polskie centrum bizarro

„Uważaj, (za) co pijesz” by Agnieszka Pilecka

In Opowiadania on Kwiecień 22, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDwudziestego drugiego marca był światowy dzień wody. Życiodajnego płynu, bez którego nic na naszej planecie nie mogłoby funkcjonować. Każdy z nas traktuje wodę jak coś co było, jest i będzie. Każdy z nas ma do niej dostęp, gdy odkręci kurek w kranie.

Ale co stanie się, gdy pewnego dnia wody po prostu zabraknie? Z jakiejkolwiek przyczyny. Z winy naszej, czyjejś, bądź z wyboru samej wody. Bo jak się nie wkurwić, kiedy jest się traktowaną jak, powiedzmy to sobie szczerze, kurwa albo szmata – zero szacunku, brak wdzięczności, a jeszcze ciągłe pretensje o brak czystości czy nieteges smak…

Agnieszka w swoim nowym tekście przedstawia konsekwencje braku dostępu do wody. Święto już było, fakt, ale my powinniśmy pamiętać codziennie, że zasoby wody pitnej są jednak ograniczone.

h

Uważaj, (za) co pijesz

h

– Dziś wielkie święto, pamiętajcie! – krzyknął wódz, na koniec porannego spotkania mieszkańców wioski.

– Pamiętamy! – odpowiedziało chórem kilka osób.

Jeden z mężczyzn dorzucił gałąź do ogniska, po czym pożegnał się i wrócił do swojego szałasu. Reszta zebranych również powoli zaczęła zbierać się do swoich ziemianek, wigwamów i innych tworów, które pozwalały im na odrobinę prywatności. Choć w wiosce niemal wszystko robili razem, to jednak kilkadziesiąt osób, które tam przebywały, wolało mieć swój własny „kąt”, dzielony wyłącznie z najbliższą rodziną. Ta niewielka społeczność była ze sobą zżyta. Pomimo sporej różnicy poglądów w niektórych kwestiach, potrafili dojść do porozumienia. Każdy miał prawo wyrazić swe zdanie, a inni to szanowali. Rzecz rzadko spotykana, wręcz dziwna i nietypowa jak na XXI wiek.

Nietypowy też był sposób, w jaki ci ludzie postanowili żyć. Znudził im się wielkomiejski hałas i pośpiech. Postanowili rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie będą mogli cieszyć się życiem, a nie tylko gonić za karierą. Zostawili wszystko. Wyzbyli się całej elektroniki, nowoczesnej technologii i zaszyli się w dziczy. Wraz z upływem lat społeczność się rozrastała; coraz więcej osób zapragnęło spokoju.

Brzmi dość idealnie, niestety, po pewnym czasie pojawił się pewien problem. W wiosce był tylko jeden zbiornik wodny, który zaczął wysychać. W poprzednim tygodniu wielka ulewa napełniła go trochę, ale mieszkańcy wioski obawiali się, że niebawem wyschnie na dobre. Większość z nich, sprowadzając się tutaj, postanowiła, że nigdzie stąd nie pójdzie. Dla nich właśnie brak wody oznaczałby niechybną śmierć.

Mieszkańcy przez cały dzień coś przygotowywali. Kilka ognisk zapalonych jednocześnie, na nich różnorodne garnki, pełne tajemniczych potraw. Jeden z mężczyzn przelewał do mniejszych butelek wino z wielkich gąsiorów, które chyba długo czekały na tę okazję. Jeszcze inny kombinował coś z jakimś prochem i innymi substancjami chemicznymi. Było tu dużo wykształconych osób, które  sporo wnosiły do grupy. Każdy miał swoją specjalność, swoje zadania i wykonywał je najlepiej jak umiał. Kobieta przyniosła kosz świeżych warzyw z ogrodu i przygotowywała kolejną potrawę. Nie było osoby, która nie pomagałaby w przygotowaniach wielkiej uroczystości.

O zmroku wszyscy zgromadzili się wokół stawu. Cieszyli się piękną pogodą. Choć to dopiero początek wiosny, robiło się już ciepło, przyjemnie. Sporych rozmiarów ognisko dogrzewało tych, którym było chłodno, ale służyło również jako palenisko.

– To dziś, dziś wielkie święto! – rozpoczął przemowę człowiek, którego w tym tygodniu mianowali wodzem. – Chciałbym wznieść toast za naszą wodę!

Wszyscy unieśli butelki z winem i upili po łyku. Już łyk wystarczył, by lekko zaszumiało im w głowach. Pili tak rzadko, że ich tolerancja na alkohol zdecydowanie się obniżyła. Jednakże dziś wielkie święto, taką okazję wypada opić.

Jeden z mężczyzn wyjął z pokrowca gitarę. W ruch poszedł też akordeon, trąbka i nawet harmonijka ustna. Człowiek grający na ukulele śmiesznie wyglądał stojąc przy tym z wielkim kontrabasem, ale nikomu to nie przeszkadzało. Grali czasem wspólnie, czasem ktoś odchodził, aby się posilić. Pieczony dzik skwierczał, jeszcze nie był gotowy, ale inne dania czekały, aby je skonsumować. Mięso, grzyby, ciasta, owoce, mnóstwo warzyw i pełno wina. Do tego wszystkiego mieli dostęp i świetnie radzili sobie pełniąc dyżury kuchenne, gotując dla wszystkich. Dziś nie było jednego dyżuru, dziś każdy coś zrobił, dzięki czemu jedzenia nie brakowało. Wiele godzin tańczyli, śpiewali, jedli i pili. Imprezę uświetnił nawet pokaz pirotechniczny, bo chemikowi – ku uciesze reszty – udało się coś sklecić. Śmiało można powiedzieć, że była to jedna z lepszych nocy w ich bezstresowym życiu z dala od cywilizacji. Nawet nie pamiętali, kiedy się skończyła.

Nie tylko tego nie pamiętali. O świcie, gdy już ognisko przygasło i robiło się chłodno, powoli zaczęli się budzić. Widok jaki zastali, przypomniał im jeden z głównych powodów, które kierowały nimi podczas ucieczki z miasta. Wszędzie wokół panował jeden wielki bałagan. Resztki żarcia, potłuczone butelki. Najgorsze, że to wszystko wylądowało w ich cennym stawiku. Stawiku, który czcili przez tę noc, a teraz zwyczajnie go uśmiercili. Pirotechniczne zabawki domowej roboty dryfowały na powierzchni. Poziom wody znacząco się obniżył, staw był praktycznie suchy. Najwięcej przestrzeni zajmowała w nim nie życiodajna woda, lecz śmieci. A to, co było jeszcze płynne, już z pewnością nie dało się nazwać zwykłą wodą. Bardziej rozcieńczonym winem. Jak widać każdy z mieszkańców postanowił wypić nie tylko toast, ale napić się z „osobą”, na której cześć odbywała się impreza. Poili staw winem. Karmili dzikiem i sałatką. Częstowali torcikiem. Pozwalali nawet postrzelać petardami. Nie każdemu takie imprezy służą… Woda umarła podczas swego święta.

Gdy już wszyscy się obudzili, siedzieli wpatrując się w swoje „dzieło”. Nikt nie był z niego dumny. Wszystkich razem i każdego z osobna ogarnął tak wielki wstyd i smutek, że nie byli w stanie wydusić z siebie słowa. Milczeli. Jedna osoba przemówić musiała. Wódz. Taka wszak była jego rola… Co prawda, co tydzień wybierano innego, ale przez tydzień musiał sprawować swą funkcją jak najlepiej. Do jego zadań należało między innymi to, aby mówić. Mówić w momentach takich jak ten. Choć w całej historii wioski nie nastał jeszcze tak smutny czas jak dziś, nie miał wyjścia.

Odwonieni, świadomi tego, że niebawem wszyscy umrą, z niepokojem zwrócili wzrok w kierunku wodza. On powoli zaczerpnął haust rześkiego powietrza.

– Warto było… To była świetna impreza! Woda dobrze się bawiła, a przecież to było jej święto. Jeśli chciała odejść, musimy uszanować jej wybór. My też niebawem odejdziemy. Bo życie bez niej nie ma sensu – rzekł pompatycznie. Po czym w myśli dopowiedział: Bo życie bez niej jest niemożliwe…

h
h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: