polskie centrum bizarro

„Z nieba zstąpienie” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Czerwiec 3, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWiara to skomplikowana sprawa. Paskud wierzy gorliwie w Nabożną Radę Wyższej Konieczności Spowodowanej Problemami Gastrycznymi od Kapusty, więc dobrze o tym wie. Mamy wybór w co wierzyć, bogaty, i niektórzy korzystają z niego (aż nadto czasem). Ale jak ktoś wierzy, musi się spodziewać jednego…

Nadejdzie ino taki dzień, że wiara jego na próbę wystawiona będzie.

Czy coś takiego. Jako bezwolne marionetki naszej maskotki, właściwie się na tym nie znamy za bardzo. Woda święcona robi niektórym z nas krzywdę, lecz na tym koniec. Zeter Zelke zna się za to znakomicie. A i naszemu zacnemu grafikowi, Tomaszowi Woźniakowi, ta tematyka nie jest obca…. Zresztą, obaczcie na własne oczy poniżej.

h

Z nieba zstąpienie

h

Oto Druteń – małopolska wioska, według oficjalnych rachunków licząca sto pięćdziesiąt siedem głów. Uroczy ten zakątek, zabudowany drewnianymi chatami w XIX-wiecznym stylu, ukoiłby Weltschmerz niejednej skołatanej duszy; zwłaszcza na przełomie wiosny i lata. Czyste powietrze pachniało trawą, pochodzącą głównie z pastwisk dla mlecznych krów. Po błękitnym niebie przesuwały się pierzaste obłoki, na ich tle zaś drobna ptaszyna polowała na jeszcze drobniejsze owady. Ulice były czyste, domostwa zadbane, ozdobne ogródki zakwitały kolorami tęczy i nęciły bogatą gamą słodkich zapachów. Tu nawet dzikie koty i psy wydawały się żyć we względnej przyjaźni. Spokojny Druteń – można by rzec – był pomnikiem bożej miłości do wszelkiego stworzenia. Jeśli nie w oczach przypadkowego przechodnia, to na pewno w oczach lokalnego proboszcza!
Ksiądz proboszcz Chryzant Bogumił Pobożko był pasjonistą nie tylko z wykształcenia. Oddany swej regule, Słowu Bożemu i misji apostolstwa, poświęcił życie na odmianę oblicza choćby skrawka polskiej ziemi. Gdy przed bez mała trzydziestoma laty pierwszy raz postawił nogę w Druteniu, momentalnie poczuł natchnienie Ducha Świętego. Rozpoznał nieograniczony potencjał, ugór który czekał na rolnika, pustynię jaka łaknęła deszczu nauk chrystusowych, głodnego którego trzeba było nakarmić przesłaniem Stwórcy. Oczami wyobraźni zobaczył raj na Ziemi, w jaki pewnego dnia ta cicha, niepozorna osadka mogłaby się przemienić pod jego przewodem. Wszystko w Imię Pańskie. Mijały lata, a duszpasterz nie tracił zapału. Ba! Wręcz im wyraźniej dostrzegał owoce swej pracy, tym silniejszą miał motywację, by kontynuować Opus Dei.
Pasjonista wielbił Chrystusa całym sobą, toteż pragnął przeszczepić tę miłość na wiernych. Rzekłby ktoś, że pragnął żarliwie, ktoś mniej wyrozumiały, że wręcz fanatycznie. Próbując naśladować Zbawcę, jak on był dobry, łagodny oraz cierpliwy, ale kiedy wymagała tego sytuacja, również surowy; ku chwale bożej i dla ratowania prostych dusz przed wiecznym potępieniem. Nie wikłał się w politykę, uważał bowiem, że strefa sacrum to nie miejsce dla deliberowania o profanum. Z konieczności i obowiązku przestrzegał przed zakusami Szatana, wszechobecną vanitas, pokusami i wszędobylskim ohydztwem. Magia istniała i – jak powiada Pismo – była zła. Harry Potter to wcielenie Belzebuba, Lucyfer czaił się w telewizji, książkach, grach komputerowych oraz fabularnych. Tkwił nawet w pozornie niewinnych zabawkach: lalkach Barbie! W samej rzeczy, Rogaty był panem współczesnych czasów. Pokusy materialne, marność nad marnościami: oto złoty cielec, któremu wszystkie narody biły czoła, zapominając o skromności i przykazaniach bożych.
– Dlatego wy! – grzmiał z ambony. – Wy, moi parafianie, musicie błyszczeć przykładem! Nasza mieścina, choć niewielka, jest przepiękna. Czy wam tu źle? Cierpicie niewygody?
Zgromadzeni zawsze wtedy zaprzeczali, pozwalając kaznodziei kontynuować: – Zaiste, powiadam wam, to dowód chrystusowej miłości do nas, maluczkich. Jesteśmy niby ta latarnia jasno świecąca, a wokół nas ołowiane niebo i wzburzony ocean ludzkiej ignorancji. Nie dajcie się złym czasom! Nie pozwólcie diabłu się zbałamucić! Wszędzie na ziemi ludzie odwracają się od Boga, od Kościoła, dlatego wy musicie pozostać mu wierni. Bo Jego jest królestwo, potęga i chwała na wieki. Tak na ziemi, jak i w niebie. Amen!
I tak to się ciągnęło, dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Kropla drążyła skałę, aż w końcu Bogumił Pobożko zbliżył się do swojego ideału: wychował sobie wiernych, ułożył ich jak zaplanował i stworzył coś, co przynajmniej w jego mniemaniu było miejscem najbliższym Boga; najlepszym, jakie mogło zaistnieć w świecie skorumpowanym przez Złego.
Pasjonista, choć skromny, z trudem ukrywał dumę. Codziennie po mszy wieczornej padał krzyżem przed świętym obrazem i, łojąc się sznurem po łopatkach, przepraszał Boga za pychę, choćby niezamierzoną. Bo być może za bardzo cieszyły go osiągnięcia, bo być może zbyt często zapominał, że tak naprawdę był tylko narzędziem w ręku Pana i jako takie czynił jedynie Jego wolę. Ale czasami ogarniało go tak euforyczne zadowolenie, że przy regule nakazującej umiarkowanie we wszystkim po głowie zaczynały chodzić mu paranoiczne myśli. W głębi duszy obawiał się, że Bóg zechce pewnego dnia poddać go próbie. Może pozwoli Szatanowi zesłać na swego sługę pokusy, aby przetestować jego prawość? Dlatego im lepiej się działo, tym było gorzej. Im pobożniejsza stawała się społeczność Drutenia, tym częściej Chryzant tłumił w sobie zadowolenie, by przypadkiem nie poczytano mu tego za próżność.
Od jakiegoś czasu jednak było ciężko; odczuwalnie ciężej niż zwykle. Wszystko układało się zbyt dobrze. Niemal jakby już wraz ze swoją trzódką dostąpił nieba na Ziemi. Od miesięcy nikt nikogo nie pobił, nikt nikogo nie okradł, nikt niczego nie zdewastował Wioskę ominęły szalejące w sąsiedztwie żywioły. Po ostatnich ulewach okoliczna rzeka wystąpiła z brzegów, zalewając kilka wiosek. Wichury przewracały drzewa, słupy telegraficzne, zrywały dachówki z dachów i w sumie zniszczyły kilkadziesiąt gospodarstw. W Druteniu zaś nie zalało ani jednej piwniczki, wiatr nie porwał ani jednej anteny telewizyjnej. Bogumił był przekonany, że w ten sposób objawiała się Boża łaska, a wierni oczywiście wierzyli, bo i czemu nie mieliby wierzyć, skoro dowody sypały się z każdej strony.
– Grzeszny świat zalewają powodzie! – perorował Pobożko. – Ale tam, gdzie jasno płonie światło wiary nikomu nie staje się krzywda. Widzicie sami! Cóż wam więcej trzeba? Bydlówka i Smerka zalane. Domy w Kaczmarkowie zrujnowane po przejściu huraganu! A my.. – Zmarszczka pojawiła się na jego czole, ale po kilku sekundach zniknęła. Stłumił kiełkującą dumę, przymknął oczy, pochylił skromnie głowę i składając dłonie, dokończył z pokorą: – A my, dzięki Bogu składając, módlmy się, aby Druteń nadal był nam twierdzą. Módlmy się, by nasi sąsiedzi, co teraz cierpią Boży gniew, otworzyli wreszcie oczy na miłosierdzie Pana.
– Amen! – odrzekli parafianie jednym głosem.
Po kazaniu pasjonista przez pół dnia leżał w zakrystii krzyżem i znów łajał się sznurem za grzech pychy oraz nadmiernego samozadowolenia. Gdy tak forsował plecy, przez głowę przeszła mu rozpaczliwa myśl, czy raczej prośba do Boga, aby mu ulżył. Wprawdzie nie istniało nic szczytniejszego, nad prowadzenie dusz ku zbawieniu, ale ciężko było nie gratulować sobie sukcesu, ciężko było nie wskazywać bliźnich – których wszak winno się kochać! – jako dowodu na zło toczące ten świat.
– Może nie jestem godzien! – jęczał Pobożko i płakał, tarzając się po brudzie podłogi. – O, jakże byłoby mi łatwiej, gdybyś dał mi jakiś znak!
Mało rzec, że wkrótce modlitwy Chryzanta miały zostać spełnione. I gdyby ten w gruncie rzeczy zacny człek wiedział, co z tego wyniknie, dla dobra ludzkości nigdy nie przywdziałby habitu. Mniej serdeczni zaś ludzie życzyliby mu, aby umarł, zanim się narodził.

h

***

h

Niedzielą, pod koniec popołudniowego kazania, w małopolskiej wiosce nastąpił cud. Stało się coś, co wprawiłoby w osłupienie naukowców, ateistów i wszystkich niewiernych – stał się dowód na istnienie Boga; dowód poprzez bezpośrednie objawienie.
Pobożko właśnie wsadzał opłatek w oczekujące usta ostatniego parafianina, gdy na sklepieniu kościoła pojawiła się jasna plamka. Plamce towarzyszył śpiew aniołów. Jasność rozrastała się na kształt stożka, aż oświetliła cały ołtarz. Wtem zniknęła, anielskie głosy ucichły, a tam gdzie jeszcze przed momentem było porażające światło, stał facet w sandałach, krótkich spodenkach oraz hawajskiej koszuli. W ręce trzymał spoconą szklankę z parasolką. Drink był napoczęty, jasnozielony. Mężczyzna miał sięgające ramion, brązowe włosy, gęstą, krótko przyciętą brodę i gdyby nie okulary przeciwsłoneczne na nosie, przypominałby Chrystusa z obrazu wiszącego za ołtarzem.
– Czołem, wierni! – pozdrowił zgromadzonych, którzy gapili się na niego z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Gapili się w kompletnej ciszy.
– No, co jest? Nie poznajecie mnie? To ja: JC! – Bóg błysnął śnieżnobiałymi zębami w szerokim uśmiechu. – Tak żeście się długo modlili, zwłaszcza ty! – Odwrócił się gwałtownie do Chryzanta, puścił mu oko, wskazał palcem jednej ręki i podniósł kciuk u drugiej w charakterystyczny sposób, żywcem wyjęty z „Dogmy”. – Tak żeście mnie długo prosili, żem zapytał siebie: Ojcze, oni błagają już tyle wieków. Daj mi do nich zejść! I odpowiedziałem sobie: Dobrze, idź Synu. Tylko uważaj na siebie! Po prawdzie – dodał szeptem, komicznie zmarszczywszy nos – nie chcielibyście poznać mnie od strony Ojca. Straszny wtedy ze mnie sztywniak wychodzi, poważny i ponury. A srogi przy tym jestem, że hej!
Jezus postawił drinka z parasolką na ołtarzu, zszedł swobodnie po schodkach i stanął obok pasjonisty, kładąc mu konfidencjonalnie rękę na ramieniu. Wydawało się, że był tak ucieszony swoim z nieba zstąpieniem, że nawet nie zauważył pogłębiającego się marsa na czole kaznodziei. Nozdrza Pobożki poruszały się szybko, krzaczaste brwi marszczyły groźnie, patena poruszała niespokojnie w drżących dłoniach. Wreszcie Bogumił zaczerpnął powietrza, spiorunował dziwaka w sandałach spojrzeniem, po czym huknął:
– Co to za sztuczki! Żeby sobie tak drwić z Pana! Żeby tak niepokoić dobrych ludzi podczas świętej uroczystości! Kto cię nasłał, urwipołciu?
Parafianie jak stali, tak z sapnięciem opadli na ławy, śledząc rozwój wydarzeń z coraz szerzej otwartymi ustami. JC obejrzał się na Pobożkę zdziwiony, lecz wciąż pogodny. Zdjął okulary, pokazując oczy: dobre, piękne, jasnoniebieskie.
– O co ci chodzi, Boguś? – Rozłożył dłonie w niewinnym geście. – Boga swego nie poznajesz?

h

Woźniak1

h

Pobożko poczerwieniał z gniewu.
– Za urządzanie w przybytku bożym widowiska grożą surowe kary. Nie myśl sobie tylko! Odejdź stąd, przebierańcze, zanim policję wezwę. A najlepiej nawróć się, bo za ten grzech ciężki niechybnie czeka cię kara potępienia.
– Jam jest Zbawiciel – upierał się tamten. – Stworzyciel nieba i ziemi. Trochę mnie boli, że na słowo nie wierzysz. Jeśli potrzeba ci cudu, oto cud.
JC machnął dłonią w powietrzu. Znikąd zmaterializowała się rybka i wpadła do okrągłego akwarium, które samozwaniec wyczarował w drugiej dłoni. Parafianie westchnęli, co niektórzy poklękali, inni zaczęli chlipać ze wzruszenia. JC uśmiechnął się do nich łagodnie:
– Nie klękajcie. Usiądźcie wszyscy. Zrelaksujcie się. Oto nareszcie jestem wśród was, Pan Bóg wasz.
Wyglądało na to, że większość zgromadzonych, o ile nie wszyscy, uwierzyła. Ludzie połykali łzy, przyciskali do ust różańce lub chusteczki, szeptali modlitwy, wyciągali dłonie, aby dotknąć hawajskich wzorów na lekkiej koszulinie. JC przechadzał się między ławami, podawał ręce, wymieniał uściski, przytulał, pocieszał, komentował, rzucał grzecznymi żarcikami, odpowiadał na zadawane pytania – niby gwiazdor na spotkaniu z wielbicielami.
Wszyscy wyglądali na wniebowziętych. Wszyscy, poza pasjonistą. On węszył jakiś podstęp, jakieś piekielne sztuczki, albo – co wcale nie było bardziej pocieszające – sprawdzian jego wiary, którego z dawna się obawiał. Którego oczekiwał. Ale czy był przygotowany? Owieczki właśnie padały ofiarą wilka na jego oczach. Tak łatwo uwierzyli, widząc kilka cyrkowych sztuczek. Krew w Chryzancie się zagotowała.
JC właśnie rozmawiał z dwoma chłopcami, których proboszcz od kilku miesięcy podejrzewał o grzech homoseksualizmu:
– Czyż nie rzekłem wam: kochajcie bliźniego swego jak siebie samego? – Jezus złapał chłopców za dłonie i zamknął je we własnych. – Zapomnijcie o kamieniowaniu wynaturzeń. To byłem stary ja. Teraz jestem inny. Jestem Synem. Jestem dobry i łagodny. I oto, co mam wam do powiedzenia: Wszelkie moje dzieło jest doskonałe. To znaczy, że wszelkiemu memu stworzeniu należy się szacunek, czy to człek, czy robak. Cieszcie się życiem, bo dzień sądu jeszcze daleko, a po śmierci trochę sobie na niego poczekacie. Innymi słowy: żyjcie i dajcie żyć…
– Stop! – Pobożko wpadł między JC a gejów, wymachując rękami jakby się paliło. – Co to za propaganda? Łgarstwa i szerzenie nieczystości!
– Boguś, w tobie wciąż żyje starotestamentowa mentalność. – Zbawiciel zrobił zmartwioną minę. – To już nie te czasy, a wyznam wam szczerze, że żałuję dawnych postanowień. Jako Ojciec miewałem nieraz głupie pomysły. No dobra, byłem okrutny i zazdrosny.
Znowu położył dłoń na ramieniu proboszcza. Ten się wzdrygnął i strząsnął ją z siebie niby śniętą rybę. Niezrażony, JC kontynuował dobrotliwie:
– Ale posłuchajcie: zmieniłem się. Zmieniłem się na lepsze. Jestem pełen miłości. Wybaczam nawet największe krzywdy. Cierpiałem za was męki na krzyżu. Ale też za swoje dawne przewiny wobec mego stworzenia.
JC gadał i zdobywał posłuch, tymczasem Chryzant nabierał coraz większej pewności, że to nie trefniś, nie klaun ani komediant zatrudniony przez jedną z tych bezbożnych stacji telewizyjnych. O nie, to był sam Szatan! Wylazł z piekła, aby poddać go próbie wiary. Aby go złamać, obnażyć przed Zbawicielem. Przed prawdziwym Zbawicielem.
– Wciąż mnie boli – mówił JC do publiki – że w was tyle zawiści. Tworzycie sobie jakieś normy, utrudniacie sobie nawzajem żywot, gnębicie słabszych. Ale powiedziałem sobie: Niech się uczą. W końcu nauczą się miłości i nauczą się rozumu. I tak sobie na was popatruję z niebiesiech i choć widzę odrażające rzeczy, to też widzę coraz częściej piękno. Uff! – Poluzował nieistniejący kołnierz, po czym zaczął rozpinać koszulę. – Gorąco tu jak w piekle!
Parafianie westchnęli z uwielbieniem. Chryzant zacisnął pięści. Oczarował ich ten Zły. Omotał wokół pazura w przeciągu kilku chwil.
– Żaden szatański hipsterski pacyfista nie będzie mi się negliżować w świątyni bożej! – ryknął. – Wynoś się natychmiast!
Pierwszy bodaj raz czoło JC się zmarszczyło.
– Czyś nie słyszał, com mówił o tym, że wszelkie me stworzenie jest doskonałe? Dotyczy to też ciała, które przybrałem, a które i wy macie na podobieństwo moje. Nagość nie obraża Syna… – zawahał się. – Choć przyznaję, że Bóg Ojciec ma z tym jakiś problem Moje dzieci, nauczcie się kochać to, jakich was stworzyłem.
To rzekłszy, Jezus uczynił rzecz niebywałą, od którego zachłysnęła się znaczna część mężczyzn, a kobietom niemal oczy nie powypadały z orbit. Zbawiciel rozerwał swą koszulinę, ukazując gładki, opalony tors, a następnie zdjął krótkie spodenki, wywalając na wierzch swoje przyrodzenie.
– Oto ja! – zawołał, rozkładając ramiona i pokazując wszem wobec to, co dawniej malarze zwykli skrywać za listkiem figowym. – Pan Bóg wasz! Nie wstydźcie się swych ciał. No już! Wyskakujcie z ciuszków, raz, raz!
Pobożko ze zgrozą zanotował, że niektórzy chyżo jęli uwalniać się z przyodziewków. Zainterweniował, nim sprawy posunęły się zbyt daleko. Wciągał z powrotem na ludzi wymięte ubrania, jednocześnie usiłując wypędzić golasa z kościoła. JC dawał się przez jakiś czas szturchać, być może uważał to nawet za zabawne, ale w pewnym momencie złapał za ramię usiłującego opanować sytuację pasjonistę, spojrzał mu głęboko w oczy i rzekł zasmuconym głosem:
– Ty naprawdę mnie nie poznajesz. Ty, któryś sprawił, iż Druteń zbliżył się do mnie jak żadne inne ludzkie skupisko na ziemi.
– Wyjdź Szatanie! – Chryzant wskazał zamaszyście otwarte drzwi kościoła. W drugiej ręce zademonstrował krzyż, jakby zaraz miał wziąć się za egzorcyzmy. Po prawdzie taki właśnie miał zamiar, jeśli Belzebub by się opierał. – Opuść ten dom boży, w Imię Ojca i Syna, i Ducha…
– Skoro o Duchu Świętym mowa – wszedł mu w słowo JC, już nieco rozdrażniony – być może odnajdziesz prawdę w sercu, gdy poznasz prawdziwego Lucyfera. Może on otworzy ci oczy, bo widzę, że się pomyliłem w twojej ocenie. Jesteś bardziej ślepy niż nietoperz. Boga swego byś nie poznał, choćby los świata od tego zależał.
Uniósł głowę i zmierzył duszpasterza zawiedzionym spojrzeniem. Te oczy, jeszcze niedawno wesołe i błyszczące, pociemniały. Choć był nagi i świecił genitaliami, mimo wszystko nie tracił na powadze. Ale to nie przekonało Chryzanta i JC odczytał to po wyrazie jego twarzy. Zbawiciel wyciągnął ręce przed siebie: w lewej pojawił się kielich z winem, w prawej bochenek chleba.
– Oto krew moja i ciało moje. W bardziej przystępnej formie. Jeśli, jak mówisz, Boga w sercu nosisz, powinieneś je rozpoznać.
– To jakaś diabelska sztuczka! Spójrz na siebie! Stoisz goły jak święty turecki i bogiem się nazywasz. Kpisz z Boga i jego wiernych!
– Moja nagość cię przeraża. – JC pokiwał głową. – Patrzysz na mnie, ale widzisz tylko nieokryte ciało, które z niepojętych dla mnie względów jest ci ohydne. Czy zgodzisz się, że Pan Bóg twój jest doskonały, więc jego stworzenie jest doskonałe?
– Tak! – odparł Chryzant.
– I godne uwielbienia?
– Tak!
– Czy twoje ciało jest stworzone przez Boga i jest godne uwielbienia?
– T-tak. – Pasjonista nieco się zawahał, rozpamiętując te wszystkie dnie i noce, kiedy namiętnie się umęczał.
– A moje?
Chryzant niechętnie, ale skinął głową.
– Wnioskuję tedy, że obdarzasz boże dzieła odpowiednią powagą, szacunkiem i adoracją?
– Oczywiście, że tak! – zniecierpliwił się kaznodzieja.
JC wziął swoje słusznej wielkości przyrodzenie w rękę i przysunął bliżej księdza.
– Tedy adoruj je. Całuj. Twój Bóg tego od ciebie wymaga.
Bogumił wytrzeszczył oczy, poczerwieniał na twarzy i zdawało się, że przez moment zapomniał ludzkiej mowy. Wierni, którzy dotąd śledzili wymianę zdań w skupieniu, zamarli i wstrzymali oddechy. W świątyni zrobiło się zupełnie cicho, że można było usłyszeć włos opadający na posadzkę. Pobożko próbował coś wydukać, ale mu nie szło.
Tymczasem Jezus zmarszczył brwi. Co bardziej spostrzegawczy zauważyli, że w kościele pociemniało, a na zewnątrz rozległ się odległy jeszcze grzmot.
– Co? Swojego Pana w wacka nie pocałujesz? – Jezus pochylił się nad księdzem groźnie. – Masz szczęście, żem Jezus Chrystus, Syn pełen miłości do ludzi i wszelkiego istnienia, co nawet muchy by nie skrzywdził. Gdyby tu był Ojciec, wywalił fujarę do całowania, a ty byś się wykręcał, zaraz zrobiłby ci z dupy barokowy przepych. Jak to jest, ludzie! – JC wyrzucił ręce w górę, zwracając się do wiernych. – Gdy Ojciec kazał Abrahamowi zabić syna, tamten nawet się nie zawahał. A ty, nędzniku, co mianujesz się mym sługą, gdy stoję przed tobą, mej nagości się wzdrygasz!
– Bóg nigdy by…
– Dość! Kim jesteś, głupcze, aby wiedzieć, co Stwórca twój by zrobił, a czego by nie zrobił. Czynię, jaką mam akurat wolę, bom Pan! Do tego niech ci przypomnę, że moje wyroki są niezbadane.
Wreszcie kaznodzieja poczuł, że klaruje mu się w głowie. Ten Mefisto był silny. Być może był to sam Książę Piekieł. Bogusław odnalazł siłę w krzyżu. Zacisnął dłoń na krucyfiksie, przystawił go Chrystusowi do czoła i ryknął na cały, dopiero co odzyskany głos.
– Apage! Apage, Satanas!
Spodziewany dym nie buchnął z bożego ciała, infernalne płomienie nie objęły świątyni, zaś piekielne wrzaski nie wypełniły jej jazgotem. Jezus patrzył na proboszcza z kamienną twarzą – nie drgnęła mu nawet powieka. Tymczasem na zewnątrz niebo coraz bardziej ciemniało, gdzieś daleko znowu zagrzmiało. Egzorcyzm jednak przyniósł jakiś efekt, choć odwrotnie proporcjonalny do zamierzonego. Oto bowiem w wejściu kościoła pojawił się odziany w szykowny, czarny garnitur jegomość. Był szczupły, lico miał gładkie, złociste włosy zaplecione w gruby, nieporządny warkocz, a na czole sterczały mu dwa krótkie różki.
– Moje uszanowanie – powiedział. – Przepraszam, że nachodzę, ale odniosłem wrażenie, że kogoś ze mną pomylono.
Jezus wnet się rozchmurzył, choć tylko nieznacznie. Szczery uśmiech ponownie zawitał na jego obliczu, podszedł żwawo do nieznajomego i wziął go w objęcia. Panowie poklepywali się czas jakiś po plecach, następnie JC wrócił do tematu:
– Weź no, bo ja już nie mogę! Wytłumacz temu upartemu osłowi, kto jest Szatanem, a kto Bogiem, bo czuję, że tracę nad sobą panowanie.
– Dlatego tu jestem. – Lucyfer oddał pełen czci ukłon JC, w żaden sposób nie okazując zdziwienia na widok jego roznegliżowanego jestestwa. Podszedł do Pobożki i niemal konspiracyjnie zagaił: – Posłuchaj, Bogusławie, mam ci kilka słów do powiedzenia.
Pobożko milczał. Ani nie dał znać, że będzie słuchał, ani że nie będzie, toteż Lucyfer zinterpretował to na swoją korzyść:
– Przestań się tak stawiać Synowi. Nie wiem, dlaczego postanowił zejść na ziemię i dlaczego akurat do twojej parafii, ale jest Bogiem i nie nam wnikać w jego wybory. Problem polega na tym, że JC szybko wpada w gniew. A jak wpada w gniew, wychodzi z niego Ojciec Topiciel. Ojciec Topiciel do tego lubi generalizować. Ktoś mu się sprzeniewierzy, to karze za to całe pokolenia. Właśnie dlatego nie objawia się tak często jak za starotestamentowych czasów.
– O, Boże! – jęknął Chryzant, ukrył twarz w dłoniach i modlił się na głos: – Ma wiara jest niezłomna. Żaden piekielny wysłannik jej nie skruszy. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, zaklinam cię Szatanie, odejdź!
Lucyfer wzruszył ramionami i kontynuował, jakby nigdy nic:
– Bóg Ojciec miał ogromne wyrzuty sumienia, gdy w gniewie potopił niemal wszystkich ludzi. Wtedy zaczęła się jego przemiana, która doprowadziła do powstania Syna. Wiesz od czego zaczął poprawę swojej postawy? – Diabeł pokiwał głową, jakby pasjonista udzielił poprawnej odpowiedzi, choć tak naprawdę Pobożko słuchał go trzy po trzy, pochłonięty żarliwą, wewnętrzną modlitwą do prawdziwego Boga o wstawiennictwo w chwili próby. – Zaczął zmiany od mojej domeny. Od Piekła. Co się tam wtedy działo! Ludzie cierpieli, jęczeli przysmażani w ogniu, a ja ciągle ryczałem, zmuszony wolą boską do potępiania grzeszników. Najgorsze, że obok zbirów trafiały do mnie osoby, które w gruncie rzeczy miały szlachetne dusze. No, ale jeszcze wtedy Stworzyciel był bardziej Ojcem niż Synem. Zmiękło mu serce po Potopie. Od tamtej wizyty wszyscy, którzy do mnie trafiają, stają się masochistami. Taka łaska niepomierna i taki geniusz! – Diabeł nagle się zasępił. – Ale mimo wszystko, Syn, Ojciec i Duch Święty, czyli ja – Ukłonił się raz jeszcze. – to jeden i ten sam Bóg w trzech osobach, z czego Duch Święty, że tak sobie pozwolę nieskromnie zauważyć, jest z nich wszystkich najbardziej rozgarnięty. JC przebył długą drogę, aby stać się Synem, ale uważaj: Ojciec wciąż w nim tkwi. Jest uśpiony. A ty, obawiam się, jesteś na najlepszej drodze, aby go obudzić.
Coś w Chryzancie wreszcie nie wytrzymało naporu. Życie podporządkowane jednemu celowi, lata poświęceń i niepewności, szukanie nieszczęścia w szczęściu, wyrzekanie się radości w obawie przed grzechem, strach przed sądem bożym – to wszystko w nim wezbrało, namieszało mu w głowie i wreszcie wody szaleństwa rozbiły tamę.
– Wynoście się! – zawył, pokazując palcem kolejno wiernych, Lucyfera i JC: – Wy i ty, a zwłaszcza ty, demonie! Wynoście się ze świątyni, profani!
Lucyfer zerknął niespokojnie na Zbawiciela i nie spodobało mu się, co zobaczył. JC zaczął nagle przechodzić zatrważającą metamorfozę: posiwiał, jego broda urosła, skudłaciła, krzaczaste brwi były ściągnięte groźnie, a nagie ciało okryły białe, powłóczyste szaty. Za siwą głową Pana błysnęło światło, którego źródła próżno było szukać. I wtedy Bóg przemówił strasznym głosem, ogłuszającym jak grom, spotęgowanym echem, które nie miało prawa powstać w drewnianym kościele:
– Niegodne robaki! Marne, niewdzięczne stworzenie! Widzieliście cuda i nie uwierzyliście! Nie znacie mnie, choć udajecie, że przemawiacie w moim imieniu! Szkalujecie imię me. Używacie mej wspaniałości, by wywyższyć siebie. Przyrzekacie mi miłość i wierność, ale wasze słowa są puste! Rozgniewaliście Boga swego i zasługujecie na wytępienie!
Grzmotnęło, huknęło, przez sklepienie świątyni przemknęła błyskawica. Gdy ludzie odzyskali wzrok, po JC nie było śladu.

h

Woźniak2

h

Szatan posmutniał, przystojne lico zasnuł cień.
– No i co ty na to? – zapytał Chryzanta.
Ten jednak był zatwardziały. Miał pewność, że się nie pomylił. De facto, był święcie przekonany, że jego bliski rajowi Druteń nawiedził sam mistrz podstępu – Szatan, a właściwie dwa Szatany, z czego jeden podawał się za Stwórcę. Nawiedzili, aby zniszczyć jego dzieło, wznoszone ku chwale bożej. Bo diabeł Boga nienawidzi od zawsze.
– Widzisz, do czego doprowadziłeś? – Lucyfer westchnął z rezygnacją. – Jeśli dziś po południu zacznie lać i nie przestanie w ciągu tygodnia, módl się do Niego, aby sobie nie przypomniał, w jaki sposób zmienił Piekło – rzekł, po czym opuścił budynek.
Wprawdzie po południu nie spadł deszcz, ale następnego dnia zaczęło lać jak z cebra. I nie przestało; ani w ciągu tygodnia, ani miesiąca, ani w ciągu roku.
Amen.

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: