polskie centrum bizarro

„Syn słońca” by Karol Mitka

In Opowiadania on Lipiec 29, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZ nieskrywaną (pewnych rzeczy nie da się ukryć, zwłaszcza, gdy człowiek siedzi w samych bokserkach!) przyjemnością zapraszamy wyznawców Paskuda i twórczości spod znaku psychodelii wszelakiej do zapoznania się z nowym opowiadaniem jednego z przedwiecznych, znaczy się z niedobroliterkowych redaktorów – Karola Mitki. Swoim „Synem słońca” udowadnia on (bez jaj, kto jak kto, ale on akurat nie musi niczego udowadniać! – wtrącił Paskud) (zresztą, lepiej, żeby tego nie robił – unisono poprosiła reszta redakcji), że jego wyobraźnia wzlatuje na wyżyny niedostępne większości twórców gatunków wszelakich. Chcecie się przekonać? No jasne, że chcecie!

Syn słońca

Kim miał sen. Piękny sen. Śnił, że leci. Że unosi się, wiedziony ku niebu lśniącym promieniem. Płynął tak w górę, coraz wyżej i wyżej, prowadzony świetlistą macką, aż dotarł do słońca. Potężna kula ognia onieśmieliła i przeraziła dyktatora, lecz gdy ujrzał na złotej tarczy radosny uśmiech, trwoga natychmiast go opuściła.

– Synu mój, kochany, jedyny – rzekło słońce, otulając Kima płomieniami. – Pójdź! Pójdź ku mnie! Złączym się jak matka z dzieciem swym i jednością pozostaniem!

***

Kim obudził się radosny jak ślepy pies, który podnosząc nogę na obcej wsi, przypadkiem nadział się na ciekającą sukę. Usiadł na łóżku, przeciągnął się, ziewnął. Miał jeszcze puścić bąka, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, że jakieś dziesięć lat temu skazał go za to, że śmierdzi, na dożywotni areszt w swojej dupie i powstrzymał się. Wyroki raz wydane przez potomka wielkiego rodu Kimów obowiązywały po wsze czasy. Nie chciał, by poddani pomyśleli, że twarda ręka, którą ściskał swe imperium, rozluźniła chwyt.

Postanowił w trybie natychmiastowym przywołać swoich generałów. Ci zjawili się w sypialni tuż przed tym, nim skończył myśleć o wezwaniu ich. Dziesięciu mężczyzn, odzianych w obwieszone orderami mundury. Jeden jeszcze trząsł portkami, ale pozostali doskonale maskowali swoje przerażenie poważnymi minami najwyższych urzędników państwowych. Skłonili się nisko i czekali. Na polecenia, bądź śmierć.

– Jestem synem słońca – oznajmił Kim bez ogródek.

Jeden z wojskowych zakrztusił się. Pozostali zbledli. Kim uznał, że jego najbliższym poddanym nie wypada krztusić się i blednąć, ale, że był w dobrym humorze, w głębi żółtej duszy przebaczył im tę jawną oznakę niesubordynacji.

– Jak już mówiłem – kontynuował – jestem synem słońca. Dlatego nakazuję wam wybudować dla mnie rakietę, abym mógł polecieć w kosmos, odwiedzić moją świetlistą matkę.

Generałowie spojrzeli po sobie ukradkiem, ale i ten ukradek nie umknął skośnemu oku dyktatora. Jednak, choć jeszcze wczoraj takie ukradkowe spojrzenia uznałby za zdradę stanu, dziś udał, że ich nie dostrzegł.

– Mamy jakichś inżynierów mogących podołać temu zadaniu? – spytał.

Odpowiedziało mu milczenie.

– Rozkazuję mówić – rzekł, nieco już poirytowany.

Z szeregu wystąpił najstarszy z generałów, Hu Ya Ma. Skłonił się nisko, napiął jak struna i przemówił.

– Wodzu, w naszym kraju nie ma nikogo, kto mógłby się tego podjąć.

– Jak to nie ma? A ten człowiek, którego w zeszłym roku skazałem na dożywocie w kamieniołomach, za konstruowanie wrogich maszyn latających?

– Wodzu, ale on sklejał nielegalnie przemycane z Chin modele kartonowe.

Kim machnął lekceważąco dłonią.

– Cóż za różnica, karton czy stal? Ma dla mnie zbudować rakietę, w której polecę na słońce. Wykonać.

Generałowie gęsiego opuścili sypialnię, potem rezydencję wodza. Dopiero za jej bramą, wszyscy, jak jeden mąż, zesrali się w spodnie ze strachu.

***

Trochę trwało, nim udało im się go odnaleźć. Pracował w jednym z kamieniołomów przy granicy z Chinami. Wyglądał nędznie. Tak wychudł, że przez skórę można było dostrzec wnętrzności. Kiedy generałowie powiedzieli mu, czego się od niego oczekuje, porwał kilof i wbił go sobie przez oko głęboko w mózg. Skonał, targany konwulsyjnymi drgawkami.

Wojskowi zrozumieli, że ich los został w tym momencie przesądzony. Nim usiedli i zapłakali ze strachu przed gniewem Kima, popuścili w majtki.

– Co teraz począć? – pytali siebie nawzajem.

I wtedy w głowie najmłodszego z nich zaczęła kiełkować nieśmiała myśl. Oświetlana promieniami perspektywy śmierci, podlewana trwogą, rosła szybko, aż przebiła się do świadomości żołnierza i pod postacią słów zakwitła w ustach.

– Przecież to świetna okazja, żeby się go wreszcie pozbyć – wypalił, lecz zaraz zamilkł, kiedy poczuł lufę przystawioną do skroni.

– Ty parszywy zdrajco! – wrzasnął Hu Ya Ma i już miał nacisnąć spust, ale czyjaś ręka wyrwała mu karabin z dłoni.

– On ma rację – rzekła zgodnie reszta wojskowych. – Nie rozumiesz, że już jesteśmy martwi? Jeśli wrócimy i powiemy, że ten człowiek umarł, albo go nie znaleźliśmy, skończymy pod murem. Sami skonstruujemy tę rakietę w taki sposób, by zabić Kima.

– Wy psy! Jak możecie? Na święty ród Kimów! Ja nie pozwolę! Zabraniam! Wódz o wszystkim się do…

Rozległ się strzał i ciało Hu Ya Ma zwaliło się na ziemię. Na jego mundurze, w okolicy serca, wykwitła czerwona plama.

***

Pojazd przypominał wymysł szalonego wynalazcy. Pospawany niedbale, z pordzewiałych blach, kaprawo pomalowany mieszanką z resztek przeterminowanych farb. Za napęd służyły umocowane u dołu rakiety dalekiego zasięgu z głowicami jądrowymi, przerobione tak, by eksplodowały na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, rozrywając na strzępy pojazd wraz z pasażerem.

Kim pomachał rozentuzjazmowanemu tłumowi, oglądającemu historyczny start i wszedł do środka po drewnianej, przeżartej przez korniki drabinie. Usadowił się w zdezelowanym fotelu samochodowym, robiącym za stanowisko pilota. Niebo oglądał przez szyby z popękanej pleksi. Dłonie ułożył na drążku sterowniczym. Poruszał nim kilkakrotnie. Płaty sterownicze na skrzydłach z dykty poruszyły się za sprawą sprytnie zamaskowanego, prymitywnego systemu linek i plastikowych kółek. Zadowolony dyktator uniósł kciuk, co miało być sygnałem do rozpoczęcia odliczania. Z głośników umieszczonych na słupie obok pasa startowego ryknął głos kontrolera lotów:

10

9

8

7

6

5

4

3

2

1

Rakieta wzniosła się w powietrze, ciągnąc za sobą smugę dymu i ognia. Dziewięciu generałów o twarzach rozpromienionych uśmiechem radości obserwowało przez lornetki świetlisty punkt, który w końcu utonął w błękicie nieba. Podskoczyli z radości, gdy jasny jak tysiąc słońc rozbłysk upewnił ich w przekonaniu, że plan został zrealizowany.

***

Obudził ich skwar tak straszny, że nawet w swoich klimatyzowanych rezydencjach spływali potem. Takie upały w tej części kraju były czymś niespotykanym,  w dodatku meteorolodzy zapowiadali ochłodzenie, dlatego wojskowi zdziwili się niezmiernie. Dziewięciu generałów wybiegło na ulicę, a to, co ujrzeli, sprawiło, że padli na ziemię jak rażeni gromem i jęli pełzać, mamrocząc pod nosem prośby o wybaczenie.

Ale Kim nie znał litości. Jego oblicze, otoczone ognistą aureolą, płonące gniewem, wisiało wysoko na niebie, oślepiając swym blaskiem. Każdy, na kogo padł jego wzrok, stawał się żywą pochodnią. I już po chwili dziewięć zwęglonych ciał leżało przed pałacem dyktatora. A on, ten, który doleciał na słońce i je zdetronizował, obrzucił nienawistnym spojrzeniem skośnych oczu kolejnego wroga.

Tego lata w USA zaczęły wybuchać gigantyczne pożary.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: