polskie centrum bizarro

„Krwawe gały” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Lipiec 22, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtStara, dobra Zeter Zelke (to tylko przenośnia, bo ZZ jest młoda i niedobra, jak na niedobre literki przystało) to ktoś, na kogo zawsze można liczyć. Przynajmniej w kwestii dostaw tekstów okołobizarrycznych. Takich ryjących banię, ma się rozumieć.

Dzisiaj ZZ ma dla Was Krwawe gały. Co ciekawe, nie jest to opowiadanie okulistyczne. Ani okultystyczne. Może już bardziej filologiczne, bo bohaterka onego jest polonistką… ale… nie, jednak. Uznajmy po prostu, że jest to opowiadanie dobre i bizarryczne, przeczytania warte. To Wam musi wystarczyć.

Zapraszamy do lektury!

h

Krwawe gały

Język zdradza człowieka. Sposób artykułowania myśli, barwa głosu, długość pauzy między zdaniami: to wszystko było niczym farby oraz pędzle, tańczące na intelektualnym płótnie osobowości.

Hanka doceniała wagę słów. Była nauczycielką języka polskiego, znajomi oraz bardziej wyluzowani uczniowie nazywali ją Profką. Bo Hanka była spoko, była na czasie i przez to raczej powszechnie lubiana, nawet jeśli dość introwertyczna. W skrytości ducha nazywała siebie „ekstrawertyczką po trochu”. Oznaczało to ni mniej nie więcej tyle, że potrafiła się socjalizować do momentu wyczerpania wewnętrznej baterii. Zasoby tej energii nigdy nie starczały na długo. Po pracy najchętniej zaszywała się w swoim M4, zapalała lampkę, karmiła rybki, brała do ręki książkę i oddawała się lekturze. Gdy jakiś czynnik zewnętrzny przerywał sielankę, potrafiła się oburzyć, czasem wręcz nieproporcjonalnie do wyrządzonej krzywdy, jeśli rzeczony czynnik był czynnikiem ludzkim. Jako polonistka uznawała przekleństwa za doskonałą formę wyrazu i nie wahała się ich używać. Oczywiście, robiła to w sposób przemyślany; wszak była wychowawczynią pokoleń, nie jakimś kibolem z blokowiska! I chociaż uważała, że umiejętnie radzi sobie z gniewem, wkrótce to przekonanie miało zostać poddane próbie. Podobnie jak jej opanowanie. Podobnie jak jej wysublimowany sposób zarządzania polszczyzną.

Zbliżały się święta bożego narodzenia. Zbliżało się szaleństwo! Stateczni, zrównoważeni na co dzień ludzie dostawali hopla. Hannie coś przewracało się w środku na myśl o masach homo sapiens, które na czas świąt zupełnie zaprzeczały ostatniemu członowi swojej nazwy gatunkowej. Było trochę prawdy w tym, że człowiek głupiał w tłumie. Nie trzeba korzystać z wyników badań naukowych, aby to udowodnić, niemniej takie badania przeprowadzono i potwierdzono obiegową opinię: ludzie solo albo w małej liczbie byli rozsądni po swojemu. Ci sami ludzie wtłoczeni w ludzką masę stawali się nagle głupsi. Dziwne, ale prawdziwe. Dlatego polonistka raczej tłumów unikała. Z troski o higienę intelektualną, ale też dlatego, aby nie frustrować się z bagatelnych przyczyn. Nigdy nie uczestniczyła w szkolnych imprach okolicznościowych, NIGDY! Za to wywiadówki, wizyty do teatru czy kina wchodziły w grę. Był to inny rodzaj mieszania się z tłumem, taki który nie wpływał negatywnie na umysł, taki który miało się pod kontrolą. W kinie lub teatrze, w autobusie lub na ulicy można było od tłumu się odłączyć, czy to za sprawą przedstawienia, ekranizacji, książki czy kabli w uszach, z których sączył się stary, dobry rock ‚n roll.

Tymczasem Hanka stanęła przed potrzebą zrobienia zakupów. Codzienne sprawunki zazwyczaj załatwiała w sklepikach osiedlowych. Drożej, ale sympatyczniej, no i bez stresu. Nawiązała kilka znajomości z właścicielami, czasem spotykał ją od nich jakiś miły gest. Jednak jej konto bankowe zostałoby mocno nadszarpnięte, gdyby ośmieliła się zaspokoić u nich przedświąteczne potrzeby. Sama lista produktów spożywczych zabrałaby jej jedną wypłatę; ozdoby choinkowe i prezenty drugą. Nie, ta sytuacja wymagała zaciśnięcia zębów i udania się do jednego z centrum handlowych w środku miasta. Przez moment rozpatrywała perspektywę umówienia się z jedną z koleżanek na wspólny wypad, ale ostatecznie stwierdziła, że nie będzie się narzucać. Sama stawi czoła molochowi wypełnionemu bezmyślnym ludzkim mrowiem, a co wydawało się najtrudniejsze: stawi czoła, wygra i odejdzie z honorem!

Odetchnęła, przymknęła oczy, zbierała siły.

„Grunt, to nastawienie. Może wcale nie będzie tak źle” – myślała. Przez całą drogę do Centrum Handlowego próbowała sobie wmówić, że robi z igły widły i w ogóle jak tylko zmieni podejście, to i rzeczywistość zmieni się wraz z nim. „Lecz, zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei. A kiedy trzeba na śmierć idą po kolei” – przypomniało się jej, gdy tylko stanęła przed kolosalną bryłą Centrum Handlowego oraz człowieczym stadem, przetaczającym się przez trzewia tegoż.

Profka związała w płucach powietrze i wypuściła je powoli, przywdziała na twarz sztuczny uśmiech, po czym krokiem, który miał być pewnym, ale wyszedł chwiejnie, wmieszała się w nurt zakupowiczów.

Najpierw biologiczne przetrwanie świątecznego czasu, a więc jakiś super-market i działy z żywnością. Hanka maszerowała szybkim krokiem przez korytarz, próbując wysondować, który z kilku poupychanych jeden obok drugiego marketów był najmniej zatłoczony. Oględzin działały na nią przygnębiająco, albowiem wszystkie okazały się równomiernie obłożone. Wybrała tedy pierwszy lepszy. Wrzaskliwa para puszystych nastolatków przez jakiś czas blokowała dojście do koszyków i wózków. Profka czekała cierpliwie, a gdy wreszcie dotarła do wózków i wybrała sobie jeden, dostała esemesa. „Nowy kredyt dostępny od teraz w naszym banku! Po więcej informacji wyślij smsa pod numer…” – Kobieta westchnęła, wykasowała wiadomość, wsunęła komórkę do kieszeni, a potem zanotowała, że wyselekcjonowany wózek właśnie odjeżdżał z piskiem kółek, popychany przez zgarbioną babcię w beżowym płaszczu i takimże berecie z cycuszkiem.

„Ależ proszę uprzejmie!”, pomyślała Hanna i zaciskając zęby wyszarpnęła kolejny wózek. Kółka może nie piszczały, ale obracały się opornie i rozjeżdżały się na różne strony. Dział z nabiałem był najbliżej i wyglądał najluźniej; zdobyła twaróg i mleko bez problemów. Kolejka do krojonych serów żółtych nie była długa i raczej uprzejma. Pewien starszy pan z kapeluszem na głowie nawet odstąpił swoje miejsce, bo przypomniał sobie, że miał pilniejszy zakup w innym dziale. Jakiś ojciec spieszący do matki usiłującej uspokoić rozhisteryzowanego syna („Ale ja chcem Spajdermaaana!”), potrącił jej łokieć przy kurzych jajach. Usłyszała szybkie „Ojej, p’rzam”. Odparła: „Nic się nie stało” pięknie wyartykułowaną polszczyzną i ostrożnie przeniosła uratowane jajka do wózka – dwa pudełka po tuzinie.

Jako wegetarianka ominęła szerokim łukiem dział mięsny i rybny. Niestety dział, którym była zainteresowana (bakalie i orzechy), ustawiono obok plastikowego kontenera, w którym pływały karpie. Patrzyła ze współczuciem na ledwo żywe ryby, gdy nagle jej wózek w coś wyrżnął.

– Pani uważa! – zawołała na oko czterdziestoletnia kobieta, typ „matki Polki”. – Oczu nie ma?!

Hanka spojrzała wymownie na wózek matki Polki, wyładowany po brzegi najróżniejszymi artykułami. Stał w poprzek, na środku dość wąskiej ścieżki pomiędzy orzechami a suszonymi owocami.

– Przepraszam, ale zablokowała pani przejście. – Hanka wywołała na ustach nieszczery uśmiech. Nie podobał jej się tembr jej własnego głosu. Taki cywilizowany, chociaż ewidentnie miała do czynienia z kimś, kto nie będzie w stanie tego docenić.

– To co? Trzeba od razu komuś skasować zakupy? Przesunąć nie łaska?

Matka Polka z oburzoną miną przytuliła wózek do kontenera z orzeszkami ziemnymi, odblokowując przejście. Hanka minęła ją bez słowa, ciesząc się skrycie, że nie przepada za fistaszkami. Krew jednak się w niej zagotowała. Na domiar złego jakiś arogancki nastolatek zaszedł jej drogę po torebki na orzeszki, pokazał plecy, a gdy odszedł od rolki, ta była już pusta. Luzak w ocieplanej kurtce wrócił do swojej rodzinki, powiewając w ich kierunku naręczem foliowych torebek. Po piętnastu minutach z trudem odnaleziona obsługa niechętnie uzupełniła towar. Hanka szybko załadowała do wózka orzeszki laskowe oraz nerkowce. Skusiła się też na mieszankę studencką, daktyle oraz morele.

W dziale z owocami dwie mamy długo okupowały stoisko z mandarynkami. Zniecierpliwiona Hanka przeprosiła, lecz spotkała się z brakiem reakcji. Dwie kumpele rozprawiały z zachwytem na temat swoich przygotowań do wigilii. „Zaraz mnie szlag strzeli!” pomyślała polonistka, lecz powiedziała:

– Bardzo panie przepraszam – wskazując wymownie mandarynki.

Dwie kobiety odstąpiły, posyłając jej ćwierkające „Oh, przepraszam, przepraszam!”, oddaliły się o kilka kroków i nawijały dalej.
Hance zrobiło się gorąco – pierwszy sygnał, że zaczynała się denerwować. Ludzie gadali i gadali, a jakby ludzkich głosów było mało, z poukrywanych w całym sklepie głośników wylewała się tandetna, bożonarodzeniowa muzyka. Przycichała tylko po to, aby uśmiechnięty kobiecy głos albo ciepły męski głos zareklamował firmowe produkty bądź inne artykuły, „które musisz mieć w te święta!”. Głowa pęczniała od jazgotu, na domiar złego z podwieszonych nad półkami ekranów nachalnie pchały się do oczu reklamy.

Trochę luźniej było w dziale z pieczywem, mniej sympatycznie przy stoisku z surówkami i kapustą. Gustownie (i drogo) ubrany pan o mocnej opaleniźnie nie mógł się zdecydować, czy chciał kapustę z grzybami czy bez. W efekcie przyczynił się do powstania pięcioosobowej kolejki. Ekspedientka delikatnie dawała klientowi do zrozumienia, aby w końcu podjął decyzję. Elegancik nie widział powodu do pośpiechu, zadzwonił do kogoś z pytaniem o radę, lecz nawet to na niewiele się zdało. Przedłużające się wahanie zaczęło działać wszystkim zainteresowanym w kapuście na nerwy. Kłykcie Hance zbielały od zaciskania ręki na uchwycie wózka. Wertowała w pamięci tytuły swoich ulubionych poematów, dzieł które przynosiły jej ukojenie, ale jedyne co przychodziło na myśl, to fragmenty „Pieśni o Rolandzie”, a w szczególności jeden: „Nadjeżdża Malon, syn niewolnika. Roland to widzi, nagle spina konia. Ciosem wysadził mu ślepia z głowy. A jego mózg spływa mu na stopy.”
Wreszcie ktoś nie wytrzymał i zaczęła się przepychanka słowna:

– Co pan se na wystawę przyjechał? – zawołał starszy jegomość głosem wieloletniego palacza.

– Kolejka tu czeka! – zawtórowała niska, a szeroka niewiasta z włosami zafarbowanymi na miedź. – Bierz pan co i daj innym kupować.

„Jedźmy. Nikt nie woła!” – Hanka zgrzytnęła zębami, zapisując w pamięci, aby ten zakup (nie: ten PIEPRZONY zakup) skompletować w lokalnym sklepie. Jeden jej nie zrujnuje.

A ludzie hałasowali, a właściwie: napierdalali. O czym? O dupie Maryni. Do tego nie chodzili prosto: wpadali na Hankę, na wózki, na półki, jakby przeceny w tym królestwie materialistycznego skurwienia miały więcej procentów niż wódka w najpodlejszym monopolowym. I do tego te reklamy nad głową; ciągłe: „Jap, jap, jap, jap!”. Hanka wyzerowała baterie; funkcjonowała na oparach – ledwo. Wiedziała, że wizyta w super-srajkecie skończy się katastrofą i oto, patrzcie wszyscy święci pierdolnięci – była katastrofa! Wszystko zaczynało wkurwiać, nawet najmniejszy szczegół. Pan w czerwonym się nie przewrócił, tyko się wyjebał, ekspedientka nie strąciła produktu z półki, tylko rozpieprzyła wystawę, dzieciak nie był dzieciakiem, lecz niedojebanym smarkaczem i nie machał do mamy, lecz rozkurwiał rukami jak pieprzony wiatrak do szmaty w sztucznym futrze. Nikt już się nie uśmiechał, tylko suszył gumy, ludzie pocili się jak pedały w Disney Landzie, rozpierdalali się jak suki w sieni, biegali jak dziwka na żądanie, jakby ich rozchujało, jakby suszyło niczym świnie po szyszkach.

Hanka z krwawymi gałami („Stań u drzwi, bagnet na bron, trzeba krwi!”), drżącą ręką odnalazła portfel i ostatnie miejsce w długiej kolejce do kasy. „O wy chuje zjebane!” – myśli i czeka, bo nie ma wyjścia. Poci się jak szynszyla na pustyni. Serce wali w klacie tak szybko, jakby zaraz miała kojfnąć. Kolejka posuwa się wolno, posuwa się tak przeraźliwie wolno, że dwa kopulujące leniwce to przy tym blitzkrieg. Gdzieś daleko jakiś dzieciak wyjebał się na kafel i ryczy. Hanka przeliczyła nerwowo kapuchę, przeliczyła ją z milion razy, marząc tylko o tym, by wcisnąć ją w gębę mapiszona przy kasie, zgarnąć fanty i opuścić ten spedalony karcer. I nie wracać tutaj nigdy więcej. Za jej plecami ktoś ciągle kłapie jadaką, ktoś inny piszczy, a jeszcze ktoś inny charczy, jakby mu kto kij golfowy w tyłek wraził. Po jakimś czasie zauważa, że w chuj wolna kolejka stanęła. Stanęła jak pała pedała i ani drgnie. Ktoś pruje paszczura przy kasie. Coś tam się nie zgadza. Jakiś suchy dziadyga wraca do sklepu z parą chodaków, tocząc z pyska pianę. „Psiakrew-coś tam-psiakrew” – mruczy.

Coś w Hance się załamuje, jakiś nerw nie daje rady i pęka – ten nerw, taki malutki, a taki ważniutki. Ten, który trzymał ją całą w kupie, a kiedy znalazła się w czarnej dupie, wreszcie nie wytrzymał, spracował się i puścił. Hanka obraca się za chudym dziadygą z mordem w oczach. A tam, niedaleko, cóż takiego? Stoisko z przecenionymi narzędziami gospodarstwa domowego z czerwoną kokardką i upustem od świętego Mikołaja. Jakieś obcążki, taśmy, siatki, przecinaki, nożyce i siekiery. Osoba, która nie wykazała się wyobraźnią i pozwoliła sobie ustawić stoisko z takimi narzędziami przy kasach w taki dzień, będzie miała przejebane. O ile przeżyje. Bo Hanka już podjęła decyzję. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, powiedziała kiedyś Wiesława i miała rację.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: