polskie centrum bizarro

„Hipercenurosis” by Marianna Szygoń

In Opowiadania on Kwiecień 8, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPaskud jest patologią sam w sobie. I dla siebie. To chyba jasne, starczy spojrzeć, a widać. Nie dziwne, że ciągnie go do wszelkich klimatów patologicznych z natury. Nie ogranicza się to bynajmniej do wizyt na melinie czy innych tego typu przyjemności.

Bo do Paskuda ciągnie z kolei twórców, którzy potrafią te patologie sprzedać mu literacko.

No i dziś mamy z tej okazji tekst, w którym roi się od wszelkich patologii. Nie dla przesadnie wrażliwych, ale już chyba na tyle nas znacie, że czytając zostawiacie nadwrażliwość na parapecie albo gdzieś tam, gdzie akurat macie miejsce… W każdym razie do lektury debiutującej na naszych łamach Marianny Szygoń zapraszamy odważnych.

h

Hipercenurosis

h

– Tam. – Wskazał ruchem głowy miejsce, nad którym kłębiły się ptaszyska.
Gdyby tylko przymknąć powieki, donośny jazgot wydobywający się z kilkunastu czarnych dziobów przypominałby krzyki mew karmionych przez plażowiczów.
Gdyby tylko zamknąć oczy i zapomnieć o wszechobecnym smrodzie…
W tamten rejon wysypiska od dawna nie dostarczano nowych śmieci, więc takie zainteresowanie ze strony ptactwa oznaczać mogło wyłącznie padlinę. Truchło zdziczałego psa, zabłąkanej świni albo, co w tym przypadku należało do ewentualności najbardziej prawdopodobnych, zwłoki martwego dziecka. Zanim dotarli do celu, musieli zatrzymać się na moment i rzucając czym tylko wpadło w ręce, odegnać rozzuchwalone, bezczelne kundle. Czworonogi uciekły podkulając ogony; ptaki niechętnie wzbiły się w powietrze z głośnym wrzaskiem, ale nie odleciały daleko, przysiadając gdzie popadnie, byle w bezpiecznej odległości od ludzi.
– Patrz, kurwa, te chuje wydziobały mu oczy – zauważył z przejęciem Reżyser.
Pociągnął nosem, bynajmniej nie ze smutku; od lat cierpiał na katar sienny. Tym razem udało mu się powstrzymać wypływającą z nozdrzy wydzielinę i uchronić rękawy brudnego jak święta ziemia dresu przed naniesieniem na materiał kolejnej warstwy śluzu. Drugi z mężczyzn przyklęknął obok zwłok i przez dłuższą chwilę przyglądał się spustoszeniom dokonanym przez dzioby i kły, zanim wyciągnął dłoń i ostrożnie zbadał palcami brzegi purpurowych, pozbawionych gałek oczodołów. Na dnie każdego z nich ciemniała nieskrzepnięta jeszcze brudnoczerwona breja. Tkanka mózgowa wymieszana z krwią.
– To nie ptaki – stwierdził cicho, przymknął palcami powieki dzieciaka i dodał: – Ani nie psy.
– Że też ty się, Paramedyk, niczego nie brzydzisz. – Rozległ się odgłos splunięcia, a zaraz potem wycierania nosa o mokry rękaw. – Ja bym go teraz, kurwa, za żadne pierdolone skarby nie dotknął.
– Boś się ciulu wcześniej namacał na zapas. – Paramedyk uważnie przyjrzał się śmieciom wokoło, jakby bezskutecznie czegoś poszukując, po czym podniósł wzrok i obdarzył obojętnym spojrzeniem przyczajone nieopodal ptaki. Skurwiele zdążyły na czas, pomyślał, a głośno powiedział: – Dziwne, że ci ten chuj nie uschnie. Własnego siostrzeńca jebać…
Reżyser wzruszył ramionami.
– Na szczęście Elka ma jeszcze troje młodszych – powiedział, pociągnął nosem, charknął i dodał: – Coś się wybierze.
– Spróbuj tylko – warknął Paramedyk. – Zajebię cię jak psa.
Słysząc to, Reżyser skrzywił się. Nie przejął się groźbą.
Widząc, jak towarzysz wsuwa przedramiona pod szyję i kolana dzieciaka, ostentacyjnie włożył ręce do kieszeni, tak na wszelki wypadek, by nie zostać poproszonym o pomoc. Paramedyk podniósł chłopca i nie oglądając się za siebie ruszył w dół wysypiska. Reżyser przyglądał się temu z ironicznym grymasem na parchatej twarzy, wyciągając ręce tak, by mężczyzna unoszący w ramionach martwego dzieciaka zmieścił się w okienku utworzonym przez zetknięte palce obu dłoni. Przez jakiś czas jak rasowy artysta kontemplował kiczowatą scenę, zanim dogonił Paramedyka i spytał, uśmiechając się złośliwie:
– Wiesz, co gadają na dzielnicy? Że to ty zrobiłeś Elce tego jebanego bachora.
Paramedyk mocniej przycisnął ciało chłopca do piersi.
– Pierdolenie – warknął – to samo słyszałem o tobie.
– Cięcie! – zawył zadowolony Reżyser.
Ptaki, które zdążyły już przysiąść na odpadkach, przestraszone poderwały się do lotu.

h

***

h

Nad rozległą dzielnicą nędzy, opasującą niczym brudny półksiężyc gigantyczne wysypisko śmieci, dawno zapadł zmrok, nieudolnie rozpraszany przez nieliczne działające latarnie. W zagrzybionej, jednopokojowej ruderze, zamieszkiwanej przez rodzinę Elki Prasiuk, jedyne łóżko zajmował trup jej najstarszego syna. Pozostałe pociechy wyprawiła do wiecznie pijanej matki prowadzącej burdel trzy budynki dalej, biorąc za dobrą monetę zapewnienia, że tej nocy rodzicielka zatrzaśnie drzwi przed nosem każdego potencjalnego klienta. Nie do końca wierzyła w te przerywane czkaniami przysięgi, ale teraz, po opróżnieniu jednej z przyniesionych przez Paramedyka butelek prawdziwej wódki, było jej wszystko jedno.
– Zdobędę, kurwa, kasę. – Otarła łzy, malując na twarzy ciemne smugi brudnymi palcami. – Jeszcze, kurwa, nie wiem jak, ale zdobędę. Spod ziemi wygrzebię…
Paramedyk skrzywił się i zdusił papierosa w wieczku słoika, pełniącym rolę popielniczki.
– Ale ty jesteś, kurwa, głupia – mruknął.
– Bo co? – Żachnęła się. – Bo chcę, żeby Misiek miał prawdziwy grób na prawdziwym, kurwa, cmentarzu? – Wskazała na jaśniejące za oknem nie tak odległe, ale niedostępne i wrogie centrum Warszawy i dodała: – Jak te w dupy jebane skurwiele stamtąd.
– Nie o to chodzi – odrzekł cierpko mężczyzna, bawiąc się plastikowym pojemnikiem na mocz, pełniącym tego wieczora rolę kieliszka. – Na prawdziwy cmentarz musisz mieć akt zgonu. Jeśli Miśka obejrzy jakikolwiek lekarz, wpadniesz po uszy w gówno, Elka. Na sekcji zwłok zauważą nie tylko rozjebany przez Reżysera odbyt. Pamiętasz, jak wczoraj przypierdoliłaś małemu, bo ci odpyskował?
– Co z tego? – Kobieta spojrzała na rozmówcę spode łba.
– Nic, kurwa. Przyjebałaś mu w łeb tak, że odjechał.
– Udawał, gnój pierdolony! Przecież potem zwiał na wysypisko – przypomniała z gniewem.
– A zanim zwiał, zrzygał się i bełkotał. Wiesz, co to przerwa jasna i krwiak nadtwardówkowy? Nie wiesz. Skąd masz widzieć, suko? Ty wiesz najwyżej jak obciągać fiuty. Zajebałaś własnego bachora.
Elka wstrzymała oddech, zastygając na moment w bezruchu, z wysiłkiem przetrawiając dopiero co usłyszane oskarżenie. Przez ogłupiony alkoholem umysł przemknął obraz Paramedyka z czasów, gdy Prasiucka była jeszcze dzieckiem; mężczyzna należał do załogi ambulansu. Nie mógł pochwalić się dyplomem lekarza, ale matka dziewczyny i tak mówiła do niego „pane dochtorze”. To wspomnienie natychmiast zastąpiło inne: naćpanego Paramedyka gwałcącego nastoletnią Elkę w jej własnym domu.
Za pozwoleniem matki.
To przeważyło szalę. Wydając z gardła obłędny, nieartykułowany wrzask, poderwała się z rozklekotanego krzesła i rzuciła na mężczyznę z pięściami. Wymierzała ciosy na oślep, miotając dłońmi w niekontrolowanym szale, ale mężczyzna, choć pijany, bez trudu zdołał pochwycić przeguby jej rąk. Na moment zastygła nad siedzącym z rozcapierzonymi, drżącymi palcami i dyszała ciężko, wyrzucając ze świstem powietrze przez szczerbę w górnej szczęce. Paramedyk wstał powoli, zanim jednak zdążył się wyprostować, niespodziewanie ugodził Elkę kolanem w brzuch. Wrzasnęła z bólu, ale tylko przy pierwszym ciosie; po kolejnym jęknęła głucho. Po następnym, odepchnięta upadła na podłogę, z trudem łapiąc powietrze.
– To naprawdę… był twój bachor… Ty chuju pierdolony… – wycharczała.
Paramedyk drgnął; przypadł do leżącej, wbił paznokcie w jej bark, brutalnie odwrócił na plecy i zacisnął palce na szyi.
– Zajebałaś mi dzieciaka, pizdo – wycedził.
Żyły na szyi Elki nabrzmiały, twarz spurpurowiała; białka wytrzeszczonych oczu pokryły się plamami krwawych wybroczyn. W rozpaczliwej próbie stawienia oporu usiłowała wbić paznokcie w przedramiona mężczyzny, ale do cna obgryzione, nie zdołały pozostawić na skórze Paramedyka choćby zdrapania. Niedługo potem zresztą straciła resztki sił. W miarę, jak słabła, z jej oczami zaczęło dziać się coś dziwnego: zmętniały, po czym zaraz rozbłysły, nabrzmiewając niczym napompowane. Źrenice rozszerzyły się aż do granic tęczówek, ich czerń nagle ożyła. Rogówki pękły jak przegryzione od wewnątrz, twarz Elki zalał płyn wypchnięty z gałek ocznych, a przestrzeń pomiędzy górnymi i dolnymi powiekami wypełniły miękkie ciała dwóch białych, dorodnych larw.
Paramedyk cofnął dłonie; przez ramiona i nogi uduszonej kobiety przemknęła fala agonalnych drżeń. Robaki wystawiły ciemne główki ponad poziom powiek i wijąc się, badały drogi ucieczki. Mężczyzna ożywił się nagle i sięgnął dłonią na zdezelowany stół, po pusty już plastikowy kubek; jedna z larw zsunęła się właśnie z twarzy Prosiucki na podłogę. Ujął stworzenie między palce i ostrożnie umieścił w pojemniku, po czym, zupełnie bez obrzydzenia pomógł drugiemu wydostać się z oczodołu. Podniósł kubek do oczu i przez chwilę przyglądał się z estymą kurczliwym segmentom budującym miękkie, gładkie ciała.
Hałasy za oknem sprawiły, że powrócił do rzeczywistości; z żalem oderwał wzrok od pojemnika. Wstał i chwyciwszy butelkę z alkoholem, oblał zawartością linoleum i zwłoki Elki. Zapalił papierosa, kilkakrotnie łapczywie zaciągnął się dymem i strząsnął popiół wprost w puste oczodoły martwej kobiety.
Zanim wyszedł zabierając kubek z larwami, cisnął niedopałek na podłogę.

h

***

h

– Dwie. – Paramedyk wyciągnął dłoń z plastikowym, wypełnionym prawie po brzegi naczyniem. – Chyba jeszcze żyją – dodał.
Człowiek, który przyjechał na skraj wysypiska drogim samochodem, sięgnął po przedmiot.
– Dogorywają. Nie o to mi chodziło. – Skrzywił się, z odrazą zaglądając do środka.
Paramedyk zmarszczył brwi.
– A o co, kurwa?
– Larwy poza organizmem człowieka nie przetrwają długo. Gdy mówiłem „żywe”, miałem na myśli pasożyty wciąż pozostające w ciele gospodarza. Takie, których rozwój mogę śledzić krok po kroku, rozumiesz?
– Nie. Mam ci przyprowadzić jebańca, który dobrowolnie da się pokroić? W całej dzielnicy nie znajdę takiego frajera. Tutejsi nie ufają czarnym, psom ani lekarzom. – Dostawca larw roześmiał się nieprzyjemnie.
Naukowiec rozejrzał się wokoło, ale nie dostrzegł nikogo, kogo mógłby zainteresować wybuch wesołości Paramedyka; i tak zapadający zmrok skutecznie skryłby przed jego oczami wszelkich intruzów. Panowała cisza, tylko wiatr niosący smród znad wysypiska poruszał suchymi liśćmi umierających drzew.
– Zamknij mordę – upomniał dostawcę. – Nikogo nie zamierzam kroić, przynajmniej na razie. Muszę poznać cykl życiowy tego pasożyta, zanim wydostanie się poza wysypisko. – Przechylił pojemnik i wylał zawartość na ziemię. – Przyprowadź mi gospodarza z żywą larwą w mózgu. Za to ścierwo ci nie zapłacę.
– Jak mam go poznać, do kurwy nędzy? – Paramedykowi nie było już do śmiechu; huknął dłonią w dach samochodu i dodał: – Nie mam rentgena w oczach.
– Nie udawaj idioty. Najprawdopodobniej członkowie rodziny zmarłego też są zarażeni.
Paramedyk przypomniał sobie troje młodszych dzieci Elki, zaklął, zacisnął pięści i przez moment wyglądał, jakby chciał rzucić się uczonemu do gardła, powstrzymał się jednak. Czy zdawało mu się tylko, że ucisk za oczami, który czuł od dawna, nagle przybrał na sile?
Naukowiec wsiadł do samochodu; ryk uruchamianej maszyny, wdzierając się w wieczorną ciszę, zagłuszył kroki przygarbionej postaci, wyłaniającej się z okrytych uschłym listowiem chaszczy. Paramedyk zdołał wyłowić z wycia silnika jedynie niewyraźne pociągnięcie nosem, ale wtedy było już za późno. Reżyser podszedł dość blisko, by wymierzyć mu potężny cios kijem, kurczowo ściskanym w garści. Trafiony w głowę padł na ziemię jak długi. Wtedy brat Elki uderzył po raz drugi i zapamiętale biłby dalej, gdyby naukowiec nie wyskoczył z wozu, wrzeszcząc:
– Starczy, kurwa! Za trupa nie zapłacę!
Reżyser zastygł w pół ruchu. Przez moment rozważał, co opłaca mu się bardziej – zemsta, czy kasa. Bohaterowie filmów noir wybraliby oczywiście to pierwsze. W końcu, przekrzywiając głowę, doszedł do wniosku, że jego film będzie różnił się od innych.
Opuścił ręce. Rozluźnił palce; kij upadł na ścieżkę.
Gdy naukowiec otworzył bagażnik, Prasiuk nie bez trudu przeniósł tam ciało Paramedyka. Upchnął je w środku, nie szczędząc ciosów i szturchnięć, po czym z rozmachem zatrzasnął klapę. Banknoty przyjemnie zaszeleściły w dłoni, zanim spocona skóra sprawiła, że błyskawicznie zawilgotniały, zmieniając się w lepkie, brudne szmaty. Samochód człowieka z miasta, podskakując na wybojach, zniknął wreszcie za zakrętem.
Dopiero wtedy Reżyser włączył słabą, ledwie świecącą latarkę. Stąpając ostrożnie z wzrokiem wbitym w ziemię, szukał czegoś z determinacją. Gdy odnalazł miejsce, w którym pozostały larwy, po kolei podniósł robaki do ust i z lubością wyssał zawartość ich miękkich, soczystych ciał. Oblizał się i mlasnął z zadowoleniem. Słabnąca latarka zgasła; mężczyzna z rozmachem cisnął bezużyteczny już przedmiot na tonące w ciemności nieużytki, wzniósł ramiona ku niebu i zawył triumfalnie, jak szaleniec albo odkrywca nowego lądu.
Potem powoli ruszył w stronę wysypiska.

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: