polskie centrum bizarro

„Profesor Bauman” by Hubert Jarzębowski

In Opowiadania on Sierpień 5, 2016 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZwykle na niedobroliterkowe podwoje trafiają autorzy obdarzeni wielką i nieposkromioną wyobraźnią. Tym razem mamy jednak przyjemność zaprezentować tekst, który – bez fałszywej skromności – wyrasta ponad poziomy. Oto, proszę szanownych czytelników, opowiadanie Huberta Jarzębowskiego, zilustrowane przez Dorotę Tylkę. Ten zgrabny duet porządnie ryje banię, a i do myślenia daje. Zapraszamy wszystkich spragnionych literatury i sztuk wizualnych przez duże „L”, tudzież „Sz”!

h

Profesor Bauman

h

Część 1: Profesor Bauman w sferze prywatnej

Profesor Bauman leżał na podłodze z nogą podniesioną nad głowę i lizał swojego malutkiego siusiaczka. Gdy się znudził, ziewnął szeroko otwierając paszczę, a jego jęzor zwinął się w trąbkę. Poszedł napić się wody, powąchał z zainteresowaniem leżące na podłodze bokserki, a następnie udał się w kąt pokoju, gdzie wysiusiał się na matę. Kupkę natomiast zrobił tuż obok niej. Była maleńka i  przypominała nieco knoty jarząbka lub wałeczki kury cietrzewia.

– Ładnie to tak, panie profesorze? Czy to wypada? – zapytałem go bez cienia złości w głosie.

Posprzątałem kąt pokoju, uspokoiłem pana profesora, że jest bardzo, bardzo grzeczny, przewróciłem go na plecy, popieściłem po brzuszku, przyłożyłem mu usta do klatki piersiowej i zacząłem dmuchać. Nie przestawałem drapać go równocześnie po żebrach. Profesor Bauman wystawił cały język ze szczęścia, sapał, a nogami wykonywał ruch pedałowania na rowerku. Pocałowałem go w szyję i w nosek.

– Ma pan profesor ochotę na przechadzkę? – zapytałem i nie czekając na potwierdzenie, założyłem mu obrożę i przypiąłem smycz.

Poszliśmy na spacer nad rzeczkę. Na Żoliborzu jesień jest bardzo piękna. Przede wszystkim dlatego, że nie jest krakowską jesienią, która pozornie wygląda tak samo, ale smuci, przygnębia i przytłacza. W stolicy natomiast działa na mnie jak spaghetti bolońskie popite mlekiem, czyli wspaniale.

Nie licząc profesora Baumana nie miałem w Warszawie jeszcze żadnego znajomego, ale czułem, że przeprowadzka była moim najlepszym pomysłem od bardzo dawna. Uśmiechałem się i pozdrawiałem serdecznie wszystkich przechodniów. Profesor Bauman natomiast siusiał na kosze na śmieci i próbował zjeść każdą kupę, jaką zobaczył na trawniku. Nie karciłem go, był przecież jeszcze malutki.

W Warszawie nawet sen jest smaczny.

Śniło mi się, że jestem królem w złotej koronie i jem penne z sosem carbonara. Z marzenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Kto to może być? Popatrzyłem na zegarek i przez myśl mi przeszło, że może to mój wykładowca od filozofii postsekularnej – tak, studiuję filozofię, przyznaję się – przyjechał upewnić się, że za pół godziny będę na ćwiczeniach. Na wszelki wypadek ubrałem spodnie. Nie było to jednak konieczne, gdyż w drzwiach zamiast niego stała śliczna brunetka z kwiatkiem we włosach. Zmierzyła mnie uważnie wzrokiem – miałem jeden kapeć, zaspaną minę, spodnie od piżamy w biało-niebieskie pasy i goły tors – i zapytała zdziwionym głosem:

– Przepraszam, czy to na pewno tutaj mieszka pan profesor Bauman?

Odwróciłem głowę. Profesor właśnie zajadał mój kapeć, leżąc na podłodze koło sporej plamy moczu.

– Tak, oczywiście. Tam jest. Proszę wejść – zaprosiłem ją do środka.

Weszła niepewnym krokiem, a Profesor Bauman porzucił kapeć, zerwał się z posadzki, zanurkował pod łóżko, wyłonił się z moimi bokserkami w zębach, po czym podbiegł do dziewczyny i położył jej na stopach. Popatrzyła na pana profesora, potem na mnie, a następnie jeszcze raz na niego.

– Nie rzuci mu pani gaciami? – zachęciłem ją do zabawy. – Profesor Bauman bardzo to lubi.

Nie wyglądała na zachwyconą, ale wyrwała mu bokserki z zębów i rzuciła je w kąt pokoju. Profesor natychmiast je zaaportował. Po trzecim razie się zmęczył, odstawił bieliznę na ziemię i położył się na plecach, ukazując dziewczynie osiem sutków oraz genitalia.

– Dzień dobry, panie profesorze – przywitała się w końcu dziewczyna. – To dla mnie ogromny zaszczyt. Piszę o panu pracę licencjacką i przyjechałam specjalnie z Krakowa, żeby z panem porozmawiać. Początkowo chciałam oprzeć się tylko na tekstach pana profesora, dodam – wspaniałych, ale kiedy usłyszałam, że nie mieszka już pan w Anglii, ale na Żoliborzu, natychmiast spakowałam zeszyt i wsiadłam do pociągu. Czy mogę liczyć na godzinną konsultację, kiedy pan profesor skończy z tym tam podejrzanym golasem? – wskazała na mnie.

Profesor Bauman słuchał studentki z zainteresowaniem przez pierwsze dwa zdania, potem jego uwagę zwrócił wijący się koło niego wąż, którego natychmiast pochwycił w zęby i zaczął kręcić się w kółko.

– Przykro nam, ale pan profesor jest chory – odpowiedziałem za niego. – To rzadka choroba gardła. Nie może mówić, może wyłącznie szczekać. Co parę minut musi wietrzyć język, zapomniał również jak się pisze oraz korzysta z toalety, zamiast tego posiadł sztukę aportowania, cały porósł sierścią, skurczył się i odmłodniał. Niepokojąco przypomina szczeniaka rasy whippet. To ponowoczesna mutacja grypy. Proszę tylko spojrzeć na jego malinowy język.

– Pan też, jak widzę, jest na to chory? – zaciekawiła się dziewczyna.

– Na szczęście nie. Ta choroba cywilizacyjna płynnej nowoczesności. Ja jestem romantykiem i nic mi nie grozi.

– Nic nie słyszałam o tym schorzeniu.

– Epidemia jeszcze nie dotarła do Krakowa. I nie dotrze, póki miasto nie wyrwie się z epoki panowania Jagiellonów, właściciele restauracji nie ściągną z szyldów portretów Franza Josefa i nie powstanie metro. W Warszawie wszystko pojawia się szybciej i jest lepsze.

– Coś w tym jest. Lekarz mówił, kiedy profesor Bauman wydobrzeje?

– Za tydzień – zablefowałem. – Grypa leczona trwa tydzień, a nie leczona siedem dni. Wtedy będzie mogła pani przeprowadzić wywiad.

– To do zobaczenia – pożegnała się i chciała wyjść, ale ją zatrzymałem.

– Niech pani zostanie tutaj. Profesor z pewnością będzie pani wdzięczny za opiekę. Wiem, że rok akademicki trwa dopiero dwa tygodnie, ale przydadzą się pani wakacje. Jesień na Żoliborzu jest taka piękna.

– No nie wiem… – powiedziała głosem, sugerującym, że właściwie jest już przekonana, ale ma ochotę usłyszeć jakiś bardziej konkretny argument. Miałem taki:

– Mam piwko i spaghetti w lodówce.

– Przekonałeś mnie. Zostanę.

I została. Bardzo się z tego powodu ucieszyłem. Profesor Bauman chyba też, gdyż z radości zrobił kupkę i zdążył ją zjeść, zanim mu przeszkodziłem. Spaghetti neapolitańskie, pietruszka.

Muszę wyznać prawdę. Profesor Bauman, który ze mną mieszka, nie jest tym samym profesorem Baumanem, o którym Małgorzata pisze pracę licencjacką.

Co gorsza… Małgorzata się nie domyśla i zapewne byłaby bardzo zła, gdyby się dowiedziała, że ukrywam przed nią coś jeszcze.

Profesor Bauman jest to whippet.

Malutki chart, kremowy w moręgowate plamy, z ogonem i psimi zwyczajami. Nie jest profesorem uniwersyteckim, ani doktorem. Nie ma nawet matury. Ma dopiero trzynaście tygodni i nie nauczył się jeszcze załatwiać na polu (mimo ogromnej miłości do Warszawy określenie „na dwór” nie przejdzie mi przez usta chyba nigdy). W papierach figuruje jako Peru Sen o Warszawie, imię Profesor Bauman wymyśliłem dla niego, kiedy dostałem się na studia na cześć mojego ulubionego filozofa. Wydawało mi się, że jest to szalenie dobry żart. Za każdym razem, gdy mówiłem: „Profesor Bauman jest zajęty, gdyż liże sobie właśnie siusiaczka”, lub „na spacerze Profesor Bauman zjadł śmieci”, zaśmiewałem się do rozpuku. Żart zestarzał się dość szybko i przestał wszystkich śmieszyć nawet odrobinę, ale imię zostało.

Moje łgarstwo boli mnie tym bardziej, że zacząłem coś czuć do Małgorzaty, a ona do mnie. Spędzamy ze sobą prawie cały czas. Zachowujemy się jak chłopak z dziewczyną, a czasem jak brat i siostra, nigdy jak zwykli znajomi. Nie wiem, czy nie jesteśmy już parą. Mam nadzieję! Ale co się stanie, kiedy się dowie, że u podstaw naszego związku od samego początku leżało kłamstwo? Że ją oszukałem? Znienawidzi mnie! I co będzie z jej licencjatem?

Siódmego dnia powiedziałem jej, że lekarz stwierdził, że czas trwania choroby jest płynny jak wszystko w ponowoczesnym świecie i profesor może nie odzyskiwać głosu parę dni dłużej, niż się wydawało. Uwierzyła. Zyskałem trochę czasu. Nie dużo, ale w sam raz. Nie zwlekając, zapisałem profesora na tresurę.

Musiałem zrezygnować z chodzenia na zajęcia. Brałem ze sobą profesora Baumana pod pretekstem, że lekarz zalecił częste przebywanie w salach wykładowych i bibliotekach i szliśmy prosto do doktora Jarzębowskiego, najlepszego w Warszawie tresera zwierząt. No dobrze – najlepszego w tym konkretnym przypadku.

Układane przez niego psy wyjątkowo rzadko, a nawet nigdy, nie zdobywały nagród na psich zawodach w konkurencji posłuszeństwa, ani na torach przeszkód. Po miesięcznym szkoleniu u Jarzębowskiego psy na wiele lat stawały się ospałe, apatyczne, nie wykonywały poleceń, miały skłonność do wielogodzinnego rozmyślania przed podjęciem jakiejkolwiek aktywności i ożywiały się wyłącznie po dolaniu do miski z wodą kilku kropel alkoholu. W mojej sytuacji jednak jego autorska metoda tresury psów, polegająca na zadawaniu im długich tekstów postmodernistycznych myślicieli i szczegółowym odpytywaniu ich w szeregu kolokwiów, była ostatnią deską ratunku.

Zdziwił się, gdy przedstawiłem się mu jako potencjalny klient, gdyż, jak twierdził, nie pracował ostatnio zbyt dużo w swoim zawodzie z powodu pisania habilitacji. Zaiste, chyba pracował naukowo, gdyż w całym domu walało się dużo pustych butelek po piwie. Obiecał jednak, że podejmie się zadania, jeśli zapłacę z góry gotówką i podpiszę dokument, w którym zaświadczam, że nie mam zamiaru wszcząć przeciwko niemu postępowania sądowego, w przypadku, jeśli mój pies wpadnie w depresję i nie będzie umiał po tygodniu uczestniczyć aktywnie w dyskusjach akademickich.

Uzgodniliśmy, że zapłacę jedną czwartą ceny kursu z góry. Kiedy pies będzie potrafił wskazać w teście łapą definicję funkcji poetyckiej Romana Jakobsona po dolaniu alkoholu do wody – wpłacę drugą ratę. Trzecią, gdy będzie umiał to zrobić na trzeźwo, a pełną sumę, gdy bełkotliwe definicje będzie umiał konstruować samodzielnie.

Chodziłem do doktora Jarzębowskiego trzy razy dziennie przez dwa tygodnie i nic.

Małgorzata zaczęła chyba coś podejrzewać, gdyż stwierdziła, że profesor sprawia wrażenie skacowanego, a nie chorego i wydaje jej się, że pod pretekstem bycia ofiarą ponowoczesnej grypy, obija się i imprezuje.

Pocałowałem ją w czółko, powiedziałem, że to bzdura, że profesor jest poważnym człowiekiem i że trzeba uzbroić się w cierpliwość. Doradziłem jej doszlifowanie części teoretycznej licencjatu, pracę nad edycją tekstu, sprawdzenie poprawności przypisów i bibliografii. Jeśli Jarzębowski to hochsztapler i szaleniec, a szczerze mówiąc na takiego wygląda, to po mnie. Gdyby nie bazyliowe pesto i makaron-rurki, wyrwałbym sobie wszystkie włosy z głowy lub zaczął pić, chociaż powiem szczerze: pić – trochę piłem.

Złota jesień Żoliborza szarzała coraz bardziej, aż w końcu niczym nie różniła się od burego krakowskiego przedzimia. Małgorzata, znudzona ciągłym sprawdzaniem przecinków i kursyw w pracy licencjackiej, snuła się po mieszkaniu jak zjawa, coraz częściej przebąkując o swoich nieobecnościach na zajęciach. Doktor Jarzębowski pachniał piwem i potem, czołgał się po podłodze i chaotycznie szarpiąc profesora Baumana i bijąc go po głowie książką Jeana-Françoisa Lyotarda, wrzeszczał ze łzami w oczach:

– Powtarzaj za mną: wydać wojnę całości! Dawać świadectwo tego, co nie daje się przedstawić! No powtarzaj: aktywizować poróżnienia! Ratować honor poszczególnego imienia! Błagam! Przecież to postmodernizm dla dzieci… Błagam!

Pan profesor miał różowe, przekrwione oczy, mętny wzrok, zataczał się i nie miał ochoty aportować. Czas płynął powoli niczym wody Styksu, cała moja rzeczywistość stała się nie tyle płynna, co smolista lub nawet magmowata. Zalewała mnie powoli, twardniała i robiła się coraz cięższa. Aż w końcu mnie zgniotła ustami Małgorzaty:

– Odchodzę – powiedziały.

Profesor Bauman czknął i rozjechały mu się nogi na śliskiej posadzce. Niebo nad Żoliborzem również czknęło, chwilę później lało jak z cebra.

– Zostań – poprosiłem.

Ale już się pakowała.

– Zostań – poprosiłem jeszcze raz.

Spakowała laptop.

Profesor Bauman podniósł jedno ucho.

– Zostań! – krzyknąłem.

Spakowała zasilacz do laptopa.

Profesor Bauman otworzył oczy.

– Zostań… – szepnąłem.

Spakowała różowy zeszyt z terierem w ciemnych okularach i napisem „I want to be a pop star”.

Profesor Bauman usiadł, wystawił język i zaczął dyszeć.

– Zostań – jęknąłem sam do siebie, usiadłem na kanapie i ukryłem twarz w dłoniach. – Zostań… Mam piwko, mam filmy, pójdziemy na spacer…

Spakowała dyktafon.

Profesor Bauman dyszał coraz szybciej, sprawiał wrażenie podekscytowanego. Bił ogonem w posadzkę.

– Zostań… Mam pesto… – powiedziałem i na policzku pojawiła się łza.

Małgorzata wsadziła do plecaka rękę z trzema długopisami, ale zamarła w bezruchu. Patrzyła z przejęciem na pana profesora, który zaczął wydawać z siebie jakiś dziwny odgłos, początkowo nieartykułowany, a następnie przypominający głoskę „p”.

– P… p… pypypy… pepepepe… pe… – różowo–niebieskie oczy wychodziły mu z orbit, a ogon wyprostował się jak struna. – pe… pe… pe…

Zerwałem się z kanapy, padłem na kolana i chwyciłem go za barki.

– No dalej, panie profesorze. P… p… płynna nowoczesność… Powiedz: płyn–na–no–wo–czes–ność. Post–mo–der–nizm. No powiedz, powiedz proszę.

I stało się, Profesor Bauman powiedział to najbardziej oczekiwane od niego słowo:

– Pesto!

Profesor rozbrykał się na dobre. Wierzgał nogami, gonił swój ogon, biegał po całym pokoju, ślizgał się po posadzce jak na lodowisku i ciągle powtarzał to jedno słowo, poszczekując czasem wesoło:

– Pesto! Pesto! Pesto! Hau, hau! Pesto! Pesto!

Musiałem zareagować, pobiegłem do kuchni, nasypałem do miski Pana Profesora makaron Pastani z Biedronki, wyciągnąłem słoik genewskiego pesto z bazylią i dodałem cały. Pobiegłem z miską do pokoju i położyłem ją na podłodze.

Profesor Bauman oszalał z radości. Ciągle powtarzając: „pesto” tak mocno wierzgnął tylnymi nogami, że zrobił salto. Wylądował na brzuchu i mocą ślizgu wpadł nosem do miski. Spałaszował ją całą. Następnie usiadł, oblizał się, popatrzył swoimi mądrymi oczami na Małgorzatę i przemówił niskim, szarmanckim męskim głosem:

– Płynna nowoczesność charakteryzuje się poczuciem niepewności jednostki wobec przygodności bytów, fragmentarycznością oraz epizodycznością. Ja natomiast jestem bytem–kochającym–pesto.

Profesor Bauman tego dnia nic już nie powiedział. Położył się na podłodze i swoim zwyczajem założył nogę za głowę i zaczął lizać sobie siusiaczka.

Małgorzata wyciągnęła z plecaka wszystkie swoje rzeczy. Na jej twarzy malował się zachwyt. Profesor wyzdrowiał, a jej praca licencjacka z pewnością otrzyma ocenę celującą. Wyglądała wspaniale cała skąpana w promieniach żoliborskiego słońca.

Przytuliła się do mnie i szepnęła mi cichuteńko do ucha:

– Kocham cię.

Profesor Bauman zrobił kupkę obok maty i zjadł ją, choć wiem, że wcale nie był głodny.

Część 2 : Profesor Bauman w sferze publicznej

– Idę na dwór z profesorem Baumanem, kochanie – krzyknąłem do Małgorzaty, krzątającej się w kuchni przy rondlu sosu do spaghetti z pomidorami, kiełbasą jałowcową, cebulką, tunezyjską pastą z papryki, ziołami prowansalskimi, kukurydzą, śmietaną i miodem.

– Dzisiaj wszyscy jesteśmy w ruchu. Odległość nie ma znaczenia, z taką samą łatwością odwiedzamy sąsiada, co najodleglejsze zakątki świata, surfując w sieci. Ludzie ponowocześni dzielą się na turystów i włóczęgów, a ja jestem siusiaczem i wąchaczem, gdyż idę siusiać i wąchać – opowiadał podekscytowany profesor, machając wesoło ogonem.

– Proszę siusiać i wąchać, panie profesorze – zaśmiała się. – Za pół godziny będzie obiad, kochanie.

– Pesto! – radośnie krzyknął profesor Bauman i zaraz potem wyciągnął mnie z domu.

Przez trzy lata podrósł, nauczył się mówić płynną polszczyzną i załatwiać swoje potrzeby poza domem, obniżył mu się zad, nabrał pięknych, charcich kształtów, a uszy przybrały kształt płatka róży. Niestety ani prośbami, ani groźbami nie udało się go oduczyć zjadania kup. Profesor Bauman był największym gównojadem na całym Żoliborzu, spuszczenie go ze smyczy zawsze kończyło się tak samo. Nawet jeśli nie przyłapałem go na gorącym uczynku, ale widziałem, że dał nura w krzaki, nie całowałem go do końca dnia.

Spytałem się go raz, czemu je kupy. Odpowiedział, że każdego można obsadzić w roli konsumenta, każdy może zechcieć zostać konsumentem i oddać się korzystaniu z możliwości, jakie niesie ten styl życia. Nie potrafiłem zbić tej argumentacji. Profesor był inteligentniejszy i sprytniejszy ode mnie.

Praca licencjacka Małgorzaty – „Życie jak pesto. Zezwierzęcenie i człowieczeństwo w społeczeństwie konsumpcyjnym. Perspektywa baumanowska” została oceniona na bardzo dobry.

Za szczególny walor uznano uwzględnienie nowych, niepublikowanych i często zaskakujących wypowiedzi Baumana. Jej praca magisterska „Nowoczesność gęsta jak sos do spaghetti. Teoria prof. Baumana w świetle ostatnich wywiadów”, w całości oparta na niepublikowanych materiałach, również została bardzo wysoko oceniona na Uniwersytecie Jagiellońskim, zdobyła nawet trzecią nagrodę w konkursie prac dyplomowych. Nic dziwnego, że Małgorzata dostała stypendium i bez najmniejszych problemów dostała się na doktorat. Być może po jego obronie zostanie ogłoszona najwybitniejszą polską Baumanistką? Już nią jest, ale żeby zyskać uznanie, potrzebuje jeszcze tytułu naukowego.

Zamieszkaliśmy razem i jesteśmy narzeczeństwem. Profesor również z nami mieszka, co bardzo cieszy Małgorzatę, gdyż uwielbia prowadzić z nim długie dyskusje na tematy filozoficzno–kulinarne. Ja cieszę się ich szczęściem i jednocześnie nie wyobrażam sobie, żeby mogłoby mi być w życiu lepiej niż z fantastyczną dziewczyną i najlepszym przyjacielem u boku.

Raz w tygodniu odwiedzam z wdzięczności doktora Jarzębowskiego w jego nowym miejscu pracy na ul. Nowowiejskiej 27, na jednym z oddziałów Samodzielnego Wojewódzkiego Zespołu Publicznych Zakładów Psychiatrycznej opieki Zdrowotnej oraz na drugim etacie – na Woli, na ul. Kolskiej 2/4 w Ośrodku Leczenia Osób Uzależnionych od Alkoholu.

Pracę w obu tych placówkach znalazł natychmiast po tym, kiedy ostatecznie upadła jego firma (ze względu na brak czasu, a nie klientów, jak twierdził). Nowe zajęcie pochłania mu tyle czasu, że niestety porzucił również pisanie habilitacji. Wydaje się człowiekiem szczęśliwym. Zawsze, gdy idę go odwiedzić, patrzy nieobecnym, rozmarzonym wzrokiem w ścianę i uśmiecha się pogodnie. To jego jedyny obowiązek, obok bawienia się piłeczką pingpongową. Bardzo cieszę się jego szczęściem. Któż by nie chciał mieć takiej pracy?

Z Małgorzatą planujemy pobrać się za dwa-trzy lata, już jako doktorzy, chociaż, powiem szczerze, jak zacząłem pisać magisterkę dwa tygodnie przed początkiem tej historii, tak w dalszym ciągu ma tylko stronę tytułową. Natomiast nauczyłem się robić mnóstwo wyśmienitych sosów do makaronu i pracuję jako kucharz w najlepszym Żoliborskim ristorante. Chyba nic nie jest w stanie zmącić mojego szczęścia.

– To wielki dzień dla pana Profesora – powiedziała Małgorzata, kładąc miskę z obiadem na podłodze i drapiąc jednocześnie pieszczotliwie swojego rozmówcę za uszkiem.

– Wielki, wielki, hau, hau – potwierdził profesor Bauman, machając ogonem. – Zjem tyle rurek z sosem carbonara, że nie będę mógł się ruszać. Wielki dzień!

– Proszę sobie nie żartować, przecież wie pan profesor o czym mówię.

Profesor zaczął łapczywie pałaszować makaron z miski i stracił chęć do dalszej konwersacji, ja też nie wiedziałem o co chodzi. Wtem zobaczyłem, że z torebki Małgorzaty wystaje zwinięty w rulon, wydrukowany na kredowym papierze plakat. Rozwinąłem go.

„Uniwersytet Warszawski ma zaszczyt zaprosić na wykład Moralność w niestabilnym świecie prof. Zygmunta Baumana. Godzina 18.30, Auditorium Maximum, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28. Prof. Bauman jest jednym z najwybitniejszych socjologów i teoretyków kultury na świecie, jego nazwisko…”

Nie doczytałem. Popatrzyłem na profesora Baumana, który wylizywał miskę po penne, na wpatrującą się w niego jak w obrazek Małgorzatę, na zegarek wskazujący 17.20 i zrobiło mi się słabo, w oczach pojawiły się czarne iskierki, a na skroni poczułem pot.

Małgorzata założyła płaszcz, wpięła kwiatek we włosy, powiedziała: idę jeszcze na chwilę do czytelni, do zobaczenia na wykładzie, panie profesorze i wyszła. Tak bardzo nie wiedziałem co zrobić, że postanowiłem nie robić nic i pozwolić, żeby rzeczywistość płynęła sama. Profesorowi wrzuciłem do miski resztkę makaronu. Miałem cztery piwa w lodówce, wyciągnąłem wszystkie. Usiadłem na kanapie i dopiero wtedy do mnie dotarło, że mój profesor Bauman miał absolutną rację, kiedy wygłosił dla Małgorzaty wykład o tym, że ponowoczesna rzeczywistość przypomina sos do spaghetti. Czułem, że siedzę po uszy w sosie Napoli i że na głowę może posypać mi się dziś wieczorem coś więcej niż pietruszka i parmezan.

Drzwi huknęły z taką siłą, że zatrząsł się cały Żoliborz. Małgorzata nie musiała nic mówić, zdążyłem już przeczytać na portalu gazeta.pl artykuł „Skandal na Uniwersytecie Warszawskim! Znany socjolog pobity przez seksowną nacjonalistkę” i wiedziałem dokładnie, co się wydarzyło.

Małgorzata dokonała tego, do czego zabrakło odwagi młodym prawicowym socjologom, zrzeszonym przy różnych klubach piłkarskich trzeciej ligi. Przyszli oni na wykład Baumana śpiewając Rotę i skandując „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”. Miał być to rodzaj krytyki niesympatycznej powojennej przeszłości pana profesora. Podobno zamiast łamać sobie głowę problemami światowej filozofii, łamał palce swoim rówieśnikom, działaczom reakcyjnego podziemia.

Moja ukochana – tytułowa seksowna nacjonalistka – wdarła się na podium i z okrzykiem „oszust, uzurpator” zaczęła okładać Zygmunta Baumana torebką i pięściami. Profesor wydawał się dość zaskoczony. Gdy już się wyżyła, wrzasnęła „udowodnię wam, że to hochsztapler” i wybiegła z sali.

Po chwili rozległo się drugie trzaśnięcie drzwi, od którego w całej Warszawie drzewa straciły liście. Małgorzata wyszła. Z przerażeniem zorientowałem się, że na swoim miejscu brakuje smyczy i obroży profesora Baumana. Biegałem po domu i nawoływałem go, cmokałem i krzyczałem, że mam pyszne pesto. Brak odzewu, profesora też nie było. Cztery piwa z lodówki już wypiłem, jedyne, co mi pozostało, to wyciągnąć drugi czteropak, ukryty w szafie na czarną godzinę i modlić się, żeby Małgorzata i profesor Bauman nie trafili do więzienia.

– Oto prawdziwy Profesor Bauman – obwieściła triumfalnie Małgorzata, wkraczając do Auditorium Maximum. – Ten tam to dwulicowy uzurpator!

– Uszanowanko! – przywitał się z salą prawdziwy, w przekonaniu Małgorzaty, profesor, machając wesoło ogonem. – Profesor Bauman, socjolog, byt–kochający–pesto, siusiacz i wąchacz, hau, hau.

Oczy wszystkich zebranych studentów – tych prawdziwych i tych, którzy wpadli tylko na powykładową bijatykę – skierowały się na nią. Z ciekawością obserwowali ją również zabezpieczający wykład policjanci, prezydent miasta – Hanna Gronkiewicz-Waltz oraz stojący na katedrze siwy mężczyzna.

– I co teraz zrobisz, blagierze? Głupio ci? Myślałeś, że zwiedziesz najwybitniejszą polską Baumanistkę, szachraju? – zadała kilka retorycznych pytań Małgorzata i udała się w stronę podwyższenia. – A teraz wynoś się, gdzie pieprz rośnie i nie zajmuj więcej czasu studentom, którzy przyszli wysłuchać najwybitniejszego żyjącego socjologa, filozofa i teoretyka kultury – profesora Baumana, którego przyprowadziłam na smyczy.

Oczy Zygmunta Baumana zrobiły się równie ogromne jak jego dorobek naukowy. Przypomniał sobie pogłoski o studentce, która obroniła na Uniwersytecie Jagiellońskim pracę, w której cytowała wiele jego absurdalnych rzekomych wypowiedzi, całkowicie wypaczających sens wszystkiego, co pisał do tej pory i  zmieniających jego filozofię w humanistyczny bełkot połączony z fascynacją daniami z makaronu. Zdaje się, że już wiedział, kim była owa studentka. Nie był jednak w stanie wykrztusić ani słowa. Stał przy mikrofonie z wytrzeszczonym wzrokiem i naprzemiennie otwierał i zamykał bezgłośnie usta, wpatrując się w długonogą, śliczną dziewczynę z kwiatkiem we włosach, która tego dnia już raz próbowała go pobić oraz w towarzyszącego jej psa rasy whippet, wąchającego buty prezydent Warszawy zaraz po tym jak grzecznie się całej sali przedstawił.

– Mam wrażenie, że zaszła pomyłka. Musimy porozmawiać. Warto rozmawiać – przemawiała do Małgorzaty ciepłym, pełnym miłości, matczynym głosem Hanna Gronkiewicz-Waltz, jednocześnie hipnotyzując ją spokojem i dobrem swych niebieskich oczu. Była rasowym politykiem. – Niech pani powie, czemu uważa profesora Zygmunta Baumana za oszusta, wysłuchamy panią. Liczy się dla nas zdanie każdego mieszkańca Warszawy.

Małgorzata przybrała nieco mniej wojowniczą postawę:

– Szanowna pani prezydent. Od kilku lat zajmuję się filozofią Profesora Baumana, nawet z nim mieszkam. Znam go dobrze i wiem, że ten pan na katedrze tylko się za niego podaje, żeby znaleźć się przez chwilę w świetle jupiterów. Prawdziwy profesor jest tutaj ze mną i właśnie próbuje rozwiązać pani but zębami.

– A ma pani jakieś dowody? Zawsze trzeba przedstawić dowody swoich oskarżeń. Musimy wyeliminować mowę nienawiści z życia publicznego. Dla mnie w polityce liczy się miłość. Ileż nieporozumień byśmy uniknęli, gdyby każdy się stosował do tej zasady.

– Oczywiście mam. Panie profesorze, proszę coś powiedzieć.

– Kiedy byłem studentem socjologii, hau, hau – zaczął profesor Bauman. – Dowiadywałem się z podręczników, że wszystko, czym człowiek żyje, o czym myśli i marzy, można i trzeba mierzyć, i że to, czego się o człowieku dowiemy, będzie tym głębsze i gruntowniejsze, im więcej cyfr po przecinku wolno nam będzie postawić. Na wszystko były więc miary i skale, a jeśli skali na coś nie było, to owego czegoś nie uważano za warte naukowej uwagi. Jedna ze skal, pamiętam, służyła eksperymentom mającym mierzyć stopień konserwatyzmu i radykalizmu. Eksperyment był dość prosty: rysowało się dwadzieścia podobizn, z których pierwsza przedstawiała psa, ostatnia kota, a na pozostałych pies stopniowo, ale coraz wyraźniej, tracił rysy psie i przedzierzgał się w kota. Pokazywano badanemu rysunki jeden z drugim i notowano, jak długo upiera się, że widzi psa, przy którym rysunku waha się po raz pierwszy, przy którym woła, że to chyba kot. – Sala słuchała profesora w skupieniu i z ogromnym zaciekawieniu. – Eksperyment ten przypomina mi się zawsze, kiedy jem penne z bazyliowym pesto z Biedronki. Kocham pesto.

Rozległy się gromkie brawa, zagłuszające zupełnie staruszka, który krzyczał przy mikrofonie, wyrywając sobie włosy z głowy, że przemowa psa to wypaczony początek jego własnego wykładu, który wygłosił w Toruniu w 1994 roku na inauguracji roku akademickiego jako pierwszy z cyklu Kopernikańskich Wykładów w Humanistyce i że nie chodziło w nim wcale o makaron, lecz o spór o ponowoczesność.

Gdy oklaski ucichły, Hanna Gronkiewicz-Waltz zadała jeszcze jedno pytanie:

– Czy byłaby pani tak miła i opisała, jak profesor Bauman wygląda na zdjęciach na okładkach swoich książek? Miała je pani przecież w rękach.

– Oczywiście – odpowiedziała bez zastanowienia. – Ma piękne, kasztanowe oczy, głowę w kształcie żarówki, jest bardzo stary i siwy, ma haczykowaty semicki nos, krzaczaste brwi, przypominające puszek pisklęcia sowy włosy nad uszami i do złudzenia przypomina Gargamela ze Smurfów. Ideał mężczyzny.

– A mogła by pani opisać tego, jak pani mówi, oszusta, który stoi tutaj na podwyższeniu? Jest stary, czy raczej młody?

– Bardzo stary.

– Jaki kształt ma jego głowa?

– Żarówki.

– A włosy? Jakie ma włosy?

– Puszek pisklęcia sowy.

– Przypomina Gargamela?

– Do złudzenia.

– Przejdźmy teraz do drugiego, prawdziwego według pani profesora Baumana. Może na początek coś prostego: czy jest to według pani człowiek?

– Tak! – krzyknęła Małgorzata.

– Czy na pewno? Proszę spojrzeć na ten ogon, na kufę, na stojące uszy, na sierść. Czy tak wyglądają ludzie?

– To powikłania po grypie.

– Rozumiem, a czy mogłaby pani przybliżyć nam zwyczaje profesora Baumana. Jaki jest na co dzień?

– Profesor Bauman uwielbia makaron, kocha spacerować po Żoliborzu, wącha psy po nosach i zadkach, je śmieci oraz kupy, w tym własne, lubi obsiusiwać drzewa, myje się własną śliną, chętnie aportuje piłeczkę i śpi na podłodze.

– Acha. A zna pani jakiś innych wykładowców akademickich, którzy spędzają czas w ten sposób?

– Profesor Bauman jest wyjątkowy! – krzyknęła Małgorzata.

– Wydaje mi się, że sprawa jest jasna – powiedział z katedry Zygmunt Bauman.

– Nic nie jest jasne w tych czasach, panie profesorze, nie wie pan tego? – powiedziała Hanna Gronkiewicz-Waltz i uśmiechnęła się do Małgorzaty.

Małgorzata uśmiechnęła się do niej. Przez chwilę patrzyły na siebie z ogromną sympatią, aż nagle twarz prezydent Warszawy przybrała stanowczy i zdecydowany wyraz.

– Wyprowadzić ich! – zakomenderowała.

Leżąca na chodniku na Krakowskim Przedmieściu Małgorzata zaczęła płakać, a jej palce przybrały fioletowy kolor łez i cienia do powiek. Profesor Bauman polizał ją po policzku z miłością i zapewnił:

– Małgorzato, chwastyzm chwastu nie polega na właściwości rośliny, ale spojrzenia, które ogrodnik rzuca na nią, hau, hau.

Wcale nie poczuła się lepiej.

Małgorzatę usunięto ze studiów doktoranckich i odebrano wszystkie tytuły. Znów miała tylko wykształcenie średnie. Znowu była również wolna, gdyż zerwała nasze narzeczeństwo i wróciła do Krakowa. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, odwiedziłem doktora Jarzębowskiego w pracy. Gdy opowiedziałem, co mnie trapi, sam zostałem przyjęty do roboty. Moim zadaniem było przyjmowanie leków, rozmowy, gra w pingponga i spacery. Profesor Bauman zamknął się w sobie i odzywał się bardzo rzadko, przestał jeść pesto i zaczął gustować w psiej karmie i whisky. To były smutne i szare czasy.

Kiedy oglądaliśmy z doktorem Jarzębowskim kreskówki w pracy, dziwnym trafem, przeskakując kanały w telewizji, trafiliśmy na relację z wykładu Zygmunta Baumana we Wrocławiu. Działy się tam rzeczy dantejskie i niegodne powadze uniwersytetu. Przeciwko wystąpieniu sympatycznego emeryta, będącego jednym z największych mózgów w Europie, protestowała spora grupa młodych, umięśnionych, krótko ostrzyżonych studentów, sądząc po flagach, stowarzyszonych w Kole Naukowym Socjologów „Śląsk Wrocław”.

Również tym razem wypominali mu dość niejasną i średnio sympatyczną przeszłość w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ręce splamione krwią Żołnierzy Wyklętych, a ponadto bycie rosyjskim agentem, politrukiem, czekistą, członkiem NKWD, homosiem, odpowiedzialność za Katyń, szerzenie demoralizacji oraz relatywizmu moralnego, postmodernizm i jeszcze kilka drobnostek. Protestujący wznosili dość niestandardowe, jak na warunki akademickie, hasła: „Norymberga dla komuny”, „dziś na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, „chuj ci w dupę” i „wypierdalaj”.

Zostali wyprowadzeni z sali w sposób równie niestandardowy: przez policjantów i antyterrorystów. Jedni nazwali ich faszystowską hołotą, drudzy godnymi naśladowania młodymi patriotami, sam profesor dyskretnie ocenił, że była to poglądowa lekcja historii, ja natomiast wpadłem na pomysł, jak skorzystać na tej całej żenującej sytuacji i odzyskać Małgorzatę.

Trudno wyglądać mniej poważnie i bardziej podejrzanie niż w długim szarym prochowcu, ciemnych okularach i kapeluszu, na dodatek z wystającą zza pazuchy głową charta, ale niestety moja wyobraźnia była tak skrzywiona klasycznymi kryminałami, że nie potrafiłem wymyślić lepszego stroju na tajne spotkanie z rektorem Uniwersytetu Warszawskiego.

– Gabinet Jego Magnificencji Rektora, słucham?

– Przysyła mnie góra – odpowiedziałem wystudiowanym hasłem.

– Jaka góra? – spytała się pani sekretarka.

Na to nie byłem przygotowany, musiałem improwizować:

– Eee… Giewont.

Pani sekretarka podniosła słuchawkę i coś szeptała, wyłapałem słowa: Giewont, krzyż na Giewoncie, samobójstwa, tajniacy. Po chwili zapytała:

– Czy jest pan z Torunia?

– Tak – skłamałem, gdyż jestem inteligentny.

– Proszę wejść, Jego Magnificencja już czeka na Ojca.

– Witamy serdecznie – powiedział do rektora profesor Bauman, którego wypuściłem z płaszcza na biurko i zaczął kręcić się w kółko za własnym ogonem.

Jego Magnificencja wydawał się dość zaskoczony:

– Wiedziałem, że wizyta z Torunia może być interesująca, ale tego, powiem szczerze, się nie spodziewałem. W jakiej sprawie przybyli Ojcowie?

– W sprawie niedawnego skandalu na wykładzie Zygmunta Baumana, tego na którym został pobity przez dziewczynkę. Widział Jego Magnificencja ostatnie nagrania z Wrocławia, te zamieszki, te protesty, to będzie się powtarzać. Chciałbym zaproponować alternatywę…

– Słucham…

– A więc to tutaj wesołe stworzenie, które na pierwszy rzut oka przypomina młodego charta, w rzeczywistości jest drugim profesorem Baumanem. Lepszym. Mówi to samo, co pierwszy. O proszę, panie profesorze, daj głos!

– Jest powołaniem zarówno filozofów jak i socjologów ugłośnianie milczeń, uwidocznianie tego, co niedostępne oku, unamacalnianie tego, co się dłoniom wymyka, lub czego dłonie dotknąć nie chcą, lub czasu nie mają – powiedział posłusznie Profesor Bauman.

– Widzi Jego Magnificencja? Zupełnie jak prawdziwy Bauman. Na dodatek odzywa się tylko na komendę i mówi tylko to, czego się od niego chce. Tak został wytresowany i to ma w krwi jako rasowy whippet. Ma też kilka plusów, których nie ma oryginał. Jest prawdziwym Polakiem, potomkiem wystawowych championów, reprezentujących nasz kraj na arenie międzynarodowej, ojciec to pies z Łomży, matka to suka z Warszawy. Żadnych Żydów, komunistów, zbrodniarzy. Piękna polska przeszłość.

– Czego Ojciec od nas oczekuje?

– Bardzo niewiele. Doktoratu honoris causa dla mojego przyjaciela, uczynienia profesorem wizytującym, pomocy w wydaniu ludzkiego dowodu osobistego oraz… przywrócenia tytułu magistra i umożliwienia powrotu na doktorat pewnej ślicznej studentce z zaprzyjaźnionej uczelni z Krakowa. W zamian profesor może poprowadzić cykl wykładów o najważniejszych problemach filozofii. Lewacy będą kochać swojego Baumana, prawacy będą kochać swojego Baumana, w końcu runą podziały, a w Polsce zapanuje pokój i miłość.

– A czy pana profesor nie ma niewygodnej przeszłości lub nawyków nie licujących z powagą uniwersytetu?

– Powiem otwarcie. Ma pewien mały minus. Je gówna… Jest gównojadem, ale to lepsze niż bycie marksistą.

– W rzeczy samej. Zgoda – odpowiedział Jego Magnificencja. Uścisnęliśmy sobie dłonie, rektor ucałował mnie w pierścień, odwróciłem się na pięcie i uciekłem, zanim zdążył się rozmyślić, zauważyć, że szary płaszcz do kostek to nie jest sutanna i że Profesor Bauman po wygłoszeniu swojej kwestii nasikał mu do palmy w doniczce.

Profesor Bauman dostał pracę na Uniwersytecie Warszawskim. Zaprzyjaźnił się zresztą z prawdziwym Zygmuntem Baumanem, z którym dzielił poglądy i, jak się okazało, zamiłowanie do spaghetti. Małgorzata wróciła na doktorat, w Polsce zapanowała miłość, a ja nauczyłem się robić fantastyczny sos z borowików.

Nasz ślub to była kameralna ceremonia. Doktor Jarzębowski nie mógł przyjść, gdyż przytrzymały go obowiązki służbowe w szpitalu psychiatrycznym. Było zatem tylko dwóch gości, dwóch profesorów Baumanów – mały i duży. Zrobiłem spaghetti bolognese. Jedliśmy z Małgorzatą z jednego talerza i rzecz jasna w końcu doszło do tego, że – jak w „Zakochanym Kundlu” – oboje chcieliśmy wessać do ust tę samą nitkę makaronu. Nasze usta zbliżały się po nitce do kłębka, aż odnalazły się w namiętnym pocałunku.

– Ogłaszamy was mężem i żoną – powiedzieli profesorowie Baumanowie, po czym jeden zaciągnął się fajką, a drugi polizał po genitaliach, ale zatrzymam w tajemnicy, który był który.

bauman

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: