenu z jej płuc – klatka piersiowa po prostu się zapadła. Natalia unosiła się w galarecie jak szmaciana lalka – jej usta otwarte, a oczy wpatrzone w śmierć.
Tomasz zawył jak ranne zwierzę. Porwisk był nie tylko domeną zdeformowanych szaleńców, którzy urozmaicali sobie czas marynowaniem ludzkich zwłok – w Porwisku porozstawiano pojawiające się znikąd pułapki, władne przynieść rychłą śmierć. Nagle postawienie jakiegokolwiek kroku gdziekolwiek stało się równoznaczne ze stawianiem życia na szalę. Zakrawało na cud, że przetrwali aż tak długo.
Oparł się plecami o ścianę, zjechał na ziemię, objął kolana i kiwając się do przodu i do tyłu, jął wytrzeszczać załzawione oczy przed siebie. Patrzył w pustkę, a ona wołała głosami Mai, Aliny, Olka i Natalii. I pewnie trwałby tak do swojego końca, gdyby nie Pelikan.
Pelikan pojawił się jak duch, ale gdyby Tomek był w lepszym stanie, zauważyłby jak odziana w czarne szmaty postać wyczołguje się z rury zagrzebanej w odpadkach. Przybysz klepnął drżącego mężczyznę po policzku, najpierw delikatnie, potem mocniej. Tomek zaczął odzyskiwać jasność umysłu. Do jego uszu dotarło – wprawdzie jeszcze odległe – wycie, śmiech, zgrzyty i trzaski.
– Idą po ciebie – wyszeptał umorusany włóczęga. – Narobiłeś huku i teraz idą. Chodź za mną. Znam bezpieczne miejsce.
Tomek ruszył, ożywiony obietnicą „bezpiecznego miejsca”, która brzmiała mu w uszach przez całą drogę nie wiadomo dokąd. Pamiętał jedynie ciemność, wilgoć, zwielokrotnione echem szybkie oddechy, smród rozkładu oraz niezrozumiały potok słów. Potem było ciepłe światło świecy, a jeszcze później miękkie kłębowisko brudnych koców. Tomek opadł na nie i zamknął oczy, odprowadzany do krainy słów przez chrapliwy głos, który mówił i mówił, i mówił.

***

Spędzili w Porwisku jeszcze pięć dni. W tym czasie Tomek zbierał siły, zaś jego wybawca otwierał mu oczy na to, w jak wielkie wdepnął gówno. I chociaż opowieść Pelikana brzmiała nieprawdopodobnie, przecież dotychczasowa rzeczywistość wcale nie wyglądała lepiej.
Porwisk, rzecz jasna, nie był zwykłym miastem. Był obiektem wybudowanym przez pozaziemską cywilizację, a ściślej rzecz biorąc – statkiem kosmicznym. Pelikan niegdyś miał trójkę kompanów. Tak jak Tomasz, przetrwali horror Porwiska dostatecznie długo, aby zobaczyć jak miasto (z nimi na pokładzie) odrywało się od ziemi. Na czas podróży nakrywała je czarna kopuła, pod którą wciąż można było oddychać, podziwiać gwiazdy oraz mijane planety. Choć ciężko było tu mówić o podziwianiu, gdy wszystko przemykało przed oczami z zastraszającą prędkością, a nieprzyjazne otoczenie zmuszało do spędzania większości czasu w ukryciu.
Lecz nie to było najgorsze. Najgorsze były intencje. O nich zaś Pelikan i towarzysze dowiedzieli się poza Ziemią, gdzie spędzili bardzo dużo czasu i bardzo dużo zobaczyli. Poza Układem Słonecznym żyły dziesiątki prężnych cywilizacji, wszystkie znacznie bardziej rozwinięte od ziemskiej. Chociaż krańcowo różni, kosmici zgadzali się co do jednego – Ziemianie byli dla nich tym, czym dla Ziemian plankton albo grzyby. Sęk w tym, że galaktyczny kolektyw rozmiłował się w produktach spożywczych ludzkiego pochodzenia. Szczęściem dla homo sapiens, standardowym rarytasem były przetwory z mięsa, które odeszło śmiercią naturalną. Surowce regularnie abdukowano z Ziemi po zgonie: albo porywano z grobów, albo też za pomocą podstępu wykupowano z kostnic i innych temu podobnych miejsc. Rozwiązań było bez liku.
Tłuste mięso dostarczały głównie bogate kraje naszego globu, chude pozyskiwano z biedniejszych miejsc. Mięsa były białe, czarne, żółte i czerwone; młode, stare, żylaste – jak kto wolał. Kosmici zajadali się wszystkimi jego odmianami i tak dyskretnie sterowali rozwojem ludzkiego mrowia, aby nie zabrakło im tak pożądanej różnorodności. Słowem: Ziemia była farmą, a ludzie trzodą. Obcy chwalili sobie ziemskie rośliny, zwłaszcza sfermentowane, toteż często podawali człowieka w zestawieniu z kiszoną kapustą, kiszonymi ogórkami etc. Kompost jadali na desery lub w roli przekąski. Przepadali też za cytrusami, a człowiek nadziany pomarańczami i cytrynami był bardzo popularnym daniem w wielu międzyplanetarnych restauracjach.
Jednak jak to w zorganizowanych społecznościach bywa, kosmiczna brać i sióstrzć miała również swoją ciemną stronę – czarny rynek. Produkty oferowane przez szmuglerów były nielegalne, a oni sami ścigani przez międzyplanetarny wymiar sprawiedliwości. Były to mięsa i podroby pozyskiwane z jeszcze żywych osobników lub osobników uśmierconych w wyniku silnego stresu. Szmuglerzy byli gotowi abdukować ludzi wprost z Ziemi, gdy klient zażyczył sobie zjeść człowieka żywcem. Dla lubiących przebierać – Pelikan przysięgał, że widział na własne oczy! – organizowano nielegalne aukcje ze stołówką. Tam, na kosmicznych bazarach, ludzie byli trzymani w klatkach albo podtapiani w akwariach. Obcy chodzili, oglądali i wybierali, jaki egzemplarz miał zostać zaszlachtowany na ich oczach, a potem dodany do głównego dania.
Pośród zamożnych i zepsutych nabywców zakazanych dóbr krążyło przekonanie, że rodzaj śmierci by pryncypialny: albo powolny, albo gwałtowny i bolesny. Ponoć wtedy ludzkie ciało wytwarzało chemikalia, które nadawały mięsu wyjątkowej soczystości, delikatniejszego smaku, a także jedwabistej konsystencji. Ponieważ handlarze byli ścigani nie tylko przez prawo, ale też coś w rodzaju fanatycznej kosmicznej ligi obrony organizmów niższych, zazwyczaj przygotowywali swoje towary na miejscu, na Ziemi. A przygotowywali je właśnie w ten sposób: podszywając się pod miasta i miasteczka, wioseczki, cyrki, parki, kościoły – cokolwiek, gdzie ludzki plankton lubił się skupiać. Złapane egzemplarze następnie poddawano różnym stresom i uśmiercano na różne sposoby, aby zadowolić wysublimowane gusta swojej klienteli.
Jak już zostało wspomniane, Pelikan był jednym z czterech. Jak tylko Porwisk zawitał z powrotem na błękitnej planecie, planowali uciec, aby przekazać tę porażającą nowinę braciom i siostrom w gatunku. Pelikan przeżył trzy lądowania Porwiska. Niestety, za każdym coś się nie udawało. Raz zostali zauważeni i musieli uciekać. Wtedy jeden z ich towarzyszy został zagryziony przez mutantów. Za drugim razem niemal dotarli do granicy miasta-pułapki, gdy statek zaczął szykować się do odlotu. Dwóch kolejnych towarzyszy Pelikana nie zdołało dostać się pod kopulę na czas i zginęli w ogniu startujących silników. Za trzecim razem – tym razem – Pelikan został pozostawiony samemu sobie z misją – wydawać by się mogło – niemożliwą do wykonania. I wtedy los się do niego uśmiechnął; w Porwisku pojawił się Tomasz: młody, zdrowy, świeży, mogący ponieść nieradosną nowinę w ludzki świat. Pelikan był gotów poświęcić sterane życie, aby tylko dopomóc mu w ucieczce z miasta.
– Byle szybko! – powiedział, czyszcząc językiem poczerniałe zęby. – Statek może wystartować w każdej chwili. Wnioskując po tym, co widzieliśmy w pomieszczeniach leżakowych, nieźle już się obłowili.
Ucieczka z Porwiska nie była łatwa i wymagała konfrontacji z mutantami. Na pytanie, czy to pośledniejszy sort kosmitów, Pelikan zaśmiał się gorzko. Wyjaśnił, że monstra były tylko eksperymentami genetycznymi na ludziach, zaś kosmici wyglądali rozmaicie. Ci sterujący czarnym rynkiem przypominali skrzyżowanie smoka z ośmiornicą. Zapewne zostali zaalarmowani o dwóch uciekinierach, gdyż nagonka z ziemi i z powietrza jakby wzmogła. Mimo to udało im się dotrzeć do granic Porwiska. Ulice miasta delikatnie drżały już od kilku godzin. Pelikan wiedział, jak to zinterpretować: statek szykował się do odlotu. Mężczyźni pognali na łeb na szyję. Ziemia trzęsła się coraz silniej, asfalt miękł. Kilka uskrzydlonych stworów wypatrzyło ich z góry i usiłowało skosić, nurkując z wysoka. Nie dali się.
Tomek biegł, biegł z całych sił, najprędzej jak tylko potrafił. Widział, jak brzegi statku odrywają się od ziemi, jak zza nich wolno wysuwa się czarny klosz.
– Skacz! – zawołał Pelikan. – Skacz, zanim bardziej się podniesie!
Tomasz przeskoczył nad barierą, upadł na plecy i obrócił się, aby widzieć startujący statek. Towarzysz był tuż tuż za nim, wykonywał długi skok, lecz wtedy kopuła błyskiem wysunęła się w całości i nakryła miasto, zabierając wrzeszczącego Pelikana ze sobą. Jeśli towarzysz miał szczęście, legł gdzieś twardo na terenie Porwiska, jeśli nie, wówczas zawierający się klosz przeciął jego ciało.
Statek wisiał kilka sekund w miejscu, po czym wystrzelił ku gwiazdom, znikając w rozbłysku światła. Tam, gdzie był Porwisk, pozostała czarna ziemia, przemieszana ze żwirem. Gdyby ktoś nie wiedział, że jeszcze chwilę temu stało tu niewielkie miasto, pomyślałby że coś tu spłonęło, pozostawiając po sobie nieużytek.

***

Co było później? Tomek od razu wziął się za spełnianie obietnicy, niestety czynił to w mało przemyślany sposób. Błędnie założył, że ludzie uwierzą mu na słowo. Na domiar złego nie miał nic na ich poparcie. Wypalona ziemia w tajemniczy sposób się zazieleniła, a ludzie po prostu nie chcieli przyjąć do wiadomości, że w czyichś oczach byli po prostu smacznym kąskiem.
Tomek popadł w obłęd. Gdy placek ziemi po Porwisku nagle zakwitł, dodatkowo opadła go paranoja. Kosmici mieli na Ziemi wtyki, które zacierały ślady ich obecności. Poświęcił większość oszczędności na wynajęcie organizacji przestępczej, która umożliwiła mu przechwycenie częstotliwości wielu stacji telewizyjnych i radiowych w kraju i na świecie. Wtedy nadał komunikat o odrażającej i mrożącej krew w żyłach tajemnicy Porwiska. Potem został aresztowany, lekarz rozpoznał schizofrenię z paranoją i na tej podstawie ulokowano go w szpitalu dla chorych psychicznie.
Pewnej nocy, gdy spał niespokojnym snem, obudził go posmak pomarańczy w ustach. Otworzył szeroko oczy, podskoczył na łóżku, lecz niewiele wskórał. Ręce i nogi miał skrępowane, solidnie przytwierdzone do materaca, chociaż skórzane pasy zwisały luźno po bokach. Wypluł plaster cytrusa i uniósł głowę. Wokół kostek nóg owijały się macki, podobnie wokół nadgarstków rąk. Oszalały z przerażenia, chciał krzyknąć, lecz nie zdołał. Kolejne ośmiornicze ramię zasłoniło mu usta. Jakiś kształt zaczął odrywać się od cieni i powoli przybliżać do spanikowanego mężczyzny. Serce Tomka nie wytrzymało – pękło, nim biedak zdążył zobaczyć swojego prześladowcę.
W ten sposób odszedł ostatni człowiek, który poznał tajemnicę Porwiska. Chociaż, nie: nie ostatni. Pozostało ich jeszcze kilku. I przybywali kolejni. Bo dopóki jest popyt, dopóty będzie podaż. A nawet z najuważniej pilnowanego koszyczka czasem wypadnie grzybek lub dwa.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: