polskie centrum bizarro

„Klechda domowa” by Karolina Front

In Opowiadania, Różne, różniste on Kwiecień 29, 2016 at 2:45 pm

niedobreliterkitxtKlechdy różne bywają. Pouczające, usypiające, łagodne i wściekle mroczne… Dziś na niedobroliterkowe łamy trafia Klechda domowa przygotowana przez znaną już u nas (i lubianą) Karolinę Front. Niech was jednak nie zmyli tytuł – choć tekst zaczyna się w zdecydowanie obyczajowym tonie, jego rozwinięcie zbyt słodkie już nie jest…

Nie, zdecydowanie nie jest słodkie! Najlepiej jednak sprawdźcie to sami. Warto!

Klechda domowa

Ania niosła talerz pierogów przykryty szeleszczącym na wietrze foliowym kapturkiem. Dróżka do jego domu nie jest krótka, ale cieszy się teraz każdym krokiem, który przybliża ją do połyskującej „piątki”.
Było im przecież tak cudnie! Mimo, że widzieli się ostatni raz miesiąc temu, Ania nie czuła żalu. Dobrze wiedziała, że teraz jako kierownik, Patryk ma o wiele więcej zajęć, niż do tej pory. No i jeszcze te studia! Drugi kierunek! Podziwiała go i szczerze mu kibicowała, starając się mimo wszystko dbać o niego najlepiej jak mogła. Stąd pierożki. Jego ulubione! Ruskie! Na pewno się ucieszy.
Tęskniła za nim bardzo, ale szanowała wszystkie jego decyzje i wspierała go w każdej z nich. Nawet jeśli oznaczało to chwilowe ograniczenie ich kontaktu.
Dziś nasza trzecia rocznica!
Nie przygotowała niczego specjalnego na ten dzień. Chciała po prostu spędzić go razem z nim. Otulić się kocem i leżeć godzinami, ciesząc się sobą nawzajem. Dokładnie tak, jak trzy lata temu.
Byli dość specyficzną parą. Świetnie dopasowaną. Oboje ambitni, zapracowani, lecz wierni i oddani. Oboje z dość specyficznym poczuciem humoru i gustem muzycznym. Nie było wielkich burz. Raczej stała, wielka namiętność, która wbrew wszystkim teoriom psychologicznym nie chciała ustąpić. Było tak idealnie!
Może to dziś? Może dziś zapyta…?
Ania potrząsnęła czarnymi włosami, a grzywka zakrywająca jej czoło znowu uwolniła pojedyncze kosmyki. Nie może o tym myśleć! Przecież tak nie wypada! To jego sprawa i jego decyzja. Chociaż w głębi serca strasznie tego pragnęła. Niczego nigdy tak nie pragnęła jak zostać żoną Patryka.
Zapukała do drzwi, chociaż wiedziała, że może wejść bez pukania. Robert i Małgorzata, jego rodzice, siedzieli w salonie. Pierwsza do drzwi przybiegła jednak Martynka, która była ulubienicą Anny. Szybko zostały przyjaciółkami, pomimo dużej różnicy wieku. Martynce zawsze brakowało starszej siostry, którą szybko odnalazła w dziewczynie swojego brata. Grzegorz, ojciec Patryka, stał z boku. We włosach pojawiły się już dostojne ślady siwizny, ale Małgorzata, jego żona, nie zmieniała się nic a nic: ciągle te same roześmiane oczy i ciągle ta sama fryzura, która pomimo upływu czasu świetnie pasowała do jej urody. Przywitali się ciepło, jak zawsze, chociaż w oczach rodziców było widać zaskoczenie. To dziś mieliście się spotkać? Znaczy się… miło, że wpadłaś. Dawno cię nie było! Robert! Zachowuj się! Cieszymy się, że jesteś. Ale wiesz, Patryk jest teraz z jakąś koleżanką. Drukuje jej jakieś dokumenty na uczelnię. Chyba.
To ja może zaparzę herbatkę?
Taką, jak zawsze?
Chętnie, dziękuję. Troszkę zmarzłam. Właśnie! Przyniosłam pierogi. Własnoręczna robota.
Dziękuję. Pewnie jak zawsze wspaniałe. To opowiadaj! Jak wam było w Szczawnicy? Słucham? No na weekendzie. Patryk nie chciał zbyt wiele mówić, ani zdjęć nie pokazywał. A przecież okolica taka piękna! Ale macie rację. Nacieszcie się sobą, pókiście młodzi. Nie to, co my.
Małgorzata westchnęła, spoglądając czule na Roberta. Chwyciła jego spracowaną dłoń i wysłała mu jeden z tych słodkich uśmiechów, jakie wysyłać umiała tylko ona.
Ania zmarszczyła blade czoło na ułamek sekundy. Wzięła do rąk zielony, gorący kubek i pociągnęła nieśmiały łyczek, ukrywając tym samym wewnętrzną gonitwę myśli.
Co tu się wyprawia? Może mnie sprawdzają?
Przykro mi to mówić, ale nie widziałam się z Patrykiem od dawna. Od kilku miesięcy widujemy się dość rzadko. I to na niezbyt długo. Ma teraz tyle pracy jako kierownik, a ja staram się go wspierać i nie przeszkadzać mu wcale. Jestem tak dumna, że podjął się jeszcze tego drugiego kierunku studiów! Nie dość, że chemia, to jeszcze informatyka. Mój ścisłowiec!
Ania uśmiechnęła się promiennie, unosząc brodę wysoko w oznace dumy. Zobaczyła jednak, że nikt z osób siedzących w salonie nie podziela jej radości.
Rodzice spoglądali po sobie pytająco i stanowczo zbyt długo pili swoją herbatę.
Czyżby nie chcieli czegoś powiedzieć?
Herbacianą ciszę przerwał Robert. Bo wiesz… Myśleliśmy, że to z tobą widywał się ostatnimi czasy. Znikał popołudniami, więc byliśmy przekonani, że postanowiliście się spotykać coraz częściej przed ośw…
Robert! Burknęła Małgorzata i zachichotała niezręcznie. Nie słuchaj go! Bredzi od rzeczy!
Posłała w stronę męża grom zielonych oczu i zmieniła temat rozmowy.
Niewiele rozumiała z tego, co się dzieje. Miała tylko nadzieję, że jej syn okłamywał wszystkich dlatego, że przygotowuje sam całą ceremonię.
O Bogowie! To się dzieje… Jestem taka szczęśliwa!!!
Ania z uśmiechem kontynuowała rozmowę, chociaż ledwo powstrzymywała drżenie głosu. Tak ciężko było opanować swoje uczucia. To przecież zaraz może się stać! Serce biło jak szalone i za nic miało sobie głos rozsądku, który starał się studzić jej marzenia o wspaniałym weselu, pięknej białej sukni bez ramiączek i wspólnej nocy jako mąż i żona. Małżeństwo!
Salonik wydawał się być dziś jeszcze przytulniejszy niż zazwyczaj. Skórzane kanapy i miękki, włochaty dywan pod stopami, dodawały uroku pomieszczeniu. Płomień kominka nadawał magicznego uroku podstarzałym meblom, które już dawno miały za sobą czasy świetności. Ciężki żyrandol i przypadkowe obrazki na ścianach nie podkreślały absolutnie niczego, oprócz przypadkowości wystroju. Pomimo tego jednak pomarańczowe ściany ładnie otulały wszystkie meblowe sierotki, dając im prawdziwie rodzinną atmosferę. Wszystko było piękniejsze niż zazwyczaj.
Cicho! Słyszysz? Chyba idzie! Schowaj się za kanapę. To dopiero będzie dla niego niespodzianka!
W salonie dało się słyszeć śmiech. Ania, chowając się za wysłużonym meblem, poczuła drżenie serca i chłód własnych dłoni. Tak bardzo lubiła, gdy się uśmiechał. Zawsze wtedy przytulał ją mocno i całował w czółko.
Kroki na korytarzu stawały się coraz głośniejsze. Ale obok jego śmiechu było słychać czyjś jeszcze głos.
Dziewczyna nie zobaczyła, jak w drzwiach salonu staje Patryk, trzymając za rękę długowłosą szczupłą blondynkę o oczach czarnych niczym dwa bystre kruki. Nie zobaczyła też pierścionka na jej palcu. Ani jej szerokiego uśmiechu. Blondynka ubrana była dość zwyczajnie: musztardowy golf, szara, filcowa spódniczka i wysokie kozaki. Niby nic nadzwyczajnego, ale jej wysportowanym ciele wyglądały fantastycznie. Bardzo długie i proste włosy zaczesane do tyłu podkreślały wydatne kości policzkowe i cherubinkowe usta, stworzone do pocałunków. Tego też nie widziała.
Mamo! Tato! Właśnie się zaręczyłem! Nie chciałem wcześniej wam nic mówić, bo wiecie, znamy się z Kamilą dość krótko, ale jestem pewien, że to ta jedyna. Zresztą, jak mógłbym czekać dłużej na tak wspaniałą kobietę?
Patryk objął ją w pasie, a dziewczę perliście zachichotało, łapiąc się za niemalże płaski brzuszek.
Jestem w ciąży! To dopiero drugi miesiąc.
Patryk pocałował ją najczulej na świecie i zamknął w fortecy swoich ramion.
Małgorzata usiadła bezgłośnie, a Robert zaczął szukać czegoś za oknem.
Martyna patrzyła przerażona na rodziców, czekając na chociażby jedno słowo, na jakąkolwiek reakcję. Jej oczy drżały. Napływały pierwsze łzy. Ale tylko w jej oczach. Patryk wzruszył ramionami i całując Kamilę w ucho wyprowadził ją z salonu. Dziewczyna na pożegnanie zakołysała biodrami i posłała przez ramię ostatni już uśmiech. Ania siedziała cicho za sofą. Komuś wyjątkowo nie wyszła dziś niespodzianka.

***

Nie płakała. Nie umiała. Małgorzata wyszła do kuchni. Usłyszała tylko jej kroki. Robert ciągle wypatrywał czegoś za oknem. Stał nieruchomo.
Przepraszam. Nie wiedzieliśmy. Myśleliśmy, że to dla ciebie.
Jego usta ledwo się rozchylały, gdy kolejne słowa opuszczały bezpieczną przystań serca.
Z kuchni dobiegł pojedynczy szloch. Martyna pobiegła do pokoju i trzasnęła drzwiami.
To ja już pójdę.
Nikt nie protestował.

***

Zapomniała kurtki, czapki, rękawiczek i szalika. Oj, Patryk wkurzyłby się za bark szala z pewnością! Kiedyś.
Każdy krok był ciężki. Zapomniany gdzieś talerz z pierogów stał na stole w kuchni. Już nigdy nie wróci w ręce prawowitej właścicielki.
Nie śpiewały ptaki, nie kwitły kwiaty. Nawet słońce niezbyt chętnie dzieliło się swoim ciepłem. Ach, racja! Przecież jest grudzień.
Ania wbiła wzrok w nierówny chodnik i szła przed siebie. Nie do końca wiedziała gdzie, ale chciała trafić na przystanek, wsiąść do pociągu kierującego się do jej miasta, wrócić do swojego małego mieszkanka i pójść spać.
Nie była teraz sobą. Właściwie, to nie była teraz nikim. Cała jej osobowość, wspomnienia i wartości – wszystko uleciało gdzieś daleko razem z jej marzeniami. Nie myślała o tym, co się stało. Nie docierało do niej to, czego była świadkiem zaledwie kilka minut temu. Po prostu szła. Zupełnie tak samo jak za każdym razem. Chociaż nie. Tą drogą nigdy nie szła sama. Zawsze odprowadzał ją na pociąg.
Może właśnie dlatego nie usłyszała samochodu, który w popisie zimowego lansu driftował o dwa metry za szeroko?
Może.
Pewne było natomiast ramię. Całkowicie zmasakrowane i konające bezgłośnie. Chwała bogom, kończyny nie umieją krzyczeć… W podobnym stanie znajdowała się znaczna część jej głowy i spory fragment klatki piersiowej. Strefa zgniotu opony zatrzymała się kilka centymetrów nad sercem. Gorące opony przypaliły rany na tyle, żeby nieco zatamować krwawienie. Swąd spalonej gumy i przypieczonego ciała rozniósł się w ostrym, zimowym powietrzu. Naderwany skalp krwawił, splatając ciemne włosy w brunatne warkoczyki. Lewe ucho zaginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Reszta ciała, chociaż całkiem jeszcze żywa, milczała śmiertelnie poważnie.
Pojedyncze głosy powoli przykrywała kurtyna ciszy, a para powstała w wyniku ciepłego oddechu przerodziła się w mgłę bezdechu, po którym przychodzi śmierć.

***

Obudziła się w nieznanym sobie miejscu. Pamiętała jedynie swoje imię, a jedyne co czuła, to chęć zemsty.
Spojrzała na swoje dłonie. Ale była tylko jedna. Druga martwo zwisała wzdłuż jej ciała, pozostawiając za sobą stróżkę zielonkawej krwi zmieszanej z dziwnym, rdzewiejącym płynem.
Nie boli..?
Rozejrzała się dookoła, szukając jakichkolwiek wskazówek. Wszechobecna ciemność nie była źródłem rzetelnych informacji. Poruszała się po omacku, szukając włącznika światła, świecy, kogokolwiek, czegokolwiek. Czarna pustka otoczyła ją i nie chciała za nic w świecie puścić.
Próbowała krzyczeć, lecz jej głos zmienił się zaskakująco. Przestraszyła się pomruków, jakie rodziło jej gardło. Wszystko było teraz inne. Czuła to, chociaż nie potrafiła znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy. Nie widziała zbyt wiele. Jedynie jej bledsze niż zazwyczaj dłonie zdawały się emanować światłem przecinającym nieśmiało bezkresny ocean niewiedzy. No i ta dziwna krew.
Przeraźliwy ból ogarnął miejsce, gdzie kiedyś było jej ucho i zalał zimną falą całą głowę, zabierając kolejne centymetry ciała gdzieś w ciemność, z dala od przebłysku świadomości. Wszystko wirowało i pulsowało złowieszczo. Mrukliwe szepty pradawnych zaklęć, które nigdy nie zostały wypowiedziane.

***

Najpierw paznokcie. Wyrywane pojedynczo. Potem uszy. Rozgryzane martwymi trzonowcami. Jeszcze całkiem solidnie przytwierdzone do głowy. Później nos. Ściągany warstwami szorstkim niczym papier ścierny językiem. Później policzki wycinane kawałek po kawałku za pomocą malutkiego sekatora. Takiego, jakim przycina się róże na zimę. Krwawa układanka pomiędzy palcami bosych stóp gdzieś na ziemi, skazana na wieczne zapomnienie, bo teraz przychodzi czas na palce u stóp.
Czy to prawda, że bez nich nie da się chodzić?
Sprawdźmy to!
Mężczyzna za nic ma coraz wymyślniejsze tortury, a jego półżywe ciało podwieszone gdzieś u sufitu bezkresnej czerni przestaje reagować na ból tak spektakularnie, jak czyniło to na samym początku. Ani rażenie prądem genitaliów, ani kolejne nacięcia żyletką nie wzbudzają już fontanny krwi i wymiocin z nawpółstrawionego stężonym kwasem żołądka. Nawet skóra sflaczała od roju igieł i ciężkich, stalowych haków powbijanych pod najróżniejszym kątem.
Tyle sposobów, by sprawić ból! Po co się ograniczać?
Ofiara otworzyła powoli oczy pozlepiane skrzepami i benzyną.
Zielone!

***

No przecież, kurwa, mówię panu, panie władzo, że to był demon! Kobieta jakby. Z wiankiem na głowie! O takim z kwiatów polnych. W czerń przyodziana. O północy usłyszałam coś, to przybiegłam. No i mówię przecież! Weszłam do pokoju i zobaczyłam go wiszącego u sufitu. No jak mamusię kocham!
To za głupie, żeby to wymyśleć, nie?
Bo co? Bo jestem blondynką, to kłamię, co?!
No niech mi ktoś w końcu uwierzy, że to nie ja! Zaręczeni byliśmy! Nie zrobiłabym tego swojemu narzeczonemu, nie? Mieliśmy się pobrać. Oświadczył mi się przecież tego samego dnia.
Znaki charakterystyczne?
Hm… Rękę jedną miała jakby martwą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: