polskie centrum bizarro

„Pająk” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on Czerwiec 10, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKonkurowanie to domena wszystkich chyba istot na tym świecie. Sportowcy walczą o medale. Drapieżnicy walczą o jedzenie. Samce alfa walczą o samice. Każdy, czy tego chce, czy nie, uczestniczy w jakichś zmaganiach. Czasem świadomie, a czasem nie. Walka z życiem to też jakiś rodzaj konkurowania. Ze swoimi słabościami itp. itd. Głębokie te wynurzenia jak szambo. Nieważne.

Karol Zdechlik atakuje na Niedobrych Literkach z nowym tekstem i tylko to się liczy. Tekstem, jak zapewne domyśliliście się po powyższym pseudointelektualnym wstępie, mówiącym po części o takim konkurowaniu. Po części innej, o czymś innym. Kto się nie domyśli, ten faja. Zapraszamy do lektury.

h

Pająk

h

Pośród ognisk błąkały się pojedyncze cienie.

Ogniska wykwitały jedno obok drugiego, wypuszczały w nocne niebo jęzory ognia, tryskające spośród bezwładnie skłębionego śmiecia niczym zamykający się na noc kielich kwiatu.

Pojedyncze sylwetki stały rozproszone, pogięte i pomarszczone pośród ogni buchających ze śmieci, stały w gryzącym dymie mającym swe źródło w topiącym się plastiku, skwierczących foliach, błyskawicznie znikających ogromnych, papierowych kulach.

Postacie stały zupełnie bez ruchu, zastygłe w absurdalnych pozach, skamieniałe.

Asfaltowa droga prowadziła w kierunku ogromnej budowli, majaczącej na wzgórzu w oddali. Plątanina rur, chylących się ku upadkowi kominów, niestrudzenie obracające się w pył stare ściany barwy popiołu skrywały wiele obietnic. Wysokie sklepienia przesłaniały rozciągające się w nich obce przestrzenie, biegnące pod nimi klaustrofobiczne korytarze i rozległe sale o przeciwległych końcach tonących w ciemności zmieniały swe trasy i rozplanowanie, przeciągi meandrowały pośród rdzewiejących wysp, usypisk, wypiętrzonych chodników jeszcze bardziej zaburzających deliryczną strukturę.

Mijali powoli zastygłe sylwetki, niektóre skamieniałe na czworakach, inne powykręcane jak maźnięte od niechcenia pędzlem, reprezentujące niemożliwą i nieosiągalną anatomię. Kluczyli między słupami ognia, kolumnami czarnego dymu litościwie zasłaniającego gwiazdy. Zmierzali do kompleksu zdecydowanym krokiem ludzi znających trasę, rozpoznających skróty, doskonale zaznajomionych z odludną okolicą.

Trzymali się za dłonie. Ojciec i jego syn. Ojciec dostosował tempo do chudego i niskiego dziesięciolatka. Ich oczy błyszczały w świetle płomieni. Młode oczy, jeszcze niebieskie, skrywały tęsknotę pod niespełnionymi marzeniami. Stare oczy, już czarne, skrywały rozczarowanie pod ponurą determinacją.

Kompleks na szczycie wzgórza zdawał się poruszać w grze światła i cienia, gwiazd, księżyca i sinych chmur. Cienie rzucane przez wygrażające niebiosom plątaniny żelbetu i stali mieszały się z samym żelbetem i stalą, myliły się w domysłach.

Idący weszli w zionący przenikliwym zimnem budynek. W nocnej ciszy rozbrzmiewało echo ich kroków.

Nie zagłębili się daleko. Doszli do hali dobrze oświetlonej bladym płomieniem płonącym na środku, na metalowej podłodze przechodzącej w piaszczyste, nierówne klepisko, zakończone wyrastającą wprost z niego ścianą. Wychodziły z niej metalowe bolce, kawałki szyn wisiały w powietrzu, ogromne śruby wkręcono z drugiej strony.

– No, zaczynamy.

Ojciec splunął w kierunku przeciwległej ściany pierwszy. Syn zaraz po nim.

– Ja chyba dalej – stwierdził z niepewnością w głowie.

– Nie, ja dalej – ojciec nie dał za wygraną.

Pluli tak długo, aż się zmęczyli.

– Tym razem chyba nic z tego nie będzie.

– Przecież nigdy nie było.

Syn usłyszał wyraźną naganę w głosie. Naganę skrywającą smutek, maźniętą rozpaczą, której nie wyczuł. Jeszcze nie teraz. Ale zapulsowało mu w skroniach poczucie krzywdy.

Sprzeczali się jeszcze chwilę, kto pluje dalej. Ojcu zaczęło brakować tchu w piersiach. Syn radził sobie wyśmienicie. Pluli w milczeniu coraz rzadszą śliną.

Na suficie poruszył się cień, błyskawicznie przykuł ich uwagę. Skulił się w sobie, to znów rozciągnął nieco, wygiął w pałąk, po czym rozprostował się i wisząc głową w dół w kącie pomieszczenia tupał w miejscu o sufit. Wykręcił głowę w taki sposób, że usta znalazły się nad oczami.

Ojciec popatrzył na pająka zdegustowany. Ludzka głowa gigantycznej istoty ni to uśmiechała się, ni to krzywiła się. Oczy wpatrywały się w ojca i syna stojących poniżej. Dziesiątki palców wszystkich dłoni pająka miarowo stukało o sufit. Osiem odnóży istoty drgało niespokojnie, rzucając na ścianę rozedrgane cienie. W bladym świetle jego cielista skóra wyglądała na siną.

Syn również wygiął głowę w taki sposób, że jego usta znalazły się nad oczami. Usiłował splunąć w dal, ale napluł sobie na czoło. Kichnął, język opadł mu na nos.

Ojciec głośno westchnął. Po chwili ziewnął.

h
h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: