polskie centrum bizarro

„Kształciciel” by Tobiasz Sołtyszewski

In Opowiadania on Maj 27, 2016 at 6:00 am

Niekiedy na niedobrych literkach zdarzają się mocne, by nie powiedzieć, że mocarne debiuty. Tak jest i tym razem. Tobiasz Sołtyszewski, o którym zapewne jeszcze nie raz usłyszycie, podesłał nam tekst – jeśli nawet nie totalny – to w każdym razie bliski temu pojęciu. A jednocześnie bliski wszystkim bizarromaniakom,  o czym możecie przekonać się, zerkając nieco niżej.

Nie życzymy Wam smacznego – nie jesteśmy aż tak popaprani. Po prostu więc czytajcie i cieszcie się, bo jest czym.

Kształciciel

Znowu się nie udało. Organizm nie wytrzymał przeszczepu czwartej ręki. A miało być tak pięknie! Poprzednia operacja wydawała się udana, lecz podczas drugiej wdało się zakażenie i mężczyzna leżący na brudnym, pordzewiałym i wyraźnie nie przeznaczonym do takich zabiegów stole zmarł.
Załamany Józef opadł na krzesło i zapalił papierosa. Pomieszczenie wypełnione wonią krwi i rozkładu zostało dopełnione dymem tytoniowym, który sącząc się z rozżarzonej końcówki płynął wokół stołu i leżącego na nim stygnącego truchła.
Zawiedziony domorosły chirurg obserwował swoje martwe dzieło zaciągając się i wydychając dym, jakby chciał wraz z nim wyrzucić z siebie gorycz porażki.
Ponad wszystko pragnął stworzyć istotę idealną. Lepszą i wszechstronniejszą niż człowiek. Dodatkowe kończyny doszywane do korpusu łączone ścięgnami, aby zyskały mobilność. Trzecie oko, które okazało się złym pomysłem, ponieważ wymagało wywiercenia dodatkowego otworu w czaszce, czego jeszcze nigdy nie udało mu się zrobić bez uszkodzenia mózgu. Paskudne drgawki utrudniały mu precyzyjne działanie, które jest konieczne w czasie operacji. Następujący potem zgon niweczył cały włożony w nią wysiłek. Józef widział kiedyś ludzi z rozciętymi językami, każdą połową mogli ruszać niezależnie. Bardzo mu się to spodobało. Czując przypływ inspiracji postanowił pójść o krok dalej. Próbował podzielić przedramię na dwie części, lecz problem stanowiło odpowiednie podzielenie kości. Jedna połowa zawsze była zbyt krucha. Poza tym obiekt i tak w końcu mdlał z bólu a następnie umierał od utraty krwi.
Mężczyzna coraz bardziej pogrążał się w rozpaczy spowodowanej tym, że jego wspaniała sztuka nie mogła być odpowiednio zrealizowana. Miał tyle cudownych pomysłów, których nie dało się wcielić w życie! Połączenie mężczyzny i kobiety w jednym ciele, potrójne bliźniaki syjamskie. Ba! Najlepiej poczwórne! Po co się ograniczać? Człowiek o ośmiu ramionach i czterech nogach, co tam ludzka stonoga, ten pomysł był dla niego zwyczajnie słaby, on był bardziej ambitny. Nie miał jednak środków, aby realizować swoją sztukę, potrzebował czegoś więcej. Im dłużej o tym myślał, z tym większym żalem zdawał sobie sprawę, że potrzebuje czyjejś pomocy. Tylko gdzie jej szukać?
Spacery po mieście zawsze były dobrym sposobem na pozbieranie myśli. Świerze powietrze i ruch pobudzały umysł i koiły nerwy. Lecz te przechadzki nigdy nie trwały zbyt długo. Zawsze w końcu trafiał w to samo miejsce — pod drzwi BodeeShopu.
Za przeszkloną wystawą zgromadzone były wszelkiego rodzaju niewolnicze ciała. Jedni byli nadzy, by kusić swoim pięknem, tak jak te dwie ponętne kobiety, które ocierały się o siebie w namiętnym tańcu. Ich ciała zamiast potu wydzielały wonny olejek, który sprawiał, że ich krągłości błyszczały jak najpiękniejsze świecidełka. Mimo, że wciśnięto je w bikini, przechodzące tędy matki przezornie zasłaniały oczy swoim pociechom. Józef podejrzewał, że w końcu ktoś wyrazi swoje oburzenie i te dwie piękności zostaną przesunięte w głąb sklepu. Inni byli eleganccy i postawni, by zachęcić tych o wyszukanym guście. Ubrani w gustowne garnitury i suknie, swoim wyglądem i zachowaniem wykazywali doskonałe maniery, co udowadniali kłaniając się przechodniom. Zaś bystrym spojrzeniem zapowiadali interesującą dyskusję na dowolny temat, ekskluzywny towar na który niewielu było stać. Niektóre eksponaty demonstracyjnie sprzątały swoje klatki, by pokazać klientom jak bardzo będą użyteczne w ich domach. Kobieta ubrana w strój pokojówki, zawzięcie wycierała nieistniejący kurz z każdego zakamarka swojego przeszklonego więzienia.
Widząc to wszystko Józef nie dostrzegał tego co chciał wyeksponować producent. Dla niego każde ciało zdawało się bazą do stworzenia wspaniałego eksponatu groteskowego piękna. Płótnem, na którym można namalować obraz stworzenia.
Otworzył drzwi, trącając zawieszony nad nimi dzwonek. Spod lady wynurzył się zniewieściały chłopak ubrany w obcisłą czarną koszulkę bez rękawów. Znajdujący się na niej wykonany z prześwitującej siatki motyw gwiazdy eksponował okrągłe kolczyki w jego sutkach, które znajdowały się dokładnie na jej bocznych ramionach. Krótko obcięte różowe włosy miał postawione na lakier. Gładko ogolona twarz o ostrych rysach skierowała się na niego z zainteresowaniem. Zmierzył Józefa od góry do dołu, gdy zaś jego wzrok dotarł do paska spodni, domalowana brew nieco się uniosła a zaraz za nią kącik jego pełnych ust.
— Dzień dobry — powiedział miękko i mrukliwie, przeciągając ostatnią głoskę i błyskając przy tym równymi zębami, które wychyliły się z ust rozciągających się w lubieżnym uśmiechu. Zabrzmiało to tak zalotnie, że równie dobrze mógłby powiedzieć „Cześć przystojniaku. Wiesz, na zapleczu jest całkiem ustronna toaleta. Trochę tam ciasno, ale gwarantuję ci, że moja bliskość sprawi, że stanie się to dla ciebie zaletą”. Zaraz po tym puścił Józefowi oczko. Ten skrzywił się jedynie, nie kryjąc zniesmaczenia. Widząc to, zawiedziony sprzedawca westchnął teatralnie i natychmiast zszedł na bardziej formalny ton.
— Co podać? Dział dla fetyszystów jest za tą kotarą. — Wskazał kciukiem niewielki, zasłonięty przedział obok siebie. Józef już kiedyś tam zaglądał. Nic szczególnego, grube baby z cellulitem, hermafrodyty, obojnaki. Zdarzali się nawet goście podobni do różowowłosego sprzedawcy. Dla każdego coś miłego, ale na nim nie robiło to wrażenia.
Właśnie miał się odezwać, gdy do sklepu wszedł drobny mężczyzna w okularach i tłustych włosach w zamierzeniu zapewne zaczesanych do tyłu, lecz mimo, że ich właściciel co jakiś czas zagarniał je ręką, odstające kosmyki nie zamierzały łatwo poddawać się temu zabiegowi, wymykając się we wszystkie strony. Facet miał na sobie zbyt dużą, szarą koszulę oraz równie przesadnie szerokie sztruksowe spodnie spięte paskiem, spod których wystawały znoszone skórzane buty. Minął Józefa jakby ten nie istniał i od razu podszedł do lady. Wyjął z kieszeni kopertę, bez słowa kładąc ją przed sprzedawcą. Ten otworzył ją i zajrzał do środka, podejrzliwie mrużąc oczy, które po chwili rozszerzyły się w wyrazie zaskoczenia i zrozumienia.
— Proszę ze mną. — Przywołał go ruchem ręki. — Przepraszam na moment — zwrócił się pośpiesznie do zdziwionego Józefa i obaj wyszli na zaplecze.
Czyżby chuderlawy okularnik był klientem, którego lubieżne zachcianki sprzedawca realizował w zamian za pieniądze? Wzruszył ramionami, było mu to obojętne. Jak nie dzisiaj, to jutro. Już miał wychodzić, gdy po chwili usłyszał zbliżające się głosy obu mężczyzn.
— … jest dobry, biorę go. — Obaj wyszli. — Kiedy mogę spodziewać się dostawy? — Mężczyzna miał chrapliwy, nie pasujący do jego postury głos.
— W ciągu godziny nasz kierowca dostarczy go do pańskiego domu.
— Doskonale, proszę poinstruować dostawcę, aby dostarczył go do tylnego wejścia — uniósł palec, by nadać wagi swojej prośbie.
— Oczywiście, proszę pana.
Chuderlak dopiero teraz zwrócił uwagę na Józefa.
— Do widzenia. — Skinął pośpiesznie zarówno do niego jak i do sprzedawcy, po czym wyszedł.
Ten typek był intrygujący. W jego spojrzeniu było widać, że skrywa w sobie jakąś fascynującą tajemnicę. Rozdzierająca ciekawość tego, co mógł zamówić tajemniczy okularnik, tym bardziej kusiła, aby ją poznać.
— I jak? Zdecydował się pan na coś? — Zniecierpliwiony głos sprzedawcy wyrwał Józefa z zamyślenia. Spojrzał na niego jakby zobaczył go po raz pierwszy.
— Chyba zapomniałem zabrać z domu portfela — zaśmiał się nerwowo i demonstracyjnie poklepał się po kieszeniach, jakby faktycznie go szukał. — Przyjdę później. Do widzenia. — Nie czekając na odpowiedź opuścił sklep.
Natychmiast rozejrzał się dookoła, wypatrując chuderlawej postaci. Niech mu kutasa drzwi ścisną! Zaklął w myślach. Przez tego pieprzonego pedała nawet nie spojrzał w którą stronę poszedł ten facet.
W akcie desperacji bez namysłu zaczepił przechodzącą obok kobietę prowadzącą na zakończonej ćwiekowaną obrożą smyczy umięśnionego, nagiego, zachowującego się jak pies mężczyznę, poruszającego się na czterech kończynach.
— Przepraszam, czy widziała może pani chudego faceta w okularach? Niezbyt długie, tłuste i potargane włosy — powiedział, machając rękoma nad głową na co człowiek-pies zareagował zajadłym szczekaniem, które wydobywało się z jego ust wraz z rozbryzgami śliny spływającej po jego brodzie.
— Danielek! Spokój! — krzyknęła szarpiąc za trzymaną smycz. — Przepraszam pana, proszę się nie martwić, on nie gryzie. — Wbrew temu co mówiła, jej pupilek nie przestał ujadać.
Taa, jasne, pomyślał Józef. Oczami wyobraźni widział nieprzystosowane do gryzienia surowego mięsa zęby wpijające się w jego ciało, co z pewnością byłoby bardziej upierdliwe, niż bolesne, ale nie zamierzał tego sprawdzać. Zrezygnowany machnął ręką i ruszył w pierwszym lepszym kierunku, licząc na łut szczęścia. Te jednak mu nie sprzyjało. Krążył okolicznymi uliczkami, próbując znaleźć chociaż jakiś ślad obecności nieprzyjemnie wyglądającego okularnika. Bezskutecznie.
Zrezygnowany skierował się w stronę mieszkania. Pocieszy się, tworząc swoją sztukę. Zostało mu jeszcze jeszcze jedno żywe ciało. Było tanie i nawet bez jego zabiegów nie pożyje dłużej niż parę dni, automatycznie odcinając swoją linię życia i padając jak zabawka z wyczerpanymi bateriami. Ruchy staną się ospałe aż ciało zwyczajnie się wyłączy. Będzie mógł je potem oddać do utylizacji w dowolnym sklepie i jeszcze dostanie za to zniżkę na następne. Zawsze coś. Póki to nie nastąpi, obecnemu obiektowi spróbuje przeszczepić oczy na końcówkach palców, aby mógł zaglądać nawet w niedostępne zakamarki. Nie miał pojęcia jak załatwi sprawę połączeń nerwowych, ale nie zaszkodzi spróbować.
Klakson i zbliżający się ryk silnika przerwały jego rozmyślania.
Cofnął się instynktownie i spojrzał w stronę pędzącego auta, które niemal go potrąciło. Miał już odwrócić wzrok i ruszyć obojętnie w dalszą drogę, gdy nagle jak rażony piorunem zdał sobie sprawę co przed sekundą zobaczył. Logo BodeeShopu. Dostawa dla okularnika!
Skojarzył fakty i jego umysł natychmiast z biernego zamyślenia nastawił się na szybkie działanie. Na chodniku znajdował się oparty o ścianę rower. Nie zastanawiając się dłużej, porwał go i ruszył w pościg. Nie zwracał uwagi na pogróżki i krzyki właściciela, który chwilę później wybiegł ze sklepu. To była jego szansa i nie zamierzał jej zmarnować.
Pędził tak szybko jak tylko pozwalały mu siły w nogach. Samochód dostawczy za każdym razem znikał za zakrętem, ale udawało mu się go dojrzeć, zanim zniknął za następnym mijanym budynkiem. Józef omijał przeszkody niczym gwiazda kina akcji. Potrącił kilku przechodniów, których nie udało mu się wyminąć, spektakularnie przeskoczył nad otwartym kanałem niemal zaliczając przy tym upadek, oraz zniszczył budkę z kwiatami, przystrajając zarówno siebie, jak i swój pojazd kolorowymi płatkami. Gdziekolwiek się nie pojawił, żegnano go przekleństwami.
Zaczynał już opadać z sił. Uda zamieniły mu się w nieznośnie palące ochłapy mięsa. Z ulgą zobaczył, że ścigane przez niego auto zaparkowało koło jednego z niewielkich mieszkań. Zeskoczył z roweru, niedyskretnie rzucił go w krzaki sąsiedniego domu i zataczając się ze zmęczenia, równie niedyskretnie sam w nie wskoczył. Potknął się i upadł na coś miękkiego.
— Kurwa, człowieku, co ty wyprawiasz? — Młody facet kopulujący z niezbyt urodziwą kobietą wpatrywał się w niego ze zdziwieniem i wyrzutem. — Byliśmy tu pierwsi. Wypierdalaj stąd! — Dyszący jak stary parowóz Józef pojednawczo wysunął przed siebie dłonie, wykrztusił niewyraźne „sorry” i wypadł z zarośli, zostawiając kochanków w spokoju.
Ta nowa moda na dymanie się w nietypowych miejscach z przypadkowymi osobami była dla niego totalnie niezrozumiała. Najgorsze było chwalenie się tym potem na portalach społecznościowych, oczywiście udowadniając to sweet-focią po udanym stosunku. Im dziwniejsze miejsce, tym więcej „lajków” i dodatkowo ważne było, żeby nominować jeszcze osobę, która w następnej kolejności ma sprostać temu zadaniu. Idiotyzm.
Dla pewności tym razem schował się za zaparkowanym obok samochodem. Znał tę okolicę, łatwo będzie mu tutaj trafić, jeżeli zajdzie jeszcze taka potrzeba. Widział jak kierowca gorączkowo wybiega z auta i wyładowuje z niego skrzynię wielkości przeciętnego człowieka. Józef spojrzał na zegarek. Nie ma się co dziwić, że się śpieszył, dostawa była opóźniona o dobre pół godziny a sieć sklepów „BodeeShop” słynęła z włażenia w tyłek klientom. Ubrany w firmowe barwy młody, pryszczaty chłopak załadował ładunek na wózek i ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Nacisnął dzwonek, poprawił czapkę i czekał.
Po dłuższej chwili w drzwiach pojawił się wyraźnie niezadowolony okularnik. Zaczął coś wykrzykiwać, intensywnie machając przy tym rękami. Józef nie słyszał co tamten mówił, był zbyt daleko. Dostawca skrył jedynie głowę w ramionach i potakiwał nieśmiało. Wskazał palcem na tył domu, ale okularnik z irytacją machnął na to ręką i gestem kazał mu wjechać do środka rozglądając się wcześniej, czy nikt ich nie obserwuje. Po dłuższej chwili z mieszkania wyszedł zaczerwieniony i dyszący z wysiłku kierowca. Odetchnął z ulgą, odpalił papierosa, po czym wsiadł do auta i odjechał.
Józef zdał sobie sprawę, że auto za którym się schował, zaczęło się miarowo kołysać. Gdy tylko usłyszał jęki i przyśpieszone oddechy dochodzące z wnętrza, wywrócił oczami, sam westchnął jakby wtórując kolejnym przygodnym kochankom, rozejrzał się i ruszył w kierunku mieszkania okularnika, żegnany ręką spływającą po zaparowanej szybie samochodu.
Szczęśliwym trafem okolica była raczej opustoszała. Większość mieszkańców siedziała teraz w pracy. Obszedł dookoła całe mieszkanie, zaglądając dyskretnie, przynajmniej tak mu się wydawało, we wszystkie okna, lecz nikogo nie zauważył. W końcu stanął pod drzwiami wejściowymi. Włożył sporo wysiłku, żeby tutaj dotrzeć, nie zmierzał teraz tak po prostu się poddawać tylko dlatego, że pokonał go strach. Drzwi były otwarte. Pełen obaw i nadziei przekroczył próg, za którym spodziewał się odkryć tajemnicę okularnika.
Mieszkanie urządzono w oszczędny sposób; pozbawione zbędnych ozdób, wyposażone jedynie w najpotrzebniejsze rzeczy potrzebne w codziennej egzystencji. Zbudowało to w głowie Józefa obraz mieszkającego tutaj faceta, którego dało się opisać tylko jednym słowem — nudziarz. Nagły odgłos i wyczucie czyjejś obecności sprawiło, że intruz cały się napiął i gorączkowo zaczął wypatrywać kryjówki. Psia mać! Ten facet nawet nie miał zasłon, za którymi mógłby się teraz ukryć, licząc że wystające spod nich buty nie zostaną zauważone. Zdesperowany wskoczył za zdecydowanie zbyt małe krzesło.
Oczekiwanie nieznośnie się przedłużało. Mijające sekundy zdawały się ciągnąć w nieskończoność. W końcu, gdy cisza wyraźnie zaznaczyła swoją obecność, wyprostował się i wyszedł ze swojej beznadziejnej kryjówki. Nagle podskoczył jak oparzony, czując dotyk na swoim udzie. Zatoczył się do tyłu, lecz na szczęście miękki dywan złagodził jego upadek.
Wydawało mu się, że serce zaraz rozerwie klatkę piersiową. Sądził, że zaraz ujrzy obok siebie okularnika z telefonem, ten wezwie policje i będzie po wszystkim. Albo wyceluje w niego z broni, na którą jakimś cudem uzyskał pozwolenie i zwyczajnie go zastrzeli, tłumacząc się potem koniecznością obrony. Jego niezdrowa ciekawość będzie nagrodzona śmiercią lub w najlepszym wypadku nieprzyjemnościami ze strony władz.
Lecz nikogo nie zobaczył. Pusta przestrzeń szydziła sobie z jego płochliwości. Spojrzał niżej i ujrzał swojego prześladowcę, który patrzył na niego z ciekawością. No tak, pomyślał Józef. Czym byłby typowy samotny kawaler bez swojego wiernego kota. Odetchnął z ulgą. Gdy wstawał, szary kocur podążał za nim wzrokiem. Mężczyzna zaczął nasłuchiwać. Z początku wydawało się, że w mieszkaniu panuje grobowa cisza, przeplatana jedynie dochodzącymi z zewnątrz odgłosami przejeżdżających samochodów. Lecz na granicy słyszalności udało mu się zarejestrować coś jeszcze, miarowy dźwięk, który cichł na krótkie chwile, by następnie powrócić. Zbliżył się nieco do jego źródła, odgłosy dochodziły z piwnicy a był nimi dźwięk stukania w klawisze.
Drzwi były lekko uchylone. Józef pchnął je i wszedł do środka. Strome schody prowadziły do załomu, zza którego dało się dostrzec blade światło jarzeniówek. Wychylił się i ujrzał plecy okularnika pochylonego nad jakimś sprzętem. Przed nim, na stole leżało nieruchome ciało. Józefa aż zatkało. Było ono pozbawione twarzy, włosów i genitaliów. Wyglądało jak manekin.
Oniemiały, postanowił dalej obserwować rozwój wypadków. Chuderlak jeszcze przez moment stukał w klawisze i po chwili schylił się, by wyciągnąć coś spod stołu. Był to gładki, metalowy, podłużny przedmiot, zawierający wiele nieregularnych otworów. Z jego drugiego końca wychodził cały pęk kabli, rurek i przewodów, które niknęły gdzieś pod stołem. Trzymając go, mężczyzna stuknął w klawisz urządzenia, które obecnie zasłaniał swoim ciałem. Z otworów urządzenia wypłynęła porcja przeźroczystego, gęstego płynu, po czym pojawiły się w nich kolce, igły strzykawek oraz różne wypustki. Chuderlak bezceremonialnie podniósł jedną nogę leżącego ciała i wsunął mu urządzenie w odbyt. Towarzyszące temu mlaśnięcie wywołało na twarzy Józefa mimowolny grymas zniesmaczenia. Mimo to obserwował dalej.
Facet ponownie usiadł przed ciałem, kładąc ręce na jakimś dziwnym panelu. Trwał tak, jakby nad czymś się skupiał. Obserwujący go Józef już miał odejść znużony, gdy zauważył, że pozornie martwe ciało lekko się poruszyło. A właściwie poruszyła się jego klatka piersiowa. Skóra powoli się wstąpiła i pojawiły się na niej wgłębienia w kształcie sześciokątnych dziur w plastrze miodu. Oczy mężczyzny rozszerzyły się w niedowierzaniu. Po chwili przyszła kolej na twarz. Pojawił się zarys nosa, kreski w miejscu powiek i ust. Następnie wszystko to utworzyło przystojną twarz mężczyzny.
Chuderlak drgnął, twarz zamieniła się w kobiecą. Piersi stały się wypukłe, na głowie wyrosły piękne lśniące czarne włosy. Był niczym wirtuoz grający popisowy koncert. Ruch ręki, pojawiły się uszy, potem tatuaż: ruchomy wąż owijający się wokół ramienia aż po nadgarstek. Józef patrzył na to z otwartymi ustami. Nogi zmiękły mu z wrażenia. Ten facet znalazł sposób, żeby osiągnąć to, czego on sam usilnie starał się dokonać! Udało mu się zmieniać ciała wedle własnej wizji. Józef poczuł zazdrość i gniew. Owszem, okularnikowi udało się to osiągnąć, lecz to, co teraz wyprawiał, było rażącym marnowaniem potencjału jaki drzemał w tym wynalazku.
Zastanawiał się, co teraz zrobić. Przecież nie mógł po prostu do niego podejść, przywitać się i zaproponować współpracę. Na pewno przegoniłby go w cholerę albo, co gorsza, wezwał policję. Rozejrzał się, podejmując jedyną słuszną według siebie decyzję. Chwycił powoli leżącą nieopodal łopatę i zaczął się skradać ku pogrążonemu w pracy mężczyźnie. Już teraz drżał z podniecenia na samą myśl o tym, jakie możliwości da mu to urządzenie. Te uczucia tylko podsycały jego determinację. Uniósł narzędzie zbrodni i nieopatrznie zahaczył nim o półkę, strącając przy tym pusty słoik.
Słysząc brzęk rozbijanego szkła, okularnik odwrócił się gwałtownie.
— Cholerny ko… To pan? Co pan tu ro… — Zobaczył uniesioną łopatę w jego dłoniach. — Co pan wyprawia?! — dodał pełnym przerażenia głosem. Józef otrząsnąwszy się z konsternacji, dał upust emocjom, które nim targały. Zamachnął się i uderzył z całej siły. Łopata zabrzęczała niczym miniaturowy gong. Chuderlak padł z jękiem na ziemię. Gdy Józef zobaczył, że tamten wciąż się rusza, uderzył ponownie i jeszcze raz, dla pewności. Stał tak przez chwilę, sapiąc nad nieruchomym ciałem. Spojrzał na trzymaną w dłoniach wygiętą łopatę, jakby widział ją po raz pierwszy. Zdając sobie sprawę co właśnie zrobił, odrzucił narzędzie zbrodni. Teraz nie było już odwrotu. Stanął przed możliwością realizacji swoich pragnień, lecz cena jaką musiał za to zapłacić, okazała się znacznie wyższa, niż z początku mu się wydawało. Nie wiedział, czy mężczyzna nadal żyje, jego myśli odcięły się od tego faktu. W tym momencie liczył się tylko jego cel.
Wbrew temu, co mu się z początku wydawało, sprzęt nie był zbyt obszerny. Zwykły komputer, dziwny terminal z ekranem, podłączona do niego skrzynka wielkości walizki i przewody niknące między nogami ciała leżącego na stole. Krzywiąc się sięgnął tam, by wyciągnąć urządzenie. Lecz to zdawało się utknąć.
— Co u licha? — mruknął, bezskutecznie szarpiąc. Stanął naprzeciw ciała niczym ginekolog i pociągnął ponownie, wciąż bez skutku. Zaparł się nogą o stół, lecz jedyne, co udało mu się osiągnąć, to przesunięcie ciała o kilka centymetrów do siebie. Nie miał wyjścia, musiał posunąć się do drastyczniejszych metod. Usiadł naprzeciwko leżącego, uniósł rękami nogi i zaparł się stopami o pośladki. Chwycił oburącz urządzenie i podjął kolejną próbę wydobycia ustrojstwa. Szarpnął kilkukrotnie na próbę, po czym stękając i warcząc niczym atleta dźwigający rekordowy ciężar, zaczął mocować się z upartym przyrządem. Narastające zniecierpliwienie i frustracja napędzały jego działania. Urządzenie ustąpiło niechętnie, wysuwając się nieco z odbytu. Józef nie zwracał uwagi na chrupanie i bulgotanie, wydobywające się z ciała, był zbyt pochłonięty walką o zdobycie tego, czego od dawna pragnął. Sukces znowu nie przyszedł bez konsekwencji. Józef wyrwał sondę, która w akompaniamencie obrzydliwego mlaśnięcia, chrupania i odgłosu rozrywanej skóry, wyszła z ciała z takim impetem, że wraz z nią spadł ze stołu, który natychmiast został zalany krwią i fragmentami wnętrzności. Zapach świeżej krwi natychmiast trafił do jego nozdrzy. Spojrzał na trzymane w dłoni ociekające posoką urządzenie. Wszystkie wypustki i igły były cały czas wysunięte. Teraz już wiedział, dlaczego miał takie problemy. Dioda znajdująca się na sondzie zamigotała na czerwono i cały sprzęt złożył się, wracając do swojego opływowego kształtu. Nie zastanawiając się dłużej, wytarł sondę o ubranie leżącego przed nim mężczyzny, zabrał cały sprzęt, pakując go do dużej podróżnej torby znalezionej w piwnicy i wybiegł z mieszkania.
Kot, którego minął po drodze, ocierał się przymilnie o ścianę, zupełnie nie przejmując się losem swojego właściciela.
Wracając do domu zastanawiał się, jakie ślady zostawił na miejscu zbrodni. Co może nakierować policję na jego trop? Poza kotem nie było żadnych świadków. On sam zaś nigdy nie był notowany, więc jego odciski palców nie figurowały w policyjnej bazie danych. Wydawało się, że przynajmniej na razie może spać spokojnie, lecz mimo to niepokój powoli trawił go i zatruwał umysł paranoją. Uczucia te stłumił nieco powrót do domu. Zamknął za sobą drzwi i niezwłocznie ruszył do pokoju w którym tworzył swoją sztukę.
Na stole leżało ciało, nad którym ostatnio pracował. Martwe. Nie wiedział, czy urządzenie zadziała. Mimo to postanowił spróbować. Wyładował wszystko ze skradzionej z mieszkania okularnika torby. Rozłożył sprzęt w podobny sposób jaki zapamiętał. Wsunął sondę w odbyt i usiadł przed komputerem. Czuł nieopisane podniecenie, wierzył, że już niebawem jego marzenia o panowaniu nad kształtem ciała mogą się ziścić. Wcisnął przycisk odpowiedzialny za włączanie urządzenia. Ekran zaświecił się i ujawniła mu się uproszczona wersja leżącego przed nim ciała. Zatarł ręce z zadowoleniem, lecz po chwili zastygł skonsternowany. Poza ciałem na ekranie nie było żadnych napisów ani oznaczeń, klawiatura posiadała jedynie dziesięć płaskich wgłębień pasujących do palców dłoni, przycisk włączania oraz bliźniaczy zielony przycisk po drugiej stronie. Dotknął ekranu, sprawdzając, czy nie zareaguje, lecz nic się nie stało. Nacisnął po kolei każde wgłębienie. Znowu nic. Może zielony przycisk? Znowu pudło. Spojrzał na klawiaturę komputera i wcisnął kilka przypadkowych klawiszy. Ekran pozostał niewzruszony, pewnie używał go jedynie przy udoskonalaniu urządzenia. Westchnął w duchu. Był tak blisko, aż tu nagle wszystkie jego zamiary zostały rozbite o ścianę niewiedzy. Czuł się jak dziecko widzące za szybą wspaniałą wymarzoną zabawkę. Siła z jaką jej pragnął była równie mocna jak szkło, które go od niej dzieliło. Chciało mu się płakać. Z rezygnacją pogłaskał terminal. Mógłby zrobić tak wiele, zacząłby od dodatkowych rąk. Sprawnych rąk, a nie zwisających z korpusu dwóch kawałków mięsa z kością.
Odwrócił się od ekranu, postanowił odłożyć kombinowanie na następny dzień. Był już zmęczony nadmiarem wrażeń. Po zrobieniu dwóch kroków zatrzymał się. Coś mu nie grało. Spojrzał na ciało, doszyte ramiona zwisały bezładnie tak jak wcześniej. Spojrzał niżej, z początku nie widział nic niezwykłego. Zdumiony zdał sobie w końcu sprawę co się zmieniło: na ekranie pojawiły się ramiona, których tam wcześniej nie było! Urządzenie wykryło te doszyte, czy chodziło o coś innego? Spoglądał na ekran i ciało, porównując je. Po namyśle nacisnął zielony przycisk. Ciało zadrgało i po chwili, ku nieopisanej radości Józefa, zaczęło się z nim coś dziać. Pod szwami coś się poruszyło, wypychając skórę. Rosła pod nimi, niczym nawodniona roślina wystawiona na słońce. Pod nią formowały się mięśnie, kości i ścięgna. Pojawił się nadgarstek i dłoń. W tym momencie doszyte ramiona łupnęły głucho o podłogę, ciągnąc nowe do dołu. Spektakl zakończył się, a jego efektem były piękne nowe ramiona ze szpetnie doszytymi do wierzchu dłoni kolejnymi kończynami. Oniemiały ze wzruszenia podszedł do swojego dzieła. Dotknął nowych ramion. Były idealne, wspaniale komponowały się z ciałem. Krytycznym okiem spojrzał na te doszyte wcześniej — niepasujące, o innym odcieniu skóry, mniej masywne. Wyraźnie psuły piękno leżącego przed nim stworzenia. Potem je odetnie. Lecz teraz zachęcony nieoczekiwanym sukcesem wrócił do terminalu.
Tylko jak tego dokonał? Starał się powtórzyć wykonane wcześniej ruchy. Bez efektu. Okej, spokojnie, zastanów się chwilę, powtarzał sobie, starał się opanować ekscytację, która wprawiała jego dłonie w drżenie a umysł mąciły mu kołatające się myśli. Po chwili namysłu położył dłoń na panelu, potem drugą. Patrzył na ekran i zastanawiał się co dalej. A może? Zdjął ręce z panelu, rozsiadł się wygodniej, niczym muzyk zasiadający do fortepianu, oczyścił umysł i ponownie przyłożył dłonie. Skupił się na głowie. Trzecie oko. Ta jedna myśl spowodowała pojawienie się na ekranie pożądanego obiektu. Od razu nacisnął zielony przycisk. Na czole wyrosła niewielka wypukłość, którą następnie naznaczyła pozioma linia, z niej zaś wyrosły rzęsy. Kawałki skóry rozdzieliły się, odsłaniając źrenicę wpatrzoną w sufit.
Józef zacisnął ręce w pięści, przysunął do siebie, cały stężał, drżąc od rozdzierających go emocji, by w końcu z siłą pocisku wystrzelić aż pod sam sufit, dając upust zebranej w nim radości.
— Taaaaaak! — krzyczał na całe gardło. Tańczył wokół ciała, zataczając koła i wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Wyglądał jak Apacz wykonujący taniec deszczu. Każdy dźwięk jaki wydawał, krok jaki czynił, każdy ruch wyrażał nieopisaną radość. Chłonął swoje zwycięstwo. Smakował je niczym drogi trunek pity w niegodny sposób prosto z butelki. Czuł się doskonale. Trwało to dobrych kilkanaście minut, które minęły mu jak sekundy.
Wreszcie, wciąż pomrukując z zadowolenia, usiadł z powrotem przed urządzeniem i zastanawiał się nad kolejnymi modyfikacjami. Z jego twarzy nie znikał grymas szaleńczej radości.
Natychmiast zapomniał o zmęczeniu. Cała noc zeszła mu na tworzeniu. Dodatkowa głowa, wgłębienie tu, wypukłość tam, rozdwojona dłoń, cztery nogi, gadzi język, zielone włosy. Trwało to do białego rana. W końcu usnął. Jego ciało skapitulowało pod naporem emocji, wrażeń i podniet. Zaś ciało nad którym pracował, w żadnym stopniu nie przypominało ludzkiego.
Kiedy się obudził, zdarzenia poprzedniego dnia i nocy zdawały mu się jedynie senną marą. Sądził, że otwarcie oczu zaatakuje go brutalną rzeczywistością. Pojawi się przed nim ciało z niechlujnie przyszytymi ramionami. Widok sprzętu ukoił jego obawy niczym czuły pocałunek ukochanej, rozwiewający wszelkie koszmary. Pogłaskał czule panel, ciesząc się fakturą wgłębień i przycisków. Przeciągnął się i wzdychając z zadowoleniem postanowił spojrzeć na swoje dzieło.
Zdumienie, które go ogarnęło, strzepnęło z jego umysłu resztkę senności. Ciało zniknęło a z ekranu zniknął jego zarys. Sonda leżała na stole w miejscu w jakim powinny znajdować się nogi jego obiektu. Józefa zaczęła ogarniać panika, rozejrzał się nerwowo, zaczął krążyć po pokojach, lecz w mieszkaniu niczego nie znalazł. Spojrzał w stronę okna, gorączkowo zastanawiał się czy uchylił je sam. Był tak zaaferowany pracą nad ciałem, że nie potrafił przypomnieć sobie połowy wczorajszych zdarzeń. Endorfiny sprawiły, że był niczym w narkotycznym transie. Pamiętał jedynie że w nocy wstawał kilka razy, żeby pośpiesznie skorzystać z toalety. Po czym natychmiast wracał do pracy. Myśl, która zakiełkowała w jego głowie, gdy patrzył na uchylone okno sprawiła, że bez namysłu wyszedł na zewnątrz.
Poszukiwania zajęły mu wiele godzin. Krążył po całej okolicy próbując odnaleźć swoją zgubę. Gdyby ktokolwiek zobaczył to ciało w blasku poranka… wolał nie myśleć jaką panikę wywołałoby wśród ludzi monstrum, które stworzył. Lecz jego dzieła nigdzie nie było, tak samo nigdzie nie zauważył żadnej paniki ani poruszenia, które mogłyby wskazywać na jego obecność.
W końcu postanowił zarzucić poszukiwania. Skoro on go nie znalazł, prawdopodobnie nikt inny tego nie dokona. Taką przynajmniej miał nadzieję. Pocieszając się tą naiwną myślą ruszył w kierunku sklepu „BodeeShop”.
Zdecydował się na zwyczajną dziewczynę, która wedle przeznaczenia miała służyć jako towarzyszka dla pryszczatych nastolatków interesujących się grami komputerowymi. Miała siedzieć z nimi i kibicować przy wybijaniu hord wirtualnych mutantów, podbijaniu królestw, nabijaniu doświadczenia oraz zdobywaniu kolejnych poziomów. Sporadycznie też, o ile właściciel na to pozwoli, potrafiła chwycić za kontroler, by wspólnie oddawać się elektronicznej rozgrywce, lub dać się pokonać w ulubionej grze towarzysza.
— To w co dzisiaj gramy? — spytała, gdy szli w kierunku mieszkania.
— Jeszcze nie wiem, zdecydujemy się na miejscu ok?
— Bo wiesz, wyszła ostatnio nowa część „Bezwzględnego Władcy Podziemi”, podobno dodali model budowania własnych lochów oraz funkcję ich przemierzania jako tytułowy władca! Rozumiesz to? Już nie tylko grasz w warstwie strategicznej, budując korytarze, pomieszczenia i stawiając obiekty. Teraz sam możesz brać udział w akcji!
Jej trajkotanie już od samego początku zaczynało działać Józefowi na nerwy. Mówiła szybko i z przejęciem. Gdyby był docelowym odbiorcą zakupionego towaru z pewnością byłby wniebowzięty rozpoczętą dyskusją. W jego wypadku ogłuszenie jej będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobi po przyjściu do mieszkania. Po namyśle stwierdził, że dla pewności jeszcze ją zaknebluje.
Większość dnia zeszła mu na eksperymentowaniu. Urządzenie dawało mu nieskończenie wielkie możliwości. Mógł dowolnie powiększać i pomniejszać każdą część ciała, tworzyć nowe, a nawet łączyć jego cechy z cechami zwierzęcymi. Skrzela, ogon, kocie łapy… Mógł zrobić wszystko, wystarczyło jedynie o tym pomyśleć.
Nieograniczone możliwości sprawiły, że poczuł się naprawdę wszechmocny. Wciąż chciał więcej, wciąż czuł niedosyt, którego nie potrafił zaspokoić. Czegoś mu w tym wszystkim brakowało. W pewnym sensie stał się panem stworzenia. Dawał ciału, nad którym pracował, błogosławieństwo doskonałości. Pozwalał mu stawać się istotą perfekcyjną i nieprzeciętną. W jego umyśle rodził się pomysł. Idea, która kiełkując rozrastała się w miarę pogłębiania się jego szaleństwa, które było dla niej nawozem. Zapragnął pójść o krok dalej. Postanowił pobłogosławić samego siebie.
Długo się wahał. Jeszcze zanim pomysł pojawił się w jego głowie, mimowolnie myślał jakby to było samemu stać się istotą doskonałą. Mieć dodatkowe kończyny, kocie oczy albo futro. Nie miał pewności jak jego ciało zareaguje na tak drastyczne zmiany. Zastanawiał się co będzie czuł, czy to będzie bolesny proces? Zawsze pracował przy nieprzytomnych obiektach, więc nie mógł tego stwierdzić. Lecz strach skutecznie zwalczała determinacja. Miało to być zwieńczeniem jego twórczości. Sam chciał stać się dla niej jej płótnem, na którym stworzy swoje najwspanialsze dzieło.
Najgorszym problemem było zrealizowanie planu. Musiał sam podłączyć się do aparatury, wprowadzić zmiany i na koniec je zatwierdzić. Nie miał pojęcia, co stanie się potem.
Bezwładne ciało kobiety odniósł do pomieszczenia obok, a sam położył się na stole, terminal położył przed sobą tak, że zwisającymi rękami mógł przy nim operować.
Już samo umieszczenie sondy było dość bolesne, lecz kiedy myślał, że najgorsze ma za sobą, poczuł nieznośne rwanie w głębi ciała. Ból rozdzierał go od środka i poważnie zaburzył jasność umysłu. To sprawiło, że pojawiające się na ekranie modyfikacje były nie do końca takie, jak sobie wyobrażał. Wiedział, że teraz nie może się wycofać, zaszedł zbyt daleko. Wcisnął zielony przycisk. Czuł jak jego skóra napina się niemal do zerwania, po czym rozluźnia się stając się obwisłym workiem w którym zamknięte są jego drgające mięśnie. Dwie bolesne szramy rozwarły się na jego plecach, odsłaniając żebra i łopatki. Jego nos zaczął się wysuwać do przodu, jakby ciągnięty niewidzialną siłą. Na twarzy czuł pojawiające się otwory, jakby w zwolnionym tempie ktoś go dziurawił. Gdy poczuł, że jego szczęka rozszerza się, zaś zęby wypychane są na zewnątrz, jego umysł zapadł w łaskawą nieświadomość.
Przebudzenie przyszło nagle i było z rodzaju tych wyjątkowo nieprzyjemnych. Kac zdawał się przy tym jedynie lekką niedogodnością.
Leżał w takiej pozycji, w jakiej stracił przytomność. Zamglone spojrzenie skierowane było na zwisające ze stołu ręce. Gdy jego wzrok odzyskał ostrość, zauważył na swoich przedramionach po dwie podłużne dziury, za którymi lśniło gołe mięso, po jednej na zewnętrznej i wewnętrznej stronie. Jego skóra przybrała ciemnoszary kolor. Palce dłoni stały się dłuższe. Mógłby nimi bez problemu objąć głowę przeciętnego człowieka. Spróbował wstać. Był bardzo osłabiony. Z twarzą skrzywioną grymasem bólu wyjął z odbytu sondę urządzenia i odrzucił ją na bok. Chwiejnym krokiem udał się do łazienki. Spojrzał w lustro, żeby zobaczyć efekty swojej transformacji. Z początku tego nie zauważył, ale pole widzenia znacznie mu się poszerzyło. Mógł bez problemu dostrzec to co się działo obok niego i nad nim bez najmniejszego ruchu gałkami ocznymi. W lustrze dostrzegł po tuzin oczu w każdym monstrualnym oczodole. Psi nos był zwieńczeniem gadziego pyska z którego wystawały ostre jak szpilki nieludzkie zębiska. Wyprostował się, rozłożył nieco diabelskie, zakończone szponami skrzydła. Zamachał nimi na próbę. Czuł narastającą w nim potęgę. Stał się nadczłowiekiem, istotą doskonałą. Spojrzał w okno. Rozpędził się, wyskoczył przez nie, wybijając się na mocarnych lamparcich nogach i wyskoczył wprost w ciemność miejskiej nocy. Nie zauważył nawet, że zmieniona przez niego dziewczyna również zniknęła z mieszkania.
Uczucie było odurzające. Skrzydła spisywały się znakomicie. Wiatr przygrywał mu ogłuszającą muzyką wprost do uszu nietoperza. Teraz, gdy widział świat z góry, zdał sobie sprawę jaki jest on mały i nieznaczący. Był teraz ponad wszystkimi ludzkimi problemami. Czuł się jak władca świata.
Wylądował na dachu najwyższego budynku w okolicy. Pora sprawdzić, jak działa najważniejsza zmiana w jego ciele. Wysunął przed siebie ramiona i zaczął zaciskać rytmicznie pięści. Z dziur w przedramionach sączyła się biała, ropna substancja, nabierająca kształtu, zanim jeszcze opadła na ziemię. Wytworzyły się z niej dwie istoty, które były niedoskonałymi kopiami swojego stwórcy. W końcu czym byłby król świata bez swoich sług? Istoty te nie posiadały skrzydeł, były niższe i drobniejsze, lecz reprodukowały się w ten sam sposób, co sprawiło, że już po niespełna godzinie cały dach zapełnił się dziesiątkami mniej lub bardziej podobnych do siebie kreatur.
— Era ludzkości chyli się ku końcowi. Nastanie czas istot doskonalszych. Padną przed nami na kolana, lub zginą uznając naszą wyższość! — krzyczał szaleńczo nieludzkim głosem odmieniony Józef, a zebrane wokół niego stwory wtórowały mu nieartykułowanymi okrzykami. — Idźcie chwalić moje imię! Jam jest Nija! Nowy władca tego świata! — Słysząc to jego dzieci rozpierzchły się na wszystkie strony świata z bojowym okrzykiem, który niósł się echem zwiastującym śmierć. Schodziły z budynku głowami w dół, zakrywając swoimi nagimi ciałami całe ściany. Wyglądały niczym stado szarego robactwa uciekającego spod długo nie podnoszonej skrzyni w piwnicy.
Krzyki przerażenia dobiegające z mieszkań rozchodziły się w miarę jak istoty poruszały się w dół. Pechowcy, którzy nie zamknęli okien, stawali twarzą w twarz z koszmarem, który wlewał się wprost do ich domów. Kierowane instynktem potwory bez skrupułów rozrywały lokatorów na strzępy. Wyrywając im kończyny, miażdżąc głowy olbrzymimi łapami i dosłownie kąpiąc się w krwi swoich ofiar wykrzykiwały imię swojego pana.
— Nija! Nija! Nija! — skandowane głośno imię odbijało się echem w całej okolicy. Na ulicach zapanował chaos.
Nija obserwował to z góry, pławiąc się w swojej krwawej chwale. Ludzie byli wywlekani z mieszkań wprost na ulice. Kazano im patrzeć na nowego władcę i uznać jego wyższość. Większość zdjęta przerażeniem nie rozumiała w ogóle co się dzieje. Krzyczeli, wyrywali się i próbowali walczyć. Lecz zaskoczeni ludzie nie mieli szans. Wciąż mnożące się dzieci Nijy skutecznie tłamsiły wszelki opór. Wpychały swoim ofiarom palce w gardła, po czym wyrywały je wraz ze szczęką. Zszokowane ofiary umierały, wywracając oczy i rzucając się w daremnych próbach chwytania się życia.
Zmobilizowane siły policyjne prowadziły wyrównaną walkę z armią Nowego Króla Świata. Broń palna ścierała się z pazurami i zębami. Na każde zabite dziecko Niji rodziły się kolejne, lecz pociski nie pozwalały dostatecznie zbliżyć się do wroga. Ci, którym udało się przedrzeć przez grad ołowiu, bezlitośnie rozrywali swoich wrogów na strzępy. Z czasem szala zwycięstwa z pewnością przechyliłaby się w stronę potworów, gdyby nie to, że w każdej chwili mogło przybyć już dawno wezwane wojsko. Nija musiał się śpieszyć.
Wylądował w spokojniejszym miejscu i wezwał do siebie swoje coraz liczniejsze dzieci. Te podnosiły go w górę, tworząc pod nim skupisko łączących się ciał. Góra ta rosła spajając się w jeden organizm. Ciała łączyły się ze sobą splotami nerwów, żył, mięśni i monstrualnych ścięgien. Nija czuł, że z każdym ciałem przyłączającym się do tej masy wzrasta jego siła i potęga. Sam znajdował się w samym środku, bezpiecznie ukryty. Masa szarego mięsa wytworzyła karykaturalne, masywne, szerokie cielsko z trzema mięsistymi odnóżami, wysokie niczym dwudziestopiętrowy budynek. Jedno ramię było zakończone czarnym szponem, a drugie czteropalczastą łapą również zakończoną szponami. Twarz stwora miała nieregularny otwór gębowy wykrzywiony w grymasie przypominającym obłąkańczy uśmiech, odsłaniający szkaradne drobne uzębienie. Wielkie, wyłupiaste, białe oczy wyrażały szaleństwo i radość. Na całym ciele widać było drobne pozostałości składających się na nie mniejszych organizmów. Wszędzie wystawały okropne twarze i poruszające się kończyny, bądź wciąż oddychające korpusy, niczym wrzody, pory i wyrostki nieustannie zmieniające swoje położenie.
Upojony potęgą Nija wyjąc triumfalnie uderzył na odlew najbliższy budynek, który runął jakby był zaledwie kartonową makietą. Z wyrw wieżowca wysypali się schowani w nim ludzie, nie będący w stanie w porę umknąć. Krzyczące marionetki leciały w dół na spotkanie z nieuchronnym końcem. Przysypane gruzem zapomnienia stawały się kolejną statystyką podawaną w codziennych wiadomościach.
Zgodnie z jego przewidywaniami zjawiło się wojsko. Zbierające się wokół niego czołgi i helikoptery jawiły się mu niczym robactwo zbierające się wokół padliny i tak też je traktował. Ogromna stopa zaczęła opadać w stronę najbliższego opancerzonego pojazdu. Znajdujący się w nim żołnierze, widząc beznadziejność sytuacji w jakiej się znaleźli, uciekali rozbiegając się w panice. Gruby metal został wprasowany w asfalt. Drżenie ziemi wywołane uderzeniem zwaliło wszystkich z nóg.
Samoloty lecące wprost na oszalałego giganta posyłały w jego kierunku całe salwy rakiet, które wbijały się w jego symbiotyczne ciało niczym drobne eksplodujące szpilki. Jego bojowy ryk sprawił, że wszystkie okna w okolicy rozsypały się w drobny mak. Machnięciem wyposażonej w szpon łapy starał się odgonić natrętne żelazne robactwo. Samoloty zgrabnie uniknęły tego ataku, odlatując na boki. Te, którym się nie udało, pękały w rozbłysku eksplozji jak ćmy spalane przez zwarcie elektryczne w bezcelowym dążeniu do światła. Rozochocony potwór postępował do przodu. Na jego ciele pojawiały się rozdzierające ciemność rozbłyski eksplozji, które miały swój początek w bezsilnych wystrzałach z ziemi i powietrza. Pociski niknęły w nim niczym wystrzelone w wodę.
Odwaga ludzi prowadzących ostrzał topniała w miarę jak Nija przerzedzał ich szeregi. Niecodzienny widok zbliżającego się olbrzyma o okropnej groteskowej aparycji, pozbawiał zmysłów co wrażliwszych uczestników bitwy. Odrzucali oni broń i ratowali się dezercją. Dawali upust swojemu szaleństwu krzycząc opętańczo. Zamykali się w sobie ukrywając się za dającymi pozorne poczucie bezpieczeństwa ciężkimi pojazdami, bądź budynkami. Ludzkość nie była przygotowana na odparcie takiej potęgi… Wszyscy biorący dział w masakrze zadawali sobie jedno pytanie. Czy taki ma być koniec rasy ludzkiej?

Dzień wcześniej. Późna noc.

Józef leżał na panelu urządzenia po całej nocy szaleńczej, niepohamowanej twórczości. Jego twarz wskazywała, że w świecie snów wciąż realizuje swoje ambitne plany stworzenia istoty doskonałej.
Ciało leżące na stole wyglądało jak kartka znudzonego lekcjami nastolatka. Na każdym jego fragmencie widniała inna modyfikacja, jakby każdy jego kawałek miał być polem do coraz to nowych eksperymentów. Dziury, wypustki, wystające kości, dziwaczne członki, rzędy palców, kępki włosów. Ciało się poruszyło. Jego skóra się napięła, jakby nagle stała się za ciasna. Zaczęły pojawiać się na niej pęknięcia. Kolejne kawałki odpadały, lądując na podłodze. Tam wysychały, zwijały się, aż w końcu rozpadały się niczym palony papier. Pozbawione skóry ciało odsłoniło gołe mięso, które również odpadało od kości z mokrym chlupotem. Ochłapy rozpływały się niczym woskowe figury w płonącym muzeum. Wydzielający się przy tym czerwono-żółty ropny płyn parowywał niczym rozgrzany alkohol. Ostatnie poddały się kości, zapadając się w sobie z cichym chrzęstem i obracając w popiół, po którym również nie został najmniejszy ślad. Józef zachrapał jedynie na to i poprawił się nieznacznie, dalej marząc o nowych modyfikacjach.

Obecnie

Kiedy już wszystko wydawało się stracone, potwór nagle zaczął się poruszać jakby mniej płynnie. Nija poczuł pieczenie, które było czymś innym, niż pociski wbijające się w jego ciało. Zignorował to. Lecz przy kolejnym gwałtownym ruchu jego skóra zaczęła pękać. Na ziemię posypał się deszcz składających się na nią kończyn i ciał, które zostawiając za sobą szlak szarego, przypominającego brudny śnieg popiołu spadały na betonowe chodniki, rozsypując się na wysychające kawałki. Zdziwiony potwór spojrzał na swoje rozpadające się ramiona. Wielki szpon odpadł od ramienia i roztrzaskał się jakby był ze szkła. Nija czuł, że traci kontakt ze swoim nowym ciałem. Kolejne warstwy ześlizgującego się z niego mięsa stopniowo odsłaniały znajdującą się w jego wnętrzu kryjówkę. W końcu wypadł z niej, obnażony i upodlony. Próbował zamachać skrzydłami, chcąc uratować się od upadku, lecz te złamały się. Jeszcze zanim upadł na ziemie stracił wszystko inne – owadzie oczy, psi nos, wielkie łapska, gadzi pysk. Stracił insygnia swojej władzy. Te, które czyniły go istotą doskonałą.
Umarł już jako człowiek, jako Józef, którego ambicją było stać się kształcicielem. Chciał być tym, który da początek nowej rasie doskonałych istot. Nie wiedział jednak, że doskonałość nie ma prawa istnieć, gdyż doskonałością jest właśnie jej brak. Nasze ułomności i to jak sobie z nimi radzimy definiuje to jak doskonali jesteśmy. Doskonałością jest samo dążenie do niej, a nie jej osiągnięcie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: